ink on the mapA general portrait, with no plot given away.
Kupiec, do którego należy całe miasteczko Claremont wraz ze stu pięćdziesięcioma łanami ziemi wokół, złożonymi do kupy w przekrętach po inkluzji Ebbing do Cesarstwa i po Akcie o Ogradzaniu. Mężczyzna imponującej tuszy, mocno łysy, z policzkami obwisłymi jak u ogromnego buldoga, ubiera się w kapiące od złota kaftany i mieszka w wielkim domu w rynku, pełnym arrasów, intarsji i dywanów, w których stopa tonie po kostkę. Jowialny i wygadany, każdą rozmowę sprowadza do interesów, a jego ulubione powiedzenie brzmi, że kassa brzęczy: zarabia na wojennych dostawach, lichwie i hazardzie, złodziejstwo nazywa indywidualną przedsiębiorczością i twierdzi, że w prywacie tkwi moc i siła Cesarstwa. Prowadzi też w Claremont teatr urządzony w dawnej świątyni, gdzie dla zysku szczuje się na arenie zwierzęta, a bywa, że i ludzi. Przyszłe pokolenia poznają zupełnie innego Houvenaghela: Encyclopaedia Maxima Mundi opisze go jako burgrabiego i żupnika, wielkiego filantropa, fundatora sierocińców i szpitali oraz przysłowiowy wzór prawości, uczciwości i zacności kupieckiej.
You’re browsing without a bookmark, so you see the full published biography.
Uprzedzony listem z umówionym szyfrem o „hecy w szczwalni", Houvenaghel przygotowuje w Claremont widowisko dla swojego krewniaka i dawnego komilitona, Bonharta. Piętnastego września wita łowcę winem Est Est z Toussaint, przechwałkami o interesach (sześć tysięcy wojskowych łuków kupionych od nilfgaardzkiego prowiantmajstra do odsprzedaży z dziesięciokrotnym przebiciem, zamek odkupiony od markiza) i propozycją spółki na emeryturę: on wyśle na zdobytą Północ podstawionych osadników, którzy wezmą cesarskie nadziały formalnie dla siebie, praktycznie dla niego, a Bonhart będzie przekonywał nieuczciwych najmitów, że nieuczciwość jest karana. Za dostarczoną na widowisko Falkę płaci czekiem na sto florenów i cesją, którą wyciągnie od Varnhagenów z Geso nagrodę za głowy Szczurów, i obiecuje procent z wpływów. W teatrze pękającym w szwach zagrzewa publikę, przyjmuje zakłady, podbija nagrodę za wejście na arenę do trzydziestu florenów i osobiście pokazuje kciukiem w dół; protestującemu kapłanowi wyjaśnia uprzejmie, że dziś nie będzie się szczuć ani jednego zwierzęcia, wyłącznie ludzi, a seneszalowi barona Casadei, że w piasek areny musi wsiąknąć krew, bo zakłady porobione i ludzie zapłacili za wejście.
Dziewiątego kwietnia, krótko po północy, amfiteatr Houvenaghela staje w morzu ognia, którego nie sposób ugasić: komendant opłacanej przez kupca straży ogniowej nazywa go wprost diabelskim, a strażacy mówią o czarnej magii. Dach zapada się na arenę, ściany runą, a płomienie przerzucają się na browar i spichlerz, z których udaje się ocalić ledwie część. Houvenaghel w szlafmycy i delii z wyporków biega po błocie, rycząc o wodę, a o śmierdzącym świcie siedzi w popiele i kwili jak dziecko: majątek był wprawdzie ubezpieczony, tyle że towarzystwo ubezpieczeniowe również należy do niego, więc strat nie zrekompensuje nic, nawet szwindel podatkowy.