Geralt idzie w głąb Brokilonu, puszczy driad, z której nieproszony człowiek nie wychodzi żywy. Wiedźmin niesie poselstwo od króla Venzlava z Brugge, ale najpierw próbuje dogonić ludzi, których świeże ślady znalazł na swojej drodze. Spóźnia się. Około południa mija pierwszego zabitego: piętnastoletniego chłopca ze strzałą w oku. Po drugiej, identycznej strzale wbitej w pień kilka kroków za nim Geralt odczytuje, co zaszło: chłopiec dostał strzałę ostrzegawczą, ze strachu pobiegł w złą stronę i zginął. Dawniej, myśli wiedźmin, driady ostrzegały dwa, nawet trzy razy; teraz ostrzegają raz. Kawałek dalej leżą dwa kolejne trupy, a z zamaskowanego jałowcami wykrotu dobiega jęk: na korzeniach sosny kona z przestrzelonym płucem Freixenet, dawny znajomy Geralta, potężny brodacz, którego wiedźmin zna jeszcze jako barona z Hamm. Ranny nie chce ratunku dla siebie. Charcząc krwią błaga: „ratuj ją… znajdź księżniczkę".
Gdy Geralt rusza po drzewka na włóki, w pień przy jego głowie wbija się strzała. Wiedźmin unosi ręce i woła w śpiewnym brokilońskim dialekcie Starszej Mowy, że jest Gwynbleidd, Biały Wilk, i idzie z poselstwem do pani Eithné, do Duén Canell. Z gęstwiny wyłaniają się trzy driady w maskujących, łaciatych strojach, z twarzami pomalowanymi w pasy łupiną orzecha. Na ich rozkaz Geralt odrzuca miecz. Najstarsza, ceglastowłosa, każe najmłodszej, łuczniczce o miodowych włosach i niebieskich oczach, zaprowadzić go do Duén Canell; oliwkowowłosa biegnie tymczasem do rannego. Przewodniczka najpierw próbuje zamęczyć idącego za nią człowieka morderczym tempem, a potem, ku zaskoczeniu Geralta, podaje imię: Braenn. Wiedźmin widzi od razu, że dziewczyna nie ma w sobie ani kropli krwi driad: to ludzkie dziecko, wzięte do lasu kilka lat temu i „przerobione" na driadę; na pytanie, jak nazywała się przedtem, odpowiada, że nie pamięta. Braenn przeprowadza go przez pułapki i trzęsawiska, których sam nie pokonałby nigdy, a noc przesypiają obok siebie na uschłych paprociach, bo driadom chodzi tylko o ciepło.
Nazajutrz marsz przerywa cienki, rozpaczliwy krzyk. Na polanie pod urwiskiem olbrzymi yghern (skolopendromorf, wij długi na dwa sążnie, w chitynowym pancerzu) osacza małą istotkę w szarym kubraczku. Geralt wpada między nich, biodrem odrzuca skamieniałą ze strachu ofiarę w krzaki jeżyn i tańczy z potworem; miecz ślizga się po pancerzu, a wij oplata mu nogi z potworną siłą. Ratuje go Braenn, która w nieprawdopodobnym tempie przygważdża stwora strzałami do pnia, aż Geralt jednym cięciem, o drzewo jak o katowski pień, odrąbuje potworowi łeb. Uratowana istotka okazuje się najzwyklejszą ludzką dziewczynką: może dziesięcioletnią, o mysiopopielatych włosach i wielkich, jadowicie zielonych oczach. Geraltowi natrętnie kołacze się myśl, że już ją gdzieś widział: ją albo kogoś bardzo podobnego. Mała przedstawia się, smarkając: Ciri.
Na pierwszą nieuwagę opiekunów Ciri rzuca się do ucieczki; strzała Braenn, posłana bez wahania, omal nie muska jej włosów. Na wyrzuty wiedźmina driada wzrusza ramionami: „tu jest Brokilon". Z przepytywania złapanej za kaptur uciekinierki wyłania się historia: Ciri jest księżniczką, którą babka-królowa wysłała do zamku Nastrog w Verden, by poznała księcia Kistrina, syna króla Ervylla. Na miejscu okazało się, że ma być ślub, natychmiast. Ciri Kistrina nie chce (jest gruby, głupi i brzydko pachnie mu z buzi), więc zwiała, a pomógł jej giermek Marck, który zabłądził we mgle i zgubił ją w lesie. Geralt w milczeniu kojarzy fakty: to za nią poszedł do Brokilonu Freixenet, a zabity chłopiec ze strzałą w oku to najpewniej jej giermek. Wiedźmin oświadcza, że odprowadzi małą do Verden, na co Braenn unosi łuk: dziewczynka weszła do Brokilonu i „jest nasza". Geralt wie, że bez przewodniczki nie wyjdzie z lasu ani nie dotrze do celu, więc ustępuje: pójdą wszyscy do Duén Canell, a o losie Ciri zdecyduje pani Eithné. Resztę drogi księżniczka odbywa na barana, z bezceremonialnym katarem i groźbami, że babka każe wszystkim ściąć głowy.
Na wieczornym postoju Ciri opowiada więcej, niż rozumie. Rodziców nie ma: utonęli w morzu, gdy była malutka. Wychowuje ją babka, królowa, przed którą klękają najwięksi rycerze. Jest też „straszna, okropeczna tajemnica": niania mówiła, że Ciri jest przeznaczona, bo jej mama była czarownicą, a tata zaczarowanym człowiekiem, i że na przeznaczenie nic nie pomoże, choćby babka nie wiadomo jak wrzeszczała. Do snu dziewczynka żąda bajki, więc Geralt opowiada jedyną, jaką pamięta z Kaer Morhen: o kocie i lisie, którą małym wiedźminom opowiadał kiedyś Vesemir. Słucha nie tylko Ciri: po drugiej stronie przytula się do wiedźmina Braenn, ze świecącymi oczami, bo małym driadom, tak samo jak małym wiedźminom, nikt nie opowiada bajek na dobranoc. Morał wykłada właśnie ona: trzeba było przed yghernem na drzewo, jak ów umny kocur. Przeżyć. Nie dać się.
Następnego dnia mijają Drzewa: pas dębów, cisów i hikor tak potężnych, że korzenie przechodzą w pień wysoko nad głowami idących. Braenn klęka przed nimi z pochyloną głową, a nawet Ciri na pół godziny zapomina o gadaniu. Potem driada zawiązuje Geraltowi oczy zieloną chustką, bo do serca Brokilonu człowiek nie może znać drogi. Prowadzi go sama Ciri, paplając o kwiatach, ptakach i wiewiórkach; Geralt odpowiada jej cicho, że nigdzie indziej tego już nie ma. Brokilon to Ostatnie Miejsce.
Duén Canell, Miejsce Dębu, leży w kotlinie skąpanej w magii tak gęstej, że wiedźmiński medalion drga bez przerwy. Domki driad (kule z żywych, ukształtowanych gałęzi, wciąż pokryte liśćmi) oblepiają pnie na różnych wysokościach; mieszkanek jest jednak wyraźnie mniej, niż Geralt pamięta z poprzednich pobytów. Piękna, ciemnowłosa Sirssa wita Braenn i bez skrępowania taksuje wiedźmina, kwitując jego przybycie drwiną w Starszej Mowie. W szałasie z plecionych gałęzi czeka żywy Freixenet: driady przemocą wlały mu w gardło leczniczy specyfik i przywlokły go tu na saniach. Baron opowiada Ciri, jak Geralt odczarował go kiedyś w Hamm z ptasiego uroku (rzucona z zemsty klątwa zamieniła go w kormorana; wieść gminna zdążyła z tego zrobić jedenastu braci-łabędzi i siostrę z koszulką z pokrzyw), i wygarnia jej, co narobiła ucieczką: Ervyll odchodzi od zmysłów, bo wszyscy podejrzewają, że sam zrobił małej krzywdę, traktat z jej babką diabli wzięli, a wojna z Nilfgaardem wisi na włosku. On sam wiał do Brokilonu po księżniczkę, bo tylko z nią mógł liczyć na litość swego pana. W trakcie rozmowy Ciri zauważa rzecz, od której głos jej się łamie: jej nikt nie zawiązywał oczu. Ona drogi z Duén Canell nie ma zapomnieć, bo stąd nie wyjdzie.
Odpowiedź przynosi wejście władczyni. Eithné, Pani Brokilonu (niewysoka, srebrnowłosa i srebrnooka, w jasnozielonej szacie), wita klęczącego wiedźmina słowami „nikt nie ujdzie przed swym przeznaczeniem" i chłodno rozstrzyga losy gości. Geralt wyjdzie z lasu żywy, choć nie dlatego, że jest posłem: nietykalności posłów Eithné nie uznaje, jak niczego, co ludzkie. Freixenet zostanie do wyzdrowienia i „jeszcze jakiś czas": Brokilonowi brakuje dzieci, więc baron, jak tłumaczy potem wiedźmin oszołomionemu przyjacielowi, posłuży driadom za reproduktora, i lepiej, żeby nie próbował niczego z własnej inicjatywy. O dziewczynkę Geralt nie musi nawet pytać: „przecież wiesz". Wieczorem Eithné przyjmie poselstwo w swoim Drzewie.
Drzewo Pani Brokilonu to trzy zrośnięte, co najmniej trzystuletnie dęby z dziuplą wielkości izby. Eithné czesze w niej włosy umytej, wyleczonej z kataru Ciri i nie pozwala Geraltowi nawet dokończyć poselstwa, bo zna je z góry: Venzlav chce Brokilonu po rzekę Vdę, w zamian oferując driadom „mały, dziki zakątek" z królewską gwarancją spokoju. Po dwustu latach wojny o las driady miałyby po prostu oddać to, w obronie czego giną. Odpowiedź Brokilonu jest ta sama, którą słyszały pokolenia heroldów: żadna. Geralt usłyszy ją w szumie liści, gdy będzie opuszczał las. Na argument wiedźmina, że świat się zmienia i przetrwają tylko ci, którzy ułożą się z ludźmi, Eithné odpowiada pytaniem, które zbija go z nóg: królowie, których znała, to dziś białe szkielety w nekropoliach Craag An w głębi lasu, a Brokilon trwa. Skąd więc wiedźmin wie, komu przeznaczona jest zagłada, a komu wieczność? Wypomina mu też wiedźmińskie Prawo Niespodzianki: skoro wiedźmini żądają dzieci wyznaczonych przez los, by bronić się przed wymarciem, czemu dziwi go, że ona robi to samo: za każdą zabitą driadę jedna ludzka dziewczynka? Ludzie podrzucają jej zresztą dziewczynki chore na dyfteryt, szkarlatynę, ostatnio nawet ospę, licząc, że epidemia zdziesiątkuje las; mylą się, bo Brokilon dba o swoje dzieci. W tej rozmowie po raz pierwszy pada też imię, które wiele tłumaczy: Morénn, córka Eithné, zginęła nad Wstążką z rąk ludzi, ze zmiażdżoną kopytami twarzą. Geralt zaś, jak wynika z gorzkich słów driady, bywał tu przed laty i nie dał Morénn dziecka.
Wtedy Eithné odsłania, po co naprawdę wezwała wiedźmina do Drzewa. Ciri, którą nazywa Dzieckiem Starszej Krwi, z tych, o których mówią przepowiednie, powiedziała jej przed jego przyjściem, dlaczego nie może zostać w Brokilonie: bo Geralt jest jej przeznaczeniem. Na oczach wiedźmina Braenn wnosi srebrny puchar z Craag An, z którego pili zapomniani królowie; wyryte na nim Starsze Runy Geralt odczytuje na głos: „Miecz przeznaczenia ma dwa ostrza. Jednym z nich jesteś ty". W pucharze jest Woda Brokilonu: trucizna, która niszczy pamięć i czyni z porwanych dziewczynek driady. Geralt nie chce patrzeć; zostaje tylko dlatego, że Ciri szeptem prosi, by jej nie zostawiał samej. Dziewczynka pije i nie dzieje się NIC: żadnych konwulsji, żadnej pustki w oczach, tylko rumieńce. Zapytana, czy chce zostać w Brokilonie, czy podążyć za przeznaczeniem, odpowiada dźwięcznie: za przeznaczeniem. Geralt, przekonany, że w pucharze była zwykła woda i że Eithné jedynie odegrała rolę przeznaczenia, dziękuje jej. Wtedy driada, rozdrażniona, podsuwa puchar jemu. Wiedźmin pije, pewny swej odporności na halucynogenne taniny. I ziemia ucieka mu spod nóg.
W wizjach przychodzi wszystko, przed czym uciekał. Kandelabry i strome schody Cintry, po których schodzi zielonooka, popielatowłosa dziewczyna w srebrnobłękitnej sukni, i jego własny głos: „wrócę tu za sześć lat". Altana pełna brzęczenia pszczół, w której Calanthe, kobieta w złotej obręczy na popielatych włosach, ze szmaragdami na palcach, bierze od klęczącego Geralta różę i mówi: „wróć tu, jeśli zmienisz zdanie; twoje przeznaczenie będzie czekało". Ognie Belleteyn i fiołkowe oczy Yennefer, po której bladym policzku toczy się łza: „za mało; trzeba czegoś więcej". Wreszcie Calanthe w srebrzystej zbroi (pogiętej, podziurawionej ostrzami pik, zakrwawionej), uśmiechnięta nieładnie, z krwią cieknącą z kącika ust: „to my umieramy, umieramy przez ciebie; śmierć idzie za tobą krok w krok, Biały Wilku, ale to inni umierają przez ciebie". Przez majaki przebija się głos Eithné: „możesz go uratować, Dziecko Starszej Krwi, zanim pogrąży się w nicości, którą pokochał". I jej ostatnie słowa: niech więc tak się stanie.
Geralt budzi się rano na skraju lasu, z Ciri szarpiącą go za kurtkę; żadne z nich nie pamięta, jak się tam znalazło. Driady zwróciły mu miecz i odesłały oboje, a wiedźmin już wie, na kogo patrzył przez cały ten czas. Zielonooka dziewczyna z wizji to Pavetta: Ciri jest jej córką, wnuczką Calanthe z Cintry, Niespodzianką, którą Geralt wymógł przysięgą przed dziesięciu laty. Ciri przyznaje się z rumieńcem, że nie wiedziała tego „od początku", ale niania zawsze mówiła, że przyjdzie po nią białowłosy wiedźmin. Dziwów jest więcej: pod dotykiem dziewczynki wiedźmiński medalion szarpie się jak żywy, a Ciri bezbłędnie, sama nie wie skąd, wyczuwa w lesie kierunek. Geralt prowadzi ją ku Brugge; na rozstajach będących granicą Brokilonu mała ogląda się niespokojnie i powtarza, że to zła droga.
Ma rację. Za zakrętem otacza ich oddział w barwach Verden, złoto-czarnej szachownicy, zgromadzony wokół wymordowanego kupieckiego taboru: wóz, konie naszpikowane strzałami, trupy w plamach krwi. Kosooki dowódca przedstawia to jako napad driad, który stary leśniczy Junghans wyczytał ze śladów: zasiek ze zwalonej sosny, ostrzał z zarośli, strzały klejone żywicą. Zaraz też wychodzi na jaw cel widowiska: to „karna ekspedycja" Ervylla (czekają tylko na druida, który poprowadzi ich przez las), a hasło „krew za krew" ma pomścić Freixeneta i „porwaną księżniczkę z Cintry". Geralt widzi jednak za dużo: kilku kupców dobito nożami, a spomiędzy żołnierzy wysuwa się Levecque: chudy człowiek o rybich oczach i dłoniach w czarnych rękawiczkach bez palców, w którym wiedźmin od pierwszego spojrzenia rozpoznaje zawodowego mordercę, z krwią zabitych na ręku. Prowokacja ma popchnąć Venzlava do sojuszu przeciw Brokilonowi. Grę psuje Ciri, która nie wytrzymuje i woła, że to nie mogły być driady: przecież sosnę ZRĄBANO siekierą, a driada nigdy nie zrąbałaby drzewa. Levecque mówi: „Jaka mądra dziewczynka. Za mądra". Jego ręka pełznie do sztyletu.
Geralt uderza pierwszy: okutym przedramieniem powala Levecque'a, mieczem rozwala skroń olbrzyma Bricka i rozcina kosookiego krwawym X, krzycząc do Ciri, by uciekała. Dziewczynka jak wiewiórka wspina się na buka. Levecque podnosi się i żąda wiedźmina wyłącznie dla siebie. Pojedynek jest wyrównany, aż zabójca zaczyna zerkać na własny cień: czeka, by słońce oślepiło przeciwnika. Geralt pozwala mu na to złudzenie, zwęża źrenice w pionowe szparki i markuje oślepienie; gdy Levecque uderza z niemożliwego wygięcia przegubu w krocze, wiedźmin odbija cios, rozcina mu policzek i krótkim uderzeniem otwiera tętnicę szyjną. Junghans zdąży jeszcze krzyknąć do łuczników „szyć!" i pada ze strzałą w karku, o żółtych, pręgowanych lotkach z kury bażanta. Z czarnej ściany lasu nadlatuje grad brokilońskich strzał, który kosi najemników jak słoneczniki; trzem uciekającym konno drogę zamyka las, którego jeszcze przed chwilą tam nie było. Iluzja gaśnie dopiero, gdy po wszystkim na gościniec wyjeżdża jeździec na siwym koniu. To Myszowór, druid i doradca z dworu w Cintrze; to na niego, przysłanego przecież przez Ervylla, czekała ekspedycja. Driady rozpływają się w gęstwinie; jedna, o miodowych włosach, podchodzi jeszcze pożegnać wiedźmina. Przy pucharze w Drzewie Eithné wyrwało się jej dawne, ludzkie imię: Mona. Teraz mówi twardo: „Mona to był sen. Jestem Braenn. Braenn z Brokilonu".
Przy ognisku Myszowór wykłada nowiny: Calanthe zmieniła plany i nie życzy już sobie ślubu Ciri z Kistrinem, a po pozorowanym napadzie Ervyll ostatecznie stracił w jego oczach. Druid zabiera małą prosto do Cintry i namawia Geralta, by jechał z nimi. Ich drogi skrzyżowały się właśnie po raz trzeci; więź, która powstaje wokół dziecka-niespodzianki, jest czymś niezwykłym, a z obosiecznym mieczem przeznaczenia nie wolno igrać: zlekceważona więź może się objawić inaczej, straszniej. Niech wiedźmin zrobi z tego zdrową więź dziecka i opiekuna; Myszowór sam wytłumaczy to Calanthe. Skąd pewność, że Ciri by chciała? Stąd, że usnęła dopiero w objęciach Geralta i przez sen mruczy jego imię, szukając rączką jego ręki. Geralt wie, że własnego dziecka nie będzie miał nigdy, i rezygnuje także z tego. Odjeżdża zdobycznym koniem przez wrzosowisko, a za nim, ze szczytu wzgórza, biegnie cienki krzyk zbudzonej dziewczynki: „Nie odchodź! Nie uda ci się! Jestem twoim przeznaczeniem!". Wiedźmin powtarza sobie w myślach swoją wiarę: przeznaczenia nie ma; jedyne, co przeznaczone jest wszystkim, to śmierć. To ona jest drugim ostrzem miecza i dlatego nie wolno mu narażać Ciri. I wjeżdża w czarny, zimny las, w mrok, który zdaje się nie mieć końca.