👁 You're reading without a bookmark: you see the full content, so we may give away what happens later.How does spoiler protection work?How does the protection work?
🕯 English edition in preparation. This content is still in Polish — the interface is fully translated, and the summaries are being translated volume by volume.
Volume III · Blood of Elves

Chapter 1 “Chapter One”

Chapter 1 of 7 in this volume·20/29 in the saga·~11 min read
Vol. III · ch. 1/7
20/29 in the saga

Miasto płonie, a Ciri ucieka przez nie na łęku siodła obcego rycerza w barwach Cintry. Czarne konie napastników przesadzają barykady, na uliczkach trwa rzeź uchodzących mieszkańców, dziewczynka słyszy tylko powtarzany krzyk: „Trzymaj się!". Wiozący ją rycerz zanosi się nagle chrapliwym kaszlem i na jej wczepione w rzemień ręce bucha krew. Trafiony strzałą jeździec wali się z konia razem z nią. Przygniecioną ciałem zabitego Ciri znajduje wśród płomieni czarny jeździec w wielkim hełmie ozdobionym skrzydłami drapieżnego ptaka. Patrzy na nią przez szparę hełmu, spina konia do ataku, a skrzeczący ptak bije ją skrzydłami po twarzy. Dziewczynka nie może się poruszyć ani dobyć głosu: jest tylko strach.

Wtedy się budzi. To był sen: dookoła jest noc, szumią sosny, obok pulsuje ciepłem ognisko biwaku, a policzka Ciri dotyka ręka pachnąca skórą i popiołem, nie krwią. Przy dziewczynce czuwa Geralt. Ciri pyta go o to, czego nie pamięta z tamtej nocy: co zrobił jej czarny rycerz z piórami na hełmie? Pamięta tylko, że patrzył na nią i krzyczał, i że strasznie się bała. Geralt uspokaja ją, że to był sen i że to już nie wróci. Podobne zapewnienia Ciri słyszała po nocnych krzykach wiele razy, ale teraz po raz pierwszy w nie wierzy, bo mówi je Geralt z Rivii, Biały Wilk, który odnalazł ją wśród wojny i obiecał, że już nigdy się nie rozstaną. Zasypia, nie puszczając jego dłoni, a wiedźmin przypomina, że przed nimi jeszcze daleka droga.

Daleko stamtąd, na słynącej z tolerancji polanie pod prastarym dębem Bleobherisem, Jaskier kończy właśnie wielki występ. Ballad o wiedźminie, czarodziejce i Dziecku Niespodziance wysłuchało ponad sto osób: kupieckie karawany, rycerze, żacy, krasnoludzcy zbrojni, wędrowne elfy, chłopi i czarodzieje. W imieniu wszystkich dziękuje bardowi mistrz arkanów magicznych Radcliffe z Oxenfurtu, wzruszone słuchaczki ocierają oczy, a uczeń Jaskra roztropnie porzuca szkatułkę na datki na rzecz sporego cebra, który Vera Loewenhaupt, handlarka wikliną, zaczyna szczodrze napełniać, żądając w zamian dalszego ciągu opowieści.

Jaskier wykręca się frazesami o uniwersalności poezji, ale słuchacze nie dają się zbyć: każdy wie, że wyśpiewany wiedźmin to Geralt z Rivii, czarodziejka to Yennefer, a Dziecko Niespodzianka to Cirilla, księżniczka zburzonej przez najeźdźców Cintry. Pod dębem zaczyna się wielki spór o to, ile w pieśni jest prawdy. Vera Loewenhaupt zaświadcza, że Geralt istnieje naprawdę: widziała go w Wyzimie, gdzie odczarował córkę króla Foltesta, a potem na Kupieckim Trakcie, gdzie na prośbę gildii zabił napadającego na karawany gryfa. Wojowniczka Rayla z Lyrii zna wiedźmina z widzenia i dodaje, że w Vengerbergu w Aedirn widywała też Yennefer, choć o miłości tych dwojga nic jej nie wiadomo. O losach bohaterów krążą jednak i wieści ponure. Komes Vilibert słyszał, że Yennefer poległa na Soddeńskim Wzgórzu; rycerz Donimir z Troy zaprzecza, bo pochodzi z tamtych stron i czytał napisy na pomniku na Wzgórzu. Poległy tam trzy czarodziejki: Triss Merigold, Lytta Neyd zwana Koral, a imię trzeciej wypadło mu z pamięci. Zagadnięty o to czarodziej Radcliffe uśmiecha się tylko i milczy. Z kolei krasnolud Sheldon Skaggs powtarza pogłoskę, że sam Geralt już nie żyje: podobno utłuczono go gdzieś na Zarzeczu. Rayla nie wierzy: widziała, jak ten wiedźmin włada mieczem, i żaden znany jej szermierz nie może się z nim równać.

Najzacieklej spierają się słuchacze o los samej Ciri. Wędrowny czeladnik twierdzi, że księżniczka zginęła w oblężonej Cintrze: królowa Calanthe miała własną ręką zadać wnuczce śmierć, nim rzuciła się z wieży, by dziecko żywe nie wpadło w ręce Nilfgaardu. Rudy wyspiarz w kurcie z foczej skóry, który służył w drużynie jarla ze Skellige i walczył w Marnadalu, w Cintrze i pod Sodden, zna wersję inną: dziewczynkę zabito na ulicach miasta, gdy próbowała uciekać. Zgadzają się w jednym: wiedźmina ominęło jego przeznaczenie, a poeta w balladzie po prostu zełgał. Kłótnie kombatantów o to, kto naprawdę stał w pierwszej linii, przechodzą płynnie w rozmowę o samej wojnie (wysoki elf przypomina, że w drugiej bitwie o Sodden stanęło w polu ponad sto tysięcy wojowników, z czego co najmniej trzydzieści tysięcy zabitych i okaleczonych) i o tym, co będzie dalej. Skaggs nie ma złudzeń: Nilfgaard liże teraz rany, ale nie dziś, to jutro ruszy znowu, a Północ zamiast się jednoczyć, wróciła do swarów: Vizimir Redański z Foltestem dławią się wzajemnie cłami, Demawend z Aedirn kłóci się z Henseltem o Marchię Północną, a Liga z Hengfors i Thyssenidzi z Koviru mają wszystko gdzieś. Nawet czarodzieje, którzy na Wzgórzu zgodnie uznali przywództwo Vilgefortza z Roggeveen (jak wojownicy Czterech Królestw komendę Vizimira Redańskiego), dziś, jak słychać, dawnej jedności nie mają. W Nilfgaardzie tymczasem cesarz Emhyr var Emreis wymusza posłuszeństwo batem, strykiem i toporem.

Spór ociera się i o krew. Vilibert powtarza obiegową teorię, że Nilfgaardczycy to potomkowie Czarnych Seidhe i że elfy dlatego trzymają z wrogiem, opłacane nilfgaardzkim złotem. Wysoki elf odpowiada zimno, że Nilfgaardczycy są ludźmi takimi samymi jak reszta, a ludzie i elfy mieszają swoją krew od stuleci. Niech mu ktoś pokaże człowieka bez domieszki Seidhe Ichaer, krwi Starszego Ludu. Po tych słowach czerwienią się i komes, i Vera, i, co ciekawe, piękna elfka w gronostajowym toczku. Gruby kapłan widzi w wojnie karę bogów i cytuje wieszczbę Itliny o nadchodzącym Czasie Pogardy, Białym Zimnie i świecie umierającym wśród zamieci: Nilfgaard ma być biczem, którym Nieśmiertelni chłoszczą grzeszników. Skaggs oburza się na te zabobony: jego zdaniem historia jest prostsza. Krasnolud pamięta czasy, o których krótko żyjący ludzie dawno zapomnieli: odkąd zeszli z łodzi na plaże w ujściu Jarugi i w delcie Pontaru, z czterech lądujących statków robiły się trzy królestwa, a potem silniejsi połykali słabszych. Teraz to samo robi Nilfgaard, kraj silny, karny i zwarty, i jeśli Północ się nie zewrze, połknie ją jak szczupak karasia. Gdy siwy druid próbuje pogodzić zebranych przypowieścią o wspólnych korzeniach, okazuje się, że bohater wieczoru zniknął: Jaskier po cichu zabrał pieniądze i odjechał bez pożegnania.

Odnajdujemy go w miasteczku nieopodal, w przybytku Mamy Lantieri, gdzie poeta właśnie waży, którą z dwóch ślicznotek wybrać. Przeszkadza mu w tym gość: przybysz o ciemnych, wilgotnych, jakby załzawionych oczach, ostrym nosie i wąskich wargach, który śledził barda od samego dębu. Nieznajomy odprawia dziewczyny, płaci rajfurce za dyskrecję i kładzie przed Jaskrem drugi pękaty mieszek: chce „pogawędzić o twórczości", a dokładnie o prawdziwych losach bohaterów ballad. Interesuje go jedno: co naprawdę stało się z Cirillą, księżniczką Cintry. Świadkowie twierdzą, że zginęła przy zdobywaniu miasta, z ballady zaś wynika, że przeżyła. Prawda to czy fałsz? Jaskier węszy podstęp: gość nie przekazał na wstępie pozdrowień od wspólnych znajomych, jak czynią to ludzie, za których poeta go wziął. Przybysz przedstawia się jako Rience i przechodzi od monet do gróźb: jeśli poeta odpowie po dobroci, nie trzeba będzie zmuszać go do mówienia. Gdy w jego dłoni błyska rozkładany motylkowy sztylet, Jaskier nie czeka: długim skokiem dopada kąta izby, nurkuje pod arras i znanym sobie sekretnym przejściem rzuca się w dół po kręconych schodach, pewien, że prześladowca wpadnie jak inni przed nim na zapadnię i wyląduje w chlewie. Myli się: za jego plecami błyska niebieskawo, zaklęcie odbiera mu władzę w nogach i to on, sparaliżowany, przelatuje przez zapadnię i traci przytomność na klepisku chlewa.

Ocknięty ból przywraca mu jasność sytuacji: Jaskier klęczy ze skrępowanymi rękami, a powróz przerzucony przez belkę stropu wyłamuje mu ramiona ze stawów. Rience, który, jak się okazuje, jest czarodziejem (to on rzucił zaklęcie paraliżu, a teraz magicznym pierścieniem odbiera i przywraca poecie mowę), przesłuchuje go w asyście dwóch drabów. Do więzów na kostkach barda przytwierdzony jest ceber pełen wapna: jeśli draby podciągną Jaskra wraz z tym ciężarem, poeta już nigdy nie zagra na lutni. Torturowany Jaskier zeznaje, co wie: Ciri była wiedźminowi przeznaczona jako Dziecko Niespodzianka, obiecane mu przez rodziców jeszcze przed narodzeniem. Geralt jechał po nią do Cintry, gdy wybuchła wojna; od Jaskra dowiedział się o rzezi miasta i śmierci Calanthe, zaniechał podróży i obaj uciekli na północ, a w Hengfors ich drogi się rozeszły. Balladę o ocaleniu dziewczynki poeta, jak przysięga, po prostu wymyślił. Rience nie do końca wierzy i zadaje pytanie następne: skoro wiedźmina nikt nie widział od ponad roku, to gdzie ów zwykł się ukrywać? Jaskier odpowiada za szybko, że nie wie, gdzie to jest, i Rience natychmiast wychwytuje: nie wie gdzie, ale wie co. Poeta zaciska zęby, powróz idzie w górę.

Ratunek przychodzi w chwili, gdy Jaskier już wie, że powie. Do chlewa zagląda nocą niewysoka postać w płaszczu. Drab tnie ją nożem, lecz ostrze przechodzi przez gardło ofiary jak przez kłąb dymu, bo to tylko wysłana przodem iluzja. Tuż za nią wpada druga postać, ciemna i zwinna jak łasica: błysk w jej dłoni podcina gardło jednemu z drabów, a ognista błyskawica z jej ręki rozlewa się jak płonąca oliwa po twarzy i piersi drugiego. Rience kontratakuje zaklęciem, ale odbity czar ciska nim o drewniane przegrody. Wtedy w powietrzu rozjarza się złoty świetlisty owal i osaczony czarodziej skacze w niego, znikając w mgnieniu oka. Wybawczyni zdąża jeszcze cisnąć w gasnący portal zaklęciem; z bardzo daleka dobiega wrzask bólu. Rozcinając więzy poety motylkowym sztyletem uciekiniera, kobieta pyta, czy Jaskier naprawdę mógłby jej nie poznać. To Yennefer: była pod Bleobherisem w czasie występu, incognito, a do miasteczka pojechała za poetą; głosy z chlewika usłyszała, krążąc w oczekiwaniu po podwórku. Obu drabów zabiła bez wahania i bez żalu: gdyby nie wysłała przodem iluzji, sama leżałaby teraz na klepisku.

Przy winie i pieczonych kurczakach w pobliskim zajeździe Jaskier zdaje czarodziejce pełną relację. Yennefer wie o Geralcie więcej niż on: po zakończeniu wojny wiedźmin wrócił na Południe, był ciężko ranny, tak ciężko, że rozeszły się pogłoski o jego śmierci, a po wykurowaniu pojechał na Zarzecze. Jaskier domyśla się po co, choć nie wie, czy wiedźmin znalazł to, czego szukał. Sama Yennefer nie widziała Geralta od wojny i od ponad roku nie ma od niego wieści. Na wieść o przesłuchaniu porządkuje sprawy szybko i konkretnie. Po pierwsze: Jaskier ma wykreślić z repertuaru balladę o Lwiątku z Cintry i zapomnieć, że kiedykolwiek słyszał to imię: śpiewanie o wojnie, o Geralcie i o niej samej nikomu nie szkodzi, ale o dziecku nie wolno. Po drugie: ma unikać spotkań sam na sam z ludźmi, którzy „zapominają" przekazać na wstępie pozdrowienia od wspólnych znajomych. I tu czarodziejka przekazuje mu pozdrowienia od Dijkstry, ujawniając mimochodem, że doskonale wie o pracy poety dla redańskiego wywiadu. Dijkstra prosi przy okazji o raport z Verden, z dworu króla Ervylla, tym razem rzeczowy i pod żadnym pozorem nie wierszowany. Po trzecie: spalony Jaskier ma zniknąć: jechać do Redanii, do Tretogoru, pod opiekę Dijkstry i Filippy Eilhart na dworze Vizimira.

Jaskier ma jednak własne zmartwienie. Rience, którego Yennefer ocenia jako czarodzieja niezbyt wprawnego, torturami próbował wydusić z niego kryjówkę Geralta, a przecież ktoś mu pomógł uciec: sam nie zdołałby otworzyć owalnego portalu, zrobił to ktoś nieporównanie mocniejszy, i właśnie dlatego Yennefer bała się ruszyć w pościg na oślep. Naznaczyła za to uciekiniera: posłany w ślad za nim żar oznacza, że Rience długo będzie leczył poparzenia. Poeta dorzuca własne spostrzeżenie, za które czarodziejka szczerze dziękuje: przesłuchując go, Rience mówił o „bitwie o Cintrę" i „zdobywaniu miasta", a przecież na Północy nikt tak nie mówi, dla wszystkich od zawsze była to rzeź Cintry. Pytający był więc najpewniej Nilfgaardczykiem i nosił nilfgaardzki motylkowy sztylet. Na pytanie, czemu Nilfgaard tak interesuje się Geraltem i dziewczynką, Yennefer ucina: nie pchaj w to nosa. Jaskier nalega przynajmniej na jedno: trzeba ostrzec Geralta, a Yennefer jako jedyna wie, gdzie wiedźmin się zaszył i jak tam dotrzeć. Czarodziejka przyznaje, że wie, ale z wyjazdem zwleka: Geralt nie lubił, gdy narzucano mu się z pomocą, a ona jest mu winna dokładnie tyle, ile on jej. Za to poecie, ku jego zdumieniu, mówi wprost, że go lubi i że jest mu wdzięczna: jeździł z Geraltem, był mu przyjacielem, dzięki niemu wiedźmin nie był sam. O miejscu, którego nazwy Jaskier woli nie wypowiadać, mówi na koniec z dziwną nutą w głosie: bywała tam gościem. Ale nigdy nieproszonym.

Tymczasem nocą, wśród wyjącego wichru, Geralt i Ciri docierają do celu dalekiej drogi. Księżyc oświetla ruiny zamczyska: fosę, resztki muru i kopczyki ludzkich czaszek szczerzących połamane zęby. Przerażonej dziewczynce wiedźmin wyjaśnia, że na całym świecie trudno o bezpieczniejsze miejsce: to Kaer Morhen, Wiedźmińskie Siedliszcze, niegdyś piękny zamek. Klacz Płotka pewnie niesie ich ciemnym tunelem wśród kolumn, aż w głębi otwierają się wrota, zza których bije blask łuczyw. W progu staje Eskel: wiedźmin, którego twarz Ciri w pierwszej chwili bierze za nieludzką, nim w świetle dostrzega, że to zwyczajna ludzka twarz, tylko zniekształcona długą, półokrągłą blizną od kącika ust aż po ucho. Eskel wita przybysza bez patosu (na jego „Żyjesz, Wilku" Geralt odpowiada „Żyję"), obaj wiedźmini na krótką chwilę padają sobie w objęcia, a na widok dziecka gospodarz mruczy tylko: „Zaraza. Dziewczynka. Tego jeszcze brakowało". Na pytanie Geralta, kto zimuje w warowni, odpowiada: oprócz Vesemira także Lambert i Coën.

W wielkiej halli, przy huczącym palenisku, czekają pozostali. Szkoła Wilka wita swojego: „Witaj, Wilku. Czekaliśmy", mówi Vesemir, a Geralt odpowiada, że dobrze jest znowu być w domu. Ciri, popchnięta lekko do przodu, idzie ku stołowi zgarbiona i skulona ze strachu: zamiast obiecanego domu widzi straszne, ciemne zamczysko pełne szczurów i upiornych ech, a na tle ognia groźne czarne sylwetki i błyszczące oczy, jak z najgorszego snu. Na pytanie Vesemira, kim jest ta dziewczynka, Geralt zaczyna: „Jest moim…" i zająkuje się. Jego twarde dłonie zaciskają się na ramionach Ciri i strach znika bez śladu: huczący ogień daje już tylko ciepło, czarne sylwetki okazują się sylwetkami przyjaciół, a błyszczące oczy wyrażają ciekawość i troskę. Wiedźmin mówi: „Ona jest naszym przeznaczeniem".

“Wieszczka zapowiada nadejście wieku miecza i topora, Czasu Pogardy i wilczej zamieci: świat umrze wśród mrozu, a odrodzi się ze Starszej Krwi. Nim to nastąpi, wypatrujcie znaków: wprzód ziemia spłynie krwią Aen Seidhe. Krwią Elfów.”

What to remember from this chapter

  • „Ona jest naszym przeznaczeniem": Po długiej drodze przez góry Geralt przywozi odnalezioną Ciri do Kaer Morhen: zrujnowanej twierdzy wiedźminów, jedynego domu, jaki ma, i najbezpieczniejszego miejsca, jakie zna. Wrota otwiera Eskel, witając Geralta krótkim „Żyjesz, Wilku" i słysząc równie krótkie „Żyję". W halli przy palenisku czekają zimujący: Vesemir, Lambert i Coën. Przerażona ruinami, szczurami i czarnymi sylwetkami na tle ognia dziewczynka staje przed obcymi. Wtedy Geralt, zapytany, kim jest to dziecko, zaczyna „Jest moim…", zająkuje się i kładzie jej dłonie na ramionach. Strach znika bez śladu. Wiedźmin mówi: „Ona jest naszym przeznaczeniem", a Dziecko Niespodzianka zostaje w Wiedźmińskim Siedliszczu na zimę, pod opieką ostatnich wilków ze Szkoły.
See this chapter on the map

📝 Want to pin a note to this chapter? Create a free account. Notes are private and come back with your recap.