Timeline of events
The saga’s key moments in reading order: you’re browsing the whole chronicle without a bookmark.
The saga’s key moments in reading order: you’re browsing the whole chronicle without a bookmark.
Białowłosy przybysz z mieczem na plecach zostaje zaczepiony w wyzimskiej karczmie przez trzech opryszków i zabija wszystkich w kilka mgnień oka. Geralt nie ucieka przed strażą: sam każe się prowadzić do grododzierżcy Velerada, a rozgłos po jatce, jak później odgadnie król Foltest, był zapewne wkalkulowany. Tak zaczyna się pierwsze głośne zlecenie wiedźmina.
Czternaście lat przed przybyciem wiedźmina do Wyzimy Adda, siostra i kochanka króla Foltesta, umiera, rodząc potworka; dziecko, uznane za zmarłe, spoczywa z matką w sarkofagu w podziemiach pałacu. Siedem lat później zaczyna z niego nocami wychodzić strzyga. Klątwę, jak wyzna po latach, mógł w złości rzucić zakochany w Addzie Ostrit; podejrzenia padają też na starą królową, matkę rodzeństwa.
Po nocnym „makabrycznym balecie" ze strzygą (srebrne kolce, pękający łańcuch, Znak Aard i odbita w potwora jego własna nienawiść) Geralt zamyka się w jej sarkofagu obok zwłok Addy i przeczekuje noc w letargu. Trzecie pianie koguta zastaje strzygę poza trumną i zdejmuje klątwę: córka Foltesta znów jest człowiekiem. Ostatni odruch bestii omal nie kosztuje wiedźmina życia: rozorana szyja kładzie go na dwa dni do łóżka, ale nagroda (trzy tysiące orenów) i wdzięczność króla Foltesta czekają przy łóżku.
Ostrit, który przyszedł do starego dworzyszcza przekupić wiedźmina, kończy jako jego przynęta: ogłuszony i związany, zostaje uwolniony dokładnie w chwili, gdy strzyga wychodzi z krypty, po czym ginie w jej szponach podczas ucieczki. Jego śmierć kupuje Geraltowi czas: najedzona strzyga nie spieszy się z powrotem, a serce i wątroba ofiary to jej zapas na letarg.
Dwanaście lat przed spotkaniem z wiedźminem rozbójnicza drużyna zmusiła nastoletniego Nivellena do gwałtu na młodej kapłance obrabowanego chramu Coram Agh Tera w Gelibolu. Umierająca kapłanka przeklęła go (potwór w ludzkiej skórze stanie się potworem w potwornej) i wykrzyczała słowa o miłości i krwi, których nie zapamiętał. Kilka dni później Nivellen obudził się z bestialską mordą, nieludzką siłą i domem spełniającym rozkazy; klątwy tej nie umiał zdjąć nawet wiedźmin.
Śmierć Vereeny zdejmuje z Nivellena dwunastoletnią klątwę: pod murem pałacyku ocyka się młody, przystojny, potężnie zbudowany mężczyzna, który na przemian szlocha i śmieje się, obmacując odzyskaną twarz. Spełniło się to, co wykrzyczała umierająca kapłanka Coram Agh Tera: klątwę złamały miłość i krew, bo miłość bruxy, jak podsumowuje Geralt, była prawdziwa.
Bruxa Vereena w walce na dziedzińcu pałacyku zbija falami wrzasku z nóg i Geralta, i Nivellena. Ale to Nivellen, wygrzebawszy się spod zwalonych rusztowań, wbija jej między piersi złamaną trzymetrową żerdź. Nadziana na drąg wampirzyca własnymi rękami prze po żerdzi ku jego gardłu, powtarzając w cudzych głowach „Mój. Albo niczyj. Kocham cię". Wtedy wiedźmin ścina ją srebrnym mieczem.
Trzy lata przed wypadkami w Blaviken zbójcy (wśród nich podobno Civril) opanowali w Tridam prom pełen pielgrzymów płynących na Święto Nis i zażądali od barona uwolnienia uwięzionych kamratów. Gdy baron odmówił, zaczęli mordować pątników jednego po drugim i spuszczać ciała z prądem; nim władca zmiękł, zginęło ponad dziesięć osób. Baron bronił się potem na sądzie, że wybrał mniejsze zło, bo na promie było przeszło ćwierć setki ludzi. Na tej historii Renfri wzoruje swoje tridamskie ultimatum wobec Stregobora.
W dzień jarmarku Geralt wychodzi na pusty jeszcze rynek Blaviken, by ubiec tridamskie ultimatum: mordowanie ludzi, którym banda Renfri chce wywabić Stregobora z wieży. Po odbitym mieczem w locie bełcie Civrila wiedźmin rozbija szyk szóstki zbirów, krążąc wokół nich po zacieśniającej się spirali, i wycina ich między straganami co do jednego. To za tę jatkę, i za to, co po niej, Geralt zapłaci przydomkiem Rzeźnika z Blaviken.
Po rzezi bandy Renfri staje naprzeciw Geralta sama: w kolczudze pod kaftanikiem, odporna na Znaki, ze spódnicą okręconą na przedramieniu. Przed walką mówi: „Jesteśmy tym, czym jesteśmy. Ty i ja". W starciu rani wiedźmina w pierś i ginie od cięcia końcem miecza przez udo i pachwinę. Umierając na bruku, powtarza słowa z nocnego transu („Zimno mi… Obejmij mnie…"), a spod jej ciała wyślizguje się ukryty sztylet. Geralt z mieczem w ręku nie oddaje ciała Stregoborowi na sekcję. Pewności, czym była Renfri, nie będzie miał nigdy.
Gdy po „tak" Pavetty królowa Calanthe każe straży zabić Jeża, w halli tronowej Cintry wybucha bitwa, a po niej żywioł. Geralt mieczem osłania Jeża przed sztyletem Rainfarna i gizarmami strażników, królewna zaś wybucha czystą, pierwotną Mocą: stół wiruje pod powałą, tron z królową roztrzaskuje się o ścianę, giną czterej ludzie. Sferę Mocy rozbijają dopiero wspólne uderzenia wiedźmina i Myszowora, gdy Kudkudak zwierzęcym koncertem na duszonych dudach dekoncentruje królewnę.
Klątwę, która od urodzenia dawała Dunemu za dnia twarz potwora, zdejmują, przy spełnionym przeznaczeniu, słowa Calanthe: „daję ci Pavettę". Nikt tego nie zauważa aż do świtu, gdy Duny się nie zmienia; Geralt i Myszowór czekają ze śmiechem, aż królowa sama się połapie, że to ona odczarowała przyszłego zięcia. Tej samej nocy Calanthe przyjmuje oświadczyny Eista Tuirseach. Cintra dostaje króla, a przymierze ze Skellige przypieczętują dwa wesela.
Zapytany po raz drugi, czego żąda za uratowanie życia, Geralt odpowiada Dunemu formułą Prawa Niespodzianki: „dasz mi to, co już posiadasz, a o czym nie wiesz", po czym zapowiada powrót do Cintry za sześć lat. Rumieniec Pavetty potwierdza to, czego jej narzeczony nie wiedział: królewna spodziewa się dziecka. Wiedźmin, sam kiedyś zabrany z domu tym samym prawem, związał właśnie przeznaczeniem nienarodzone dziecko pary z Cintry.
Piętnaście lat przed zaręczynami Pavetty król Roegner, ratowany z jaru w Erlenwaldzie, zaprzysiągł swojemu wybawcy, Jeżowi, nagrodę wedle Prawa Niespodzianki: to, co zostawił w domu, o czym nie wiedział i czego się nie spodziewał. W domu zastał Calanthe w połogu. Do przysięgi przezornie wprowadził warunek: spełni się tylko wtedy, gdy samo dziecko wyrazi zgodę.
Gdy łucznicy Filavandrela mierzą już do związanych skazańców (a Torque zasłania ich własnym ciałem), na polanę wchodzi Lille. I nie jest to chuda wiejska dziewczyna w zgrzebnej sukience, lecz promienna, złotowłosa Królowa Pól w girlandach kwiatów i kłosów, z jelonkiem i jeżem u boku. Elfy klękają jeden po drugim, wymawiając z czcią imię Dana Méadbh. Po niemej wymianie myśli z Odwieczną Filavandrel daruje Geraltowi i Jaskrowi życie, elfy odchodzą w góry na wschodzie, a Toruviel oddaje poecie własną lutnię w miejsce roztrzaskanej. Lille zostaje wśród ludzi. Geralt zdradza z niemej rozmowy tylko tyle, że mówiła o nadziei: wszystko się odnawia i nie przestanie się odnawiać.
Pościg za silvanem kończy się w chmielu zasadzką: Toruviel rozjeżdża Geralta koniem i ogłusza go, a wiedźmin z Jaskrem budzą się związani na leśnej polanie. Tam wychodzi na jaw sekret diabła: Torque na polecenie elfów wykrada w dolinie ziarno, sadzonki i wiedzę rolniczą dla głodujących w górach Aén Seidhe. Filavandrel skazuje obu świadków na śmierć, nie z zemsty, lecz z konieczności: nikt nie może się dowiedzieć, dla kogo silvan pracuje. Toruviel zdąży jeszcze roztrzaskać lutnię Jaskra o sosnę i zapłacić za jeńcze kopniaki złamanym nosem, nim łucznicy staną naprzeciw skazańców.
W walącej się gospodzie Errdila Yennefer przegrywa walkę ze schwytanym dżinnem, bo, czego nie wie, geniusz spełnia życzenia nie Jaskra, lecz Geralta, który miał pieczęć (dwa już wykorzystał: bezwiedny „egzorcyzm" nad rzeką i „żebyś pękł" w lochu). Wiedźmin wraca po czarodziejkę chwiejnym portalem i zamiast uciec, wypowiada nad nią trzecie, ostatnie życzenie: jedyne, którego czytelnik nie słyszy. Dom eksploduje, wolny dżinn odlatuje na zawsze, a oboje ocaleją w kręgu nietkniętym przez gruzy, jakby chroniła ich niewidzialna tarcza. Yennefer, która życzenie słyszała, nie wie, czy w Naturze jest Moc zdolna je spełnić. Ale jeżeli jest, Geralt „skazał się" na nią. Ich losy zostają związane; kapłan Krepp odgadł mechanizm, nim życzenie padło: uratować oboje mogło tylko życzenie wiążące los wiedźmina z losem czarodziejki.
Poranny połów nad rzeką wyciąga zamiast ryby kamionkową amforę z zapieczętowanym czopem. Jaskier, pewny, że w środku siedzi sługa od trzech życzeń, nie słucha ostrzeżeń. Dzban upada w szamotaninie i uwalnia dżinna, który zamiast spełniać życzenia rzuca się poecie do gardła i poraża mu krtań. Geralt, z mosiężną pieczęcią dzbana w pięści, przepędza stwora plugawym „egzorcyzmem", nieświadom, że pieczęć czyni panem życzeń właśnie jego i że pierwsze z trzech właśnie bezwiednie wypowiedział.
Na leśnej polanie pod świątynią zakon Białej Róży dopada wreszcie Geralta z rzuconą niegdyś rękawicą i z pułapką bez wyjścia: za odmowę pojedynku stryczek, za zranienie Taillesa, ulubieńca księcia, areszt i kara. Wiedźmin znajduje wyjście trzecie: nie paruje ani jednego ciosu, a wybitego z rytmu rycerzyka pokonuje uderzeniem w klingę, tak że odbite własne ostrze masakruje Taillesowi twarz. Dennis Cranmer, wykonujący rozkazy co do joty, ogłasza werdykt: wiedźmin nie dotknął rycerza, szczeniak uderzył się o własne żelazo. Upokorzony Falwick każe Geraltowi opuścić Ellander i blednie, gdy ten na odchodne obiecuje, że jeśli zakon tknie kapłanki Melitele albo kapitana Cranmera, spuści z hrabiego krew jak z wieprzka.
Przy pożegnaniu na świątynnym dziedzińcu ręka Ioli styka się z ręką Geralta. Przez dziewczynę przechodzi wizja, przed którą wiedźmin bronił się od początku ramy: krew, łamane kości, ciało darte przez wielkie, najeżone kolcami łapy i ostre zęby, krzyk bezwstydny w bezwstydzie końca. Śmierć. Iola pada w konwulsjach; Nenneke przerywa trans, nim dziewczyna zdąży cokolwiek wypowiedzieć. Kapłanka widziała wizję przez chwilę i prosi, by Geralt nie jechał. On widział ją także. Nie pierwszy raz. Wyjeżdża mimo to, bo „nie ma sensu oglądać się za siebie".
O złotego smoka biją się na hali wszyscy ze wszystkimi. Najpierw Rębacze tłuką i wiążą jego obrońców: Dorregaraya, Geralta i Jaskra. Po zdradzieckiej kuli Yarpena do koła wozu trafia i Yennefer. Potem smok sam schodzi na obóz i gruchocze Rębaczy jak wcześniej Eycka. Wreszcie na halę wtaczają się wozy hołopolskiej milicji Kozojeda: spętanego sieciami smoka ratują Zerrikanki Tea i Vea oraz, mimowolnie, sama Yennefer, która z rękami przywiązanymi do koła ciska zaklęcia wyprężoną nogą, zamieniając milicjantów w żaby, gęsi i pasiaste prosięta (więzy przepalił jej Znakiem Igni Geralt). Smok rwie sieci i pożera uciekającego Kozojeda: trucicielowi spod Hołopola nie daruje. Wszystkim pozostałym, choć leżą pokotem, daruje życie.
Gdy nad pokonaną Yennefer staje szabla Vei, pada rozkaz ludzkim głosem, z ust siedzącego na kamieniu Borcha Trzy Kawki: „Nie będziemy zabijać pani Yennefer". Borch i złoty smok Villentretenmerth to jedno: smoki złote, wbrew temu, co twierdził Geralt, istnieją i potrafią przybrać każdą postać. Villentretenmerth wyjaśnia, że wezwała go otruta smoczyca Myrgtabrakke, a zapłatą za obronę jest jej smoczątko: cel z końca drogi, dzięki któremu udowodni, że granic możliwości nie ma, bo potwory potrzebują dziś obrońcy, „takiego… wiedźmina". Na pożegnanie zostawia Geraltowi i Yennefer wróżbę: są dla siebie stworzeni, ale nic z tego nie będzie.
Gdy na pastwiska pod Hołopolem zaczyna zlatywać zielona smoczyca Myrgtabrakke, sprawę „załatwia" lud: szewc Kozojed podrzuca jej owcę wypchaną ciemierzycą, wilczymi jagodami, blekotem, siarką i szewską smołą. Podtruta smoczyca odlatuje do jaskiń w Górach Pustulskich. Wieść o smoku i jego skarbcu ściąga w góry króla Niedamira z najsłynniejszymi smokobójcami Północy, od Rębaczy z Crinfrid po krasnoludy Yarpena Zigrina. Nikt z nich nie wie, że osaczona smoczyca zdążyła wezwać na pomoc obrońcę.
Złoty smok Villentretenmerth zagradza wyprawie drogę do północnego kanionu i, rzecz niesłychana, przemawia: każdego, kto nie uszanuje zakazu, wyzywa na honorowy pojedynek na broń konwencjonalną. Staje Eyck z Denesle, ogłoszony naprędce „kopią i mieczem" króla Niedamira; heroldem zostaje Yarpen Zigrin, bo ma głos jak buhaj. Szarża jest mistrzowska, ale smok uchyla się od grotu z kocią gracją, podcina konia i jednym pociągnięciem łapy zmiata rycerza z siodła. Eyck kończy z nogami połamanymi własną kopią. Klęska najlepszego zawodnika zmienia wszystko: Niedamir zwija wyprawę i wraca do Caingorn, a Rębacze zrywają umowę i ruszają na smoka na własny rachunek.
W noc przed umówionym pojedynkiem Yennefer opuszcza Aedd Gynvael, nie wybrawszy żadnego z rywali, bo tylko tak może ocalić obu. Każdemu zostawia pożegnalny list, przyniesiony o świcie przez czarną pustułkę stworzoną magią twórczą: są dary, których nie wolno przyjmować, jeśli nie potrafi się ich odwzajemnić czymś równie cennym, a „prawda jest okruchem lodu". Istredd listu nie przyjmuje do wiadomości i mimo wszystko żąda walki przy studni Zielony Klucz; Geralt odmawia i odchodzi, nie dobywszy miecza. Wiedźmin rusza w swoją stronę z wiedzą, której dłużej nie może zaprzeczać: robota przy pozbawianiu go uczuć została spartaczona, a droga jego sań wciąż jest zaplątana w płozy sań Królowej Zimy.
Przy wykopaliskach pod południowym wałem Aedd Gynvael dwaj rywale przestają się zwodzić. Istredd dopiero co odkrył, że Yennefer od lat krąży między nim a Geraltem „jak szmaciana piłeczka". Skoro czarodziejka nie ma zamiaru wybierać, załatwią to za nią: musi zostać jeden. Pojedynek staje na honorowych warunkach: twarzą w twarz, nazajutrz, dwie godziny po wschodzie słońca, przy studni Zielony Klucz. Umówiwszy śmiertelną walkę, obaj przyznają, że czują się jak ostatni kretyni, i obaj wiedzą, że zwycięzca będzie musiał uciekać przed gniewem Yennefer na koniec świata. Żaden nie przewiduje tylko jednego: że czarodziejka uprzedzi ich obu.
Nad zrolowanym w kilim dopplerem pochyla się Chappelle, sam, bez eskorty, i szepcze: „Dudu, kopiuj Biberveldta, szybko". Tak wychodzi na jaw największy sekret Novigradu: groźny namiestnik do spraw bezpieczeństwa też jest dopplerem, bo prawdziwego Chappelle dwa miesiące wcześniej trafił szlag, a podmiany nikt nie zauważył. Dainty przedstawia Dudu światu jako swojego kuzyna i mianuje go faktorem w Novigradzie, tym chętniej, że „bezsensowne" zakupy stwora okazują się interesem życia: tran, wosk i olejek zabarwiony koszenilą, rozlane do sześciuset misek z zatopionym sznurem, to znicze na nowe ołtarze Wiecznego Ognia, sprzedane kapłanom po cztery korony sztuka i, jako sprzedaż na święty cel, wolne od podatku. Kompania świętuje w „Passiflorze", na koszt Biberveldtów.
Na nocnym postoju o dzień drogi od Novigradu kupiec Dainty Biberveldt spotyka we mgle samego siebie: dopplera Dudu, który ogłusza go ciosem w łeb i porzuca w gąszczu, po czym w jego postaci jedzie do miasta z jego dwunastoma końmi. Przez trzy dni stwór żyje życiem kupca tak wiernie, że nie poznają się na nim ani znajomi, ani Jaskier, ani bankier Vivaldi, a skopiowany kupiecki geniusz Biberveldta obraca skradzione pieniądze w rosnącą lawinowo fortunę. Prawdziwy Dainty dowleka się do Novigradu akurat na czas, by zdemaskować sobowtóra w karczmie „Pod Grotem Włóczni" i by urząd wezwał go do zapłaty podatku od interesów, o których nie ma pojęcia.
Pościg za dopplerem przetacza się przez zatłoczony Zachodni Bazar Novigradu: Geralt Znakiem Aard kładzie namiot rzeźni i osacza Dudu w chłodni bez drugiego wyjścia. Tam stwór próbuje najpierw walczyć jako drugi wiedźmin (lustrzany młyniec przeciw lustrzanemu młyńcowi), a po przegranym pojedynku na słowa („umiesz skopiować tylko to, co w nas dobre") odchodzi w postaci Jaskra, pewien, że Geralt nie zabije go z zimną krwią. Wiedźmin rzeczywiście chowa miecz, ale dopplera i tak pojmuje przypadek: Vespula bierze fałszywego Jaskra za prawdziwego i ogłusza go ciosem patelni, a Geralt zwija tracącego postać stwora w zerwany ze straganu kilim.
Korzystając z wielkiego odpływu, Geralt z Jaskrem dochodzą suchą nogą po dnie do Smoczych Kłów i odkrywają, że kamienna półka urywa się tam ogromnymi blokami białego marmuru: Schodami wiodącymi w czarną głębię, które bard bierze za wejście do zatopionego Ys. Z otchłani bije dzwon, a z piany wynurzają się ryboludzie w hełmach i zbrojach z zaśniedziałej miedzi, uzbrojeni w kosopodobne ostrza i włócznie. Geralt kładzie napastników cięciami i wygrywa formalny pojedynek z rybiookim mistrzem szabli, lecz przed nadciągającą całą gromadą ratuje go dopiero ucieczka przed czołem przypływu. W podwodnej kotłowaninie zostaje ranny w lewe przedramię i wyrywa się ogłuszającym Znakiem. Pościg zatrzymuje Sh'eenaz, nadpływająca na grzbiecie delfina z konchą zamiast rogu bojowego; jej pożegnalne ostrzeżenie brzmi: morze nie jest dla was. Odkrycie rozumnej rasy z głębin niczego w Bremervoord nie kończy: Agloval nie wierzy, nie płaci i zapowiada łuczników przy każdej łodzi poławiaczy. Na radę, by zostawić morze jego mieszkańcom, odpowiada, że ludzie zejdą Schodami i wezmą z oceanu wszystko, choćby miał stać się czerwony od krwi.
Spór zakochanych, w którym żadne nie chciało się poświęcić (syrena Sh'eenaz odmawiała nóg, książę Agloval ogona), kończy sama syrena, i to w wielkim stylu. W środku książęcej tyrady o podboju oceanu do sali wchodzi Sh'eenaz na ludzkich nogach, wyczarowanych bezboleśnie przez morszczynkę, w sukni koloru morskiej wody i koralowym diademie; wbrew balladowym schematom Jaskra nie straciła przy tym głosu: mówi najczystszą wspólną mową. Klęczącemu księciu wyjaśnia przy całym dworze, że też go kocha, głupka. A co to byłaby za miłość, gdyby kochającego nie było stać na trochę poświęcenia.
Łódź poławiaczy pereł z Bremervoord wypływa po raz pierwszy poza zwykły teren, za przylądek, ku wulkanicznym rafom zwanym Smoczymi Kłami, i nie wraca na wieczór. Wysłane skify znajdują ją dryfującą: po siedmiorgu ludziach załogi (dwóch żeglarzach i pięciorgu nurkach) nie ma śladu, za to cały pokład jest zabryzgany krwią wzdłuż i wszerz. Relacjonujący sprawę włodarz Zelest i książę Agloval wykluczają piratów i konkurencję: takich tu nie ma, a nożowa rozprawa nie kończy się zniknięciem wszystkich co do jednego. Na ludzi pada blady strach, port zamiera, z przystani nie wychodzą nawet kogi i galery. Książę wynajmuje Geralta, by rozprawił się z „morskim potworem", i zakazuje plotek; miasteczko i tak szepcze po kątach, że to zemsta rozjuszonej syreny.
Cienki, rozpaczliwy krzyk ściąga Geralta i Braenn na polanę, gdzie olbrzymi yghern osacza małą istotkę w szarym kubraczku. Wiedźmin biodrem odrzuca ofiarę w krzaki i wiąże walką potwora, którego pancerza nie bierze miecz. Gdy wij oplata mu nogi, Braenn w nieprawdopodobnym tempie przygważdża stwora strzałami do pnia, aż Geralt jednym cięciem odrąbuje mu łeb. Uratowana okazuje się ludzką dziewczynką o popielatych włosach i zielonych oczach: to Ciri, księżniczka zbiegła sprzed ślubu w Nastrogu. Geralta nie opuszcza natrętna myśl, że już ją gdzieś widział. Braenn orzeka twardo: dziewczynka weszła do Brokilonu, więc jest ich. Wszyscy troje ruszają do Duén Canell, gdzie o losie małej zdecyduje pani Eithné.
W Drzewie Eithné (trzech zrośniętych, trzystuletnich dębach) Pani Brokilonu urządza Geraltowi lekcję przeznaczenia. Braenn wnosi srebrny puchar z nekropolii Craag An ze Starszymi Runami: „Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym z nich jesteś ty". Ciri, którą Eithné nazywa Dzieckiem Starszej Krwi z przepowiedni, wypija Wodę Brokilonu, truciznę odbierającą porwanym dziewczynkom pamięć… i nie dzieje się nic. Zapytana, odpowiada dźwięcznie, że nie chce zostać w lesie: chce podążyć za swoim przeznaczeniem, którym, jak sama powiedziała driadzie, jest Geralt. Wiedźmin, przekonany o mistyfikacji, na wyzwanie Eithné wypija resztę pucharu, pewny odporności na halucynogeny. Tonie w wizjach: Cintra sprzed dziesięciu lat, Calanthe z różą i obietnicą „twoje przeznaczenie będzie czekało", Yennefer w ogniach Belleteyn łkająca „za mało; trzeba czegoś więcej" i Calanthe w zakrwawionej zbroi, mówiąca, że śmierć, nie mogąc doścignąć wiedźmina, zadowala się innymi. Rano Geralt i Ciri budzą się wolni na skraju lasu. Wiedźmin wie już, że uratowana dziewczynka to córka Pavetty, wnuczka Calanthe: jego Niespodzianka.
Przy obozowym ognisku Myszowór kładzie przed Geraltem wszystko: drogi wiedźmina i Ciri skrzyżowały się po raz trzeci, więź wokół dziecka-niespodzianki jest niezwykła sama w sobie, a zlekceważona może się objawić straszniej. Niech Geralt zabierze małą i zrobi z tego zdrową więź dziecka i opiekuna, a druid sam wytłumaczy to Calanthe. Dziewczynka już wybrała: usnęła dopiero przytulona do wiedźmina i przez sen mruczy jego imię. Geralt odmawia. Wie, że własnego dziecka nie będzie miał nigdy, i rezygnuje także z tego. W przeznaczenie nie wierzy, bo jedyne, co przeznaczone jest wszystkim, to śmierć: drugie ostrze miecza, które nie może doścignąć jego, więc zadowala się innymi. Odjeżdża przez wrzosowisko, a ze szczytu wzgórza biegnie za nim cienki, coraz rozpaczliwszy krzyk Ciri: „Nie odchodź! Nie uda ci się! Jestem twoim przeznaczeniem!".
Tuż za granicą Brokilonu Geralt i Ciri wpadają na oddział w barwach Verden zgromadzony wokół wymordowanego kupieckiego taboru. Leśniczy Junghans „czyta ze śladów" napad driad, Brick grzmi „krew za krew", a oddział czeka tylko na druida-przewodnika, by ruszyć w las z karną ekspedycją Ervylla. Wiedźmin widzi jednak dobitych nożami kupców i krew na rękach Levecque'a. Mistyfikację głośno obnaża Ciri: sosnę na zasieku ZRĄBANO siekierą, czego driada nie zrobiłaby nigdy. Gdy ręka mordercy pełznie do sztyletu, Geralt uderza pierwszy: powala Levecque'a, zabija Bricka i kosookiego dowódcę, po czym w pojedynku, markując oślepienie słońcem, otwiera zabójcy tętnicę szyjną. Junghans pada ze strzałą driad w karku, a grad strzał z czarnej ściany lasu kosi resztę oddziału; uciekającym drogę zamyka las-iluzja Myszowora. Prowokacja, która miała wciągnąć króla Venzlava w wojnę z Brokilonem, kończy się na piachu gościńca, razem z całą ekspedycją.
Bitwa, o której mówi się, że była głośna na cały świat, stoczona rok przed przyjazdem Geralta na Zarzecze, gdy pochód Nilfgaardu toczył się już przez ziemie nad Jarugą i zdawało się, że Czarni obrócą wszystko w pustynię. Na wzgórzu zwanym wtedy Kanią Górą stanęło do walki dwudziestu dwóch czarodziejów. Ziemia stawała dęba, ogień lał się z nieba jak deszcz, biły pioruny, ale czarodzieje zmogli Czarnych i złamali Potęgę, która ich wiodła. Czternastu z nich położyło życie w obronie ludzi z Soddenu i Zarzecza. Jak mówi kupiec Yurga: nie sztuka ginąć wojakowi, ale czarodzieje przecież mogą żyć, jak długo zechcą. I nie zawahali się. Ich imiona, wykute runami na obelisku na Górze Czternastu, zna dziś każde okoliczne dziecko. Jest wśród nich imię wesołej, kasztanowowłosej Triss Merigold, którą wiedźmin znał i lubił. Na wzgórze okolica nosi kwiaty, a w noc Belleteyn płonie tam ogień, który ma płonąć po wiek wieków. Bo takie życie w ludzkiej pamięci to, jak mówi Yurga, coś więcej.
Na przegniłym moście nad uroczyskiem grzęźnie wóz kupca Yurgi. Dno tego wąwozu od czasu wojny zaściela cmentarzysko kości tych, co skracali tędy drogę. Geralt każe mu uciekać, a błagany o ratunek żąda w zamian starej formuły Prawa Niespodzianki: kupiec da mu to, co w domu zastanie, a czego się nie spodziewa. Po zmroku z wąwozu wypełzają potwory: karłowate, chude jak kościotrupy stwory o żabich paszczach. Na moście wybucha rzeź. Wiedźmin po eliksirze tnie w kotłowaninie, ścina łeb bestii, która dopadła karku Yurgi, aż cały kłąb walczących przetacza się przez krawędź w dół, na kości. Po wizgach i skowycie zostaje tam tylko cisza. Geralt wychodzi spod mostu o własnych siłach, ale z udem pogryzionym do kości; ledwie uchwyci się wozu, pada zemdlony. Teraz to Yurga ratuje jego: opatruje, kładzie na wóz i gna ku ludzkim sadybom, powtarzając, że nie zostawi człowieka jak psa.
Na podwórku kupca Yurgi domyka się to, przed czym Geralt uciekał przez dziesięć lat. Złotolitka wyznaje mężowi, że pod jego nieobecność przygarnęła od druidów wojenną sierotę: dziewuszkę, która nie chce mówić, skąd jest. Yurga blednie: oto coś, czego się w domu nie spodziewał, a zarazem dokładnie to, co na moście przyrzekł wiedźminowi. Zza synów kupca wychodzi mała, popielatowłosa istotka o oczach zielonych jak wiosenna trawa i z przenikliwym krzykiem „Geralt!" biegnie przez podwórko. Ciri, ocalała z rzezi Cintry, o której los wiedźmin nie śmiał już pytać, wtula się w niego z płaczem: wiedziała, zawsze wiedziała, że ją odnajdzie. Teraz będą razem na zawsze. Na jej pytanie, które słyszała od wszystkich („jestem twoim przeznaczeniem?"), Geralt, który w Brokilonie od przeznaczenia odjechał w mrok, odpowiada słowami Yennefer: samo przeznaczenie to za mało. „Jesteś czymś więcej, Ciri. Czymś więcej".
Armie Nilfgaardu przechodzą przełęcze i w dolinie Marnadal otaczają wojska Cintry. W całodniowej bitwie król ginie, a Calanthe nie dopuszcza do rozsypki: zbiera wokół sztandaru, kogo może, przebija się z pierścienia i broni przeprawy, osłaniając odwrót do miasta. Bije się jak mężczyzna, aż podczas szarży na piechotę kłują ją pikami. Miasto nie ma już kim się bronić; resztka rycerstwa z rodzinami barykaduje się w zamku, którego bramę nilfgaardzcy czarownicy rozwalają w pył. Gdy po czterech dniach pada i chroniony magią stołb, zdobywcy nie zastają w nim nikogo żywego: kobiety zabiły dzieci, mężczyźni kobiety. Ciężko ranna królowa, której nikt nie chciał dobić, dopełzła do blanków i skoczyła głową w dół. O tym wszystkim Geralt dowiaduje się rok przed przyjazdem na Zarzecze od Jaskra, w panice ucieczki za Jarugę. Poeta nie słyszał nic o dziesięcioletniej wnuczce królowej; wiadomo tylko, że kobiety i dzieci znaczniejszych rodów broniły się właśnie w stołbie, z którego nie ocalał nikt.
Równo sześć lat po uczcie zaręczynowej Pavetty Geralt staje w Cintrze po swoje dziecko-niespodziankę. I rezygnuje. Calanthe gra z nim twardo: każe wybrać jedno z dziesięciorga dzieci bawiących się w fosie, a przyciśnięta odsłania prawdę, bo wie o Próbie Traw i o tym, że przeżywa ją najwyżej czworo na dziesięcioro. Geralt trafnie zgaduje (na chybił trafił, jak potem przyzna), że wśród dzieci w fosie nie ma „syna Pavetty", i wyznaje królowej, dlaczego naprawdę nie wybierze: nie wierzy w przeznaczenie, a gdy nie jest pewien, boi się. Zrzeka się nieodwołalnie, bo by złączyć dwoje ludzi, trzeba czegoś więcej niż przeznaczenie. Calanthe żegna go różą wziętą z jego rąk, obietnicą, że przeznaczenie będzie czekało, gdyby zmienił zdanie, i słowami, których wtedy nie rozumie: gdyby wybrał prawidłowo, przekonałby się, że przeznaczenie, z którego drwi, okrutnie zadrwiłoby z niego.
Po występie pod dębem Bleobherisem Jaskra odnajduje w przybytku Mamy Lantieri człowiek przedstawiający się jako Rience: najpierw kusi sakiewką, potem grozi, a gdy poeta próbuje uciec sekretnym przejściem, paraliżuje go zaklęciem. W chlewie, z ramionami wyłamywanymi powrozem i cebrem wapna u stóp, Jaskier zeznaje, co wie o Geralcie i Dziecku Niespodziance. Rience zmierza do sedna: gdzie ukrywa się wiedźmin? Odsiecz przychodzi w ostatniej chwili: Yennefer, która incognito słuchała występu i pojechała za poetą, zabija obu pomocników oprawcy, lecz sam Rience umyka przez złoty portal, otwarty z zewnątrz przez kogoś nieporównanie mocniejszego. Czarodziejka zdąża posłać w ślad za nim żar, który na długo naznaczy uciekiniera poparzeniami. Z przesłuchania wynika groźna prawda: ktoś szuka Ciri i gotów jest torturować, by ją znaleźć, a sądząc po mowie i motylkowym sztylecie, stoi za tym nilfgaardzki mocodawca. Ostrzeżony Jaskier ma zniknąć na dworze redańskim, pod opieką wywiadu Dijkstry.
Po długiej drodze przez góry Geralt przywozi odnalezioną Ciri do Kaer Morhen: zrujnowanej twierdzy wiedźminów, jedynego domu, jaki ma, i najbezpieczniejszego miejsca, jakie zna. Wrota otwiera Eskel, witając Geralta krótkim „Żyjesz, Wilku" i słysząc równie krótkie „Żyję". W halli przy palenisku czekają zimujący: Vesemir, Lambert i Coën. Przerażona ruinami, szczurami i czarnymi sylwetkami na tle ognia dziewczynka staje przed obcymi. Wtedy Geralt, zapytany, kim jest to dziecko, zaczyna „Jest moim…", zająkuje się i kładzie jej dłonie na ramionach. Strach znika bez śladu. Wiedźmin mówi: „Ona jest naszym przeznaczeniem", a Dziecko Niespodzianka zostaje w Wiedźmińskim Siedliszczu na zimę, pod opieką ostatnich wilków ze Szkoły.
Przy fosie Kaer Morhen, wypełnionej czaszkami pomordowanych przed laty wiedźminów, Ciri na oczach Triss Merigold zapada w sen na jawie i przemawia obcym, metalicznym głosem. Głos nazywa czarodziejkę czternastą ze Wzgórza i oświadcza, że przecież umarła na Wzgórzu; każe jej zawrócić i zabrać dziecko, Dziecko Starszej Krwi, „by oddać je tym, do których należy", bo inaczej upomni się o nią zbiorowa mogiła i obelisk z jej wykutym imieniem. Chwilę później aura znika bez śladu, a Ciri niczego nie pamięta. Diagnozę Triss stawia w niecałe pół godziny i wykłada ją wiedźminom jako trzecią, najważniejszą ze swoich rad: dziewczynka jest Źródłem, medium o bardzo niepokojących, niekontrolowanych zdolnościach. To właśnie ten strach, przyznaje Vesemir, był jedynym prawdziwym powodem, dla którego ściągnięto czarodziejkę do twierdzy: wiedźmini zauważyli, że ich Niespodzianka jest bardziej niespodziewana, niż sądzili, i że bez pomocy magii sobie z nią nie poradzą.
W noc Midinváerne, Dnia Zimowego Przesilenia, Triss Merigold świadomie podaje Ciri kielich Białej Mewy i przez szafirowy amulet nawiązuje kontakt psychiczny z dziewczynką pogrążoną w transie. W wizji czarodziejka widzi Wzgórze pod Sodden i schodzący po zboczu szereg zmarłych, a Ciri z krwawiącą od róży z Shaerrawedd dłonią mówi o marmurowych schodach w otchłań, o Dziecku Starszej Krwi i o czarnym rycerzu z piórami na hełmie. Potem ustami dziewczynki zaczyna mówić ktoś inny: metaliczny, zimny głos, który nazywa Triss Czternastą i drwi z jej Czaru Identyfikacji, rozbijającego się o niekończące się kurtyny. Głos oświadcza, że Ciri nie jest dzieckiem: jest Białym Płomieniem, od którego zajmie się i spłonie świat, Starszą Krwią, Hen Ichaer, ziarnem, które nie wykiełkuje, lecz wybuchnie płomieniem, krwią, która będzie skalana, gdy nadejdzie Tedd Deireádh, Czas Końca. Wcześniejsze transy, o których wiedźmini opowiedzieli Triss tego samego wieczora, wywieszczyły śmierć Coënowi i Geraltowi. Wnioski z nocy Przesilenia wyznaczają dalszą drogę: Triss zostaje w twierdzy czuwać przy Ciri do wiosny, wiosną mała ma trafić do świątyni Melitele w Ellander, a Geralt, za radą Triss, ma zwrócić się o pomoc do zdolniejszej i bardziej doświadczonej czarodziejki: do Yennefer.
Komando Scoia'tael atakuje na leśnym szlaku nieopodal Shaerrawedd konwój komisarza Wencka, wiozący rzekomo sekretną pomoc króla Henselta dla Aedirn. O ataku ostrzega Geralta wizja Ciri: dziewczynka, ukłuwszy się różą z Shaerrawedd, nieswoim głosem wylicza imiona umierających. W bitwie wśród płonących wozów Yarpen Zigrin zabija Wiewiórkę-krasnoluda, który zarąbał wahającego się przed pobratymcem Pauliego Dahlberga; ginie też Yannick Brass, a Ciri, ratując ranną Triss, sama uchodzi śmierci tylko dlatego, że atakująca ją elfka waha się na widok białej róży przypiętej do kubraczka i pada z ręki Geralta, który tego dnia przestaje być neutralny. Bitwę rozstrzyga odsiecz Fredegarda z Ban Gleán. Prawda wychodzi na jaw wśród rozbitych beczek: zamiast złota i srebra konwój wiózł polne kamienie i od początku był pułapką, lecz nie na Wiewiórki. Król kazał sprawdzić lojalność krasnoludzkiej eskorty. Umierający od haczykowatych strzał Wenck zdejmuje ostatnim meldunkiem podejrzenia z Yarpena, a Geralt kładzie różę z Shaerrawedd na ciele elfki, żegnając ją słowami „i wybacz nam".
Pod Grabową Buchtą na Delcie Pontaru na szkutę Kompanii Malatiusa i Grocka wdziera się oddział podszywający się pod temerską Straż: łysy herszt żąda wydania Geralta i szuka podróżującej z nim jakoby dziewczyny, a gdy celnicy Olsena stawiają opór, bierze za zakładnika małego Everetta. Wiedźmin oddaje się w ręce napastników w zamian za chłopca i wtedy do gry wchodzi żagnica: potwór wciąga pod wodę strażnika, a walka o tonącego Everetta i o własną nogę kosztuje Geralta but, spodnie i niemało skóry. Napastnicy giną co do jednego: część z rąk wiedźmina i celników, herszta pożera na oczach wszystkich druga, większa żagnica, którą zachwycony Linus Pitt ochrzci w księgach Everetia maxiliosa pitti. Prawda o napastnikach wychodzi na jaw dopiero w Oxenfurcie: jak ujawnia Dijkstra, nie byli to ludzie Rience'a, lecz agenci tajnej służby króla Foltesta, a ich śmierć czyni z wiedźmina dłużnika redańskiego szpiega, który jako jedyny może sprawę z Temerią załagodzić.
Na zamku Hagge zbiera się w tajemnicy pięcioro monarchów Północy: Vizimir, Foltest, Demawend, Henselt i Meve. Diagnoza jest wspólna: Nilfgaard czeka, aż Północ zadusi się lawiną, którą sam poruszył, od komand Scoia'tael po kaznodziejów Białego Płomienia, a czas pracuje dla wroga. Plan działania układa się z pomysłów Foltesta: odebrać Czarnym Cintrę, uderzając pierwsi, a wobec oporu czarodziejów sprowokować Nilfgaard do „agresji" incydentem granicznym w Dol Angra; ostrzem sulicy będą cintryjscy emigranci Vissegerda. Rachuby rozbijają się o Lwiątko, zaginioną wnuczkę Calanthe: bez krwi królowej Cintra nie uzna nikogo, a dziewczynki szuka już ktoś, kto nie cofa się przed torturami, i nikt przy stole nie przyznaje się do jegomościa nazwiskiem Rience. Gdy pada spostrzeżenie, że najgroźniejszym kandydatem do ręki Lwiątka jest sam nieżonaty Emhyr var Emreis, zapada dwuczęściowy wniosek: dziewczynkę trzeba odnaleźć, ale nie może wpaść w niewłaściwe ręce żywa. Jeśli Lwiątko przeżyło, musi umrzeć. Racja stanu. Królowie milczą i nikt nie protestuje.
Nocna pułapka, w której obie strony polują na siebie nawzajem. Geralt z pomocą Shani, Jaskra i Filippy Eilhart dostaje się do domu znachora Myhrmana i wymusza uaktywnienie amuletu wzywającego Rience'a; nie wie, że amulet zarazem ostrzega właściciela. Rience przychodzi więc z eskortą czterech zawodowych morderców, braci Micheletów. Wiedźmin na bojowym eliksirze zabija całą czwórkę, a uciekającego czarownika dopada przed rozbłysłym na murze owalem teleportu i okłada pięściami („prezent od Yennefer już masz, teraz dostaniesz mój"), wypytując, kto go nasłał. Bitwę rozstrzyga jednak Filippa. Najpierw klęka przy konającym Toublancu, łagodnym głosem wydobywa z niego imię, którego Geraltowi poznać nie wolno, i dobija rannego sztyletem. Potem, gdy zraniony stalowymi kolcami Rience'a wiedźmin mimo wszystko dogania uciekiniera, obezwładnia Geralta świetlistymi cęgami i pozwala czarownikowi zniknąć w teleporcie, by ten nie wyjawił, dla kogo pracuje. Na koniec ostrzega: wiedźmin przygarnął nie dziewczynkę, lecz płomień, od którego może zapłonąć świat. Ranny Geralt odpowiada własnym ostrzeżeniem: ktokolwiek odważy się skrzywdzić Ciri, skończy jak ci czterej.
Na prośbę Geralta do świątyni Melitele przyjeżdża Yennefer, by zbadać zdolności Ciri i pomóc jej nad nimi zapanować. Zaczyna się od wzajemnej niechęci i buntu, ale pakt absolutnego posłuszeństwa i absolutnej, obustronnej szczerości zmienia wszystko. Testy potwierdzają to, co czarodziejka wiedziała od pierwszego spojrzenia: dziewczynka ma zdolności, jakich nie widuje się prawie nigdy (rozmowę telepatyczną podejmuje, nawet tego nie zauważając). Przy pradawnym głazie na przecięciu żył mocy Yennefer wymusza na niej ostatni koszmar i wykłada, dlaczego Chaos zsyła jej sny: boi się Dziecka Starszej Krwi i chce nim rządzić strachem. Potem przychodzą miesiące prawdziwej edukacji: gesty i formuły, czerpanie mocy z intersekcji (pierwsza próba kończy się krwotokiem z nosa i awanturą z Nenneke), psychokineza z rozniesioną w drzazgi szopą, księgi, rozmowy o dojrzewaniu i o Cintrze. Koszmary ustają. A między surową mistrzynią a upartą uczennicą rośnie więź, na którą żadna nie ma nazwy, dopóki przy tamowaniu krwi Yennefer nie powie do Ciri: „córeczko".
Gdy do Yennefer docierają wreszcie listy, na które czekała od dawna, czarodziejka i Ciri opuszczają świątynię Melitele: wyjeżdżają wczesnym rankiem, obie w męskich strojach podróżnych, w kapturach kryjących włosy, obie uzbrojone. Dokąd i po co jadą, Ciri nie wie; Jarremu powiedziała tylko, że chodzi o sekretne sprawy czarodziejek. Żegna je jedynie Nenneke, która prosi Yennefer, by chroniła małej jak źrenicy oka, i nie patrzy na chmary wron ciągnące ku Dolinie Pontaru. Na pożegnanie kapłanka mówi głośno to, o czym szepcze cała Północ: nadchodzą złe czasy i może się okazać, że Ithlinne wiedziała, co przepowiada. Nadchodzi Czas Miecza i Topora, Czas Pogardy i Wilczej Zamieci. Ciri woła z siodła, że wróci na pewno, i to niedługo. Nie wie, jak bardzo się myli.
W lasach nad Pontarem trzyosobowy patrol Scoia'tael wypatruje z ukrycia samotnego jeźdźca: królewskiego gońca Aplegatta, wiozącego Demawendowi ostrzeżenie, od którego może zależeć wojna. Toruviel protestuje (mieli prowadzić zwiad, a trup na drodze ściągnie wojsko i obstawę brodów), ale Yaevinn ucina spór i strzela z odległości dobrych stu pięćdziesięciu kroków. Strzała jest „cicha", lotkowana długimi szarymi piórami, a jej trójbrzeszczotowy grot wkręca się w ciało jak śruba. Aplegatt umiera natychmiast, na gorącym od słońca piasku drogi, nie usłyszawszy niebezpieczeństwa: dokładnie tak, jak na rozstaju koło Zavady wywieszczyła mu zmienionym głosem zaspana, zielonooka dziewczynka, mówiąc o szarych piórach i gorącym piasku ze snu. Wstrzymane posłanie królów, „ktoś zdradził, Płomień czeka na pretekst", nigdy nie dotrze do adresata.
Trzej najemni mordercy, Ralf Blunden zwany Profesorem, Heimo Kantor i Krótki Yaxa, jadą śladem Yennefer i podróżującej z nią dziewczynki. W zajeździe w Anchor, na trakcie ku Gors Velen, dogania ich jednak ktoś, kto zrobił ten sam rachunek szybciej. Geralt, uprzedzony przez Codringhera, czeka w izbie, każe przypadkowemu świadkowi, gońcowi Aplegattowi, nie wychodzić na podwórze i daje trójce wybór: jeden wyjdzie i powie, kto ich nasłał, albo wyjdą wszyscy trzej. Wychodzą wszyscy trzej, z planem zajścia wiedźmina od tyłu. Walkę z izby bardziej słychać, niż widać: tupot, świst kling i wrzask, od którego włosy stają dęba. Profesor dowleka się do izby i pada martwy na klepisko, jego kryształowe okulary tłuką się na niebieską kaszę. Geralt zostawia karczmarzowi rozliczenie trupów z bajlifem i wiadomość dla kamratów zabitych: pokąsał ich Wilk, Biały Wilk, a kto pyta, niech często ogląda się za siebie.