Słońce stoi już wysoko, gdy Geralta budzi ze snu kobiecy głos wołający go po imieniu. Do izby weszła Nenneke, kapłanka, która otwiera okiennice i strofuje śpiących, że jest późno. Zbudzony wiedźmin odruchowo przysłania oczy dłonią przed światłem; to gest zupełnie niepotrzebny, bo wystarczyłoby zwęzić źrenice w pionowe szparki. To pierwszy tak wyraźny sygnał, że oczy wiedźmina nie działają jak ludzkie. Dziewczyna, która spała przytulona ustami do jego ramienia, zrywa się z łoża i podnosi z podłogi opończę. Dopiero teraz, z ust Nenneke, pada jej imię: Iola.
W dziennym świetle Iola wygląda zupełnie inaczej niż o świcie. Nie ma już w sobie nic z rusałki ani świetlistej zjawy: jej oczy okazują się modre, nie czarne, a na nosie, dekolcie i ramionach ma piegi, wdzięczne i pasujące do rudawych włosów. Geralt ze wstydem łapie się na tym, że czuje do niej żal o to, że nie pozostała marzeniem. Od razu wie, że tego żalu nigdy sobie nie wybaczy. Woła za nią „zaczekaj", ale Nenneke ucina próbę rozmowy jako bezcelową: Iola i tak mu nie odpowie. Dziewczyna, zakłopotana i zaróżowiona, drepcze boso do drzwi owinięta opończą, a myśl wiedźmina urywa się na imieniu, które czytelnik widzi po raz pierwszy: niezgrabna Iola w niczym nie przypomina już... Yennefer. Kim jest Yennefer, rozdział nie zdradza ani słowem.
Rozmowa z Nenneke ujawnia wreszcie, gdzie toczy się rama opowieści: to świątynia Melitele pod Ellander. Geralt niepokoi się, czy Iola nie zostanie ukarana za tę noc. Nenneke parska na to śmiechem: tu nie pustelnia ani konwent, a bogini Melitele nie zabrania swoim kapłankom „niczego. Prawie". Wyjaśnia też, dlaczego mówienie do Ioli nie ma celu: dziewczyna złożyła ślub milczenia (rodzaj wyrzeczenia) i nie odzywa się wcale.
Potem kapłanka siada na skraju łoża i zmienia wiedźminowi opatrunek na szyi. Tu wychodzi na jaw, jak Geralt trafił do świątyni: przyjechał leczyć ranę po szponach królewny z Wyzimy. Zaraz po jego przybyciu Nenneke usunęła grube szwy z szewskiej dratwy, którymi zszyto go w Wyzimie, otworzyła ranę i opatrzyła ją na nowo. Dlatego przyjechał prawie zdrowy, a teraz znów jest chory i obolały. Nie protestuje jednak: zna Nenneke od lat i ufa jej ogromnej wiedzy o leczeniu oraz bogatej świątynnej aptece. Kapłanka przy każdej zmianie opatrunku klnie na tę ranę: przecięte mięśnie i ścięgna, o mały włos od tętnicy szyjnej. Jej zdaniem Geralt traci refleks, skoro dopuścił „zwykłą strzygę" tak blisko. Diagnoza jest surowa: nawet przy niebywałych wiedźmińskich zdolnościach regeneracyjnych pełną sprawność szyi odzyska dopiero za kilka miesięcy i do tego czasu ma nie próbować sił w walce z ruchliwym przeciwnikiem. Na sarkastyczne pytanie, z czego w takim razie ma przez ten czas żyć, odpowiedzi nie dostaje. Nenneke wysyła go na śniadanie do refektarza i zapowiada: po sanktuarium ma się nie pętać, a szukać jej nie musi, bo sama go znajdzie.
Czekając, Geralt spaceruje po terenie świątyni: topolową alejką od bramy ku budynkom mieszkalnym i wtopionemu w urwistą skałę blokowi sanktuarium, potem między ogrody i zabudowania gospodarskie, gdzie kilkanaście kapłanek w szarych roboczych szatach pieli grządki i karmi ptactwo. Większość z nich to dziewczęta młode, niektóre nieledwie dzieci. Choć wiedźmin bywa tu raz, czasem dwa razy do roku, prawie nikogo nie rozpoznaje, bo wychowanki świątyni przychodzą i odchodzą w świat: jako wieszczki do innych świątyń, jako położne i uzdrowicielki od chorób kobiecych i dziecięcych, jako wędrowne druidki, nauczycielki i guwernantki. Narracja dopowiada, czym jest kult Melitele: to jedna z najstarszych religii, sięgająca czasów przedludzkich, w której zlały się dawne kulty bogiń urodzaju i płodności. W odróżnieniu od wielu wyznań zepchniętych w zapomnienie temu kultowi do dziś nie brakuje ani wyznawców, ani sponsorów. Przy tej okazji pada, po raz pierwszy w tomie, imię przyjaciela Geralta: trubadur Jaskier, lubiący uchodzić za specjalistę we wszystkich możliwych dziedzinach, tłumaczy popularność bogini prościej niż uczeni. Kult Melitele to kult kobiecy: rodząca kobieta musi krzyczeć i wzywać na ratunek jakieś bóstwo, a skoro kobiety rodziły, rodzą i będą rodzić, Melitele o wiernych martwić się nie musi.
W ogrodach Nenneke odnajduje wiedźmina i przechodzi do rzeczy. Chce, żeby Geralt zasiadł z nią i z Iolą do transu: dziewczyna cieszy się szczególną łaską bogini i jej zdolności mogą pozwolić „poczytać" w kłębowisku sił, które kapłanka wyczuwa wokół wiedźmina. Nenneke zna Geralta od czasów, gdy sięgał jej do paska spódnicy. Czuje, że coś jest z nim nie tak: że kręci się w jakimś wirze, zaplątany w pętlę, która powoli się zaciska. Geralt odmawia z trzech powodów: nie wierzy, by trans cokolwiek dał; boi się o Iolę, bo taki wysiłek może być dla medium zbyt duży; a jego samego, jak twierdzi, w ogóle nie da się zahipnotyzować. W zamian proponuje zwykłe zwierzenia przy antałku piwa: opowie o ciekawszych wydarzeniach ostatnich lat, bez żadnej metafizyki. Pod tą przepychanką tli się spór poważniejszy: o wiarę. Nenneke zna poglądy Geralta: bogowie są dla niego tylko wymyśloną na użytek prostaczków personifikacją ślepej siły Natury. Dla niej samej wiara znaczy co innego, bo pozwala oczekiwać od natury tego, co uosabia jej bogini: ładu, prawa, dobra i nadziei. Rozdział zamyka riposta kapłanki. Geralt broni się, że skoro w trans nie wierzy, jego niewiara z góry przekreśla sens całej próby. Nenneke odpowiada z dziwnym uśmiechem, że wcale nie: gdyby niewiara mogła cokolwiek przekreślić, byłby to pierwszy znany jej dowód na to, że niewiara ma jakąkolwiek moc.