👁 You're reading without a bookmark: you see the full content, so we may give away what happens later.How does spoiler protection work?How does the protection work?
🕯 English edition in preparation. This content is still in Polish — the interface is fully translated, and the summaries are being translated volume by volume.
Volume IV · Time of Contempt

Chapter 7 “Chapter Seven”

Chapter 7 of 7 in this volume·33/33 in the saga·~16 min read
Vol. IV · ch. 7/7
33/33 in the saga

Przy ognisku na postoju drabi zwani Łapaczami przyglądają się znalezionej dziewczynie: spalonej słońcem, pokaleczonej, pijącej jak gąbka i wygłodniałej tak, że strach patrzeć. Spierają się, skąd przyszła. Jedni twierdzą, że ze wschodu, przez Korath, pustynię zwaną Patelnią, na której nikt nie przeżywa; inni, że od zachodu, korytem wyschniętej rzeki Suchak, bo obok leżącej były ślady kopyt, więc musiał ją zwalić koń. Zgadzają się w jednym: uratował ją deszcz, jakiego na Patelni nie pamiętają najstarsze dziady, bo chmury zawsze omijają Korath. Nie rozumieją tylko, czemu ten obdarty kopciuch, na dodatek kołowata niemowa, jest tak ważny dla Nilfgaardu, że prefekt rozesłał za nim patrole i obiecał nagrodę. Ich herszt, potężny i łysawy tropiciel Skomlik, poznał się na jeńcu lepiej niż reszta: ta ptaszka nie jest ani głupia, ani niemowa, tylko chytrze udaje, a słucha wszystkiego bacznie. Podsuwa jej przed oczy nahajkę i obiecuje „zapytać fletnią po grzbiecie", ale od drugiego ogniska pada ostry rozkaz: dziewczyny nie tykać. Wydaje go rycerz, któremu Łapacze mówią „szlachetny panie Sweers", a za jego plecami klną, że prefekt postawił nad nimi wielmożnego, który zgarnie nagrodę za ich robotę.

Ciri obserwuje i słucha, udając otępiałą. Rycerz jest starszym, krzepkim mężczyzną o twarzy poznaczonej bliznami i w czasie jazdy nosi hełm z ptasimi skrzydłami, ale to nie są skrzydła z jej sennych koszmarów: to nie jest czarny rycerz z Cintry. Jest za to rycerzem nilfgaardzkim. Wspólnym mówi płynnie, lecz z akcentem podobnym do elfiego, a ze swym giermkiem, chłopakiem niewiele starszym od Ciri, rozmawia w języku zbliżonym do Starszej Mowy, twardszym i mniej śpiewnym. Ciri, która Starszą Mowę zna doskonale, rozumie większość słów, ale się z tym nie zdradza. Z podsłuchanych rozmów powoli składa swoją sytuację. Wpadła w łapy Nilfgaardu, który wyśledził trasę spaczonego teleportu z Tor Lara i znalazł ją tam, gdzie nie zdołali jej znaleźć ani Yennefer, ani Geralt; o tym, co stało się z nimi na Thanedd, ma najgorsze podejrzenia. Łapacze to zwykli ludzie na nilfgaardzkiej służbie, a nagrodę za jeńca ma im wypłacić prefekt, we florenach. Floren jest obiegową monetą tylko w jednym miejscu świata: w cesarskich Prowincjach na dalekim Południu, zarządzanych przez prefektów.

Na popasie nad strumieniem Ciri ostrożnie próbuje najprostszego zaklęcia, delikatnej telekinezy, bo magia mogłaby pomóc w ucieczce. Obawy się potwierdzają: nie ma w sobie ani krzty czarodziejskiej energii. Po nierozsądnej zabawie z ogniem zdolności magiczne opuściły ją całkowicie. Ciri zobojętniała więc na wszystko, zamyka się w sobie i pogrąża w apatii na długie dni. Aż do dnia, w którym drogę przez wrzosowiska zajeżdża im rycerz w błękitnej zbroi.

Na widok konnych Skomlik mruczy, że będzie bieda: to Varnhagenowie z fortu Sarda, a między rodami Sweersów i Varnhagenów trwa rodowa wróżda i krwawa zemsta. Łapaczom każe zsiąść, nie mieszać się do waśni panów z Nilfgaardu i strzec dziewki, bo w niej cały ich zysk. Liczy przy tym chłodno: jeśli obaj panowie się pozabijają, cała nagroda przypadnie Łapaczom, a jeden z pachołków Błękitnego, Remiz, to jego swojak.

Bitwa, którą Ciri ogląda ze zgrozą, nie przypomina niczego, czego uczono ją w Kaer Morhen: nie wyobraża sobie, jak mogłaby sparować choć jeden z tych ciosów. Zaczyna towarzysz Błękitnego w dziwacznym szyszaku ozdobionym pasami skóry jak morsie kły: ciśniętym szpontonem przebija na wylot pierś giermka. Sweers wymienia z Błękitnym huczące ciosy w mijanych galopach, rozrąbuje bark i naramiennik Dwóch Kłów, a potem wbija mu miecz między naramiennik a szyszak i zrzuca trupa pod kopyta. Z Błękitnym, istnym siłaczem władającym ciężkim toporem jak trzcinką, idzie gorzej: topór wybija Sweersowi miecz z dłoni i wgniata napierśnik, ale rycerz dobywa buzdyganu i wali nim po hełmie raz za razem, aż oszołomiony przeciwnik leci głową pod kopyta, a wyćwiczony gniadosz tratuje leżącego z gruchotem. Ranny Sweers nie utrzymuje się jednak w siodle i wali się na ziemię obok konającego wroga.

Ciri wykorzystuje zamęt: wyrywa się trzymającemu ją Łapaczowi, dopada luzem biegającego siwka i jest już w kulbace, ale pachołkowie z Sardy siedzą na wypoczętych koniach i ściągają ją za włosy na ziemię. Skomlik ćwiczy ją nahajką i kopniakami tak, że w końcu z ust dziewczyny wyrywa się krzyk „nie bij mnie", pierwszy od tygodni. Udawana niemowa przemówiła; od bicia na śmierć ratuje ją tylko przypomnienie kamratów, że za zmarnowany łup nikt nie zapłaci. Od Remiza pada przy tym szczegół, który wiele tłumaczy: w Sardzie mówiono, że dziewczyny szukają wszystkie garnizony, bo jakiś możny mag wywróżył, iż musi być gdzieś w tych okolicach. Potem Skomlik porządkuje sprawy po swojemu. Remiza, który jako szwagier może liczyć na ocalenie skóry, wciąga do spółki; drugiego pachołka z Sardy, niepotrzebnego świadka, zabija ciosem noża w gardło. Konającego Sweersa zostawiają na wrzosowisku, bo „długo nie podycha". Wersja dla prefekta jest gotowa: rycerze wybili się w rodowej wróżdzie, zwykła u nich rzecz, a dziewkę Łapacze znaleźli już później. Ruszają wprost do Amarillo, po nagrodę.

Po drodze, z rękami przywiązanymi rzemieniem do łęku, po nocy przespanej między dwoma pilnującymi ją drabami, Ciri zjeżdża z Łapaczami do wsi u podnóża góry. Remiz zna te okolice: wieś zwała się dawniej Biała Rzeczka, ale gdy w okolicy wybuchła ruchawka i paru tutejszych przystało do rebeliantów, Varnhagenowie z Sardy puścili ją z dymem, ludzi wysiekli albo pognali w niewolę. Teraz mieszkają tu wyłącznie nilfgaardzcy osadnicy, a wieś przechrzczono na Glyswen. Nowoposiedleńcy, zawzięci i nieprzyjaźni, stróżują przy bramie z oszczepami. Skomlik łże im, że jego kompania to wojsko w służbie prefekta, i słyszy w odpowiedzi, że karczma jest otwarta tylko „póki co", bo pracowitym osadnikom pożytku z niej żadnego, a przyciąga samych takich, którym nie są radzi. Właśnie tacy w niej popasają: Nissirowie, milicja baronów z Tyffi, wioząca ujętego bandytę z bandy Szczurów. Osadnik żąda twardo, by przypomnieć Nissirom, że władzą jest tu prefekt, a ukaz prefekta każe złapanych zbójów sprawiać na miejscu: woły są już w jarzmie, a pal zastrugany. Jeśli Nissirowie nie zechcą, osadnicy wykonają ukaz sami.

W mrocznej karczmie przy stole siedzi kompania Nissirów pod wodzą czarnowąsego Vercty, starego znajomka Skomlika, przezywanego „Wierzaj mi" od słówka, którym okrasza każde drugie zdanie. Pod słupem podtrzymującym strop siedzi przywiązany za szyję jasnowłosy, kilkunastoletni chłopak o złych zielonych oczach: Kayleigh, Szczur schwytany na nocce u dziewczyny w Nowej Kuźnicy, bo sołtys doniósł Nissirom. Baron Lutz z Tyffi, ograbiony przez Szczurów na gościńcu, wyznaczył za bandytę pół kopy florenów i szykuje już w miasteczku szafot z długą listą atrakcji, na które mieszczanie robią zakłady. Skomlik drwi, że Nissirowie zamiast tracić czas na zabawy z dziewczyną Kayleigha powinni byli rozgrzać żelazo i wypytać jeńca o leże bandy: za herszta Giselhera Varnhagenowie dają dwadzieścia florenów, a za Mistle, po tym co zrobiła bratankowi prefekta pod Druigh, prefekt dałby jeszcze więcej. Vercta odpowiada, że sześciu ludzi na całą szajkę by nie starczyło, a Kayleigh i tak wszystko wyśpiewa w loszku barona. Przy piwie i jajecznicy kompanie na przemian bratają się i skaczą sobie do gardeł, a Ciri słyszy jeszcze jedno: Nissirowie wiedzą o dziewce, za którą Nilfgaard od tygodnia goni aż kurz się po drogach wznosi, i pijani coraz śmielej przymierzają się, by „sprawdzić w stodółce", czy jeniec Skomlika jest zwykły, czy niezwykły.

Posadzona na zydlu przy słupie Ciri słyszy szept Kayleigha: bogowie mi cię zesłali, musisz mi pomóc. Szczur ma druhów, którzy nie zostawiają w biedzie, i gdy nadciągną, nie może tkwić przy słupie, bo go usieką. Uczy ją, co ma robić, a na jej „zbiją mnie" odpowiada grymasem, z którego Ciri rozumie natychmiast, że bicie wcale nie jest najgorszym, co ją tu czeka. Dziewczyna piszczy więc posłusznie, że jest głodna, a gdy Vercta na złość Skomlikowi każe ją nakarmić i przy okazji nakarmić jeńca, Ciri przy odbieraniu miski szepcze karczmarzowi jedno słowo: nóż. Karczmarz, blady i szczękający zębami, odmawia; boi się, że spalą mu karczmę. Ciri powtarza wyuczone od Kayleigha zdanie: z tej karczmy nikt nie wyjdzie żywy, a jak się zacznie, uciekaj. Przy następnym podejściu czuje, jak za pasek, pod kubraczkiem, wsuwa się zimny kuchenny nóż. Karmiąc związanego, piłuje jego powrozy tak, jak ją poinstruował: nie przy rękach, tylko pod łokciem, na słupie.

Wtedy zaczyna się rzeź. Okno wylatuje z ramą pod ciśniętym z zewnątrz pieńkiem, a na stół wskakuje z mieczem krótko ostrzyżona jasnowłosa dziewczyna w czerwonym kubraczku i wysokich butach: Mistle. Najwolniejszy z Nissirów pada z rozplatanym gardłem, nim ktokolwiek zdąży wstać. Za nią skacze przez okno chłopak w haftowanym półkożuszku, Asse, i rozwala skroń grubasowi z czubem. Drzwi wylatują z kopniaka: wysoki czarniawy mężczyzna w szkarłatnej przepasce na czole, herszt Giselher, dwoma ciosami odsyła dwóch Łapaczy w kąty izby, a barczysty jasnowłosy Reef rozpłatuje Remiza. Uciekających ku kuchni zawraca wyskakująca z zaplecza ciemnowłosa dziewczyna w bajecznie kolorowym stroju, elfka Iskra, która sztychem i młyńcami ścina kolejnych, a po drodze zarąbuje też karczmarza, nim ten zdąży krzyknąć, kim jest i komu przed chwilą pomógł. Gdy Skomlik zamierza się, by przygwoździć mieczem do słupa zrywającego nadcięte powrozy Kayleigha, Ciri reaguje odruchowo, jak przy wiwernie w Gors Velen i jak na Thanedd: wyuczone w Kaer Morhen ruchy wykonują się same. Piruetem wpada na Łapacza i uderzeniem biodra zbija go z rytmu, a potem tańczy między jego coraz wścieklejszymi cięciami.

Nagle w karczmie zostają tylko trupy, Skomlik i otaczające go półkolem Szczury. Giselher, widząc, że Łapacz koniecznie chce zarąbać dziewczynę, każe dać mu szansę w uczciwej walce; Iskra wciska Ciri w dłoń nieco za ciężki miecz. Skomlik rzuca się z młyńcem, Ciri unika cięć zwodami i półobrotami, nawet nie próbując parować, aż przy pchnięciu wyciągniętym jak czapla widzi nabrzmiałą żyłę na jego szyi i wie dokładnie, gdzie i jak należy uderzyć. Nie uderza. Mistle odpycha ją ze słowami, że taka zabawa trwa za długo i że ktoś, kto może zabić, a nie zabija, długo nie pożyje. Zepchniętego w kąt Skomlika, mimo że pada na kolana i błaga o życie dla swoich malutkich dzieci, Mistle ścina jednym ciosem. „Nie cierpię malutkich dzieci", mówi, strząsając palcami krew z klingi.

Szczury wypadają z karczmy, bo to nilfgaardzka osada i zaraz cała wieś chwyci za łuki i rohatyny. Ciri, popchnięta przez Mistle, łapie konia Łapaczy i galopuje za bandą. Gdy zza węgła wyskakuje osadnik z kuszą i mierzy w plecy Giselhera, Ciri zawraca na krzyk „rąb go", ale wzniesiona do cięcia ręka waha się o mgnienie za długo; kusznik zwalnia cięciwę i bełt, zamiast w jej plecy, trafia w konia. Ciri ląduje zwinnie w przyklęku, nadjeżdżająca Iskra rozwala kusznikowi potylicę i w pędzie wyzywa ją od cholernych idiotek. Ciri wskakuje za Kayleigha, potem przesiada się w biegu na prowadzonego przez Mistle luzaka, i wtedy z chlewa wyskakuje na nią krępy osadnik z włócznią. Wyuczony półobrót ratuje ją przed grotem i ustawia w idealnej pozycji; wychylony włócznik nie może już ani odskoczyć, ani się zasłonić. Ciri tnie płasko, w odwrotnym półpiruecie. Przez moment widzi otwierające się do krzyku usta w szczeciniastej twarzy i czoło przedłużone łysiną, jasne powyżej linii, którą chroniła przed słońcem czapka. Potem wszystko zasłania fontanna krwi. To pierwszy człowiek, którego zabiła; ta chwila będzie ją potem długo prześladować w snach, ze wszystkimi szczegółami. Z trudem powstrzymując wymioty, patrzy jeszcze, jak Iskra z zimnym okrucieństwem dorąbuje rannego, którego Mistle cięła w głowę. Czwórką doganiają resztę bandy, przesadzają rzeczkę i gnają przez łąki i las na wrzosowiska, w stronę rzeki Veldy.

Wieczorem, w ruinach pasterskiej chaty w górach, Giselher przesłuchuje ją przy ognisku: coś ty za jedna, skąd, jak się nazywasz, czemu jechałaś pod eskortą. Ciri milczy. Prawdy powiedzieć nie może, bo zbójcy sami mogliby zechcieć nilfgaardzkiej nagrody, a poza tym prawda jest zbyt nieprawdopodobna, by w nią uwierzyli. Mistle staje w jej obronie: przesłuchiwana dziewczyna czuje się jak w lochu na katowskiej ławie. Reef, wciąż mówiący z nilfgaardzkim akcentem, dodaje, że sam był małomówny, gdy dołączał, bo nie chciał się przyznać, że był jednym z nilfgaardzkich skurwysynów. Banda spiera się, co z nią zrobić. Mistle wylicza brutalnie, co czeka samotną dziewczynę oddaną do wsi: przetrącona noga, pasanie bydła i noce, w których będzie „niczyja, a więc wspólna". Iskra prycha, że mała umie tylko tańczyć, a do przetrwania trzeba umieć zabijać; niech dostanie konia, miecz, trochę żarcia i grosza za uratowanie Kayleigha i jedzie, dokąd zechce. Giselher przyznaje, że imię i ród mało go obchodzą, ale bardzo chciałby wiedzieć, gdzie nauczyła się sztuczek, którymi tańczyła z Łapaczem. Wtedy Ciri wstaje i oświadcza hardo, że nikogo się nie prosiła, że nie chce z nimi być i że poradzi sobie sama. „Sama?", powtarza Mistle z dziwnym uśmiechem. Ciri milknie i spuszcza głowę. Giselher kończy spór po swojemu: nocą się nie jeździ, a samotny musi zginąć; wybierz sobie derkę i śpij.

Gdy Ciri wraca z posłaniem, Szczury nie siedzą już przy ogniu. Stoją półkolem, a odblask płomieni odbija się w ich oczach. Giselher mówi z dumą, że są Szczurami Pogranicza, które na milę wywęszą łup i nie boją się pułapek, i zaczyna się coś w rodzaju rytuału. „Ty nie masz nic", mówi herszt i wręcza jej nabijany srebrem pas. „Nie masz niczego i nikogo", mówi Mistle, narzucając jej na ramiona zielony atłasowy kabacik i wciskając w ręce mereżkowaną bluzkę. Kayleigh daje sztylecik w pochwie skrzącej się od kamieni, Asse ozdobny pendent, Reef rękawiczki z miękkiej skórki. „Wszędzie będziesz obca i zawsze inna", kończy Iskra, wkładając jej na głowę berecik z bażancimi piórami, i pyta, jak mają nazywać małą sokoliczkę. Ciri patrzy jej w oczy i odpowiada w Starszej Mowie: Gvalch'ca. Sokolica. Elfka śmieje się, że skoro mała wreszcie mówi, to w wielu językach naraz, i orzeka: będziesz nosić imię Starszego Ludu, które sama dla siebie wybrałaś. Będziesz Falką. Tak Ciri, której Falka kusiła w ogniu na pustyni i w której żyłach wedle odczytanej w Dorian genealogii płynie krew córki Falki, przyjmuje jej imię z rąk bandy rabusiów.

Tej nocy Ciri długo nie może zasnąć. Nad górami świeci Oko, gwiazda, która przez tyle dni prowadziła ją na pustyni na zachód, ale Ciri nie jest już pewna, czy to właściwy kierunek; nie jest już pewna niczego. Po raz pierwszy od wielu dni czuje się jednak bezpieczna. Legowisko wymościła sobie na uboczu, daleko od śpiących Szczurów, ale czuje ich bliskość. Nie jest sama. Ciche kroki, które słyszy w ciemności, należą do Kayleigha. Szczur szepcze, że nie powie bandzie ani o tym, że małej szuka Nilfgaard, ani o nagrodzie prefekta, i że za uratowanie życia odwdzięczy się jej „czymś miłym". Kładzie się obok i mimo jej oporu zaczyna rozsznurowywać jej koszulę. Sparaliżowana strachem i wstrętem Ciri nie umie nawet krzyczeć. Ratuje ją Mistle: kopniakiem i zgrzytem dobywanego sztyletu przepędza Kayleigha do chłopaków.

Mistle kładzie się obok, troskliwie okrywa dygoczącą Ciri futrem i zostaje. Jest ciepła, pachnie żywicą i dymem, uspokaja szeptem, ale tej samej nocy sama przekracza granicę, której Ciri nie umie i nie próbuje już bronić: strach i wstręt ustępują bezsilnej, obezwładniającej uległości, którą dziewczyna czuje jako coś naraz przyjemnego i głęboko upokarzającego. „Cicho, Sokoliczko. Już nie będziesz sama", szepcze Mistle. Rankiem Ciri wstaje o świcie, ostrożnie okrywa śpiącą dziewczynę, po chwili wahania całuje ją w ostrzyżone, sterczące jak szczotka włosy i ociera łzę z policzka. Potem długo, gwałtownie myje się w lodowatym strumieniu, roztrzęsionymi rękami próbując zmyć z siebie to, czego zmyć się już nie da, i płacze. Woda odpływa w mgłę i wszystko odpływa w mgłę. Ale Ciri nie jest już sama.

Kim są Szczury, opowiada dalej sam rozdział: to zbieranina wyrzutków, które wojna, nieszczęście i pogarda wyrzuciły na jeden brzeg jak rzeka kawałki drewna. Kayleigh ocknął się wśród dymu i krwi w splądrowanym kasztelu, między trupami przybranych rodziców i rodzeństwa. Na dziedzińcu natknął się na Reefa, żołnierza karnej ekspedycji, którą cesarz Emhyr var Emreis wysłał do stłumienia rebelii w Ebbing: zdobywcy porzucili rannego towarzysza, bo troska o rannych nie leży w zwyczaju nilfgaardzkich oddziałów specjalnych. Kayleigh chciał go z początku dobić, ale nie chciał być sam, a Reef, tak jak on, miał szesnaście lat. Giselher zdezerterował z armii władyki z Geso, sprzymierzonego z powstańcami z Ebbing, do której zawlekli go werbownicy, gdy był pijany w sztok; po rozbiciu powstańczej konfederacji przystał do jednej z band dezerterów, a gdy Leśne Elfy wybiły ją co do nogi strzałami z ukrycia, jego samego, przyszpilonego strzałą do drzewa, opatrzyła nad ranem elfka Aenyeweddien. Jej imię znaczy „Dziecię Ognia", ale było dla Giselhera za trudne, więc nazwał ją Iskrą. Elfy skazały ją, nie wiadomo za co, na banicję w pasie ziemi niczyjej, a dla wolnej elfki samotność jest wyrokiem śmierci. Jeśli nie znajdzie towarzysza.

Mistle pochodzi z bogatej szlacheckiej rodziny z grodu Thurn w Północnym Maecht. Gdy jej ojciec, wasal księcia Rudigera, przystał do powstańczej armii i zaginął bez wieści, a na miasto ruszyła ekspedycja karna osławionych Pacyfikatorów z Gemmery, delikatna panienka noszona od dziecka w lektyce zgubiła się w uciekającym tłumie i po trzech dniach wpadła w ręce łowców ludzi, ciągnących za Nilfgaardczykami po żywy towar. Karawanę łowców rozbili w dolinie Veldy nilfgaardzcy maruderzy, którzy wymordowali wszystkich prócz dziewcząt, a z dziewcząt wojnę przeżyła tylko Mistle. Z rowu, do którego wrzucono ją nagą i na wpół żywą, wyciągnął ją Asse, syn wiejskiego kowala, który od trzech dni tropił maruderów, by pomścić ojca, matkę i siostry. Cała szóstka spotkała się jednego dnia na obchodach Lammas, Święta Żniw, w jednej z wiosek w Geso, i rozpoznała się w tłumie od razu: po krzykliwych strojach, zrabowanych błyskotkach, mieczach nieodpinanych nawet do tańca, po zadzierzystości, bucie i pogardzie. Hersztem został Giselher, a nazwę wzięli od przezwiska, które im się spodobało.

Są dziećmi czasu pogardy i tylko pogardę mają dla innych; liczy się dla nich siła, sprawność, szybki koń, ostry miecz i towarzysze, bo ten, kto jest sam, musi zginąć. Prefekci długo ich lekceważyli, pewni, że banda jak inne wyniszczy się sama przy podziale łupów. Mylili się, bo Szczury łupem gardzą: napadają dla rozrywki, a zrabowane z wojskowych transportów konie, ziarno i sukno rozdają po wsiach, płacąc przy tym złotem krawcom i płatnerzom za to, co kochają naprawdę, broń, stroje i ozdoby. Obdarowane wsie karmią ich i ukrywają, a chałupy donosicieli, którzy połaszczyli się na wyznaczoną nagrodę, stają nocami w płomieniach. Wkręcanie zdrajców też się nie powiodło, bo zwarta, zbratana szóstka nie przyjmowała obcych. Aż do dnia, w którym zjawiła się zwinna jak akrobatka, szarowłosa, małomówna dziewczyna, o której Szczury nie wiedzą nic prócz tego, że jest taka, jak każde z nich kiedyś: samotna i pełna żalu za tym, co zabrał jej czas pogardy. Prefekt z Amarillo zdziwił się niepomiernie, gdy doniesiono mu, że Szczury grasują w siódemkę.

Finał rozdziału rozgrywa się właśnie u prefekta w Amarillo, gdzie raport składa jedyny ocalały z eskorty rozbitego nad Veldą konwoju: przy zwalonym moście Szczury wysiekły do nogi żołnierzy i komornika z transportu pana Evertsena. Wojak, z głową w przesiąkniętych krwią bandażach, zarzeka się, że napastników było siedmioro, a jego samego dopadła ta siódma, której z początku nie widział: dziewuszka, prawie dzieciak, wymalowana niby elfka i barwna jak papuga, chyba jasnowłosa. Cios, po którym została mu pamiątka na gębie na całe życie, on, weteran spod Sodden i Aldersbergu, wspomina z niedowierzaniem: chybił, jakby ciął widmo, a ona dostała go zza zastawy, samym końcem brzeszczotu, precyzyjnie w nieosłoniętą część twarzy. Z cienia wychyla się gość prefekta i wypytuje o szczegóły. To Stefan Skellen, koroner cesarza, który od trzech tygodni każe Prowincji szukać pewnej dziewczyny wszystkimi dostępnymi środkami; prefekt biadoli, że szuka się zjawy, ducha czy igły w stogu siana, ale rozkazu cesarza nikt z niego nie zdejmie. Gdy prefekt sam zaczyna głośno kojarzyć siódmą od Szczurów z poszukiwaną, Puszczyk lekceważąco macha ręką, starannie pilnując, by gest i mina wypadły przekonująco: wysztafirowana bandytka w brokatach to z pewnością nie ta, o którą chodzi, poszukiwania kontynuować. A potem, pozornie obojętnym głosem, wydaje rozkaz w sprawie Szczurów: zrobić z nimi porządek, wyłapać i powiesić, bez korowodów i ceregieli. Na propozycję prefekta, by siódmą dziewczynę wziąć dla pewności żywą, odpowiada, uważając, by nie zdradził go głos: żadnych wyjątków, powiesić wszystkich, całą siódemkę. „Nie chcemy już o nich słyszeć ani słowa". Człowiek, który w Loc Grim słyszał od cesarza, że poszukiwanej nie może spaść włos z głowy, właśnie rozkazał ją cicho zabić.

“Gdy pod stos zbrodniarki Falki podłożono ogień, jęła ona z płomieni miotać na zebranych rycerzy, baronów i czarodziejów klątwy tak straszliwe, że wszystkich przejęła groza. Zrodzi się mściciel z mojej krwi, krzyczała, ze skalanej Starszej Krwi zrodzi się niszczyciel narodów i światów i pomści moją mękę. Tyle zdołała wykrzyczeć, nim zgorzała. Tak zginęła Falka, taką karę poniosła za przelaną krew niewinną (Roderick de Novembre, Historia świata, tom II).”

What to remember from this chapter

  • Narodziny Falki: W górskiej kryjówce po rzezi w Glyswen Szczury stają wokół Ciri półkolem i odprawiają coś na kształt rytuału: „nie masz nic, nie masz niczego i nikogo, wszędzie będziesz obca". Giselher daje jej nabijany srebrem pas, Mistle atłasowy kabacik, Kayleigh sztylecik, Asse pendent, Reef rękawiczki, a Iskra berecik z bażancimi piórami i pytanie, jak nazywać małą sokoliczkę. Ciri odpowiada w Starszej Mowie: Gvalch'ca, Sokolica. Elfka orzeka, że mała będzie nosić imię Starszego Ludu, które sama wybrała: Falka. Tak dziewczyna, którą Falka kusiła w płomieniach na pustyni i która wedle odczytanej w Dorian genealogii nosi w żyłach krew córki Falki, przyjmuje imię spalonej buntowniczki i zostaje siódmym Szczurem. W czasach pogardy ten, kto jest sam, musi zginąć; Ciri nie jest już sama, ale przestaje też być, na oczach czytelnika, tą samą Ciri.
See this chapter on the map

📝 Want to pin a note to this chapter? Create a free account. Notes are private and come back with your recap.

← PreviousChapter Six
⭐ The edge of the atlas

The maps reach no further yet: the next chapters are taking shape in the scriptorium. Inscribe yourself in the Book of Those Who Wait, and you will be the first to hear of them.

By signing up you agree to receive e-mails from Fablaria · privacy · you can unsubscribe with a single click.