W świątyni Melitele przy karmieniu kur wybucha wielka polityka. Iola Druga powtarza, co mówił książęcy włodarz, który przyjechał po sery: będzie wojna. Książę dostał rozkazy od samego króla Foltesta, rozsyła wici, drogi są czarne od wojska, a zamki mają gromadzić zapasy na wypadek oblężenia. To nie może być kolejna obława na Scoia'tael, bo elfy napadają po lasach, zamków nie oblegają; włodarz domagał się zresztą od świątyni serów i gęsich piór na strzały. Rozmowa szybko skręca w docinki. Eurneid wypomina Ciri, że pracuje dwa razy w tygodniu, a resztę czasu spędza na „czarnoksięskich sztuczkach", i drwi, że zrobiła się uszczypliwa jak „ta jędza Yennefer", do której robi się coraz podobniejsza. Ciri odszczekuje się z nawiązką, ciska koszykiem z ziarnem ponad dachy kurników (wiedźmińskim piruetem, jak dyskiem) i odbiega przez park, markując po drodze cięcia i uniki wyimaginowanym mieczem.
Biegnie do wieży, w której nad księgami ślęczy Jarre: szesnastoletni wychowanek Nenneke, sposobiony przez arcykapłankę na kapłana i kronikarza, na co dzień pisarczyk w sądzie grodzkim w Ellander. Wiadomo, że Nenneke nie życzy sobie, by kręcił się koło adeptek, i odwrotnie, ale Ciri lubi z nim rozmawiać, bo chłopak dużo wie. Dziwi ją tylko, że w ogóle ją do tej wieży ciągnie, bo Jarre jest zaprzeczeniem wszystkiego, co w Cintrze uchodziło za atrakcyjnego mężczyznę: chudy jak patyk, niezgrabny, pachnący inkaustem i kurzem. Ostatnio na dodatek patrzy na nią dziwnym, rozmazanym wzrokiem. Ciri wpada bez ceregieli i żąda wiedzy: co to za wojna, o której wszyscy mówią?
Jarre, nadrabiając miną uczonego, dowodzi z traktatów historycznych, że wojny nie będzie, a incydenty graniczne, jak ten w Dol Angra, są przypadkowe i bez znaczenia. Na podłodze ląduje mapa. Ciri odnajduje na niej Temerię z Wyzimą i księstwo Ellander w Dolinie Pontaru, potem Cintrę przy ujściu Jarugi, opanowaną przez Nilfgaard, wreszcie każe pokazać sobie sam Nilfgaard i nie może uwierzyć: kraj najeźdźców nie mieści się na arkuszu, leży daleko na południu, za Górami Amell. Po drodze Czarni podbili Metinnę, Maecht, Nazair i Ebbing, wszystkie królestwa na południe od gór, i nazywają je teraz Prowincjami; Dolnego Sodden, Verden i Brugge zdobyć nie zdołali. Jarre tłumaczy dalej: granicą jest Jaruga, rzeka prawie nie do sforsowania, którą armie mogą przejść tylko w dolnym biegu, w Sodden, albo w środkowym, doliną Dol Angra, a obu przepraw pilnują potężne siły obu stron; flankę osłania nawet las Brokilon, wielka biała plama na mapie, przez którą driady nie przepuszczą nikogo. Jest równowaga sił, a żadna ze stron nie może dać przeciwnikowi casus belli, powodu do wojny. Ciri słucha, ale ma własne zdanie i o mało się nie wygada: zaczyna opowiadać o beczkach z sekretną pomocą Henselta dla Demawenda i o kamieniach w beczkach, po czym urywa w pół zdania, bo Geralt zabronił jej mówić o wydarzeniach w Kaedwen. Z wielkiej geopolityki wytrąca ją co innego: Jarre ukradkiem przysuwa usta do jej włosów. Skarcony tonem skopiowanym od Yennefer („przyszłam do ciebie w poważnej sprawie, jak czarodziejka do uczonego"), czerwieni się jak piwonia. A potem Ciri nagle unosi głowę, dotyka palcami skroni i wstaje: pani Yennefer ją wzywa. Na odchodne uprzedza, że wyjeżdża w sekretnych sprawach czarodziejek i nie wiadomo, kiedy wróci.
W komnacie Yennefer czeka balia. Czarodziejka czesze włosy przed zwierciadłem, a na stole leżą listy, na które czekała od dawna: to od nich zależał termin opuszczenia świątyni, choć Ciri nie ma pojęcia, dokąd i po co jadą. Próba ukradkowego prześwietlenia korespondencji impulsem kończy się, nim się zaczęła („Ani mi się waż", mówi Yennefer, nie odwracając głowy). Po kąpieli przychodzi rozmowa poważniejsza: o tym, że Ciri nie jest już dzieckiem, o wizytach w wieży („nie baw się nim, bo to podłe") i o tym, że jedno nieopatrzne słowo może naprowadzić bystrego chłopaka na sprawy, o których nikt nie może się dowiedzieć. Nikt nie może wiedzieć, kim Ciri jest. Dziewczynka pyta wprost, czy wyjeżdżają przez wojnę, o której mówią wszyscy. Yennefer zbywa ją najpierw ogólnikami o „temacie nieustającym", ale Ciri ma kontrargument nie z traktatów: jej babka była mądrzejsza niż Jarre, król Eist pływał po morzach i widział wszystko, a Nilfgaardczycy i tak przyszli. Czarodziejka przyznaje jej rację: tych, którzy dążą do wojny, nigdy nie powstrzymały doświadczenia ani analogie. Wtedy z Ciri wylewa się to, co naprawdę w niej siedzi: widziała już wojnę i nie chce nigdy więcej być sama, nie chce znowu stracić wszystkiego, nie chce stracić Geralta ani jej. Głos Yennefer drga: „I ja będę z tobą, Ciri. Zawsze. Obiecuję ci". Za oknem na wschód ciągną krzyczące chmary kruków. A potem czarodziejka, patrząc w stronę wzgórz, mówi swym zwykłym, drwiącym tonem: gdy spotkałyśmy się po raz pierwszy, nie lubiłaś mnie. I wspomnienia ruszają.
Pierwsze spotkanie wyglądało tak: do refektarza wezwano Ciri, gdzie Nenneke przedstawiła jej panią Yennefer z Vengerbergu, Mistrzynię Magii, której „można zaufać, bo wie, kim jesteś". Czarodziejka obejrzała dziewczynkę bezceremonialnie jak konia na targu, obracając jej głowę palcami pod brodą, a Ciri gotowała się ze złości i jednocześnie umierała z zazdrości: o kaskadę czarnych loków, o gwiazdę z brylancikami na aksamitce, o urodę świadomą i podkreśloną w każdym szczególe. Nie zazdrościła jednego: fiołkowych oczu, głębokich, beznamiętnych i złych. Werdykt z oględzin padł rzeczowy: wysokie czoło, ładny rozstaw oczu, rzadki pigment włosów, ewidentna krew elfów, choć w niewielkim stężeniu, elfi pradziadek albo prababka. Yennefer wypytała o choroby i o sny (o snach pisał jej w liście Geralt) i zjeżyła się na wieść o „naturalnych stymulantach" podawanych małej w Kaer Morhen; Nenneke ucięła spór autorytetem zielarki. Między kapłanką a czarodziejką iskrzyło zresztą od początku: gdy Ciri w duchu postanowiła uciec jeszcze tej nocy, Yennefer, nie odwracając się, skwitowała półgłosem „akurat", a chwilę później obie kobiety mierzyły się wzrokiem tak, że powietrze tężało. „Ona nie jest twoją rywalką", powiedziała wtedy Nenneke dziwne zdanie, po którym padły jeszcze dziwniejsze: że Nenneke jak zwykle trzyma stronę Geralta niczym matka, której nigdy nie miał, i że Yennefer jak zwykle obdarza go silną emocją, broniąc się z całych sił przed nazwaniem jej właściwym imieniem. Ciri słuchała tego z rosnącym buntem, bo rozmawiano o Geralcie przy niej, jakby była powietrzem. A potem Yennefer uśmiechnęła się do niej niespodziewanie miło i Ciri, wbrew całej złości, musiała ten uśmiech oddać.
Bunt i tak wybuchł, przy malwach pod murem: nikt jej nie pytał, czy chce być uczona! Yennefer odpowiedziała z brutalną szczerością. Jej też nikt nie pytał, czy ma ochotę uczyć; poproszono ją, by zbadała, co w dziewczynce siedzi i czym to grozi, a prosił Geralt. Mogłaby małą zahipnotyzować, sparaliżować i badać przemocą, jak pierwszą lepszą smarkulę, ale nie chce, bo Ciri jest inteligentna i dumna, więc dostaje pytanie, którego nikt jej dotąd nie zadawał: czy poddasz się testom? Na wykręt „muszę się zastanowić, cały dzień i noc" czarodziejka odpowiedziała bez okrucieństwa i bez litości: noc przyniesie tylko kolejny koszmar, krzyk, pot i zgrozę do świtu. Objęła dziewczynkę („Zaufaj mi") i Ciri odpowiedziała „poddam się", rozumiejąc, że wcale nie musiała odpowiadać, bo to nie było pytanie.
Warunki nauki zostały wyłożone w gościnnej komnacie przy bibliotece, tej samej, w której zawsze mieszkał Geralt (Yennefer, rozpakowując juki, znalazła w komódce jego zapomniane buty i gąsiorek, zaklęła pod nosem i uśmiechnęła się jednocześnie). Zasada pierwsza: absolutne posłuszeństwo; jeśli nauka zbrzydnie, wystarczy okazać nieposłuszeństwo i nauka natychmiast się skończy. Zasada druga: absolutna szczerość, działająca w obie strony, bo Ciri wolno pytać o wszystko i zawsze dostanie szczerą odpowiedź. Dziewczynka przetestowała pakt od razu, pytaniem, po którym sama omal nie zemdlała z przerażenia: co jest pomiędzy tobą a Geraltem, pani Yennefer? Czarodziejka podeszła, położyła jej ręce na ramionach i odpowiedziała poważnie: „Tęsknota. Żal. Nadzieja. I lęk. Wydaje się, że niczego nie pominęłam". Po takim pytaniu, dodała, zdziwiłaby się, gdyby testy wykazały brak zdolności. A na protest przeciw przezwisku „brzydulka" odpowiedziała z uśmiechem, że przecież przyrzekła szczerość.
Same testy okazały się mordęgą: rysowanie sosenek i domków, szeregi gwiazdek i kółek, labirynty, kleksy jak rozgniecione karaluchy, wpatrywanie się w błyszczącą kulkę na sznurku. Ciri raz spróbowała odpowiedzieć na złość bzdurą i dostała lekcję, której nie zapomni: Yennefer nie okazała gniewu, tylko długo milczała, a potem wyłożyła, że przekorę zauważyła, zignorować jej nie zamierza i test właśnie się skończył; przeprosiny przyjęła jako dowód, że się co do małej nie pomyliła, i po raz pierwszy zwróciła się do niej po imieniu. Gdy od ślęczenia rozbolały Ciri kark i plecy, nauka wyszła w park: biegi, przeskoki, równowaga na murku, wszystko podlane teorią oddechu, mięśni i odprężenia. Pointa przyszła na trawie, podczas relaksu. Na pytanie, kiedy wreszcie skończą testy, Yennefer odparła, że zakończone są od dawna, zdolności Ciri potwierdzone (mało kto potrafi dostrzec aktywność jej gwiazdy, a Ciri zauważyła ją natychmiast), a cała ta rozmowa od dłuższej chwili toczy się bez użycia głosu. To się nazywa telepatia.
Właściwa inicjacja odbyła się na wrzosowiskach, u stóp głazu wspartego na mniejszych kamieniach, stojącego od niepamiętnych czasów na przecięciu tętniących mocą żył. Po drodze Yennefer wyłożyła trzy prawdy o magii, wszystkie prawdziwe naraz: magia jest Chaosem, kluczem do zakazanych drzwi, za którymi czyha zguba świata; jest Sztuką, talentem wybrańców i błogosławieństwem piękna; jest wreszcie Nauką, wiedzą zdobywaną latami studiów i dyscypliny, postępem, który kiedyś pozwoli sięgnąć gwiazd. Magia jest wszędzie, w ziemi, wodzie, powietrzu i ogniu, wystarczy wyciągnąć rękę; od Koniunkcji Sfer jest też za zamkniętymi drzwiami, zza których niekiedy sama wyciąga rękę po wybranych. Po nią, po Dziecko Starszej Krwi wplecione w Ruch i Odmianę, w Zagładę i Odrodzenie, wyciąga szpony sam Chaos, który boi się jej i nie wie, czy dziewczynka stanie się jego narzędziem, czy przeszkodą. Dlatego zsyła sny: pokazuje jej przyszłość i chce, by strach przed nadchodzącym owładnął nią całkowicie. Dlatego teraz, przy drżącym głazie, wśród zrywającej się burzy, Ciri pokaże jej, co widzi w snach, przestraszy się po raz ostatni, a potem zapanuje nad lękiem.
Wizja, wymuszona rozkazem i blaskiem gwiazdy, jest najgorsza ze wszystkich. Krew na pociętych ustach Yennefer. Białe skały migające w galopie, skok w przepaść, niekończący się lot. Schody prowadzące w dół, w otchłań pełną dymu, i słowa w Starszej Mowie: Va'esse deireádh aep eigean, coś się kończy. Fiołkowe oczy płonące w wychudłej, poczerniałej od męki twarzy, ciemność, smród i zimno żelaza na przegubach rąk. Nadchodzi Tedd Deireádh, Czas Końca, Czas Wilczej Zamieci. Głos krzyczący „Lwiątko musi umrzeć! Racja stanu!", słowa, które padły na naradzie w Hagge, choć Ciri nie może o niej wiedzieć. Geralt o sinych ustach mówiący „idziemy, schodami w dół, innej drogi nie ma". Pożar, czarny koń stający dęba i czarny rycerz w hełmie ozdobionym skrzydłami drapieżnego ptaka, świst szerokiego miecza i cios, który wybucha bólem w policzku. Ciri ocknęła się, siedząc pod kamieniem, z dłonią przyciśniętą do tętniącej bólem twarzy, jęcząc „mamo, mamusiu". Yennefer, klęcząc obok, zgasiła ból lodowatym dotykiem i obiecała: nigdy więcej. Od jutra zacznie dawać jej siłę, która odepchnie koszmary. Po to ją tu przyprowadziła.
Zaczęły się dni wytężonej nauki, której towarzyszyło coś, czego w szkółce świątynnej nie było nigdy: fascynacja. Yennefer bywała surowa i władczo groźna, ale nudna nie była nigdy. Ciri ćwiczyła układy dłoni i gesty (z jękami, skurczami i pytaniem, czy ręka ćwiczona do miecza w ogóle się do czarów nadaje; „bzdura", ucięła czarodziejka, Geralt całe życie macha mieczem, a palce ma zręczne i bardzo delikatne), uczyła się formuł w Starszej Mowie, którą władała perfekcyjnie, i poznawała zakazy, w tym jeden bez wyjaśnienia: żadnej biżuterii, żadnego metalu, kryształu ani kamienia na ciele („gdy przyjdzie czas, wyjaśnię ci dlaczego"). Ogniem bawić się nie wolno pod żadnym pozorem. Były też rozmowy, na które Nenneke patrzyła spod oka: o dojrzewaniu, o tym, po czym poznać, że przyszedł czas na mężczyzn (jeśli zaczynasz się nad tym zastanawiać, to znak, że przyszedł; a przy braku wprawy ocenia się najpierw nie mężczyznę, lecz łóżko, eliminując brudne), i pełna szczerość w obie strony, z której Ciri korzystała bez litości. Wkrótce dziewczynka przeniosła się z dormitorium do komnaty czarodziejki, bo niektórych zaklęć nie wolno używać w świetle dnia, a w dormitorium marnowało się na paplaninę czas przeznaczony na sen.
Wieczorami czytały. Ciri przebrnęła przez traktaty magiczne od Stammelforda po straszną Dhu Dwimmermorc, ale sięgała też po lżejsze półki świątynnej biblioteki: pochłaniała romanse, czytała zbiory poezji Jaskra i popłakała się nad balladami Essi Daven z tomiku „Błękitna perła". Coraz częściej to ona odpowiadała na pytania. Yennefer delikatnie, dawkowanymi pytaniami otwierała drzwi, które Ciri obiecała sobie zostawić zamknięte na zawsze: Cintrę. Ucieczki z płonącego miasta dziewczynka nie pamięta wcale; wszystko urywa się na pożegnaniu z ranną, umierającą Calanthe, na krwawym boju na uliczkach, upadku z konia i czarnym jeźdźcu w skrzydlatym hełmie, dalej jest już tylko mrok. Z czasem Ciri zaczęła opowiadać sama, bez pytań: o dzieciństwie, o Prawie Niespodzianki, o Brokilonie. Przy opowieści o minie, jaką Geralt musiał mieć, gdy się dowiedział, kim jest jego Niespodzianka, wybuchnęły śmiechem obie naraz. Ten wspólny śmiech, myśli Ciri przy oknie, zbliżył nas naprawdę, choć Geralt łączy nas i dzieli jednocześnie i zawsze tak będzie.
Wśród otwartych drzwi pamięci było i Skellige. Przystań pod mżawką, wrzask mew, drakkary z opuszczonymi żaglami i wpływające do portu triremy ze złotymi lwami Cintry na proporcach. Wuj Crach an Craite, jarl Skellige, klękający na jedno kolano przed Calanthe, którą wyspiarze witali tytułem Modron, i jej lodowate pytanie: gdzie Eist? Król był na morzu, od wczoraj szukał szczątków i ciał. Królowa wykrzyczała jarlowi w twarz, że żaden drakkar nie miał prawa wyjść w morze bez jego zgody, po czym zabrała wnuczkę do Cintry, zapowiadając, że nigdy nie pozwoli jej tu wrócić, a Crachowi wystawiła rachunek: masz wobec mnie cholerny dług, a jeśli ja nie zdołam się upomnieć, upomni się ona; jej go spłacisz. Jarl obnażył przedramię w bliznach i z uniesionym mieczem przysiągł krwawą przysięgę wobec ryczących wojowników. Była potem straszna, milcząca uczta, strugi ciemnego piwa wylewane na posadzkę i rogi roztrzaskiwane o ściany w bezsilnym gniewie, i szeptane w kółko słowa Geas Muire, Przekleństwo Morza. Pavetta i Duny, rodzice Ciri, przepadli na morzu: pochłonął ich sztorm, którego nikt nie przewidział. Sztorm, którego miało nie być. Wspominając to wszystko, Ciri odwróciła głowę, by Yennefer nie widziała łez, i pomyślała, że do przeszłości nie ma powrotu, bo z tamtych ludzi nie został jej nikt. Czarodziejka zapytała tylko o jedno: kiedy zaczęły się sny. Ustaliły, że później: po spotkaniu z Geraltem w Brokilonie.
Nauka tymczasem wyszła w teren: Yennefer uczyła Ciri wykrywać intersekcje, miejsca przecięcia żył wodnych, z których czerpie się moc; poznaje się je po uschłych drzewach i skarlałych roślinach, omijają je wszystkie zwierzęta oprócz kotów, bo kot, jedyne obok smoka stworzenie umiejące chłonąć moc, lubi na nich sypiać. Ciri zdumiała nauczycielkę, wyczuwając ciąg z daleka, a potem zadała pytanie w duchu nauk Nenneke: czy mocy tam w dole nie zabraknie, skoro nawet wiśni należy zostawiać na drzewie dla ptaków? Yennefer objęła ją i mruknęła, że chciałaby, by usłyszeli to ci, którzy uważają, że mają do mocy wyłączne prawa: Vilgefortz, Francesca, Terranova. Pierwsze prawdziwe czerpanie skończyło się mimo ostrzeżeń krwotokiem z nosa i omdlewaniem; czarodziejka, tamując krew, powtarzała „jestem przy tobie, jestem przy tobie", a na końcu wymknęło jej się słowo, którego nie planowała: „córeczko". O tę krew z nosa wybuchła potem wielka awantura: Yennefer i Nenneke nie rozmawiały ze sobą przez tydzień, nauka stanęła, a czarodziejka całymi dniami przepadała gdzieś poza świątynią. Po tygodniu Ciri miała dość, podeszła i przytuliła się bez słowa; nazajutrz kapłanka i czarodziejka pogodziły się po kilkugodzinnej rozmowie i wszystko wróciło do normy.
Przyszły kolejne szczeble: kontrola tętna, oddechu i bólu, ćwiczenia z mieczem odzyskanym z depozytu (w tajemnicy przed adeptkami) i psychokineza. Yennefer wykładała rzeczowo: Znak Aard to po prostu proste zaklęcie psychokinetyczne, pchnięcie energii bez formuły, dlatego wiedźmini mogli je zaadaptować; one dwie będą ćwiczyć psychokinezę prawdziwą. Obowiązuje żelazna zasada: wydać wolno tylko tyle mocy, ile się wzięło, bo każda nadwyżka idzie z własnego organizmu i w krańcowym przypadku zabija. Debiut bez ekranowania wypadł, jak wypadł: kosz spod jabłoni najpierw ledwie drgnął, potem pofrunął, a przy trzeciej próbie, zachęcana okrzykami „śmiało, z gracją, ale dumnie", Ciri wydała „odrobinkę" za dużo i rozniosła w drzazgi szopę na pierze. Yennefer, uspokajając zbiegowisko kapłanek, oceniła debiut pozytywnie: to nie była wcale piękna szopka, a deski przydadzą się na opał.
Były wreszcie ciepłe, parne popołudnia w ogrodzie: Yennefer w wiklinowym fotelu, z listami, które przynosili jej dziwni posłańcy, przeważnie ptaki, i Ciri na trawie, z głową przy jej kolanach, zasypująca ją pytaniami. Padły odpowiedzi ważne (wstępne egzaminy czarodziejki zdaje się w wieku Ciri, około trzynastu lat), odpowiedzi wymijające (na pytanie o wiek, w którym poznała Geralta: „trochę więcej") i jedna, której Ciri nie zrozumiała: zapatrzona w lipę czarodziejka wyznała, że po prostu cieszy się, że może ją widzieć. Coraz częściej rozmowy przerywało krakanie: kruki i wrony ciągnęły na wschód chmarami coraz liczniejszymi, jak jesienią, a kapłanki mówiły o złym omenie. Na pytanie, czemu Geralt tak długo nie przyjeżdża, Yennefer odpowiedziała drwiną o ładniejszej dziewczynce, ale Ciri wie swoje: nie zapomniał. Nie mógł.
Wspomnienia domyka teraźniejszość. „Nie lubiłam cię", powtarza Ciri przy oknie, świadomie używając czasu przeszłego, i czeka na pytanie, bo chce wreszcie powiedzieć wszystko: że umie już udawać zimną jak ona, że chce być z nią i z tym, do którego obie tęsknią. Yennefer odwraca się od okna, uśmiecha się i nie pyta o nic. Wyjeżdżają nazajutrz o świcie, obie w męskich strojach podróżnych, w kapturach kryjących włosy, obie uzbrojone. Żegna je tylko Nenneke. Po długiej cichej rozmowie z Yennefer kapłanka ściska jej dłoń mocno, po męsku, Ciri zaś przytula i całuje ze łzami w oczach. Prosi: pilnuj jej, chroń jej jak źrenicy oka. „Mam nadzieję", uśmiecha się nieznacznie czarodziejka, „że zdołam chronić ją lepiej". Po niebie w stronę Doliny Pontaru ciągną krzyczące stada wron, na które Nenneke stara się nie patrzeć, i padają jej ostatnie słowa: nadchodzą złe czasy; może się okazać, że Ithlinne aep Aevenien wiedziała, co przepowiada, i nadchodzi Czas Miecza i Topora, Czas Pogardy i Wilczej Zamieci. „Wrócę tu, Matko!", woła Ciri z siodła. „Wrócę na pewno! Niedługo!". Nie wiedziała, jak bardzo się myliła.
“Tissaia de Vries dowodzi w „Zatrutym źródle", że nikt nie rodzi się czarodziejem i nikt nie powinien się nim rodzić. Dziedziczona, nieopanowana Moc degeneruje się z pokolenia na pokolenie, każda adeptka musi więc zdecydować, czym chce być: czarodziejką czy matką. Autorka żąda sterylizacji wszystkich adeptek. Bez wyjątku.”
What to remember from this chapter
- Uczennica Yennefer: Na prośbę Geralta do świątyni Melitele przyjeżdża Yennefer, by zbadać zdolności Ciri i pomóc jej nad nimi zapanować. Zaczyna się od wzajemnej niechęci i buntu, ale pakt absolutnego posłuszeństwa i absolutnej, obustronnej szczerości zmienia wszystko. Testy potwierdzają to, co czarodziejka wiedziała od pierwszego spojrzenia: dziewczynka ma zdolności, jakich nie widuje się prawie nigdy (rozmowę telepatyczną podejmuje, nawet tego nie zauważając). Przy pradawnym głazie na przecięciu żył mocy Yennefer wymusza na niej ostatni koszmar i wykłada, dlaczego Chaos zsyła jej sny: boi się Dziecka Starszej Krwi i chce nim rządzić strachem. Potem przychodzą miesiące prawdziwej edukacji: gesty i formuły, czerpanie mocy z intersekcji (pierwsza próba kończy się krwotokiem z nosa i awanturą z Nenneke), psychokineza z rozniesioną w drzazgi szopą, księgi, rozmowy o dojrzewaniu i o Cintrze. Koszmary ustają. A między surową mistrzynią a upartą uczennicą rośnie więź, na którą żadna nie ma nazwy, dopóki przy tamowaniu krwi Yennefer nie powie do Ciri: „córeczko".
📝 Want to pin a note to this chapter? Create a free account. Notes are private and come back with your recap.