ink on the mapA general portrait, with no plot given away.
Szczupły mężczyzna w średnim wieku, szpakowaty, o szlachetnie garbatym nosie i czarnych oczach pod lekko siwymi brwiami; nosi czarną szatę przepasaną czymś w rodzaju fartucha i płócienną torbę, od której bije falami ziołowo-korzenny zapach piołunu, bazylii, szałwii i anyżu. Z zawodu cyrulik, alchemik i zielarz: ma dom i sklep w Dillingen, a lata spędza w chatce przy cmentarzysku Fen Carn, gdzie zbiera zioła i na własnoręcznie zbudowanym atanorze z alembikiem destyluje leki i eliksiry. Mówi spokojnie, uczenie i precyzyjnie, zabobony prostuje z zagadkowym uśmiechem, a węch ma tak czuły, że z zapachu potu odczytuje przebyte kuracje. Broni nie nosi nigdy, używek sobie nie pozwala i sam o sobie mówi, że nigdy nie łamie zasad, które sam sobie określił.
You’re browsing without a bookmark, so you see the full published biography.
Kompania Zoltana Chivaya bierze go nocą za ghula, bo kryje się w doskonale zamaskowanej jamie pod dolmenem na Fen Carn; zdradza go dopiero ziołowy zapach, który Geralt i Percival wyczuwają zamiast trupiego. Wyszedłszy z ukrycia, prosi o schowanie broni, przedstawia się i tłumaczy, że po prostu przeląkł się obcych, a wiedźminowi wytyka, że na pięćsetletniej nekropolii ghuli być nie może. Spotkanie kończy się zaproszeniem całej kompanii do jego chatki, gdzie częstuje wędrowców destylatem z mandragory rosnącej na cmentarzysku, sam nie pijąc ani kropli. Z ciemnych śladów po korzonkach conynhaeli na dłoniach Geralta bezbłędnie odgaduje, że wiedźmina kurowały driady z Brokilonu, i stawia rzetelną diagnozę: bóle stawów zostaną na długo, a silnych środków znieczulających wiedźminowi brać nie wolno. Zna też legendę Geralta lepiej, niż ten by chciał, bo oglądał kukiełkowy spektakl o polowaniu na dżinna i półgłosem poprawia przekręcone imię Yennefer. Przekonany przez Zoltana, że wojna odcięła mu powrót do Dillingen, dołącza do kompanii; na pytanie, czemu zaufał obcym, odpowiada, że wystarczyły mu dwa rzuty oka, jeden na kobiety, którymi wędrowcy się opiekują, i drugi na ich dzieci.
Pierwszy dzień w kompanii pokazuje, że cyrulik jest wart więcej niż jego torba: rannego Chodaka diagnozuje fachowo i każe wieźć w kołysce, w dyspucie o wampirze wylicza z pamięci wszystkie istniejące rodzaje krwiopijców, nie myląc się o żaden mityczny, a obserwację Zoltana o porannych mdłościach Milvy kwituje tylko dziwnym spojrzeniem i zagadkowym uśmiechem. Na procesie upośledzonej dziewczyny trzeźwo zauważa, że o zmowę z wampirem nie pytano chyba samej oskarżonej, a gdy kapłan ogłasza próbę rozpalonych podków, prosi szykującego się Zoltana, by wstrzymał się z modłami. Potem, na oczach tłumu, wyjmuje gołą ręką z ogniska rozżarzoną do białości podkowę, odnosi ją oskarżycielowi i pokazuje wszystkim zdrową, nietkniętą ogniem dłoń: sąd boży uniewinnia dziewczynę i jej obrońców. Wyjącemu o diabelskiej sztuczce kapłanowi odpowiada chłodno, że egzorcyzmy rzucać wolno, ale podważanie wyniku ordaliów to herezja. W znika bez śladu razem z resztą kompanii.
Po szturmie na obóz cyrulik odnajduje nocą nad Chotlą Milvę i Cahira, prowadzi ich pod Armerię i zapowiada, że wiedźmina z tarapatów wyciągnie sam. Słowa dotrzymuje: wartownicy pod drewutnią zasypiają jak na komendę, więzy padają pod ostrzem, a zbiegowie dostają jasne instrukcje i przestrogę, by się za niego nie oglądać. Ratunek ma jednak swoją cenę: nad Iną, pochwaliwszy przy opatrunku ładny zapach krwi Jaskra, Regis czuje na gardle sztych nilfgaardzkiego miecza Geralta, a Milva dostrzega wreszcie, że cyrulik nie rzuca cienia. Przedstawia się wtedy w pełni: Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy, żyjący na świecie czterysta dwadzieścia osiem lat wampir wyższy, potomek istot uwięzionych tu po . Odprawiony przez wiedźmina, znika, by wrócić przy zmianie opatrunku, jakby nigdy nic: podsłuchawszy plan samotnej wyprawy, wykłada Geraltowi, że traktuje ją jak i pokutę, do której rości sobie wyłączne prawo, a życie tym różni się od bankowości, że zna długi spłacane zadłużeniem u innych. To on wskazuje kompanii cel: druidów z , i to on domyka puentą, że na jej czele jedzie wiedźmin chory na wyrzuty sumienia, bezsiłę i niemożność podjęcia decyzji.
Wywołany nietaktem Jaskra, Regis wykłada kompanii przy ognisku całą prawdę o sobie. Krwi nie pija w ogóle i od dawna: w młodości pił jak cała wampirza młodzież, z lęku przed utratą towarzyskiej akceptacji, aż zabawa stała się nałogiem; po odejściu wampirki, z którą mogło być coś poważnego, pił w dwójnasób, a którejś nocy, lecąc po pijanemu, chybił dziewczyny u studni i wyrżnął w cembrowinę, za co chłopi podziurawili go kołkami, odrąbali mu głowę i zakopali. Po pięćdziesięciu latach regeneracji w grobie wziął się w garść i od tamtej pory nie pije. Ludzkie mity o wampirach rozbiera po kolei arytmetyką i socjologią, od zarażania ukąszeniem po lęk przed słońcem. W obozie Zoltana opatruje poparzoną dziewczynę spod sądu nad Chotlą, a jego wampirzy urok wprowadza ją w trans, w którym metalicznym głosem wieszczy o krwi, ogniowym chrzcie i Wieży Jaskółki na zamarzającym jeziorze. To on odkrywa przed kompanią ciążę Milvy i przygotowuje żądany środek, który nazajutrz po nocnej rozmowie łuczniczki z wiedźminem wyrzuca w krzaki. Na przeprawie czarnopióra strzała trafia go prosto w pierś: Regis wyciąga ją spokojnie, pytając, czy naprawdę sądzili, że można mu wyrządzić krzywdę byle kawałkiem patyka. Pod mostem przy Czerwonej Bindudze ratuje życie roniącej Milvie.
Przy dezercji od królowej Meve Regis, widzący w ciemności lepiej niż za dnia, zdobywa najwięcej zapasów i wyprowadza z zagrody grubego myszatego muła tak sprytnie, że żaden zwierzak nie parska; mułowi nadaje imię Draakul, nieprzetłumaczalną ponoć grę słów z mowy wampirów. Memuary Jaskra odnotowują jego drobne wady: prawdy głosi tonem proroka, a maniery odpowiadania na pytania w połowie ich zadawania oducza go dopiero soczyste obsobaczenie Milvy. W borze na Zarzeczu to wampir pierwszy wrzeszczy „wilkołak!" na widok zarośniętego bartnika, w sadybie wyją na niego psy i miauczy kot, a gdy bartnicy manipulują drużyną, by zyskać eskortę przez Zwilgłe Uroczysko, Regis rozstrzyga spór, zalecając z powagą kierunek najbardziej właściwy dla wiedźmina. Marsz z taborem kwituje maksymą, że lepiej bez celu iść naprzód, niż bez celu stać w miejscu, a już o niebo lepiej, niż bez celu się cofać.
W Riedbrune Regis kwituje nowinę o druidach znad Loc Monduirn z dziwnym uśmiechem: skoro drużyna zupełnym przypadkiem zmierza w absolutnie właściwym kierunku, znaczy, że jest jej przeznaczone do druidów trafić, a wrażenie, że czas nagli, to zazwyczaj sygnał, by zwolnić i działać z rozmysłem. Po układzie Geralta z prefektem jako pierwszy wskazuje dziury w opowieści świadka koronnego: skąd Angoulême wie o obciętym tydzień temu warkoczu Milvy, czemu doliczyła się czworga zamiast pięciorga i skąd półelf zna drogę kompanii lepiej niż ona sama. Nieładną myśl wiedźmina o Cahirze gani tonem, jakiego Geralt nigdy u niego nie słyszał, a po bijatyce proponuje zimno, by podać sobie ręce i nigdy nie wracać do sprawy. U stóp Gorgony wykłada zaś rzecz, która rozwiązuje zagadkę rachunku: wampir jest niewidzialny dla magicznej sondy i czaru wychwytującego, więc tam, gdzie stoi Regis, skanowanie widzi pustkę; czworo zamiast pięciorga mógł naliczyć tylko śledzący drużynę czarodziej. Przy oddaje Angoulême swojego karosza, sam przesiada się na muła Draakula, a kapelusz ustępuje Geraltowi; jedzie z i Milvą ku Sansretour, ku druidom, których zna z Caed Dhu.
Gdy odesłana przodem Angoulême pędzi doliną Sansretour ostrzec kompanię przed pościgiem Schirrú, instrukcja Geralta brzmi: tłumaczyć się nie Milvie, tylko Regisowi, bo Regis będzie wiedział, co należy zrobić. Wampir wie. Kilka dni później, w wąwozie Sansretour przy granicy Toussaint, Geralt z ledwo trzymającym się w siodle Cahirem trafiają prosto na jego ognisko z rożnami pełnymi pieczonych pstrągów. Regis wita ich spokojnym „popatrzcie tylko, co też kot przyniósł", a wiedźmin odkrywa, że widok wampira potrafi sprawić mu wielką radość.
To Regis przeprowadza ostrzeżoną kompanię przez granicę Toussaint i doprowadza ją, wraz z napotkanymi pielgrzymami, do świętego gaju Caed Myrkvid: jego dawna znajoma nie tylko jest wśród tamtejszych druidów, ale awansowała i przewodzi całemu Kręgowi jako flaminika. Po Milvę, Jaskra i Angoulême ręczy u niej osobiście, a Geraltowi i Cahirowi wyjeżdża na spotkanie z zagadką: flaminika wiedziała o wiedźminie, Ciri i całej misji, zanim ktokolwiek zdążył jej cokolwiek opowiedzieć, i przekazała zaproszenie do jaskini pod Gorgoną wraz z kategorycznymi warunkami: wejść samemu, bez broni, w pokorze. Na czas próby Regis przejmuje miecz wiedźmina i pilnuje, by ten, klnąc, warunków dotrzymał.
Po całodziennym, bezowocnym przeszukiwaniu jaskiń pod Gorgoną (elfy zniknęły, flaminika odmówiła współpracy) to Regis trzeźwo podsumowuje sytuację i wysłuchuje decyzji Geralta: wracają do Caed Myrkvid po Cahira, a potem przyjmują zaproszenie księżnej do Toussaint. Dla wampira dwór to teren wymagający: będzie musiał trzymać się z daleka od zwierciadeł i psów oraz uważać na czarodziejów i telepatów, a gdyby go mimo wszystko zdemaskowano, liczy na wiedźmina. Słyszy w odpowiedzi poważne „możesz liczyć, nie zostawię cię w potrzebie, druhu" i uśmiecha się na to, jako że są sami, pełnym garniturem kłów. To on podsuwa też myśl, że do nekropolii Tir ná Béa Arainne, leżącej dokładnie za naskalnym malowidłem, dałoby się wejść, rozwalając ścianę; Geralt tej drogi nie wybiera.
Przed wjazdem do Beauclair Regis zapowiada, że będzie musiał trzymać się z daleka od zwierciadeł i psów, a na dworze radzi sobie brawurowo. To on tuzinem przytoczonych precedensów wymusza na szambelanie strój męski dla Milvy, gdy łuczniczka odmawia założenia sukni, a gdy Geralt dla świętego spokoju protokołu ogłasza go incognito hrabią, wampir zostaje posadzony przy górnym stole, po prawicy hrabiny Notturny, wujenki księżnej. Na uczcie bawi zafascynowaną arystokrację wykładami o upiorach, strzygach i wampirach, dowodząc z kamienną twarzą, że najlepszym remedium na wampiry jest srebro, którego najlżejszy dotyk jest dla nich absolutnie zabójczy; gestykuluje przy tym srebrnym widelcem. Czosnek, jak przyznaje pytającym damom, też jest skuteczny, ale towarzysko kłopotliwy, bo strasznie śmierdzi. Zimą, co odnotowuje Angoulême, nocami gdzieś znika, a w kuchni godzi zwaśnione towarzystwo, rozlewając wino i cytując porzekadło „księżnej Jaskrowej" o zgodzie, która buduje.
Zagadka nocnych zniknięć wyjaśnia się mimochodem: pałacowy strażnik widział na blankach Wieży Karoberty sukkuba przechadzającego się w towarzystwie drugiego upiora, jakby wampira, i to wyraźnie zaprzyjaźnionych. Regis, któremu przy tej rewelacji nie drga nawet powieka, odpowiada Fringilli tylko tyle, że są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom. To on też wygrywa z czarodziejką spór o duszę wiedźmina: jej wywód o przeznaczeniu, które i tak dościga ludzi, nazywa wygodnym fatalizmem i peanem na cześć gnuśności, bo życie jest snem, który trzeba prześnić aktywnie, a każdy sen śniony zbyt długo zamienia się w koszmar. Gdy Geralt zarządza wyjazd, Regis jako jedyny żąda i dostaje pełne wyjaśnienie powodów, po czym kwituje z łacińska, że pakowanie nie zajmie mu wiele czasu, bo wszystko, co jego, nosi ze sobą. Zdąża jeszcze, jak sugeruje Geralt, pożegnać się z sukkubem.
W zamieci nad Sansretour Regis, jedyny w kompanii obojętny na mróz, jak zwykle reprezentuje rozsądek: radzi trzymać się planu i rzeki, bo w dole czeka faktoria traperska, a błądzenie po wąwozach może się źle skończyć. Geralt mimo to każe jechać za znalezionymi śladami konia, a gdy trop urywa się na dziewiczym śniegu, to właśnie Regis zadaje wiedźminowi pytanie, na które ten nie umie odpowiedzieć: dlaczego właściwie kazał nam tym śladem jechać?
To Regis otwiera kompanii zamek Stygga: zjawia się przy wartownikach jak spod ziemi, pachnąc szałwią, miętą i tymiankiem, i uprzejmie prosi o otwarcie bramy, a zahipnotyzowani strażnicy słuchają jak automaty. W zamku rusza „polecieć na rekonesans" i w postaci olbrzymiego nietoperza demoluje laboratorium Vilgefortza dokładnie w chwili, gdy akolici rozbierają Ciri do zabiegu; po masakrze, siedząc na stalowym fotelu przeznaczonym dla wiedźminki i ssąc szyję akolity, wyjaśnia jej tonem konwersacyjnym, że bywają okazje, gdy zwyczajnie nie można się nie napić. Uszanowawszy jej wolę odszukania Yennefer w pojedynkę, wraca z ostrzeżeniem do Geralta i wyznaje, że czuje w sobie siłę, jakby mógł cały ten zamek rozpieprzyć. W walce z Vilgefortzem uprzedza wiedźmina: szponami orze magowi twarz, ratując wyżymaną w powietrzu Yennefer, a na okrzyk Geralta, by uważał, odpowiada, że nie po to tu przybył, i tygrysim skokiem chwyta czarodzieja za gardło. Vilgefortz ma jednak oręż i na wampira: rozjarzonymi jak żelazo dłońmi rozdziera go i z obu rąk wypala białym ogniem, topiąc razem z kolumną w bezkształtny bałwan szkliwa. Nad tym, co zostało, Geralt mówi Yennefer, że stracił druha, który był uosobieniem człowieczeństwa, i że będzie mu go bardzo brak.
Each one leads to the summary of the chapter where it happened.
ch. 36Spotkanie na Fen Carn: Na przymusowym noclegu wśród kurhanów Fen Carn kompania rusza w pełnię księżyca na łowy na ghula, którego wypatrzył Percival, ale wiedźmiński medalion Geralta ani drgnie, a zamiast trupiego odoru w powietrzu wisi zapach szałwii i anyżu. Z jamy pod dolmenem wychodzi Emiel Regis, cyrulik z Dillingen, który na cmentarzysku spędza każde lato przy zbiorach rosnącej tu masowo mandragory. Nocna gościna w jego chatce, z krążącą menzurką mandragorowego destylatu, kończy się rozmową o wojnie i decyzją: odcięty od domu cyrulik rusza dalej razem z kompanią Zoltana Chivaya. Wokół wiedźmina, który kompanii mieć nie chciał, robi się coraz tłoczniej.ch. 37Rozbicie obozu nad Chotlą: Krzyk „Nilfgaard!" zamienia obóz zbiegów nad Chotlą w pandemonium: tratujący się tłum rozdziela kompanię, porywa ze sobą Milvę i grzebie Geralta pod drabiną i workami mąki, a kopnięcie końskiego kopyta w głowę odbiera wiedźminowi przytomność. Przez obóz przetacza się starcie temerskiego kontruderzenia z nilfgaardzkim podjazdem: gdy Geralt się ocyka, obozowisko jest dymiącą ruiną, konni strzelcy z liliami Temerii spędzają ocalałych i obdzierają poległych w czarnych płaszczach, a po Zoltanie, Percivalu, Regisie i Milvie nie ma śladu. Ból tratowanego wiedźmina, zmiażdżoną głowę i kolano, czuje przez sen Ciri w jaskini daleko na południu.ch. 37Sąd boży nad Chotlą: W obozie zbiegów nad Chotlą wędrowny kapłan urządza proces upośledzonej dziewczyny, oskarżonej o zmowę z wampirem, i po kompromitacji „dowodu" z ugotowanego kota (którego Percival wskazuje żywego na wozie) ogłasza sąd boży: kto wyjmie z ogniska rozpaloną do białości podkowę i nie zdradzi śladu oparzeń, dowiedzie niewinności oskarżonej. Na obrońców zgłaszają się Geralt, Zoltan i Milva, lecz ubiega ich Emiel Regis: cyrulik spokojnie wyjmuje podkowę gołą ręką, odnosi ją kapłanowi i pokazuje tłumowi zdrową, nietkniętą ogniem dłoń. Wyrok jest jednoznaczny, dziewczyna i jej obrońcy są niewinni, a wyjącemu o diabelskiej sztuczce kapłanowi Regis przypomina chłodno, że podważanie wyniku ordaliów to podobno herezja.ch. 38Ucieczka spod szubienicy w Armerii: W noc przed zapowiedzianą na świt publiczną egzekucją wartownicy pod drewutnią zasypiają jak na komendę, a pachnący ziołami Regis przecina więzy Geralta i Jaskra i wskazuje im drogę: na wschód, na najjaśniejszą gwiazdę Siedmiu Kóz, prosto do Iny. Ucieczka idzie gładko tylko do kępy olszyn, gdzie czatująca warta wyłuskuje z buta poety dublony; alarm zbiega się z prawdziwym atakiem, bo na obóz Vissegerda nadciąga nocą nilfgaardzka konnica. Zbiegowie na kradzionym koniu prześlizgują się między zwierającymi się armiami, ostrzelani gradem strzał, od którego Jaskier zbiera krwawe rozcięcie głowy, a Geralt gołymi rękami i zdobyczną mizerykordią kończy trzyosobowy pościg. Nad ranem, zgodnie z obietnicą cyrulika, nad Iną czekają Milva z końmi i Cahir.ch. 38Ujawnienie natury Regisa: Nad brzegiem Iny, gdy Regis z upodobaniem chwali zapach krwi opatrywanego Jaskra, Geralt przystawia mu miecz do gardła, a Milva dostrzega z przerażeniem to, co powinna była zauważyć dawno: cyrulik nie rzuca cienia. Zdemaskowany przedstawia się w pełni: Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy, lat czterysta dwadzieścia osiem, wampir wyższy, potomek istot uwięzionych na tym świecie po Koniunkcji Sfer. Wiedźmin, który zawodowo eliminuje takie istoty, każe mu odejść, a na pytanie o wycenę własnej głowy wampir słyszy, że wątpliwe, by kogokolwiek było na nią stać. Regis znika, uśmiechnąwszy się po raz pierwszy z pokazaniem zębów, i tym samym kończą się zagadki towarzyszące cyrulikowi od Fen Carn: wyjęta z żaru podkowa, uśpione warty i zagadkowe uśmiechy z zaciśniętymi ustami.ch. 38Zawiązanie kompanii Geralta: Na suchej wyspie wśród rozlewisk, tam gdzie odnoga Iny wpada do Wielkiej Jarugi, Geralt ogłasza rozstanie: wszyscy wracają na północ, a on jedzie za Jarugę sam, bo jego sprawa jest osobista. Odpowiedzią jest kocioł zupy rybnej ugotowanej siłami całej gromady, wykład Regisa o tym, że życie zna długi spłacane zadłużeniem u innych, i wyliczanka Milvy, że samotne wilki to łgarstwo mieszczuchów. Skoro po rewelacjach Cahira nikt nie wie, gdzie jest Ciri, Regis wskazuje cel pierwszego etapu: druidzki krąg z borów Caed Dhu w Angrenie, który w sprawach magii i przeznaczenia orientuje się jak mało kto. Wiedźmin, obrzuciwszy cholerą całą kooperującą grupę idiotów, zostaje na czele drużyny, jakiej świat nie widział: wierszokleta z lutnią, pół driady, pół baby z łukiem, wampir po czterechsetce i Nilfgaardczyk, który upiera się, że nie jest Nilfgaardczykiem. Podróżować będą incognito, by nie wzbudzać sensacji. Ani śmiechu.ch. 40Bitwa o most na Jarudze: Przeprawa przez Jarugę, którą Geralt wybrał zamiast trzęsawisk Ysgith, kończy się w samym środku cudzej bitwy. Porwany prom, wzięty w dwa ognie przez lyrijskich partyzantów i Nilfgaardczyków, wrywa się w łachę pod mostem przy Czerwonej Bindudze, gdzie omyłkowa salwa lyrijskich kuszników zabija konie kompanii, a Milva roni dziecko i życie ratuje jej Regis. Ponieważ ranna nie może uciekać, Cahir z Geraltem zatrzymują panikę pierzchających z mostu żołnierzy i stają na czele kontrataku: to ich wspólny chrzest ognia, w którym Nilfgaardczyk tnie swoich, a wiedźmin Znakiem Aard rozbija płonącą barykadę i przechodzi przez ogień w bitwie, której w ogóle nie rozumie. Obrona mostu, wsparta odsieczą konnicy spod znaku orła i czerwonych rautów, ocala przyparty do rzeki korpus królowej Meve; sam most zostaje po bitwie zniesiony, a późniejsze kroniki nie poświęcą całej batalii najmniejszej wzmianki.ch. 43Przeprawa przez Jarugę: Po tym, jak łaska królowej Meve zmieniła się w przymusowy pobór, a lyrijski korpus zawrócił znad drogi do Caed Dhu ku Mahakamowi, drużyna Geralta nocą z piątego na szóstego września cichaczem dezerteruje, „pożyczając" na drogę konie, ekwipunek i muła Draakula. Po dwóch dobach w nadrzecznej łozinie kompania przeprawia się dziesiątego września na lewy brzeg Jarugi najbezczelniej, jak się da: po odbudowanym moście w Czerwonej Bindudze, wmieszana w tłum nilfgaardzkich transportów i cywilnej zbieraniny, a jedyny patrol zbywa Cahir władczym warknięciem o cesarskiej służbie. Drużyna znika w lasach Górnego Zarzecza, na terytorium wrogiego Cesarstwa, i rusza ku Stokom śladem druidów, którzy opuścili Czarny Las.ch. 45Rozdzielenie hanzy: Dwudziestego piątego września, u stóp Gorgony, Geralt publicznie przeprasza Cahira za niesłuszne oskarżenie o zdradę, które dwie noce wcześniej skończyło się bijatyką na pięści, rozdzieloną dopiero pasem Milvy. Wyjaśnia, skąd wziął się jego gniew: drużynę zdradziła osoba niegdyś mu bardzo bliska, śledząca ją magią skanującą, a czarodziejów zdemaskowała pomyłka w liczeniu, bo Regis jako wampir jest dla czaru wychwytującego niewidzialny. Potem wiedźmin mówi głośno to, co wszyscy przeczuwają od nocy czerwonego księżyca: tamtej nocy było Ekwinokcjum i wszystko wskazuje na to, że Ciri poniosła wtedy śmierć, gdzieś daleko, samotna wśród wrogich ludzi. Drużynie pozostała zemsta, przykład grozy, o którym opowieści będą krążyć za sto lat: w Belhaven trzeba wydusić z półelfa nie to, na czyj rozkaz działa, lecz gdzie znajdują się jego mocodawcy. Hanza dzieli się na dwie grupy: Geralt, Cahir i Angoulême ruszają w górę Newi ku Belhaven, na Słowika i półelfa, a Jaskier, Milva i Regis jadą ku dolinie Sansretour i granicom Toussaint, gdzie schronili się druidzi.ch. 54Przybycie do Beauclair: W październiku kompania Geralta, prowadzona przez orszak błędnych rycerzy z Reynartem de Bois-Fresnes, zjeżdża doliną Sansretour do Beauclair, gdzie wita ją wystrojony jak princ Jaskier, na dworze znany jako wicehrabia Julian. Księżna Anna Henrietta przyjmuje gości ze wszystkimi honorami: Geralt nosi przy Święcie Kadzi czarodziejkę Fringillę Vigo, a na audiencji księżna, wzruszona opowieścią o Ciri, przyrzeka kompanii opiekę, gościnę i dostęp do najbogatszej biblioteki znanego świata. Z krótkiego postoju robi się zimowa kwatera: nim Milvie zrosną się żebra, śniegi zawalają przełęcze i z księstwa nie sposób wyjechać przed odwilżą. Tak zaczyna się pobyt, który wszystkie późniejsze wersje legendy zbędą jednym zdaniem o zimie spędzonej w Toussaint.ch. 55Wyjazd z Toussaint: Nazajutrz po podsłuchu pod Pomerol Geralt wpada do pałacowej kuchni i daje kompanii godzinę na spakowanie: wyjazd pojedynczo, bez pozoru, zbiórka pod słupem na wzgórku za miastem. Drużyna reaguje, jakby czekała na tę wieść od tygodni, a Angoulême dostaje w dodatku dobrą nowinę, bo Geralt zmienił zdanie i nie zostawia jej w Beauclair. Pożegnania są trzy: Fringilla Vigo przydybuje wiedźmina w książęcej stajni i po odrzuconej prośbie „zostań ze mną" żegna się z nim tak, jak tego pragnie, Jaskier, który zostaje przy Anarietcie, dogania kompanię z sakiewką dukatów z prywatnej szkatuły księżnej i przyjmuje od Geralta list do Dijkstry, a Reynart de Bois-Fresnes objaśnia trasę przez przełęcze Malheur, Sansmerci i Mortblanc ku dolinie Sudduth, po czym na propozycję wspólnej drogi odpowiada, że jest błędny, ale nie szalony. Kompania rusza w góry pod ciemniejącym niebem, w lodowaty wiatr, który niesie zapowiedź śnieżycy.ch. 60Szturm na zamek Stygga: Wszystkie drogi legendy schodzą się w zamku Stygga. Ciri przybywa do kryjówki Vilgefortza z własnej woli, by oddać się w zamian za wolność Yennefer, a gdy czarodziej odrzuca ofertę i wlecze ją do laboratorium, do zamku wdziera się kompania Geralta: zahipnotyzowani przez Regisa wartownicy sami otwierają bramę. Zwycięstwo kosztuje kompanię wszystko. Milva ginie w pojedynku łuczników na krużganku, osłaniając towarzyszy; Cahir zastępuje drogę Bonhartowi, by Ciri mogła ujść, i pada pod jego mieczem; raniona w udo Angoulême wykrwawia się w objęciach Ciri; Regis, który wyrwał Yennefer z magicznej matni, zostaje przez Vilgefortza rozdarty i stopiony białym ogniem wraz z kolumną. Rachunki wyrównują ocaleni. Ciri, przyparta na belkach zrujnowanego skrzydła, sięga po wahadłową naukę z Kaer Morhen, zwala Bonharta w przepaść, a zdradziecki atak nożem kończy cięciem przez gardło i zabiera łowcy trzy wiedźmińskie medaliony. Geralt, tłuczony żelaznym drągiem, myli maga iluzją z medalionu Fringilli i dwoma cięciami oraz dekapitacją kończy karierę największego wroga; pomaga i to, że zregenerowane oko Vilgefortza nigdy nie odzyskało koordynacji. Wiedźmin, wiedźminka i Yennefer schodzą potem razem po zalanych krwią schodach przez resztki najemników Skellena, aż na dole zamiast wyjścia czekają na nich czarne salamandry cesarskiego wojska.