A general portrait, with no plot given away.
Młody, budzący respekt czarodziej, o którym mówi się, że po drugiej bitwie o Sodden jest pierwszy w Kapitule: to jego dziełem było zawieszenie broni z Nilfgaardem, które w jego planach ma stopniowo przerodzić się w trwały pokój, i to z jego zdaniem liczą się królowie, choć go nie znoszą. Mieszka w siedzibie z pracownią zabezpieczoną przed magicznym podsłuchem, gdzie przyjmuje gości z wystudiowaną gościnnością gospodarza; znany jest z zamiłowania do rozwiązywania teoretycznych problemów logistycznych. Jego asystentką i osobistą sekretarką jest Lydia van Bredevoort, która kocha go od lat cichą, upartą miłością; Vilgefortz o tym wie, ale jest za dumny i za pryncypialny, by z tego skorzystać, więc oboje trwają w układzie beznadziejnym, lecz stabilnym.
You’re browsing without a bookmark, so you see the full published biography.
Gdy Tissaia de Vries i Artaud Terranova przywożą mu wieści o naradzie w Hagge, Vilgefortz nie kryje, że spodziewał się samodzielności królów, i radzi Kapitule udawać, że o niczym nie wie: nikt czarodziejów o pozwolenie nie pytał, a jeśli plany monarchów wyjdą poza fazę zamysłów, będzie czas „dopasować się do sytuacji". Oponentom odpowiada bez ogródek, że zatańczą, jak im zagrają, albo wyjdą z sali, a kto sądzi inaczej, myli niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. Dopiero nacisk Tissai w sprawie pogromów nieludzi skłania go do zmiany taktyki: proponuje zwołanie powszechnego zjazdu czarodziejów, by utemperować monarchów rękami magików zasiadających w królewskich radach. Tissaia dostrzega jednak w pracowni więcej, niż gospodarz chciałby pokazać: aparaturę do psychowizji ustawioną do poszukiwania osób zaginionych oraz dwie księgi ukryte pod kamuflującym zaklęciem, przepowiednię Ithlinne i prastarą księgę Aen Hen Ichaer, czyli Starszą Krew. Sam Vilgefortz wypytuje o z troską zbyt gładką, by była szczera, a na uwagę, że , o którego śmierć się dopytuje, na razie żyje, odpowiada z uśmiechem, zerkając na świeżo doręczony list: „Czyżby? Nie sądzę".
Na bankiecie w Aretuzie Vilgefortz, wysoki, diablo przystojny i wyglądający na trzydzieści pięć lat (co u czarodziejów znaczy „młody", czyli do stu lat włącznie), wkracza u boku Franceski Findabair i sam prosi o poznanie Geralta. To on, jak zauważa Dijkstra, zadbał, by na zjeździe nie zabrakło żadnego królewskiego szpiega: ma ich wszystkich w jednym garnku. Rozmowę z wiedźminem reżyseruje jak spektakl: spacer po Galerii Chwały z ironicznym wykładem o legendach magii, portret Lary Dorren pędzla powieszony w odpowiednim momencie, iluzoryczny taras, na którym Geralt nagle zawisa nad przepaścią (boisz się śmierci, konstatuje z uśmiechem), wreszcie gabinet z klepsydrą. Tam odsłania, że zna pochodzenie wiedźmina (matka czarodziejka), i opowiada własną historię: podrzutek z rynsztoka w Lan Exeter, wychowanek druidów Kovirskiego Kręgu, najemny żołnierz, rabuś i morderca, który na końcu świata pokochał czarodziejkę nienawiścią pomyloną z miłością i czarodziejem został z nienawiści, a o swojej pomyłce mówi słowami znanymi czytelnikowi z koszmaru : mylił niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. Geraltowi proponuje pakt: wstąpienie w szeregi magów i przyłączenie się do przyszłych zwycięzców nadchodzącej „haratani", a gdy wiedźmin odmawia, kładzie na stole ostatnią kartę: czarnego konia na szachownicy, związanego z Geraltem przeznaczeniem, którego można nie utracić tylko w jeden sposób. Daje wiedźminowi noc do namysłu.