👁 You're reading without a bookmark: you see the full content, so we may give away what happens later.How does spoiler protection work?How does the protection work?
🕯 English edition in preparation. This content is still in Polish — the interface is fully translated, and the summaries are being translated volume by volume.
Volume II · Sword of Destiny

Chapter 2 “A Shard of Ice”

Chapter 2 of 6 in this volume·15/29 in the saga·~16 min read
Vol. II · ch. 2/6
15/29 in the saga
Geralt walczy z zeuglem na wysypisku
Wiedźmin pośród odpadków i macek zeugla

Nocą, na gigantycznej kupie śmieci przylegającej do murów Aedd Gynvael, Geralt poluje na potwora. Spod odpadków wystrzeliwują kolczaste macki, a potem wyłania się sam zeugl: ogromny, bulwiasty korpus podobny do groteskowego kartofla, z paszczą pełną wielkich, klockowatych zębów. Wiedźmin, po pas uwięziony w gnijącej mazi, odrąbuje dwie macki, po czym świadomie pozwala pozostałym oplatać się i przywlec pod samą paszczę, bo stamtąd może wbić miecz prosto w cielsko, między blado fosforyzujące ślepia. Potwór rozlewa się na gnoju jak przekłuty pęcherz. Nad śmietniskiem spadają tej nocy dwie gwiazdy; wiedźmin, choć zwyczaj każe, nie wypowiada żadnego życzenia. Dyszy ciężko, bo mija właśnie działanie wypitych przed walką eliksirów, i podsumowuje zlecenie jednym zdaniem: paskudztwo, gnój i gówno.

Yennefer pomaga Geraltowi po walce
Poranek w domu Yennefer w Aedd Gynvael

W izbie oberży czeka na niego Yennefer. Na powitanie krzywi się, że Geralt śmierdzi, i zaklęciem ściąga przez okno morską wodę wprost do balii; nie chce jej zagrzać, bo takie zaklęcie mocno ją męczy i przyprawia o mdłości, a zimno po eliksirach i tak dobrze wiedźminowi zrobi. Przy zmywaniu barwiczki opowiada Geraltowi teorię czarodzieja Istredda: miejsce każdego wymierającego stwora z lasów i moczarów zajmuje nowa mutacja, przystosowana do środowiska stworzonego przez ludzi: pseudoszczury w kanałach, zeugle na śmietniskach, płaskwy w ściekach, tajęże w stawach młyńskich. To niemal symbioza; Geralt dopowiada w myślach ghule na cmentarzach. Na każdą wzmiankę o genialności Istredda wiedźmin się krzywi, ale milczy, bo spieranie się z Yennefer nie ma sensu, a kłótnia z nią do bezpiecznych rzeczy nie należy. Czarodziejka ogląda go jeszcze przy kaganku, czy zeugl go nie drasnął (po eliksirach nie poczułby nawet otwartego złamania, a na potworze mogło być wszystko, z jadem trupim włącznie), po czym zużytą wodę wyrzuca zaklęciem przez okno, wprost na głowę jakiegoś przechodnia, bo mogła rzucić dalej, ale jej się nie chciało.

W rogu izby, na przybitych do ściany jelenich rogach, siedzi czarny jak smoła ptak i patrzy na wiedźmina żółtym, nieruchomym okiem. Yennefer wyjaśnia zdawkowo: to pustułka. Na uwagę, że pustułki są przecież rudo nakrapiane, a nie czarne, odpowiada, że ta jest czarodziejska: sama ją zrobiła, bo jest jej potrzebna. Więcej nie mówi, a Geralt wie, że pytać nie ma po co. Wie też, dokąd czarodziejka wybiera się z samego rana: do Istredda. Siedzą w Aedd Gynvael już trzeci dzień i na zadane po raz trzydziesty pytanie, kiedy stąd wyjadą, Yennefer odpowiada jak zwykle: ma tu sprawy do załatwienia. Z Istreddem. W łóżku wiedźmin po raz kolejny przecenia swoją odporność na eliksiry, ale Yennefer nie pozwala się zdeprymować takim drobiazgiem i pomaga sobie praktycznym zaklęciem. Geralt zna jej uśmiech w takich chwilach: zawsze wydawał mu się bardziej uśmiechem triumfu niż szczęścia. A potem pustułka trzepocze skrzydłami, czarodziejka odwraca głowę i wzdycha bardzo smutno.

To tej nocy, gładząc szramy na jego szyi, Yennefer pyta, czy Geralt wie, co znaczy nazwa miasta. Aedd Gynvael to w języku elfów „okruch lodu". Wśród elfów krąży legenda o Królowej Zimy: w czasie zamieci przebiega ona kraje saniami zaprzężonymi w białe konie i rozsiewa dokoła twarde, ostre, maleńkie okruchy lodu. Biada temu, kogo taki okruch trafi w oko lub w serce: nic już takiego człowieka nie ucieszy, wszystko pozbawione bieli śniegu stanie się dla niego brzydkie i wstrętne. Porzuci wszystko i ruszy za Królową, za swoim marzeniem i miłością, ale nigdy jej nie odnajdzie i zginie z tęsknoty. Podobno tutaj, w zamierzchłych czasach, zdarzyło się coś takiego. Geralt sennie odziera legendę z uroku: to tylko ładne opisanie Dzikiego Gonu, niewytłumaczalnego zbiorowego szału, który każe ludziom dołączać do upiornego orszaku pędzącego po niebie. Widział to zjawisko; oferowano mu niemałe pieniądze, by położył mu kres, ale się nie podjął, bo na Dziki Gon nie ma sposobu. Yennefer całuje go w policzek: nie ma w nim za grosz romantyzmu. A ona lubi elfie legendy: są piękne, w przeciwieństwie do ludzkiej egzystencji, w której nawet to, co pięknie się zaczyna, prędko wiedzie w nudę i pospolitość.

Rano Geralt budzi się sam: Yennefer wyszła, nim otworzył oczy, a że musiała się spieszyć, jej przybory (pędzelki do pudru i henny, kredki, srebrne łyżeczki, słoiczki z maściami o składnikach od sadzy i soku z marchwi po mandragorę, belladonnę i jad skorpionów olbrzymich) leżą rozsypane na stole jak kostki wróżbity. W powietrzu wisi zapach bzu i agrestu: Yennefer jest w tych przedmiotach i w tym zapachu, ale jej samej nie ma. Od tej chwili wszystko w mieście psuje wiedźminowi humor i podsyca w nim złość. Złości go zimna jajecznica od oberżysty, który obmacuje na zapleczu dziewczynę, najwyżej dwunastoletnią i mającą łzy w oczach. Złości go łaziebnik, który na widok wiedźmińskiego medalionu jako jedynemu gościowi nie proponuje dziewki. Złoszczą go kupy nawozu w uliczkach, żebracy pod świątynią i koślawy napis na murze: ELFY DO REZERWATU. Aedd Gynvael wydaje mu się złośliwą parodią wszystkich znanych miasteczek: karykaturalnie hałaśliwszą, duszniejszą i brudniejszą. Po zapłatę za zeugla odsyłają go z zamku do gildii kupieckiej, a stamtąd, ustami starszego cechu, elfa patrzącego na wiedźmina z dziwną u niedoszłego mieszkańca rezerwatu pogardą, na rynek, gdzie wśród straganów i pręgierza urzęduje starosta. Geralt rozumie ten wybór miejsca bez tłumaczenia: przyjezdni kupcy mają łapówki wkalkulowane w ceny, więc starosta zjawia się na rynku sam, żeby nie musieli się fatygować.

Drogę do starosty zastępuje mu mężczyzna o włosach żółtych jak piórka wilgi, z pasem z mosiężnych płytek obwieszonym mieczem, buzdyganem i dwoma sztyletami. Przedstawia się: Ivo Mirce, ale wszyscy mówią na niego Cykada. Geralt zna to imię, zna też cenę wyznaczoną za głowę Cykady w Wyzimie, Caelf i Vattweir; gdyby go pytano, powiedziałby, że to cena za niska. Tutejszy starosta płaci jednak Cykadzie, a nie ściga go, ten zaś pilnuje „ceremoniału": nikt nie podchodzi do starosty z bronią. Wiedźmin bez protestu oddaje miecz, czym wyraźnie psuje zabójcy zabawę, bo ten liczył na opór.

Starosta Herbolth, człowiek o wyblakłej twarzy, rozgania interesantów i wita Geralta z przesadną wylewnością. Przy okazji wyjaśnia, czemu trzyma przy sobie kogoś takiego jak Cykada: Aedd Gynvael i inne miasta w dolinie Toiny podlegają namiestnikom z Rakverelina, a ci zmieniają się co sezon i każdy nowy zaczyna od wymiany starostów na swoich krewniaków. Odkąd jednak Cykada „załatwił" kiedyś wysłanników pewnego namiestnika, Herboltha nikt już nie próbuje ruszyć z posady. Potem zaczyna się targ o zapłatę. Starosta proponuje siedemdziesiąt marek, bo co to za wyczyn, zabić „robaka" ze śmietniska; Geralt żąda stu, bo ów robak pożarł ośmioro ludzi. Herbolth prycha na to, że „też mi ludzie": wiecznie pijany stary Zakorek, jedna baba z podgrodzia i kilkoro dzieci przewoźnika Sulirada, który sam nie wie, ile ich ma. Stają na dziewięćdziesięciu pięciu; przy wypłacie starosta i tak potrąca sobie „podatek" i sekretarz Przegrzybek odlicza dziewięćdziesiąt. Na fachową przestrogę wiedźmina (zeugle są dwupłciowe jak ślimaki, mógł zdążyć się rozmnożyć, więc za miesiąc trzeba spenetrować wysypisko z psami; małe zeugle nie są groźne) starosta odpowiada wykładem zabobonu: do mnożenia trzeba samca i samicy, a myszy przecież lęgną się same ze zgniłej słomy, ślimaki zaś, dorzuca Przegrzybek, z mokrych liści. Geralt z pogodnym uśmiechem przyznaje im rację.

Herbolth ma jednak dla wiedźmina coś jeszcze: insynuację. Słyszał, że Geralt stanął „Pod Jesiotrem" w jednej izbie z „czarną wróżką, Guinever chyba", a ona, ilekroć zawita do Aedd Gynvael, nie wyjeżdża szybko. Bywała tu już nieraz. Czarodziej Istredd to zaś dla grodu osoba niezastąpiona i poważana, więc miasto w jego sprawy nosa nie pcha. Geralt grzecznie pyta o adres. Istredd mieszka w białym, wysokim domu wciśniętym między skład a cekhauz, ale ostatnio przesiaduje przy południowym wale, gdzie wykopał coś w ziemi i ryje jak kret; staroście, który pytał, co tam znajduje, odparł, że „historię ludzkości: odpowiedzi na pytania, co było i co będzie". Wygadany Przegrzybek wyrywa się jednak, że teraz to czarodziej siedzi w domu, „teraz, kiedy…", i milknie pod groźnym spojrzeniem starosty. Wiedźmin, uśmiechając się najpaskudniej jak umie, rozumie aluzję doskonale. Przy odbiorze miecza Cykada zaczepia go raz jeszcze: obejrzał sobie wiedźmińskie ostrze i nie daje mu spokoju pytanie, który z nich dwóch, gdyby weszli w uliczkę z dwóch stron, doszedłby do jej końca. O wiedźminach gadają przecież to samo, co o nim: że są tacy dobrzy w walce, bo nie ma w nich ani serca, ani litości. Geralt zakładać się nie zwykł, ale radzi Cykadzie na odchodne: gdyby kiedyś naszło go przeszkadzać mu w chodzeniu uliczką, niech się najpierw dobrze zastanowi.

Geralt odwiedza pracownię Istredda
Rozmowa wiedźmina z czarodziejem w pracowni

Istredd przyjmuje wiedźmina w pracowni, w której najwięcej miejsca zajmują księgi warte majątek; jest i reszta czarodziejskiego wystroju: wypchany krokodyl, zasuszona ryba najeżka, kościotrup, słoje z każdym wyobrażalnym paskudztwem. Na Geralcie nie robi to wrażenia: mieszkał pół roku u Yennefer w Vengerbergu, a ta miała zbiór jeszcze ciekawszy, z wypchanym jednorożcem, na którego grzbiecie lubiła się kochać, na czele. Rozmowa zaczyna się od uprzejmych złośliwości o magii i obrzydliwości, po czym Istredd wykłada, czemu czarodzieje nie znoszą wiedźminów, znachorów i zaklinaczy: sami doszli do kunsztu latami ślęczenia nad manuskryptami (jego samego stary mistrz Roedskilde ćwiczył nahajem), więc widok magii, nawet nędznej, w rękach naturszczyków budzi w nich zawiść. On też Geralta nie lubi. Wiedźmin ma dość kluczenia i pyta wprost, czy chodzi o Yennefer. Chodzi. Istredd zna ją od bardzo dawna; ich znajomość bez zobowiązań, zwyczajna wśród czarodziejów, przestała mu wystarczać i złożył Yennefer propozycję, by została z nim na stałe. Ona się namyśla. A ponieważ to osoba Geralta utrudnia jej decyzję, czarodziej prosi, szczerze i bez owijania, by wiedźmin zniknął z jej życia. Najlepiej po cichu i bez pożegnania, co, jak mu się Yennefer zwierzyła, Geralt zwykł praktykować.

Odmowy Istredd nie bierze pod uwagę i uzasadnia to bez ogródek. Geralt jest mutantem, a jedną z cech jego mutacji jest pełna niewrażliwość na emocje: to, co bierze za uczucia, jest tylko pamięcią komórkową. Włóczy się za Yennefer jak zdziczały kot, wdzięczny, że ktoś nie boi się go pogłaskać. Istredd zaś może jej dać zrozumienie, oparcie, uczucie i szczęście, czego wiedźmin z ręką na sercu zadeklarować nie zdoła. Dlatego, jego zdaniem, Geralt nie ma prawa mu odmówić. Wiedźmin odpowiada, że jego prawo do odmowy jest równe prawu Istredda do próśb: skoro Yennefer, mając mutację Geralta za nic, jest teraz z nim, to widocznie coś jej daje, choćby brakowało na to słów w wiedźmińskim słowniku. Wymiana ciosów robi się coraz brutalniejsza, aż Geralt sięga po argument ostateczny: wczoraj w nocy Yennefer kochała się z nim, nie z Istreddem. Czarodziej ani drgnie i odpowiada tym samym: z nim kochała się dziś przed południem. Wnioski wiedźmin ma prawo wyciągnąć sam. Na to Geralt słów już nie znajduje; rzuca tylko, że szkoda gadania, i wychodzi, odprowadzony krótkim „idź do diabła".

Po powrocie Yennefer zastaje go leżącego w ubraniu na łóżku i sama proponuje: załatwmy to szybko, odpowiem od razu na wszystkie pytania, nie musisz ich nawet zadawać. Tak, jadąc z Geraltem do Aedd Gynvael jechała do Istredda i wiedziała, że pójdzie z nim do łóżka; nie sądziła tylko, że obaj będą się tym przed sobą chwalić. Przykro jej z powodu tego, co Geralt czuje, ale winna się nie czuje. Istredd naprawdę ma na imię Val, „Istredd" to przydomek; zna go od wielu lat, łączą ją z nim zainteresowania, cele i ambicje, rozumieją się bez słów, a on może dać jej oparcie. I kocha ją, tak myśli. Geralt też jest jej bliski i w tym, mówi, tkwi cały kłopot. Gdy wiedźmin deklaruje pokornie, że nie będzie jej stawał na zawadzie, Yennefer wybucha: gdyby jej zawadzał, pozbyłaby się go w mgnieniu oka: teleportowałaby go na koniec przylądka Bremervoord, przeniosła trąbą powietrzną do kraju Hannu, wtopiła w kwarc na klombie piwonii. Mogłaby też po prostu zwiać po cichu, tak jak on kiedyś uciekł z jej domu w Vengerbergu. A gdy Geralt tłumaczy swój ból „atawistycznymi resztkami uczuć u wypranego z emocji mutanta", ucina ostro: tego słowa ma przy niej nigdy więcej nie używać.

Potem przychodzi rozmowa, na którą żadne z nich nigdy wcześniej się nie odważyło. Geralt przypomina, że zostało jedno pytanie: to, którego nigdy jej nie zadał, bo się bał. Niech odpowie. Yennefer odpowiada twardo: nie potrafi. A potem: „nie wiem". Ona z kolei prosi o jedno jedyne słowo, którego nigdy od niego nie usłyszała, i słyszy, że Geralt go nie potrafi wypowiedzieć, bo byłoby tylko dźwiękiem, jaki wydaje uderzony pusty, zimny czerep. Dalej rozmawiają już szyfrem elfiej legendy. On zaplątał uprząż swoich sań w płozy jej sań (dookoła zamieć i mróz) i chce jak najprędzej znaleźć się w jej lodowym zamku. Ona odpowiada, że ten zamek nie istnieje: ich sanna to pościg za marzeniem nieosiągalnym, bo ona, Królowa Zimy, sama pragnie ciepła. Tyle że ciepło niweczy czar: ugodzony lodową gwiazdką wybranek staje się wtedy zwykłym nikim, a ona jest w jego odtajałych oczach nie lepsza od innych śmiertelniczek. Geralt dopowiada swoją część prawdy: spod bieli śniegu wyłania się wtedy Aedd Gynvael ze swoim śmietnikiem, w który on musi wchodzić, bo po to go stworzono, pozbawiając uczuć, by nie czuł, jak plugawe jest plugastwo. Tyle że ten, kto to robił, spartaczył robotę. Yennefer patrzy na niego szeroko otwartymi oczami: to nieprawda, że jest wyprany z uczuć: teraz to widzi, teraz wie, że… I urywa w pół zdania.

Czarna pustułka przynosi wiadomość
Magiczny ptak nad zimnym dziedzińcem

Zamiast dokończyć, każe mu podać rękę. Z dotknięcia jego dłoni, szepcząc zaklęcia, z potem na czole i rozszerzonymi z bólu źrenicami, tworzy między palcami drugiego ptaka: czarną pustułkę, bliźniaczkę tej z jelenich rogów. To magia twórcza, szczytowe osiągnięcie czarodziejów, przy którym, Geralt sam to przyznaje, wiedźmińskie Znaki wyglądają śmiesznie. Yennefer mówi z trudem: myliła się, sądząc, że wystarczy jedna pustułka. Do pomyłki przywiodła ją pycha Królowej Zimy. A są rzeczy, których nie zdobędzie się nawet magią, i są dary, których nie wolno przyjmować, jeśli nie potrafi się ich odwzajemnić czymś równie cennym; taki dar przecieknie przez palce i stopi się jak okruch lodu ściśnięty w dłoni. Władza nad materią, którą posiada, też jest darem, i to odwzajemnionym: zapłaciła za niego wszystkim, co miała, i nie zostało jej nic. Na pytania, które sama zadaje (kto jest pełen uczuć, a kto pustą skorupą; co jest prawdą?), odpowiedzieć już nie umie. Po raz pierwszy, odkąd Geralt ją zna, spuszcza oczy i odpowiedź zostawia ptakowi zrodzonemu z dotyku ich rąk. Pustułka mówi: „Prawda jest okruchem lodu".

Geralt, choć wydaje mu się, że błądzi zaułkami bez celu, trafia pod południowy wał, na wykopaliska: do rowów odsłaniających warstwy ziemi, węgla i starożytnych fundamentów, przy których na deskach leżą poczerniałe kości i skorupy. Istredd wychodzi mu naprzeciw i mówi to, co obaj już wiedzą: nienawidzą się nawzajem, znieważyli się nawzajem. Załatwią to jak mężczyźni. Dopiero dziś dowiedział się, że Yenna od lat krąży między nimi jak szmaciana piłeczka: ucieka od jednego, by szukać drugiego, a inni się nie liczą. Póki jest ich dwóch, żaden nie może być jej pewien. Musi zostać jeden. Geralt, na wpół przytomny, powtarza słowa pustułki i tłumaczy się, że „coś wpadło mu do oka", po czym przystaje na wszystko. Pojedynek honorowo, twarzą w twarz: jutro, dwie godziny po wschodzie słońca, na placyku przy studni zwanej Zielonym Kluczem. Umówiwszy śmiertelną walkę, obaj przyznają, że czują się jak ostatni kretyni: Istredd nigdy nie przypuszczał, że przyjdzie mu bić się z wiedźminem na śmierć i życie o kobietę. Obaj też wiedzą, że ten, który przeżyje, będzie musiał uciekać przed Yenną na koniec świata, i obaj liczą, że gdy ochłonie, będzie można do niej wrócić. Na pożegnanie podają sobie ręce.

Wieczorem Herbolth odnajduje wiedźmina w najparszywszej karczmie miasta. Plotka o pojedynku już się rozeszła, a miasta nie stać na utratę czarodzieja, więc starosta kładzie przed Geraltem nabity mieszek: sto marek za to, by wyniósł się z Aedd Gynvael przed wschodem słońca. Gdyby nie honor Istredda, dodaje szczerze, kazałby wiedźmina po prostu zakłuć. Geralt odsyła go razem z sakiewką, a gdy Herbolth na odchodne nazywa Yennefer dziwką rozkładającą nogi przed każdym, ręka wiedźmina śmiga tak szybko, że sztylet z hukiem wbija się w blat pomiędzy rozstawionymi palcami starosty. Cykada, który doskoczył z na wpół dobytym mieczem, na rozkaz pobladłego Herboltha chowa broń. Geralt odkrywa wtedy ze zdumieniem, że drżą mu ręce: jemu, wiedźminowi, któremu podobno niczego nie wolno czuć. Coś w nim mówi: tak trzeba. I: jakie zimno. Patrząc w czarne, przenikliwe oczy przysłuchującego się wszystkiemu człowieczka o szczurzej twarzy, wiedźmin demonstracyjnie rzuca na stół dwie złote monety i wychodzi w noc.

Geralt zostaje otoczony w zaułku
Napięcie przed starciem w uliczce Aedd Gynvael

Przynęta działa. W ciemnym zaułku spada na Geralta cios pałki; napastników jest dwóch. Wiedźmin odruchowo sięga nad prawe ramię, ale miecza nie ma, bo sam zostawił go w stajni, tak jak i sztyletu z cholewy. Uśmiecha się więc krzywo i przestaje się bronić: przyjmuje uderzenie w głowę i pada. Rabusie zrywają mu sakiewkę, ale gdy jeden z nich wyciąga zza rozerwanego kubraka wiedźmiński medalion, obu ogarnia zgroza: „to wiedźmin… charakternik…". Jeden ucieka, spluwając od uroku. Drugi, ów człowieczek o szczurzej twarzy (Radgast), zdejmuje kolano z piersi Geralta i szepcze mu wyraźnie: następnym razem, gdy zechcesz popełnić samobójstwo, wiedźminie, nie wciągaj w to innych. Po prostu powieś się w stajni na lejcach.

W nocy padało. Rano Geralt wychodzi ze stajni, wyczesując słomę z włosów, z guzem rwącym tępym bólem; nawet czarny kot na barierce syczy na jego widok. Wiedźmin bez pośpiechu dopina klamry kubraka, przerzuca miecz przez plecy, przepasuje czoło skórzaną opaską i naciąga bojowe rękawice najeżone srebrnymi kolcami. Piękny dzień, myśli, piękny dzień do walki. Po drodze zastępuje mu drogę Cykada z trzema zbrojnymi: nie obchodzi go starosta ani czarownik: chce sam sprawdzić, ile wart jest wiedźmin, i wyzywa go, coraz wścieklej, w końcu plugawie ubliżając Yennefer. Geralt nawet nie zwalnia kroku. Gdy Cykada nabiera tchu, żeby napluć mu w twarz, i patrzy przy tym w oczy wiedźmina zamiast na jego ręce, Geralt bez zamachu uderza go pięścią w kolczastej rękawicy w usta, poprawia drugim ciosem w to samo miejsce, a leżącego, przechodząc obok, od niechcenia kopie w twarz, druzgocząc mu kość jarzmową. Jedyny z kompanów Cykady, który dobył miecza, pod spojrzeniem wiedźmina chowa broń i cofa się razem z resztą.

Geralt i Istredd spotykają się przy studni
Dwaj mężczyźni o świcie przy Zielonym Kluczu

Przy studni Zielony Klucz czeka już Istredd, z pięknym, lekkim tergańskim mieczem u pasa i z nastroszoną czarną pustułką na ramieniu. Ptak przyleciał do niego o świcie, mokry od deszczu, z krótkim listem, który czarodziej zna już na pamięć: „Żegnaj, Val. Wybacz mi. Są dary, których nie wolno przyjmować, a nie ma we mnie niczego, czym mogłabym ci się odwdzięczyć. I to jest prawda, Val. Prawda jest okruchem lodu". Yennefer odjechała z Aedd Gynvael. Nie wybrała żadnego z nich. Istredd śmieje się głośno i gorzko: chciała ich ocalić, obu. Mimo to dobywa miecza i żąda walki, bo listu nie przyjmuje do wiadomości: bez niej nie może, więc już woli… Geralt pyta tylko, czemu miecz, a nie magia; czarodziej blednie, ale odpowiedzi nie ma. Wiedźmin stoi z opuszczonymi rękami, po czym mówi cicho: „Nie, Istredd. Żegnaj". Odwraca się na pięcie. Odchodząc, oddaje czarodziejowi radę, którą sam dostał w nocy: jeżeli musi, niech nie wciąga w to innych: niech powiesi się w stajni na lejcach. Za plecami słyszy jeszcze załamujący się głos Istredda: nie zrezygnuje, pojedzie za nią do Vengerbergu, na koniec świata, nigdy z niej nie zrezygnuje. Geralt idzie coraz szybciej w stronę oberży. Wie, że na wezgłowiu łóżka czeka na niego mokra od deszczu druga czarna pustułka z listem w zakrzywionym dziobie. I choć listu jeszcze nie czytał, zna jego treść.

“Wśród elfów krąży legenda o Królowej Zimy, która w czasie zamieci pędzi przez kraje saniami zaprzężonymi w białe konie i rozsiewa dokoła twarde, maleńkie okruchy lodu. Kogo taki okruch ugodzi w oko albo w serce, ten porzuci wszystko i podąży za swoim marzeniem, którego nigdy nie odnajdzie.”

What to remember from this chapter

  • Odejście Yennefer: W noc przed umówionym pojedynkiem Yennefer opuszcza Aedd Gynvael, nie wybrawszy żadnego z rywali, bo tylko tak może ocalić obu. Każdemu zostawia pożegnalny list, przyniesiony o świcie przez czarną pustułkę stworzoną magią twórczą: są dary, których nie wolno przyjmować, jeśli nie potrafi się ich odwzajemnić czymś równie cennym, a „prawda jest okruchem lodu". Istredd listu nie przyjmuje do wiadomości i mimo wszystko żąda walki przy studni Zielony Klucz; Geralt odmawia i odchodzi, nie dobywszy miecza. Wiedźmin rusza w swoją stronę z wiedzą, której dłużej nie może zaprzeczać: robota przy pozbawianiu go uczuć została spartaczona, a droga jego sań wciąż jest zaplątana w płozy sań Królowej Zimy.
See this chapter on the map

📝 Want to pin a note to this chapter? Create a free account. Notes are private and come back with your recap.