👁 You're reading without a bookmark: you see the full content, so we may give away what happens later.How does spoiler protection work?How does the protection work?
🕯 English edition in preparation. This content is still in Polish — the interface is fully translated, and the summaries are being translated volume by volume.
Volume IV · Time of Contempt

Chapter 6 “Chapter Six”

Chapter 6 of 7 in this volume·32/33 in the saga·~11 min read
Vol. IV · ch. 6/7
32/33 in the saga

Ciri budzi oprzytomniający żar słońca. Leży na kamienistej, szaroczerwonej równinie pociętej jarami, wśród głazów o dziwacznych kształtach, a strup na rozbitej skroni przylepił się do kamienia i przy pierwszym ruchu głowy odrywa się do krwi. Całe ciało to jedna mapa stłuczeń: krzyż, plecy, ramię, biodra, kolano, poobcierane do żywego mięsa dłonie i łokcie, piasek we włosach, uszach i oczach. Ostrożny przegląd przynosi jedyną dobrą wiadomość, niczego sobie nie połamała. Pierwsza próba wstania kończy się jednak upadkiem i falą mdłości, więc do cienia pod głazem wysieczonym przez wichry w kształt grzyba Ciri dociera na czworakach. Przez najgorsze godziny dnia, gdy słońce stoi w zenicie i nawet kamienny kapelusz przestaje dawać cień, może tylko leżeć i przyciskać dłonie do pękających z bólu skroni.

Pod wieczór, gdy upał ustępuje, przychodzi zrozumienie groźniejsze od potłuczeń. Nie może splunąć, bo w ustach nie ma już śliny: to pragnienie. Przy siodle karego konia, na którym uciekała do Wieży Mewy, wisiała drewniana manierka, ale nie było czasu jej odtroczyć; teraz nie ma niczego. Ciri odtwarza w pamięci, co ją tu przyniosło. Na szczycie Tor Lara nie było nic prócz gołych ścian i płonącego na jednej z nich świetlistego owalu, który przyciągał i przyzywał, a innego wyjścia nie było. Weszła w niego z zamkniętymi oczami, a potem był oślepiający błysk, wściekły wir i lot wśród ciszy, zimna i pustki, aż coś wyrzuciło ją w powietrzu, jak orlik wypuszcza zbyt ciężką rybę. W świątynnej bibliotece czytała o teleportach spaczonych i chaotycznych, które niosą nie wiadomo dokąd i wyrzucają nie wiadomo gdzie. Portal w Wieży Mewy musiał być właśnie taki. Wyrzucił ją gdzieś na końcu świata, gdzie nikt nie będzie jej szukał i nikt jej nie znajdzie. Jeśli tu zostanie, umrze.

Zanim ruszy, robi przegląd ekwipunku, i ta czynność pozwala na chwilę zapomnieć o bólu. Ma kordzik, o którym zapomniała, bo pochwa zsunęła się do tyłu, oraz małą sakiewkę od Yennefer z tym, co „dama zawsze winna mieć przy sobie": szylkretowy grzebyk, nożyk-pilnik, wyjałowiony lniany tampon i jadeitowe pudełeczko maści do rąk. Standardowy ekwipunek damy nie przewidział takiej sytuacji, ale Ciri wyciska z niego wszystko. Maść wciera w spieczoną twarz, po czym wylizuje pudełeczko do czysta dla tłustości i odrobiny wilgoci, tampon rozwija w opaskę na rozbitą skroń i przypieczone czoło, a zerwaną sprzączkę buta zastępuje rzemykiem z rękawa. Postanawia iść na zachód, w stronę zachodzącego słońca, bo to jedyny pewny kierunek, i podtrzymuje się na duchu jak umie: jest wiedźminką, w świątyni pościło się i dwa dni, Geralt na pewno bywał na gorszych pustyniach.

Pierwsza noc marszu uczy ją wszystkiego o tym miejscu. Rzadkie krzaki mają wyłącznie ciernie, bez liścia do wyssania i bez kija do wyłamania. Po zachodzie słońca chłód, z początku kojący, zamienia się w zimno szczękające zębami, a w bezksiężycową ciemność nie da się iść: dwa razy od złamania nogi w szczelinie ratuje ją tylko wyuczony wiedźmiński unik w upadku. Skulona na bazaltowej płycie Ciri czuje, jak rozpacz zamienia się we wściekłość, i krzyczy w mrok, że jest wiedźminką. A potem przypomina sobie, że jest też czarodziejką. Moc jest wszędzie, także w skrytej w głębi ziemi żyle wodnej. Czerpie z niej ostrożnie, pamiętając o groźbie omdlenia z odtlenienia, zaklęciami rozprasza zmęczenie i podnosi temperaturę ciała, wreszcie inwokacją w Starszej Mowie wyczarowuje małą świetlistą kulę i triumfuje: szkoda, że Yennefer tego nie widzi. W kręgu magicznego światła martwa pustynia okazuje się pełna życia, uciekających żuków, pająków, skorpionów i skaczących gryzoni, a dobiegający z rumowiska syk skutecznie zniechęca do polowania: przed oczami stają jej ryciny pustynnych potworów z ksiąg Kaer Morhen.

Po kilku godzinach kula gaśnie, a wyczerpana Ciri orientuje się z przerażeniem, że poświata świtu wstaje wprost przed nią, czyli zmyliła kierunek. Ratuje ją poranna rosa: zlizuje kropelki z bazaltowych płyt, z cierni karłowatego krzaka i z klingi kordzika, którą skrupulatnie wylizuje do sucha. Gdy słońce znów zaczyna prażyć i trzeba szukać cienia, pod kolejnym grzybokształtnym głazem znajduje przedmiot, który mówi więcej niż mapa: wylizane do czysta jadeitowe pudełeczko po maści. Przez całą noc zatoczyła koło i wróciła w miejsce, z którego wyszła. Nie znajduje w sobie dość sił, by płakać.

Głód i pragnienie okazują się silniejsze od rezygnacji. Na horyzoncie, za falującą zasłoną upału, majaczy daleki łańcuch górski; na jego szczytach może leżeć śnieg, mogą płynąć strumienie, więc Ciri wyznacza sobie cel. Nocami kieruje się teraz jasną gwiazdą, którą sama nazwała Okiem, bo z lekcji o gwiazdozbiorach pamięta tylko nazwy: Siedem Kóz, Dzban, Sierp, Smoka i Zimową Pannę, a te akurat stoją za wysoko, by prowadzić. Kolejne doby zlewają się w rytm przetrwania. Ciri wygania jaszczurkę znad malutkiej szczeliny z wodą z wrzaskiem, że to jej woda, wysysa siedem skórzastych jaj z gniazda w piasku i zastyga nad rozgrzebanym gniazdem z glutem u zębów, gdy w głowie odzywa się głos guwernantki strofującej księżniczkę Cirillę za łokcie na stole i mlaskanie. Wtedy płacze. Potem zjada wszystko, co da się znaleźć: zieloną roślinkę wielkości małego palca, chrząszcza, cienkonogiego pająka. W południe wymiotuje tym wszystkim i mdleje. Magia przestaje odpowiadać, bo nie ma już z czego czerpać, a wyczarowanie światła kończy się fiaskiem. Któregoś ranka Ciri łapie się na tym, że siedzi zapatrzona w klingę kordzika i własne przedramię z myślą, że krew przecież jest płynna i można ją pić. Kordzik przemawia do niej spokojnym głosem Tissai de Vries: po co się męczysz, skończ z tym, nim oszalejesz z pragnienia i będzie za późno. Ciri odpowiada, że się nie podda, i chowa kordzik do pochwy. Nad żółtym niebem zaczynają krążyć sępy, najpierw jeden, potem trzy. Gdy po kolejnym upadku nie ma już sił wstać, rozumie, że to koniec, i przyjmuje to spokojnie, wręcz z ulgą.

Wtedy coś szturcha ją w ramię. Kilka kroków przed nią stoi młody konik, prawie źrebak, o dziwnej ni to bułanej, ni to szarej maści, małej głowie, smukłej szyi i obfitym ogonie, a z jego wysklepionego czoła sterczy róg długi na dwie piędzi. Jednorożec, myśli Ciri, przytomniejąc, przecież jednorożce wymarły; nie było ich nawet w wiedźmińskiej księdze w Kaer Morhen, tylko w świątynnej Księdze mitów i w Physiologusie z banku pana Giancardiego, gdzie jednorożec z ryciny przypominał raczej kozła. Przypomina sobie też, co księgi mówiły o jednorożcach i pannach, i woła, że stworzenie może śmiało podejść. Jednorożec odskakuje i rży, a Ciri, biorąc to za odmowę z powodu ksiąg, zapewnia rozpaczliwie, że Jarre pocałował ją tylko raz i to się przecież nie liczy. Traci przytomność, a gdy się ocknie sama, uznaje stworzenie za miraż i sen. Wraca po nią jednak stukot kopyt. Kopyta jednorożca są mokre, wręcz ociekają wodą.

Prowadzony przez jednorożca marsz kończy się w płytkim jarze o mokrym piasku, gdzie stworzenie grzebie kopytem w zagłębieniu, a Ciri, rozumiejąc, dokopuje się z nim do błotnistej cieczy. Pije mętną wodę razem z piaskiem, pogłębia dołek kordzikiem, czeka na kolejne przybory wody i wreszcie, po trzecim razie, przypomina sobie o towarzyszu: żaden konik nie pije przecież błota. Odtąd wędrują razem, a Ciri nazywa jednorożca Konikiem. Współpraca okazuje się całkiem znośna. Konik je badyle, których nie tknęłaby wygłodniała koza, i pokazuje jej kolumny wielkich, kwaśnych mrówek, które jedzą oboje (ona wypluwa chitynowe pancerze), ona wskazuje mu kępy ostów, on jej gniazda jaszczurczych jaj, a znalezionego skorpiona długiego na półtorej piędzi zjada sam. Nocami śpi na stojąco i wciąż trzyma dystans: wbrew uczonym księgom nie zamierza składać głowy na jej podołku. Ciri dopuszcza dwie możliwości, albo księgi łgały w kwestii jednorożców i dziewic, albo Konik jest za młody, żeby się na dziewicach znać. Możliwość, że stworzenie wyczuwa i traktuje poważnie kilka dziwnych snów, jakie jej się kiedyś przyśniły, odrzuca, bo któż by traktował poważnie sny. Rozczarowuje ją za to co innego: Konik kluczy, nie trzyma prostej linii i przez dwa dni nie znajduje wody. On także nie mieszka na pustyni. Zabłądził na niej, tak samo jak ona.

Gdy Konik galopem rusza ku szerokiej piaszczystej łasze z wyraźnym zagłębieniem pośrodku, Ciri biegnie za nim pewna, że znalazł kolejne źródełko. Zagłębienie okazuje się jednak idealnie kolistym lejem o średnicy dwudziestu stóp, zbyt regularnym, by powstał sam z siebie, i to zrozumienie przychodzi o chwilę za późno. Z dna leja bije w nią grad piasku i żwiru, krawędź osypuje się falami i wciąga ją w dół, a spod piasku wychylają się brunatne, zakończone hakami kleszcze długie na pół sążnia. Ratując ją, jednorożec sam załamuje krawędź, grzęźnie i zsuwa się na dno, gdzie straszliwe szczypce łapią go za udo. Ciri rzuca się w dół z kordzikiem, ale dźgnięcia nie sięgają ukrytego w piasku stwora, więc przywołuje Moc i uderza telekinezą. Odsłonięty potwór, brudnoszary, obły i pękaty jak opita krwią pluskwa, puszcza jednorożca i błyskawicznie zakopuje się na nowo, po czym atakuje spod ziemi falą sunącego piasku. Ratunek przychodzi z dwóch stron naraz: Konik kopytami odsłania grzbiet monstrum i przygważdża je rogiem w miejscu, gdzie głowa łączy się z korpusem, a Ciri wbija kordzik w podrygujące cielsko raz za razem, aż piasek wilgotnieje od zielonkawej cieczy. Wygrzebują się z leja. Za kilkoma skałami zaczyna się cała ławica upstrzona takimi lejami, niektóre dwakroć większe, więc obchodzą ją szerokim łukiem po twardym gruncie, przez który bestie nie umieją się przekopać. Odpowiedź na pytanie, na co poluje się na martwym pustkowiu, wylatuje z jednego z dołów szerokim łukiem: trupek gryzonia podobnego do królika, skurczony, suchy jak wiór i pusty jak pęcherz, bez kropli krwi. Gdy gładki piasek obok wybrzusza się i rusza w jej stronę, Ciri w porę umyka na skały.

Zwycięstwo ma cenę. Z dwóch ran na udzie jednorożca nie przestaje płynąć krew, a wkrótce także lepka, brzydko pachnąca ropa: potwór był jadowity. Konik idzie coraz wolniej, utyka, wreszcie kładzie się na kamieniach i nie chce wstać, a w jego rżeniu jest ból. Ciri wydobywa kordzik z myślą o przecięciu i oczyszczeniu rany i odkłada go, bo nie umie tego zrobić i może tylko zaszkodzić. Mówi na głos gorzką prawdę: nie nauczyli jej leczyć, nauczyli ją zabijać, tłumacząc, że w ten sposób będzie ratować, i to było wielkie kłamstwo. Zostaje jej magia, ale wyciągnięte ręce nie znajdują niczego: w tej części pustyni nie ma żył wodnych, jakby i obietnica, że magia jest wszędzie, okazała się kłamstwem. Wściekły krzyk Ciri przerywa rżenie jednorożca, a jej samej spada na głowę oczywistość, której wcześniej nie było gdzie zastosować. Magia jest w wodzie, w ziemi, w powietrzu. I w ogniu.

Na brzegach wyschniętej rzeki rośnie dość ostów i badyli na stosik. Iskra z resztki energii („Aenye!") zapala ogień, a Ciri, patrząc w płomienie, przekracza granicę, której Yennefer zabroniła jej dotykać: zaczyna czerpać z energii ognia. Nie wie nawet, kiedy to się dzieje. Moc wypełnia ją jak roztopiony ołów, ból zamienia się w przerażającą rozkosz, a bijąca z jej rąk świetlista fala skupia się na zranionym udzie jednorożca. Chce, by był zdrowy, i staje się wedle jej woli: Konik zrywa się z ziemi, obwąchuje z niedowierzaniem uleczone udo i galopem okrąża ognisko. Ciri krzyczy z dumy i triumfu. Ma moc, może wszystko, sprawi, że na pustyni spadnie deszcz, że tryśnie woda i wyrośnie trawa. Wykrzykuje zaklęcia i inwokacje, których nie rozumie i nie pamięta, by się ich kiedykolwiek uczyła. Niebo przecina błyskawica, zrywa się wicher, dawno zwęglone patyki przestają mieć znaczenie, bo płonie już sama skała.

W płomieniach staje wysoka młoda kobieta o długich kruczoczarnych włosach, śmiejąca się dziko i okrutnie: Falka. Jej głos obiecuje Ciri potęgę i namawia do zemsty na wszystkich, którzy ją skrzywdzili, a ogień posłusznie podsuwa obrazy. Rzędy szubienic z Nilfgaardczykami, którzy zdobyli Cintrę i zabili króla Eista i babkę Calanthe, kołyszący się na stryczku rycerz w czarnej zbroi ze skrzydlatym hełmem, szubienice ze Scoia'tael po horyzont, wbity na pal Vilgefortz i klęczący w oczekiwaniu na pale czarodzieje z Thanedd. Ale wśród skazanych są też inni: przy słupach stosów stoją przykute Triss Merigold, Margarita Laux-Antille, matka Nenneke, Jarre i Fabio Sachs; zakuta w łańcuchy Yennefer broczy krwią w lochu; Jaskier kładzie głowę na katowskim pniu; na szafot wchodzą Vesemir, Eskel, Coën, Lambert i słaniający się, cały we krwi Geralt. Głos krzyczy, że wszyscy ją zdradzili i okłamali, że była dla nich kukiełką na patyku, że nadszedł czas pogardy i cały świat ma zadrżeć przed Starszą Krwią. Wokół ognia stają dęba wielkie jednorożce, rosłe jak rycerskie konie, z rogami jak miecze, i rżą dziko. Ciri, wołając „płoń, Falko", odmawia: nie chce tej mocy i wyrzeka się jej. Nie wie, czy to ogień przygasł, czy pociemniało jej w oczach. Upada, czując na twarzy pierwsze krople wymodlonego wcześniej deszczu.

To, co dzieje się potem, czytelnik poznaje z rozmowy istot, które nie nazywają siebie wcale, a Ciri nazywają Istotą. Jedne głosy żądają odebrać Istocie istnienie, zanim będzie za późno, bo Istota ma Moc i jest groźna. Inne odpowiadają, że Istota nie przywołała Mocy dla siebie, lecz po to, by ratować Ihuarraquaxa, że współczuje i że to dzięki niej Ihuarraquax znów jest wśród swoich. A poza tym Istota wyrzekła się Mocy całkowicie i nie będzie mogła jej użyć nigdy, choć tego głosy nie potrafią pojąć. Spór kończy rozstrzygnięcie: odejść i zostawić Istotę jej przeznaczeniu.

Ciri leży potem na kamieniach nie wiadomo jak długo, patrząc na niebo zmieniające kolory, na przemian w zimnie i gorącu. Jest wysuszona i pusta jak tamten wyssany trupek gryzonia: nie czuje pragnienia, głodu, zmęczenia ani strachu, zginęła nawet wola przetrwania, została tylko wielka, przeraźliwa pustka, którą czuje każdą komórką ciała. Czuje też krew na wewnętrznej stronie ud i nawet to jest jej obojętne. Nie reaguje, gdy wokół łomoczą kopyta i podkowy, gdy chwytają ją twarde ręce, gdy pada grad gwałtownych pytań. Obojętnie pije wodę z przystawionej manierki, obojętnie daje się wciągnąć na łęk, okręcić derką i przywiązać pasem do cuchnącego potem i uryną jeźdźca. Dokoła jest wielu konnych. Nic już nie ma znaczenia. Nawet to, że komenderujący konnymi rycerz nosi na hełmie skrzydła drapieżnego ptaka.

“Wielce zagadkową jest sprawą, że jednorożec, choć niebywale płochliwy i ludzi się bojący, gdy napotka pannę, która z mężem cieleśnie nie obcowała, wnet przybiega do niej, klęka i bez nijakiego lęku głowę jej na podołku kładzie. Ponoć w zamierzchłych czasach bywały panny, które istny proceder sobie z tego uczyniły: w bezżeństwie trwały lata długie, by łowcom służyć za wabiki na jednorożce (Physiologus).”

What to remember from this chapter

  • Wyrzeczenie się Mocy: Na pustyni, przy konającym od jadu Ihuarraquaxie, Ciri odkrywa, że nie ma tu żył wodnych, z których mogłaby czerpać, i łamie zakaz Yennefer: rozpala ognisko i sięga po energię ognia. Moc wypełnia ją jak roztopiony ołów, zaklęcie leczy jednorożca, ale żywioł natychmiast bierze górę: Ciri wykrzykuje inwokacje, których nigdy się nie uczyła, niebo przecina błyskawica, a płonąć zaczyna sama skała. W płomieniach staje kruczowłosa Falka i kusi potęgą oraz zemstą na wszystkich, którzy skrzywdzili dziewczynę ze Starszej Krwi, a ogień podsuwa obrazy szubienic, pali i stosów, na których obok wrogów stoją też najbliżsi: Yennefer, Geralt, Jaskier, Triss, wiedźmini z Kaer Morhen. Wołając „płoń, Falko", Ciri odrzuca kuszenie i wyrzeka się Mocy, całkowicie i, jak stwierdzą w swej naradzie jednorożce, nieodwołalnie: nie będzie mogła jej użyć już nigdy. Cena jest straszliwa. Dziewczyna, która jeszcze przed chwilą chciała sprowadzić na pustynię deszcz, zostaje na kamieniach pusta i obojętna na wszystko, nawet na konnych, którzy ją znajdują, i na skrzydła drapieżnego ptaka na hełmie ich dowódcy.
See this chapter on the map

📝 Want to pin a note to this chapter? Create a free account. Notes are private and come back with your recap.