👁 You're reading without a bookmark: you see the full content, so we may give away what happens later.How does spoiler protection work?How does the protection work?
🕯 English edition in preparation. This content is still in Polish — the interface is fully translated, and the summaries are being translated volume by volume.
Volume IV · Time of Contempt

Chapter 2 “Chapter Two”

Chapter 2 of 4 in this volume·28/30 in the saga·~14 min read
Vol. IV · ch. 2/4
28/30 in the saga

Na rozstaju u skraju puszczy Yennefer i Ciri mijają dziewięć słupów, do których szczytów przytwierdzono płasko koła od wozów. Na kołach leżą rozdziobywane przez ptactwo trupy. Wędrowny handlarz wyjaśnia podróżnym, że to Wiewiórki: elfy rzadko dają się brać żywcem, więc schwytanych wiezie się na kaźń do miast, na postrach osiadłym nieludziom, a poległych w boju rozwozi się po rozstajach i wiesza na słupach, na przestrogę innym komandom. Yennefer spluwa z odrazą (choć niedawno skarciła Ciri za plucie) i gorzko zauważa, że czarodziejom zakazano praktyk nekromantycznych z szacunku dla majestatu śmierci. Obie odjeżdżają galopem, byle dalej od smrodu.

Wkrótce z piaszczystego urwiska widzą cel podróży: wielkie, otoczone murami Gors Velen, a za nim skrzące się morze w białych plamkach żagli. Przed bramą Yennefer robi z siebie widowisko z premedytacją: wiesza w powietrzu srebrne zwierciadełko, starannie układa loki, zakłada brylantowe kolczyki i bransolety, odsłania obsydianową gwiazdę, a pod oczy wciera maść z zielonego słoiczka, pachnącą bzem i agrestem. To glamarye, eliksir olśniewającej urody. Wyjaśnia zdziwionej Ciri pozorny paradoks: podróżują skrycie, ale Gors Velen to miasto żyjące z czarodziejek, więc zamiast udowadniać, kim jest, woli, by było to oczywiste na pierwszy rzut oka. Działa bezbłędnie: straż rozpycha kolejkę, dowódca warty kłania się w pas, a na wieść, że pani jedzie na Thanedd, na zjazd, nikt nie pyta ani o imię, ani skąd przybywa. Ciri, w berecie kryjącym popielate włosy, nie zaszczyca spojrzeniem nikt, jakby w ogóle nie istniała. Po drodze dziewczyna wybucha: domyśla się, że Yennefer chce ją oddać do szkoły, a ona nie chce być sama, myślała, że jadą do Geralta; dobrze wie, o czym czarodziejka rozmyślała całą drogę i czemu wzdychała nocą. Yennefer ucina bunt lodowato: czas oporu minął z woli samej Ciri, teraz ma być posłuszna, bo wszystko, co jej rozkaże, będzie dla niej najlepsze. Zatrzymują się jednak nie przed szkołą, lecz przed bankiem.

Bank należy do krasnoluda Molnara Giancardiego, który wita Yennefer wylewnie i po przyjacielsku. Ciri dostaje do czytania starą księgę „Physiologus" o potworach i bestiach, po czym, udając lekturę, pilnie słucha rozmowy dorosłych. A jest czego: listy, które Molnar przekazuje Yennefer „ustalonym sposobem", ktoś próbował tropić, a filia banku Vivaldich w Vengerbergu wykryła próbę śledzenia operacji na jej prywatnym koncie. Nielojalny klerk, nim ktokolwiek zdążył go przesłuchać, po pijanemu utopił się w fosie. Yennefer nie chce śledztwa: wie, kto interesuje się jej listami i kontem. Dalej bankier wykłada, co widać z okien kantoru, gdy patrzy się na ceny. Podwojono podatki wojenne, a nieludzi obciążono dodatkową donatywą (to krasnoludy, gnomy, elfy i niziołki finansują kampanię przeciwko Scoia'tael); drożeją drogie kamienie, bo niektórzy już zamieniają majątek na sakiewkę brylantów poręczną do ucieczki na daleką, neutralną Północ; drożeją też łodzie, masowo zamawiane przez kwatermistrzów króla Foltesta i ukrywane w lasach nad prawym brzegiem Jarugi, w Sodden i Brugge, gdzie wojsko na sucho ćwiczy wsiadanie i wysiadanie. Molnar dodaje ponuro, że Jaruga w Dol Angra jest tego lata bardzo płytka, łatwa do przebrodzenia w obie strony, a Dol Angra to Lyria i Aedirn, sojusznicy Temerii; Foltest raczej nie kupuje łodzi dla siebie. Jeżeli coś ma się wydarzyć, wydarzy się przed żniwami, póki spichrze pełne, a konie mają co paść. Cesarza Emhyra wodowanie tych łodzi na pewno nie ucieszy. Cała nadzieja w tym, że zjazd na Thanedd coś zmieni.

Interesy Yennefer załatwiane są szybko, a Ciri słucha ich z rosnącym zrozumieniem. Tysiąc pięćset temerskich orenów przekazem dla świątyni Melitele w Ellander. Dwa tysiące novigradzkich koron anonimowo na konto szkoły w Aretuzie, z zaznaczeniem, że to wpisowe i zadatek na czesne dla jednej adeptki. Czek bankierski na pięćset koron na suknie, bo na zjazd trzeba przynajmniej trzech. O procent Yennefer nie musi pytać: Molnar przypomina, że zapłaciła rodzinie Giancardich awansem, w czasie pogromu w Vengerbergu, i że tego nikt z rodziny nigdy nie zapomni. Bankier ma też wiadomość, o którą nikt nie prosił: pewien bliski Yennefer wiedźmin był jakieś dziesięć dni temu w Dorian, gdzie zadłużył się u lichwiarza na sto koron, potem widziano go w Małym Łęgu, a stamtąd pojechał do Hirundum, bo miał od tamtejszych farmerów zlecenie na potwora. Molnar proponuje umorzenie długu. Yennefer zabrania: Geralt jest obsesyjnie honorowy i znienawidziłby ją z kretesem; wątpi zresztą, czy wciąż uważa ją za bliską. Prosi za to, by bankier dyskretnie skontaktował się z farmerami z Hirundum i podniósł nagrodę, tak by wiedźmin miał za co żyć. Na pytanie, czy przed Thanedd wybierze się „przypadkowo" w stronę Hirundum, odpowiada: nie. I zmienia temat.

Na poufną rozmowę o losach świata Molnar taktownie wyprawia Ciri na miasto, przydając jej opiekuna: to Fabio Sachs, piegowaty młodszy klerk, syn szanowanego kupca, niższy od Ciri o głowę, ale rezolutny i wygadany. Yennefer daje wychowance amulet kamuflujący (chryzopraz w kształcie klepsydry; aktywizacja daje silne echo, więc tylko w potrzebie), trochę pieniędzy i rozkaz powrotu punktualnie w południe. Fabio prowadzi Ciri główną ulicą Kardo, przez targ rybny, na mury. Z trzydziestopięciostopowego muru Ciri po raz pierwszy widzi z bliska wyspę Thanedd: gigantyczny kamienny słup w morzu, obwiedziony spiralną drogą i tarasami ogrodów, z których wyrastają jakby wykute w skale pałace. U podnóża czerwone dachy Loxii, przez którą prowadzi jedyna droga z mostu na górne tarasy; wyżej przylepiona do skał Aretuza, słynna szkoła czarodziejek; pod szczytem lśniące kopuły pałacu Garstang, gdzie za parę dni zacznie się zjazd; na samym wierzchołku samotna wieża z blankami, Tor Lara, Wieża Mewy. Ciri wypytuje o szkołę i słyszy, że adeptkom nie wolno opuszczać wyspy, a obcy nie mają wstępu dalej niż do Loxii. Jej diagnoza jest krótka: to nie szkoła, tylko więzienie na skale nad przepaścią, a jedyny ratunek to dać nogę, zanim się tam trafi. Wypytuje też, niby od niechcenia, o Hirundum: to nie miasto, lecz wielka farma o piętnaście mil od Gors Velen, drogą przez lasy. Ciri dziękuje i nie tłumaczy za co.

Rynek w dzień targowy oszałamia Ciri, wychowaną w Cintrze na złotych dukatach: wielbłąd, krasnoludzcy rzemieślnicy, lalki półelfów, pączki ze śliwkowymi powidłami i łamany na pół grosz (stąd, jak objaśnia Fabio, powiedzenie o niewartym złamanego grosza). Z beczek-mównicy ryczy wędrowny kapłan z gatunku tych, których Nenneke nazywa fanatycznymi durniami: jedno jest prawo, boskie, czary są mu przeciwne, a ogień z niebios zniszczy plugawą wyspę wraz z knowaniami pogan; tłum kwituje kaznodzieję drwinami, bo pół miasta żyje z czarodziejek. Obwoływacz odczytuje obwieszczenie burgrabiego: niziołek Hugo Ansbach i krasnoludzki kowal Justin Ingvar zostają wyjęci spod prawa za pomoc Wiewiórkom, a za ich schwytanie wyznaczono nagrodę pięćdziesięciu koron. Gdy w ścisku młody kapłan o ogolonej głowie bezczelnie i wprawnie łapie Ciri za pośladek, przekonuje się, że nigdy nie miał do czynienia z uczennicą Yennefer: dziewczyna, blednąc z wściekłości, wydziera się na cały rynek, żeby łapy trzymał przy sobie, ty łysa pało, ty grobie pobielany. Chwilę później, przy namiocie wróżki, na pytanie Fabia, czy będzie podróżował, Ciri odpowiada bezwiednie czymś więcej niż odpowiedzią: przez głowę przelatuje jej cała przyszłość chłopca, wielkie białe żaglowce, krainy, których nikt przed nim nie widział, przylądek nazwany jego imieniem, żona, syn i trzy córki, śmierć daleko od domu na chorobę, która dziś jeszcze nie ma nazwy. Wizja rozwiewa się i ginie w niepamięci, nim Ciri zdąży ją pojąć; zwala winę na upał i kadzidła.

Pod murem obok budki z „żywym bazyliszkiem z zerrikańskich pustyń" ospowaty zwierzołap zbiera po trzy piątaki od głowy i częstuje gawiedź uczoną bajędą o królu wszystkich żmijów, lęgnącym się z jaja zniesionego przez koguta, zabijającym dechem, dotykiem i spojrzeniem, którego boi się nawet „kokodryl", a pokonać umie jedynie kuna po zjedzeniu tajemnego ziela. Ciri, gryząc gruszkę bergamotkę, psuje mu interes fachową diagnozą: to żaden bazyliszek, tylko wiwerna, młoda, nieduża, zagłodzona i brudna, w Starszej Mowie wyyern. Sprowokowana przez zwierzołapa („podejdź, niech na ciebie dechnie"), podchodzi do klatki w asyście dwóch nadętych obrońców: jasnowłosego giermka z mieczem, który tytułuje ją miłą damą (morelowa panna u jego boku aż zielenieje), i zazdrosnego o swoją rolę Fabia. Blaga z jadowitym oddechem kończy się jednak katastrofą innego rodzaju: rozwścieczony gad wyłamuje zbutwiałe pręty i wydostaje się z klatki. Tłum tratuje się w panice, zwierzołap dostaje kolczastym ogonem przez twarz, mały piesek przekupki ginie w zębach bestii, a wiwerna rzuca się na przewróconych. Wtedy odzywa się szkoła Kaer Morhen: Ciri wyrywa giermkowi miecz z pochwy i wyuczonymi ruchami, które wykonują się jakby same, tnie wiwernę w brzuch, wiruje w unikach nad świszczącym ogonem i dwoma cięciami w kark przerąbuje bestii kręgi. Zaraz potem przytomnie wciska oszołomionemu giermkowi zakrwawiony miecz z powrotem do ręki i ogłasza tłumowi, że to ten mężny rycerz zakatrupił potwora. Cenę płaci ciało: zawrót głowy, ciemność w oczach, upadek na ziemię. Gdy przekupka zaczyna wrzeszczeć, żeby łapać dziewkę, która „smoka ozeźliła", a strażnicy ruszają w tłum, Ciri rozdziela się z Fabiem, aktywizuje amulet i niewidzialna (za to potrącana, deptana i kopana, bo niewidzialności nikt nie szanuje) wymyka się ze zbiegowiska. Fabio czekał w umówionej uliczce; Ciri grozi mu zaczarowaniem, jeśli piśnie słówko, zwłaszcza pani Yennefer.

Zamiast Yennefer słyszy ich kłótnię kto inny. Drogę zastępują dwie kobiety: ciemnowłosa pedantka w płaszczu z fioletowej kamchy i wysoka jasnowłosa piękność w wydekoltowanej zieleni. Ciemnowłosa bierze Ciri za adeptkę, jedną z tych, które wymknęły się samowolnie z Loxii (adeptki przeniesiono tam tymczasowo z Aretuzy, bo szkołę zamieniają na kwatery gości zjazdu), i żąda imienia, klasy i imienia preceptorki, a przede wszystkim odpowiedzi, komu Ciri ukradła amulet kamuflujący, którego aktywizacja je tu ściągnęła. Hardy występ Ciri („Anna Ingeborga Klopstock") kończy czar paraliżujący, a próbę wrzasku czar kneblujący; wyrok brzmi: chłosta, nie za wagary i nie za amulet, lecz za nierozpoznanie arcymistrzyni. Sprawę ratuje Fabio, któremu jasnowłosa pozwala mówić: w banku Giancardiego wszystko wyjaśnia się natychmiast. Napastniczki to Tissaia de Vries i Margarita Laux-Antille, rektorka Aretuzy we własnej osobie. Czarodziejki przepraszają Yennefer (Ciri nie przeprasza nikt), a najbardziej obrywa Bogu ducha winny Fabio, zrugany przez pryncypała do łez. Ciri jest go żal, ale jest też z niego dumna: o wiwernie nie pisnął ani słówka.

Wieczór upływa w wynajętej na wyłączność łaźni „Srebrnej Czapli", najdroższego zajazdu w Gors Velen, gdzie Tissaia zatrzymała się po przyjeździe, z sobie tylko znanych powodów zwlekając z przeprawą na wyspę. Przy winie i pluskaniu w basenie los Ciri zostaje przypieczętowany między jednym żartem a drugim: Margarita, zachwycona „małą foczką", pyta, czy Yennefer jej ją da, a Yennefer odpowiada, że w tym celu ją przywiozła; do Aretuzy, od pierwszego roku, jak wszystkie nowicjuszki. Figiel z rozebranymi pozami, przygotowany na wizytę „oficera", pali na panewce, bo oficer okazuje się kobietą: to Rayla, kapitan oddziałów specjalnych króla Demawenda, która melduje Tissai wykonanie poleceń i prosi o pozwolenie powrotu do garnizonu. Po jej wyjściu Yennefer nie kryje wrogości: słupy z trupami na rozstajach to dzieło takich jak Rayla. Margarita odpowiada, że to wojna, a okrucieństw Scoia'tael nie powstydziłaby się sama Falka; Yennefer ripostuje, że metody oddziałów specjalnych też jako żywo przypominają metody Falki, a wojny wygrywa się żołnierzami z przekonaniem, nie najemnikami, którzy poświęceniem gardzą. Rozmowa schodzi na sprawy sercowe: Margarita zerwała po czterech latach z żonatym Larsem, bo zagroził jej swobodzie, a na samą myśl o monogamii robi jej się słabo; wypomina przy tym Yennefer, że to ona miała rację, gdy w Vengerbergu postanowiła zerwać „z tym swoim wiedźminem", bo miłość miłością, a życie życiem. Tissaia sucho zauważa, że Margarita jest po prostu rozgoryczona, a straciła człowieka, którego miłości nie umiała docenić. Ciri, posyłana raz za razem po karafki, słucha nauk rektorki: czarodziejka zawsze działa, śmiało chwyta życie za grzywę, a żałuje się wyłącznie bezczynności, niezdecydowania i wahania, nigdy czynów i decyzji. Na górze, czekając na wino, Ciri obserwuje jeszcze, jak Rayla wymusza na gospodarzu otwarcie potajemnej potajni w stajniach, wąskiej poterny prowadzącej wprost za mury, bo nie zamierza czekać do świtu na otwarcie bram. I zamyśla się. Gdy wraca do łaźni, jest już kompletnie ubrana. I w pełni zdecydowana.

Nocą gospodarz, blady jak ściana, wyznaje czarodziejkom, że panienka kazała osiodłać konia i otworzyć sobie poternę, a on nie śmiał odmówić, bo mówiła kubek w kubek takim samym głosem jak pani Yennefer i tak samo patrzyła. Zostawiła list: jedzie do Hirundum, bo zanim pójdzie do szkoły, chce zobaczyć Geralta; wie, że zostanie ukarana, ale nie chce żałować niezdecydowania i wahania, a jeśli ma żałować, to czynu i działania. „Jestem czarodziejką. Chwytam życie za grzywę." W postscriptum prosi przekazać pani Ricie, że w szkole nie będzie musiała wycierać jej nosa.

Droga do Hirundum tonie w ciemności, od morza idzie burza bez deszczu. Na rozwidleniu dróg Ciri po raz pierwszy w życiu przestaje wiedzieć, którędy jechać, a noc zaczyna się roić od zjaw. Najpierw bezszelestny cień nad głową (tylko sowa). Potem, w świetle błyskawicy, jeźdźcy przy drodze, krzyki „Gar'ean!" i „Dh'oine!", elf z wiewiórczym ogonem przy czapce, który próbuje chwycić jej wodze; po szaleńczej ucieczce kolejna błyskawica pokazuje drogę zupełnie pustą i Ciri tłumaczy sobie, że to tylko wspomnienie z Kaedwen, róża z Shaerrawedd, że wszystko jej się zdawało. Ale zabłądziła: wiatr od lądu czuje na niewłaściwym policzku, a za każdym razem, gdy odzyskuje orientację, na horyzoncie wyrasta czarny stożek Thanedd i Tor Lara, wieża, która łypie czerwonymi ślepiami okien i budzi w niej niepojętą grozę, a zarazem ciągnie jak magnes. Potem między nią a urwiskiem staje czarny rycerz w hełmie ze skrzydłami drapieżnego ptaka, upiór z Cintry. Ciri ucieka przez łamiące się trzciny, aż wreszcie zawraca konia, wyszarpuje miecz i krzyczy w noc to, czego nie umiała krzyknąć jako dziecko: to już nie Cintra, ona nie jest już bezbronna, on nie dotknie jej już nigdy. Błyskawica pokazuje pustą groblę. Za to na czarnym niebie rozjarza się mleczna, wijąca się wstęga, bagno rozbłyskuje miliardem błękitnych ogników i nad groblami przelatuje Dziki Gon. Upiorni jeźdźcy w trupich maskach, na szkieletach koni, ze śpiewem, od którego wyje wiatr; na czele Król Gonu w przerdzewiałym szyszaku, z naszyjnikiem pustym jak stara grochowina (kamienie wypadły z niego podczas gonitwy po niebie i stały się gwiazdami). Król Dzikiego Gonu po raz pierwszy przemawia do Ciri wprost: Dziecko Starszej Krwi należy do nich, gwiazdooka córa Chaosu ma dołączyć do orszaku i gnać z nimi aż po kraniec istnienia. Na jej krzyk, że są trupami, odpowiada śmiechem: tak, my jesteśmy trupami. Ale to ty jesteś śmiercią.

Tymczasem na ganku farmy w Hirundum niziołek Bernie Hofmeier i Jaskier gawędzą przy piwie o burzy bez deszczu, która wali w Tor Larę (wieża ściąga pioruny tak, że w nawałnicę zdaje się stać w ogniu), o tym, że magicy podobno umieją łapać pioruny (Jaskier widział, jak robił to stary Gorazd, ten zabity później na Wzgórzu Sodden, a mały Franklin Hofmeier wtrąca fachowo, że drugi koniec drutu trzeba by włożyć w szklany gąsior, za co ojciec gna go do łóżka), i o nadziejach wobec zjazdu. Bernie skarży się, jak się żyje między młotem a kowadłem: w dzień królewscy ludzie grożą dybami za pomaganie Wiewiórkom, nocą elfy poetycznie obiecują pokazać, jak noc przybiera czerwone oblicze, a jednym i drugim droga wypada przez jego kapustę; kraj wygląda jak za czasów Falki. Liczy na czarodziejów, bo to przecież oni trzy lata temu uczynili pokój z Nilfgaardem. Rozmawiają też o dziwnym gościu: Geralt trzecią noc łazi po groblach za potworem, w którego istnienie Bernie szczerze wątpi (utopiony dzieciak mógł po prostu dostać kurczu), w dzień śpi albo siedzi bez słowa jak chochoł i dziwnie patrzy na dzieci i na dom. Jaskier, wypytany, przyznaje, że Geralta chyba nie zna nikt, ale coś się z nim dzieje; do Gors Velen, skąd widać Thanedd, jechać nie chciał. Wtedy z mroku wraca sam wiedźmin: to nie jest noc do tropienia, to niespokojna noc. Każe zamykać okiennice, bo idzie Dziki Gon, choć latem Gon zawsze przechodzi wysoko. Chwilę później prostuje się jak struna: konni. Jeden koń rzeczywisty. Reszta to widma.

Finał nocy należy do rodziny, która jeszcze nie wie, że nią jest. Geralt z mieczem biegnie na groblę naprzeciw galopującej Ciri, za którą wali kłąb utkany z mroku i poświaty. I wtedy oślepiający błysk materializuje się w sferę teleportu, z której wychodzi Yennefer z twarzą, jakiej Jaskier nigdy u niej nie widział: twarzą Furii, bogini Zemsty i Zagłady. Czarodziejka z wykrzyczanym zaklęciem ciska w Gon syczące, sypiące iskrami spirale; kłąb kurczy się, zwija w kulę i ucieka w niebo jak kometa. Ciri zeskakuje z siodła, chwieje się i mówi cicho: Geralt… pani Yennefer… przepraszam, musiałam. Wiedźmin i czarodziejka stoją bez ruchu. Żadne nie robi kroku, a obserwujący ich Jaskier rozumie, że cała noc zależy od tego, do kogo dziewczyna podejdzie najpierw. Ciri nie umie wybrać. Zamiast tego mdleje.

Rankiem, gdy Hofmeierowie wychodzą do pracy, Ciri podgląda przez wyłom w murze Geralta i Yennefer rozmawiających na grobli między stawami. Nakrywa ją Jaskier i zamiast wydać, dopowiada jej (słowem poety, który o takich sprawach wie więcej niż sami zainteresowani), co widać przez dziurę: on właśnie przeprasza ją za niecierpliwość, za brak wiary i nadziei, za upór i pozy niegodne mężczyzny, za to, czego kiedyś nie chciał rozumieć, i za to, czego nie zrozumie nigdy; a gdy znad stawu dobiegają podniesione głosy i Yennefer zaczyna wymachiwać rękami, poeta tłumaczy niewzruszenie: teraz ona przeprasza jego. Od Jaskra dowiadujemy się też prawdy o omdleniu: Ciri je udała (Yennefer poznała się na tym od razu, Geralt nie), a wiedźmin i czarodziejka zanieśli ją razem do domu i przesiedzieli przy łóżku do rana, nie zamieniwszy ani słowa. Dopiero teraz, na grobli, zdecydowali się porozmawiać.

“Mówić, że ją znałem, byłoby przesadą; naprawdę znali ją chyba tylko wiedźmin i czarodziejka. Mnie wydała się zupełnie zwyczajna, choć wiedziałem, że zwyczajna nie jest. Znałem takich, którzy twierdzili, że od pierwszego spotkania czuli powiew śmierci kroczącej za tą dziewczyną. Ja nie wyczułem niczego, co zapowiadałoby późniejsze tragiczne wydarzenia. Te, których była przyczyną, i te, które sama spowodowała.”

What to remember from this chapter

  • Spotkanie w Hirundum: Ciri, która uciekła nocą z Gors Velen, by przed pójściem do szkoły zobaczyć Geralta, wpada na farmę Hirundum ścigana przez Dziki Gon. Wiedźmin wybiega jej naprzeciw z mieczem, a z rozbłysku teleportu wychodzi Yennefer z twarzą bogini Zemsty i zaklęciem rozprasza widmową kawalkadę. Po raz pierwszy w życiu cała trójka staje obok siebie: wiedźmin, czarodziejka i dziecko, które łączy ich oboje. Geralt i Yennefer, skłóceni od lat, nie robią ku sobie ani kroku, a Ciri, postawiona między nimi, nie umie wybrać, do kogo podejść najpierw, więc ratuje się udanym omdleniem. Oboje zanoszą ją razem do domu i przesiadują przy łóżku do rana bez słowa, a nazajutrz na grobli między stawami zaczynają wreszcie rozmawiać, co Jaskier komentuje podglądającej ich Ciri słowem poety: najpierw on przeprasza ją, a potem ona jego.
See this chapter on the map

📝 Want to pin a note to this chapter? Create a free account. Notes are private and come back with your recap.