Noc w Loxii jest dla Ciri migotliwym chaosem snów: widzi sięgającą nieba wieżę, na której dachu tańczą błyskawice, leci nad wzburzonym morzem jako drapieżny ptak, jest gałgankową laleczką w ciemności tętniącej głosami cykad, wreszcie wielkim czarno-białym kotem w mrocznym, pachnącym świecami i starymi księgami domu. Budzi ją dopiero dziwny, przeciągły krzyk Yennefer dobiegający skądś z rzeczywistości. Spocona i pozbawiona tchu, Ciri wie, czemu tak trudno jej spać: wychodząc wieczorem z Geraltem, czarodziejka obłożyła komnatę czarami ochronnymi, niby po to, by nikt nie mógł wejść, ale zdaniem Ciri raczej po to, by ona nie mogła wyjść. Za samowolną ucieczkę do Hirundum wciąż nie dostała przebaczenia. Samo spotkanie z Geraltem przyniosło jej zresztą smutek i rozczarowanie: wiedźmin był małomówny, spięty i wyraźnie nieszczery, a jego myśli uciekały gdzieś daleko. Z końca korytarza dobiega muzyka: Jaskier bawi się z przygodnie poznanymi wagantami i śpiewa układaną od kilku dni balladę „Nieuchwytna", którą zamierza wygrać doroczny turniej bardów na zamku Vartburg. Ciri zapada z powrotem w sen, w którym ktoś raz po raz woła ją po imieniu: Geralt, Yennefer, Triss, a wreszcie nieznana jej, szczupła i smutna jasnowłosa dziewczyna, spoglądająca z oprawnej w róg i mosiądz miniatury.
Potem Ciri znowu jest czarno-białym kotem i patrzy jego oczami na dom w Dorian. Przy oświetlonym świecami pulpicie Codringher pokazuje Fennowi zetlałe pergaminy, w których autentyczność wierzy bezgranicznie, choć brzmią jak bajka. Wynika z nich, że Fiona, praprababka Pavetty, była córką Falki, potwora w ludzkiej skórze, a więc ród Calanthe to ostatnia gałąź drzewa Starszej Krwi: tego samego, o którym mówi legenda o klątwie rzuconej przez Larę Dorren i przepowiednia Itliny. Bajki przestają być bajkami, gdy ktoś zaczyna w nie wierzyć, a w tę uwierzył ktoś potężny: według legendy z krwi Falki narodzić się ma mściciel, który zniszczy stary świat i na jego gruzach zbuduje nowy. Tym mścicielem nie ma być Cirilla, lecz jej syn, dlatego Emhyr var Emreis chce uczynić ją, niezależnie od jej woli, matką następcy tronu Nilfgaardu. Na pytanie wspólnika, czy nie należałoby powiadomić Geralta, Codringher odpowiada szyderstwem: wiedźmin bezwiednie działa dla cudzego zysku, tropi Rience'a na smyczy, nie czując obroży na własnej szyi, a jedynej osobie, która ma na niego wpływ, adwokat nie ufa i nigdy nie ufał. Zamiast tego sam włączy się do gry: właśnie czeka na ludzi, których posyła na Thanedd, po złotą kurę, która to jemu zniesie złote jajo. Kaszle przy tym coraz ciężej, a na chustce zostają ślady krwi.
Do drzwi ktoś kołacze. Śniąca Ciri krzyczy bezgłośnie: nie otwieraj, za nimi jest śmierć! Zamiast oczekiwanych ludzi w progu stoją trzej nieznajomi z wiadomością i listem. Opasujący zwój czerwony sznur ożywa jak atakujący wąż, oplata Codringherowi nadgarstek, a wysoki półelf dwukrotnie wbija mu w brzuch sztylet, przekazując „pozdrowienia od Rience'a". Fenn nie daje się zaskoczyć: kulą ze swojego arbaletu trafia jednego ze zbirów w środek czoła, ale drugiej szansy już nie dostaje. Napastnicy przewracają fotel na kółkach, a półelf przegląda dokumenty na pulpicie i zabiera kilka zwojów oraz oprawną w róg i mosiądz miniaturę jasnowłosej dziewczyny, tę samą, którą Ciri widziała we śnie. Potem podpala kancelarię, oblewa bezradnie pełzającego kalekę płynem do wywabiania inkaustu i przywala go naręczami zwojów z bezcennego archiwum. Fenn ginie w płomieniach, wyjąc; z pożaru, który zmienia noc w straszliwą parodię dnia, wydostaje się tylko czarno-biały kocur i obojętnie wylizuje unurzaną we krwi łapkę.
Ciri budzi się zlana potem, z krzykiem uwięzłym w gardle, i z niczego nie pamięta. Czuje za to natychmiast, że wrażenie duszności znikło: ochronne zaklęcia Yennefer przestały działać. Coś się stało. Ubiera się szybko i przypasuje kordzik (miecz odebrała jej Yennefer i oddała pod opiekę Jaskra), a wtedy wpadająca przez okno smuga księżycowego światła staje się drogą. Na jej końcu otwierają się drzwi i staje w nich Yennefer. Chodź. Ciri wie, że po smudze światła nie da się iść, ale słucha.
Geralt budzi się w komnatce w Aretuzie przed świtem i, jak z przekąsem zauważa narracja, właśnie jego skrupuły przesądzają o historii świata: zamiast załatwić potrzebę do doniczki z nasturcjami na balkonie, ubiera się cicho, nie budząc Yennefer, i schodzi do ogrodu. W drodze powrotnej jego medalion zaczyna silnie drgać: ktoś w Aretuzie rzuca zaklęcia. Z krużganka w lewym skrzydle dobiegają zduszone krzyki i łomot. Każdy inny odwróciłby się i odszedł, ale wiedźmin ma skrupuły, więc wbiega na górę, prosto w środek nocnej akcji: kilku zbirów w szarych kubrakach, z redańskimi orłami na ryngrafach, obezwładnia właśnie Artauda Terranovę, a dowodzi nimi osobiście Dijkstra. Zanim Geralt zdąży cokolwiek zrobić, sam ląduje pod ścianą z korseką przy piersi. Keira Metz, przebrana z bankietowych tiulów w surowy męski strój, zatrzaskuje na rękach Terranovy kajdany z niebieskawego stopu żelaza i dwimerytu, a wrzask czarodzieja („jestem członkiem Kapituły!") ucina zdaniem, że był, teraz zaś jest zwykłym zdrajcą. Na stek wyzwisk odpowiada ciosem pięści wzmocnionej mosiężnym kastetem. Nadchodzący Detmold decyduje o losie wiedźmina krótko: jest wmieszany, za dużo widział, zabrać go do Filippy. Dijkstra bierze go pod osobistą opiekę i po drodze, przyparłszy go do ściany, wykłada mu sytuację: przyzwoici, wierni królom czarodzieje nie kładli się tej nocy do łóżek, bo w ciepłych łóżkach śpią tylko przekupieni przez Nilfgaard zdrajcy, którzy sami szykowali pucz, na później, nie wiedząc, że ich plany przejrzano i uprzedzono. Zamachy stanu, poucza szpieg, są jak chłodnik z botwinki: należy je spożywać na zimno.
Tam, gdzie łączą się cztery korytarze, Geralt widzi scenę, której nie zapomni. Na posadzce, w kałuży krwi, leży Lydia van Bredevoort; gdy skonała, rozwiała się jej iluzja i zamiast dolnej połowy twarzy widać makabryczną trupią maskę odsłoniętych zębów i źle pozrastanej kości żuchwy. Radcliffe tłumaczy się głucho: rzuciła się na nich, gdy wyprowadzano Vilgefortza, w zamieszaniu zginęła od własnego sztyletu, a miało obyć się bez trupów. Sabrina Glevissig, także w szarym rebelianckim uniformie, każe zakryć ciało. Wtedy klęcząca przy zmarłej Triss zrywa się, podbiega do Geralta i błyskiem dłoni odbiera mu wzrok, szepcząc tylko: wybacz, musiałam. Oślepiony wiedźmin przestawia się na inne zmysły i słucha. Filippa rozsyła rozkazy: znaleźć Marti Sodergren, bo Hen Gedymdeith umiera (to chyba zawał), ściągnąć do Garstangu Dorregaraya, Drithelma i Carduina, reprezentujących neutralnych królów. Tissaia de Vries, jedyna w balowej sukni zamiast spiskowego uniformu, mierzy się z Filippą lodowato: kto organizuje rewolty i sprowadza nocą uzbrojonych zbirów, musi liczyć się z ofiarami; Lydia nie żyje, Gedymdeith kona, Artaud ma zmasakrowaną twarz. Ile jeszcze będzie ofiar? Filippa odpowiada twardo, że się nie cofnie. Wśród zakutych w dwimeryt jest też Francesca Findabair, której cesarz Emhyr obiecał podobno wolne elfie państwo na tych ziemiach, oraz Fercart; na wezwania, by odpowiedziała na zarzuty, Stokrotka z Dolin odpowiada w Starszej Mowie, że z Dh'oine, ludźmi, rozmawiać nie będzie.
Z rewizji u Vilgefortza Filippa wręcza Dijkstrze listę redańskich zdrajców łasych na nilfgaardzkie złoto (szpieg z lubością sylabizuje pierwsze tytuły, po czym słyszy: żadnych przedwczesnych egzekucji po powrocie do Tretogoru); analogiczne listy zdrajców z Kaedwen, Temerii i Aedirn dostali Radcliffe i Sabrina. Potem czarodziejka odsyła redańskie oddziały z wyspy: pachołkowie zrobili, co do nich należało, dalej to już wyłącznie sprawa czarodziejów. Dijkstra ironizuje na temat wdzięczności jej wysokości, każe podkomendnym po cichu zaokrętować się na „Spadę" i zabiera Geralta w dół, ku Loxii. Filippa żegna wiedźmina szeptem: niczego nie widział, niczego nie słyszał, z Vilgefortzem nigdy nie rozmawiał, a ona odnajdzie go, gdy wszystko się skończy, bo obiecała mu coś wczoraj i dotrzymuje obietnic. Po drodze mijają salę balową, w której bankiet zdążył przejść w fazę swojską: czarodzieje piją siwuchę przy antałku, ogryzają oburącz baranie żebra, rżną w karty i całują się po kątach, nieświadomi, że ich Rada właśnie wzięła w kajdany bez mała całą Kapitułę.
Na tarasie z rzędem kamiennych łbów chimer, z których paszcz ciurka woda, Dijkstra odsłania wreszcie własny plan. W Aretuzie studiują panny z pierwszych rodów Redanii, więc z rektorką Margaritą Laux-Antille zadzierać nie może; ale rektorka wyda Cirillę Geraltowi, jeśli ten poprosi. Dziewczynka wsiądzie na „Spadę", popłynie do Novigradu i dalej do Tretogoru, pod opiekę króla Vizimira, bo królowie zdążyli przeliczyć jej wartość na nowo: żywa i bezpieczna Ciri warta jest w nadciągającej wojnie więcej niż dziesięć hufców ciężkiej jazdy, martwa nie jest warta funta kłaków. Geralt słucha tego, pijąc wodę z paszczy kamiennej chimery, po czym prostuje się i z całej siły wali szpiega w szczękę. W krótkiej, brutalnej rozróbie rozkłada kolejno wszystkich pięciu Redańczyków z eskorty (jeden wyrżnie twarzą w łeb chimery, inny usiądzie na donicy z agawą, jeszcze inny straci możliwość gryzienia), a z przełamanego drzewca korseki robi sobie pałkę. Na schody wbiega zdyszany Jaskier z dwoma mieczami i wieścią, po którą biegł: Ciri zniknęła z Loxii. Geralt, który właśnie tego się spodziewał (i który już wcześniej wypatrzył kolorową sylwetkę poety biegnącą pod górę, pod prąd schodzących Redańczyków), zabiera oba miecze i każe przyjacielowi uciekać z wyspy jak najdalej. Wygrażającemu z ziemi Dijkstrze („mam na pokładzie pięćdziesięciu ludzi... pójdę za tobą") zadaje jedno rzeczowe pytanie: a jest wśród nich cyrulik? Po czym chwyta szpiega za stopę i skręca mu staw. Sam rusza z powrotem na górę: musi ratować Ciri i Yennefer.
Aretuza jest już cicha. W komnatce, w której nocował, na Geralta patrzy guzikowymi oczami szmaciana laleczka; krwi na podłodze nie ma, ale na oparciu krzesła wisi czarna suknia Yennefer. Przebrała się w spiskowy uniform? A może wywleczono ją w bieliźnie, w kajdanach z dwimerytu? We wnęce okna siedzi zapłakana Marti Sodergren: Hen Gedymdeith nie żyje, serce, wezwano ją za późno, a Sabrina uderzyła ją w twarz, gdy pytała dlaczego. Yennefer nie widziała. Na prośbę wiedźmina wskazuje mu najkrótszą drogę do Garstangu: schody łączące tarasy, znikające w tunelu tuż pod pałacem.
Droga okazuje się pułapką z innego powodu, niż Geralt się spodziewał. Maskująca Thanedd iluzja chwieje się i zanika: posążki faunów i nimf na balustradzie na przemian rozpadają się w zżartą wiatrem i solą bezkształtną masę i odnawiają, a mostek nad przepaścią świeci dziurami, przez które widać huczący na dnie wodospad. Gdy wiedźmin ostrożnie przechodzi na drugą stronę, ze schodów zbiega Dorregaray z krzykiem „zdrada!" i pada mu w ramiona z szaropiórą strzałą w plecach. Strzelają dwaj Scoia'tael; Geralt odbija klingą kolejną strzałę i jednym cięciem pod ucho kończy elfa, który dopadł go z mieczem, a łucznika na szczycie schodów spala błyskawicą nadbiegający czarodziej, którego wiedźmin nie kojarzy z bankietu. To Carduin z Lan Exeter. Wspólnie przeciągają rannego przez chwiejący się most, który Carduin następnie rozwala kolejną błyskawicą, i wtedy czarodziej wyrzuca z siebie relację: Filippa nocą zakuwa Vilgefortza w kajdany, a tymczasem Vilgefortz i Francesca sprowadzili na wyspę Wiewiórki; w Garstangu trwa walka, pękły kolumny, zawaliło się sklepienie. Jego zdaniem całą drakę uknuła zresztą Filippa, by umożliwić królom wszczęcie wojny: Meve z Lyrii i Demawend z Aedirn sprowokowali Nilfgaard, i wojna już jest. Carduin umywa ręce: ucieka do Loxii, a stamtąd teleportuje się do neutralnego Koviru; stąd teleportować się nie sposób, bo Portal Lary emanuje i wykrzywia każdy teleport. Nadchodząca od tunelu Marti Sodergren wyciąga Dorregarayowi strzałę z przebitego płuca i zostaje przy rannym, a Geraltowi, który iść musi, wskazuje ostatnią drogę do Garstangu: serpentynę schodków przez wiszące ogrody.
Pod samym murem pałacu na Geralta spada z okna Keira Metz. Ma wybity ząb, wielki krwiak na policzku, otwarte złamanie nogi i połamane żebra: wyrzucił ją oknem Terranova. Wiedźmin bierze ją na ręce, a czarodziejka, plując krwią, wskazuje mu drugie wejście od strony Tor Lara i opowiada, co zaszło na naradzie. Zaczęło się od kłótni: Tissaia i neutralni krzyczeli na spiskowców, spiskowcy na nich, a Vilgefortz milczał i uśmiechał się. Tissaia wyłożyła swoje wprost: królowie rozpoczęli eksterminację elfów i szykują wojnę, magicy wysługujący się władcom mienią zdradą działania, które miałyby tej wojnie zapobiec, a jeśli Filippa chce sądzić Vilgefortza i Francescę, niech sądzi również ją. Filippa odpowiedziała oskarżeniem: to Nilfgaard szykuje napaść, a Emhyr, pamiętając Wzgórze Sodden, postanowił zawczasu wyłączyć czarodziejów z gry. Kupił Vilgefortza obietnicą władzy: bohater spod Sodden ma zostać namiestnikiem wszystkich podbitych krajów Północy, wspierany przez Terranovę i Fercarta, a Francesca ma zostać królową państwa Wolnych Elfów, nilfgaardzkiego protektoratu, za którego cenę elfy dostaną wolną rękę w mordowaniu ludzi.
Wtedy na salę weszła Yennefer i wprowadziła medium: może czternastoletnią dziewczynę o szarych włosach i wielkich zielonych oczach. Dziewczyna zaczęła wieszczyć w transie, a w transie się nie kłamie. Powiedziała, że minionej nocy wojska ze znakami Lyrii i sztandarami Aedirn zaatakowały Glevitzingen, graniczny fort Nilfgaardu w Dol Angra, a heroldowie obwieścili okolicznym wsiom w imieniu Demawenda przejęcie władzy nad całym krajem; cesarz Emhyr rozkazał odpowiedzieć ciosem na cios i o świcie wojska nilfgaardzkie wkroczyły do Lyrii i Aedirn. Filippa krzyczała o prowokacji, ale Tissaia spokojnie wyliczyła, co wiedziała od dawna: skoncentrowaną na granicy armię Henselta, łodzie Foltesta spuszczane na wody Jarugi, korpus ekspedycyjny Vizimira nad Pontarem; Sabrina wybuchła wściekłością na Demawenda i Meve, że nie wstrzymali się z „draką", choć ustalono nie zaczynać za wcześnie. A potem medium dodało zdanie, które zmieniło wszystko: król Vizimir został minionej nocy zasztyletowany przez zamachowca, Redania nie ma już króla. Redania, odparła na to Tissaia, od dawna nie miała króla: panowała w niej jaśnie wielmożna Filippa Eilhart, godna następczyni Raffarda Białego. Na wrzask Filippy, komu służy Yennefer i kto kazał jej przyprowadzić „tego potwora", odpowiedź padła z najmniej spodziewanych ust. Ja, powiedziała Tissaia de Vries.
I to Tissaia, opowiada dalej Keira, otworzyła piekło: jednym zaklęciem, jakiego Keira w życiu nie widziała, zniosła słynną blokadę Garstangu, zneutralizowała dwimeryt i uwolniła Vilgefortza ze wspólnikami, a Francesca otworzyła wejścia do podziemi, z których wysypali się Scoia'tael. Wyspa jest bowiem pusta jak łupina: do wielkiej kawerny w jej wnętrzu można wpłynąć statkiem, jeśli się wie którędy, a ktoś zdradził elfom drogę. Komandami dowodził cudak w zbroi i skrzydlatym nilfgaardzkim hełmie, pomagał mu zaś władający magią typ ze znamieniem na twarzy, w którym Geralt bez trudu rozpoznaje Rience'a. W masakrze wśród zaklęć, strzał i walącego się stropu zginęli po stronie spiskowców Drithelm, Radcliffe, Marquard, Rejean i Bianca d'Este, po stronie zdrajców Fercart; Triss została kontuzjowana, Sabrina ranna. Tissaia na widok trupów zrozumiała swój błąd i próbowała chronić przegrywających, ale Vilgefortz tylko ją wyśmiał; wtedy straciła głowę i uciekła. Zanim Terranova wyrzucił Keirę oknem, czarodziejka zdążyła jeszcze usłyszeć, jak arcymistrzyni żegna dawną wychowankę: między nami jest śmierć Hena Gedymdeitha i krew Lydii van Bredevoort, rozlana z pogardą; byłaś moją najlepszą uczennicą, Filippo Eilhart, byłam z ciebie dumna, a teraz mam dla ciebie wyłącznie pogardę. Geralt układa ciężko ranną Keirę w bezpiecznym miejscu i obiecuje, że po nią wróci. Akurat, kwituje czarodziejka.
W tym samym czasie w płonącym Garstangu Ciri wynurza się z chaosu transu i odkrywa, że klęczy w kałuży krwi obok martwego elfa. Yennefer stoi nad nią ze sztyletem w dłoni i wyjaśnia tylko tyle, że elf wyciągnął po nią rękę, a zabić go trzeba było nożem, bo mocodawcy tamtych czekają właśnie na to, by któraś z nich zdradziła się użyciem magii. Na pytania, co mówiła do czarodziejów w wielkiej sali i dlaczego mówić musiała, choć nie chciała, odpowiada krótko: popełniłam błąd, nikt nie jest doskonały. Prowadzi małą zadymionymi korytarzami do schodów i wydaje ostatnie polecenia: na dole, na końcu długiego korytarza, jest stajnia, a w niej jeden osiodłany koń gońców, który sam zna drogę do Loxii; tam Ciri ma odszukać Margaritę i nie odstępować jej na krok. Sama musi zostać. Na rozpaczliwe „nie zostawiaj mnie samej" odpowiada prośbą o zaufanie, a gdy Ciri jest już na schodach, dodaje cicho, opierając czoło o kolumnę: kocham cię, córeczko. Biegnij.
Do stajni Ciri nie dobiega. W połowie schodów osaczają ją dwaj elfy z wiewiórczymi ogonami przy czapkach i człowiek w czarnym stroju, z paskudnymi ciemnymi oczami i czerwonawą plamą na policzku. Ucieczka bocznym korytarzem kończy się w otworze okiennym, więc Ciri wychodzi na biegnący wzdłuż muru kamienny występ szerokości dwóch piędzi. Dziesięć stóp niżej wisi nad przepaścią wąska kamienna kładka, szczątek dawnego mostku. Kładka nie jest węższa od huśtawki w Kaer Morhen, tyle że huśtawkę dzieliły od ziemi cztery stopy, a tu płyty dziedzińca w dole wydają się mniejsze od dłoni. Ciri skacze, łapie równowagę na potłuczonej balustradzie i pewnym krokiem dochodzi do krużganka, po czym nie umie sobie odmówić pokazania prześladowcom zgiętego łokcia, gestu, którego nauczył ją Yarpen Zigrin. Człowiek z blizną każe jasnowłosemu elfowi skakać za nią i słyszy w odpowiedzi zimne: chyba zwariowałeś, Rience. Skacz sam, jeśli wola.
Szczęście kończy się za murem, w krzakach tarniny, gdzie Ciri chwyta w niesamowicie silny, obezwładniający bólem uścisk niski, otyły mężczyzna z opuchniętym nosem i rozciętą wargą: Artaud Terranova we własnej osobie, z pamiątkami po kastecie Keiry na twarzy. Czarodziej głośno rozważa, czy Emhyr nie byłby łaskawszy, gdyby cenne „pisklątko" podarował mu nie Vilgefortz, nie Rience i nie galant w pierzastym hełmie, lecz on sam, po czym drwi z „fałszywej wróżbitki": czy powinien lękać się ptaszków? Powinieneś, szepcze Ciri. Wielka szara sowa bezszelestnie sfruwa z góry i wpija mu się szponami w oczy, a nim oślepiony czarodziej zdąży doskandować zaklęcie, zza jego pleców wyrasta niewyraźny kształt i wiedźmińska klinga przecina mu kark. Geralt i Ciri padają sobie w objęcia, ale na czułości nie ma czasu: siedząca na murze sowa zmienia się w osmaloną, obszarpaną, umazaną popiołem i krwią Filippę Eilhart. Za niewczesną wieszczbę powinna małą ukarać, mówi, ale obiecała coś wiedźminowi, a obietnic dotrzymuje: Rience'a dać mu nie mogła, w zamian daje mu ją. Żywą. Uciekajcie, Wiewiórki tuż-tuż.
Dowódca w skrzydlatym hełmie ma tymczasem imię i fatalny dzień. Cahir Mawr Dyffryn aep Ceallach widział dziewczynę, którą rozkazano mu schwytać, tylko przez chwilę, nim czarodzieje rozpętali w Garstangu piekło; teraz, wściekły, krąży po płonącym pałacu, aż od spotkanego elfa dowiaduje się, że mała uciekła drogą ku Aretuzie, a Scoia'tael znaleźli w stajni osiodłanego konia. Tego samego, który miał unieść Ciri. Geralt z Ciri biegną w dół; wiedźmin każe małej pędzić przodem „jak na Mordowni" i nie oglądać się, a na jej żądanie oddaje jej miecz, zadawszy jedno pytanie: mając miecz, będziesz może musiała zabijać. Potrafisz? Nie wiem, odpowiada Ciri. Daj mi miecz.
Wtedy na drodze łomoczą kopyta i spełnia się najstarszy koszmar. Ściga ją czarny rycerz w hełmie ozdobionym skrzydłami drapieżnego ptaka, a w jego krzyku jest Cintra: noc, mord, krew i pożoga. Zapędzona na ślepy dziedziniec z fontanną Ciri najpierw zastyga sparaliżowana strachem, z mieczem w dłoni i krzykiem „nie dotkniesz mnie już nigdy", a gdy rycerz, powtarzając, że wykonuje rozkazy, wyciąga po nią rękę, strach ustępuje miejsca dzikiej wściekłości. Wyuczone w Kaer Morhen ruchy wykonują się same: piruet wynosi ją poza zasięg rąk, klinga niechybnie trafia między blachy pancerza, drugi cios obala rycerza na kolana, kolejne odrąbują skrzydła z hełmu i rozcinają pancerną rękawicę, wreszcie hełm spada. I Ciri nie uderza. Nie ma już czarnego rycerza z Cintry, którego skrzydła szumiały w jej snach: jest klęczący w kałuży krwi, blady, ciemnowłosy młodzieniec o oszołomionych błękitnych oczach i ustach wykrzywionych strachem. Nieznajomy. Nikt. Ciri rzuca miecz na posadzkę, a słysząc nadbiegających od Garstangu Scoia'tael, wskakuje w biegu na karego konia rycerza i krzykiem pędzi go do galopu.
Tego, co dzieje się potem, Cahir nie zapomni do końca życia. Elfów, którzy go podnoszą, dosięga znienacka białowłosy potwór: skacze z muru z wysokości, z której skoczyć niepodobna, ląduje miękko w piruecie i zaczyna zabijać. Scoia'tael walczą zażarcie, mają przewagę i nie mają żadnych szans; giną jeden po drugim, spokojnie i zimno mordowani przez istotę, przy której szalona szarowłosa dziewczyna wydaje się kocicą przy zerrikańskim tygrysie. Gdy po ostatnim z elfów zostaje karminowa fala przelewająca się przez cembrowinę fontanny, potwór staje nad rannym Cahirem i mówi, że wie, kim jest Nilfgaardczyk, który ścigał ją uparcie i długo. Każe podać sobie jeden powód, by nie zabijać. Cahir, półprzytomny, wyznaje: to ja wywiozłem ją wtedy z Cintry. Z pożaru. Ocaliłem jej życie. Gdy otwiera oczy, potwora już nie ma; jest sam na dziedzińcu pełnym trupów i mdleje.
Geralt dogania Ciri u stóp Tor Lara: widział z murów, jak padł jej koń i jak zamiast biec dalej serpentyną, pognała pod górę, w stronę samotnej wieży, ku której z Aretuzy nadciąga już odsiecz ostrzeliwana przez elfów. Ciri znika w portalu perystylu u podnóża wieży, a nim wiedźmin rusza za nią, przez dziurę w iluzorycznym dachu wlatuje, szumiąc szerokimi rękawami, Vilgefortz. Rozmowa jest krótka. Czarodziej ogłasza epilog: Kapituła i Rada przestały istnieć, wojska Emhyra idą na północ, pozbawieni czarodziejskiej pomocy królowie są bezradni jak dzieci, a Geralt ma ostatnią szansę przyłączyć się do zwycięzców, bo z Tor Lara nie ma wyjścia. Wiedźmin odpowiada, że skoro tak, to do wieży prowadzi tylko jedno wejście, właśnie to, które on zagradza; na kpinę, że dla Emhyra Vilgefortz był tylko narzędziem, słyszy pytanie, od którego wieje chłodem: a gdybym ci powiedział, że to Emhyr jest moim narzędziem? Pada też zdanie o Codringherze i Fennie: umarli, ale ich dzieło i koncepcja żyją i mają się dobrze. Geralt rzuca czarodziejowi w twarz prawdę o Lydii, którą właśnie pojął: kazał jej umrzeć, by zyskać czas na uodpornienie się na dwimeryt i telepatyczny sygnał do Rience'a, a ona jedna nie wiedziała, że jest osobą bez znaczenia. Wtedy w dłoni Vilgefortza materializuje się gruby, sześciostopowy kij. Arogancji, oznajmia czarodziej, oduczę cię za pomocą tej oto różdżki.
Walki, którą Geralt będzie po tygodniach analizował w Brokilonie, lecząc się wodą Brokilonu staraniem driad, nie sposób nazwać pojedynkiem. Kij okazuje się żelazny i magiczny, a czarodziej szybszy, niż ktokolwiek ma prawo być: wiedźmin czterokrotnie wychodzi z uników do ciosów, które każdemu byłyby śmiertelne, i wszystkie cztery zostają sparowane, choć żaden nieczłowiek nie zdołałby ich sparować. Geralt powoli zaczyna rozumieć, ale jest już za późno. Grad uderzeń ciska nim o ścianę i pilastry, łamie mu kość przedramienia uniesionego w osłonie głowy, a leżącemu, na koniec, druzgocze trzon kości udowej. Mógłbym wytłuc ci mózg przez uszy, mówi z bardzo daleka Vilgefortz, ale to miała być lekcja: pomyliłeś się, wiedźminie. Pomyliłeś niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. Do zobaczenia. Kiedyś. Może. Jedyny błąd, do jakiego Geralt dojdzie po tygodniach, popełnił przed walką: należało uciec, zanim się zaczęła.
Z pobojowiska wywleka na wpół przytomnego, krwawiącego wewnętrznie wiedźmina Triss Merigold, powtarzając bez ustanku, by wytrzymał i nie umierał; on majaczy o Yennefer i o tym, że jeśli dopadnie go Dijkstra, będzie po nim. Na szczycie schodów Garstangu staje Tissaia de Vries, z włosami w nieładzie i twarzą szarą od kurzu, i ognistymi kulami odrzuca szturmujących pałac ludzi z Aretuzy: wyspą wciąż włada Kapituła, krzyczy, wara królewskim pachołkom od spraw czarodziejów, bo to magowie odpowiadają za losy świata i sami rozwiążą swój konflikt, a potem położą kres tej idiotycznej wojnie. Błagającej o pomoc Triss każe uciekać do Aretuzy: Filippa i tak już uleciała na sowich skrzydłach, a teleportować się można bez obaw, bo portal Wieży Mewy już nie istnieje. Zawalił się razem z wieżą. Z wieżą, do której na oczach Geralta weszła Ciri i z której nie było innego wyjścia. Triss nie ma już sił, by samodzielnie otworzyć teleport dla siebie i rannego; Tissaia patrzy na dogorywający Garstang i mówi cicho: pomogę ci. O tym, co stało się z Ciri i gdzie jest Yennefer, dzień zjazdu na Thanedd milczy.
“Teleport Lary, zwany też Portalem Benaventa: na ostatniej kondygnacji Wieży Mewy, destynacja nieznana, zapewne wypaczona przez samoistny rozpad. Uwaga: portal chaotyczny i śmiertelnie niebezpieczny, eksperymenty kategorycznie zabronione. Prohibita, spis zakazanych artefaktów.”
What to remember from this chapter
- Pucz na Thanedd: W noc przed naradą zjazdu Filippa Eilhart z wiernymi królom czarodziejami i redańskimi zbirami Dijkstry zakuwa w kajdany z dwimerytu przekupionych przez Nilfgaard zdrajców: Vilgefortza, Terranovę, Fercarta i Francescę Findabair. Ceną nocnej akcji są pierwsze ofiary, Lydia van Bredevoort i Hen Gedymdeith. Na naradzie w Garstangu Tissaia de Vries staje po stronie oskarżonych, a wprowadzone przez Yennefer medium wieszczy wybuch wojny i śmierć króla Vizimira; wtedy arcymistrzyni znosi jednym zaklęciem blokadę Garstangu, neutralizuje dwimeryt i uwalnia spiskowców. Z podziemi wyspy wysypują się sprowadzeni zdradą Scoia'tael pod wodzą Cahira i Rience'a i zaczyna się masakra, w której ginie kilkoro czarodziejów z obu stron. Geralt, torujący sobie drogę do Ciri i Yennefer, ścina Terranovę i wycina komando elfów, po czym u stóp Tor Lara zostaje zmasakrowany żelaznym kijem Vilgefortza; na koniec Wieża Mewy, do której wbiegła Ciri, zawala się wraz ze spaczonym teleportem. Kapituła i Rada przestają istnieć, a losy Ciri i Yennefer pozostają nieznane.
📝 Want to pin a note to this chapter? Create a free account. Notes are private and come back with your recap.