Propozycja towarzyszenia Yennefer na bankiecie poprzedzającym zjazd czarodziejów zaskakuje Geralta tylko trochę. Podobne propozycje padały już dawniej, gdy mieszkali razem, ale wtedy odmawiał stanowczo: był pewien, że wśród czarodziejów będzie w najlepszym razie dziwolągiem i sensacją, w najgorszym intruzem i pariasem. Tym razem zgadza się bez namysłu, bo po rozmowie na grobli w Hirundum, która stopiła lody żalu, dumy i zawziętości, zgodziłby się na każdą propozycję Yennefer. Ma jednak także powód, o którym czarodziejce nie mówi ani słowa. Według Codringhera Ciri interesuje się jakiś czarodziej, a Geralt liczy, że jego obecność na zjeździe sprowokuje tego kogoś do działania.
Z Hirundum jadą prosto na Thanedd we czworo: wiedźmin, czarodziejka, Ciri i Jaskier. Zatrzymują się w ogromnym kompleksie pałacu Loxia u południowo-wschodniego podnóża góry, gdzie mimo tłoku gości dla Yennefer natychmiast znajdują się kwatery. Cały dzień schodzi im po swojemu: Geralt spędza go na rozmowach z Ciri, Jaskier na zbieraniu i rozpuszczaniu plotek, a Yennefer na przymierzaniu strojów. Wieczorem wiedźmin i czarodziejka dołączają do kolorowego orszaku zmierzającego do Aretuzy, pałacu, w którym odbywa się bankiet.
Bankiet czarodziejów okazuje się nie przypominać żadnej znanej Geraltowi uczty. Olbrzymia sala w kształcie litery T ma witraże warte fortunę, przeciąg i kandelabry, które nie gasną, bo są magiczne, a może iluzoryczne. Nie ma stołu w podkowę: ucztuje się na stojąco, wędrując wzdłuż stolików, na których wymyślności jest znacznie więcej niż jadła, a konwenans nakazuje jeść mało, pić powściągliwie i bez przerwy konwersować. Geralt, wciśnięty przez Yennefer w czarny, szamerowany srebrem kaftan zwany dubletem (nie ma pojęcia, skąd ta nazwa, i nie pragnie się dowiedzieć), marudzi więc pod nosem, a czarodziejka wylicza mu kolejne nietakty, których ma nie popełnić.
Potem Yennefer wyprowadza go na sam środek sali: to najzwyklejsza w świecie demonstracja. Wbrew zapewnieniom o konwenansie czarodzieje nie umieją się powstrzymać, medalion Geralta raz po raz drga od sondujących impulsów, a niektórzy bezczelnie próbują czytać mu w myślach. Wiedźmin jest na to przygotowany i odpowiada intruzom w myślach po swojemu: jest tylko ona, tu i teraz, u mojego boku, a wy udławcie się zawiścią. Yennefer ściska mu ramię i dziękuje, a przy stole z łososiem pada zdanie, którego Geralt nigdy dotąd nie wypowiedział na głos: kocham cię, Yen. Czarodziejka odpowiada, że też go kocha, i wyjaśnia, czemu to takie ważne: dawniej tylko tak myślał, a na wyznania czynione w myślach nie wypadało jej reagować. Na słowa mogła odpowiedzieć. I czuje się świetnie.
Pierwsza zaczepia ich ciemnowłosa Sabrina Glevissig z Ard Carraigh, przedstawiona jako szkolna przyjaciółka Yennefer. Obie czarodziejki całują powietrze przy uszach, przy których wiszą identyczne brylantowo-onyksowe kolczyki, i od tej chwili w powietrzu pachnie wściekłą wrogością. Sabrina, której bluzka z czarnego szyfonu odsłania absolutnie wszystko, a spódnica rozcięta jest wyżej, niż nakazuje moda, gratuluje Yennefer „gustu", wypytuje mimochodem o politykę i rzuca pytanie zawieszone w powietrzu: czego też jutro, na naradzie, zażądają od zebranych Kapituła i Vilgefortz? Wymiana złośliwości o wieku i cerze kończy spotkanie: Yennefer odchodzi z uśmiechem, wściekła.
Kolejna para to Filippa Eilhart w towarzystwie Dijkstry, przedstawianego jako hrabia. Redański szpieg, jedyny obok Geralta człowiek spoza konfraterni, czuje się w rozpiętym dublecie wyraźnie swobodnie i wyznaje, że wolałby swojski półmrok, zalany piwem stół i psy gryzące kości pod ławą. Filippa kpi z obu mężczyzn: nie rozumieją, że w półmroku i za stołem nie da się imponować suknią i figurą.
Przy Triss Merigold, mieniącej się odcieniami błękitu i seledynu, Geralt świadomie łamie ceremoniał: zamiast ucałować dłoń, obejmuje czarodziejkę i całuje ją w policzek, a Triss się rumieni. Towarzyszący jej małomówni bracia Drithelm i Detmold z Pont Vanis, czarodzieje w służbie króla Esterada z Koviru, odchodzą przy pierwszej okazji. Triss ostrzega przyjaciół, że Dijkstra już próbował ją wypytywać, a Yennefer odpowiada ostrzeżeniem poważniejszym: Filippa i Dijkstra są w świetnej komitywie, więc ani słowa o „wiesz kim". Pada też propozycja na przyszłość: jeśli Triss zdecyduje się prowadzić ćwiczenia w Aretuzie, będzie mogła widywać Ciri bardzo często. Na wzmiankę o rozmowie „jutro, po naradzie" Triss uśmiecha się dziwnie, ale nim Yennefer zdąży zapytać, na sali robi się poruszenie.
Wkraczają osobistości. Yennefer półgłosem przedstawia Geraltowi elitę: najstarszy z żyjących czarodziejów Hen Gedymdeith w skromnej wełnie, u jego boku Tissaia de Vries o gładko uczesanych ciemnych włosach, dalej Francesca Findabair, zwana Enid an Gleanna, Stokrotką z Dolin, elfka czystej krwi powszechnie uważana za najpiękniejszą kobietę świata, obok niej młody i nieprawdopodobnie utalentowany Vilgefortz z Roggeveen, za którym idzie jego asystentka Lydia van Bredevoort (Yennefer ucina: osoba bez znaczenia, a wpatrywanie się w jej twarz to wielki nietakt), wreszcie niski Artaud Terranova. Ta piątka to Kapituła. Z tyłu idą członkowie Rady: Fercart z Cidaris, Radcliffe z Oxenfurtu i Carduin z Lan Exeter. Rachunek Geraltowi wciąż się nie zgadza, więc Triss z chichotem dopowiada to, czym Yennefer się nie pochwaliła: w Radzie zasiada także Filippa Eilhart oraz, od czasu bitwy pod , sama Yennefer. Chwilę później dochodzi między przyjaciółkami do cichej wymiany zdań o „liście zaległości", po której Triss odchodzi zmieszana. Yennefer wyjaśnia Geraltowi bez ogródek: wie o nim i o Triss od dawna, przyjaciółce właśnie rozwiała resztę wątpliwości i do tematu nie ma po co wracać. Po czym, na oczach całej sali, pozwala się pocałować, prosząc tylko, by nie rozmazał jej pomadki.
Gdy Yennefer odchodzi na rozmowy, do Geralta podchodzi Dijkstra. Prosi, by nie tytułować go hrabią (to pomysł króla Vizimira, żeby chamski rodowód szefa wywiadu nie drażnił dworaków), dziękuje za zarąbanie braci Micheletów w oxenfurckim porcie (wezwany do śledztwa medyk twierdził, że ktoś używał kosy osadzonej na sztorc) i wspomina o osławionym Profesorze, ukatrupionym z kamratami pod zajazdem w Anchor przez kogoś, kto też nie zgłosił się po nagrodę. Potem zarzuca przynętę grubszą: pyta o zdrowie „małej Cirilli, biednej chorowitej dziewczynki, tak podatnej na dyfteryt". Geralt zimno radzi mu nie popadać w nadgorliwość. Szpieg przechodzi więc do spostrzeżeń: na zjeździe nie ma ani jednej koronowanej głowy, za to królowie przysłali w zastępstwie armię szpiegów, z konfraterni i spoza niej. A Vilgefortz zadbał, by żadnego z nich nie zabrakło. Po co Vilgefortzowi wszyscy królewscy szpiedzy w jednym garnku? Dijkstra proponuje zakład: jeśli w ciągu godziny Vilgefortz nie poprosi wiedźmina o dłuższą rozmowę i nie udowodni mu, że żadną osobą prywatną nie jest, zje na jego oczach marynowaną ośmiornicę z mackami. Przegrana Geralta miałaby kosztować tylko zrelacjonowanie rozmowy. Wiedźmin dziękuje za pouczającą pogawędkę i odchodzi.
Przy sąsiednim stole Sabrina plotkuje w Starszej Mowie z płomiennorudą koleżanką, pewna, że wiedźmin nie rozumie: że Yennefer trzyma go chyba miłością, bo urokiem tak długo by się nie dało, że jędza jest o niego zazdrosna i nie spuszcza z niego oka, i że można by go sprzątnąć choćby na jedną noc; jedna dałaby mu bez namysłu nawet na kamieniu, druga nawet na jeżu. Geralt, niesłychanie rad, że mutacja naczyń krwionośnych uniemożliwia mu rumienienie się, zasłania głupią minę krewetką. Wybawia go znajomy z wyprawy na smoka: Dorregaray z Vole, który radzi traktować „pyszną, zawistną i zakłamaną bandę" obcesowo i arogancko, bo tylko to imponuje, po czym z pasją wylicza paradujące po sali trzewiczki ze skór ginących gatunków gadów: agama rogata, skalna kobra, biały legwan, salamandra, wiwerna, kajman okularowy, bazyliszek. Dostaje się też Filippie za aplikacje z gronostaja diamentowego, gatunku wytępionego doszczętnie trzydzieści lat temu. Filippa odbija złośliwość i uprowadza Geralta na kawior, a po drodze ostrzega: Dorregaray szpieguje dla króla Ethaina z Cidaris, a jego gady to wstęp do wypytywania.
Kawior okazuje się w całości zjedzony, więc Filippa, łamiąc konwenans, wyczarowuje jego iluzję (można nią mile połechtać snobistyczny smak, a nie tuczy) i flirtuje z wiedźminem na całego, aż po deklarację, że umiałaby wyczarować samo wrażenie orgazmu. Geralt uprzedza jej grę: wie, że zaraz usłyszy o czymś, co wisi w powietrzu, o konieczności odrzucenia neutralności i o zakładzie. Filippa poważnieje. To nie będzie zakład w stylu Dijkstry, lecz obietnica, a ona obietnic dotrzymuje: jutro odda Geraltowi Rience'a. Tak zamierza zrehabilitować się za Oxenfurt, gdzie pozwoliła mordercy uciec. Żadnych pytań, trzeba zaczekać do jutra. Flirt przerywa Keira Metz, drobna czarodziejka o słomianych włosach, wzywając Filippę na pilną rozmowę z Radcliffe'em i Detmoldem, po czym sama bierze wiedźmina w obroty: na jej zachwyt nad kawiorem Geralt uprzedza, że to iluzja, a zapytany, czy umie tworzyć iluzje czwartego stopnia, odpowiada z kamienną twarzą, że jest mistrzem magii udającym wiedźmina dla zachowania incognito. Dołącza ruda Marti Sodergren, uzdrowicielka o specjalności afrodyzjaki (to ona, jak wynika z rozmowy, jest nimfomanką z plotek, choć Filippa twierdzi, że polityką nie interesuje się wcale), i złośliwie wspomina, że widziała niedawno, jak Geralt udaje, że nie zna Starszej Mowy. Z opresji ratuje go Yennefer, oznajmiając lodowato, że jej wiedźmin ma praktycznie wyłącznie wady, więc dziewczyny tracą czas.
Yennefer prowadzi go wreszcie przedstawić Kapitule i uprzedza: to Vilgefortz pragnie go poznać i z nim porozmawiać, a choć rozmowa może wyglądać na banalną, Vilgefortz jest wytrawnym, niebywale inteligentnym graczem, więc czujność obowiązkowa. Przy prezentacji Gedymdeith zdobywa się tylko na zmęczone spojrzenie, Terranova na dwuznaczny grymas, elfie oczy Franceski są nieprzeniknione i twarde jak szkło, a jej przepiękny uśmiech przejmuje wiedźmina grozą; jedynie Tissaia de Vries uśmiecha się mniej pięknie, ale szczerzej, i sama nawiązuje rozmowę. Propozycja Vilgefortza, by kontynuować ją w mniejszym gronie, dziwi chyba tylko Tissaię. Resztę wieczoru i nocy poznajemy z opowieści, którą Geralt snuje później w łóżku, w komnatce wykwaterowanej adeptki w Aretuzie, gdzie Yennefer postanowiła spędzić noc. Ze sekretarzyka patrzy na nich guzikowymi oczami szmaciana laleczka, której mała właścicielka nie zabrała do Loxii, pewnie żeby nie narazić się na kpiny koleżanek.
Rozmowa z Vilgefortzem zaczyna się od spaceru po Galerii Chwały, którą oświetla idąca z nimi Lydia (pyta o wszystko telepatycznie, bo nie może używać głosu). Czarodziej komentuje płótna z historią magii z bezlitosną ironią wobec własnych legend: Jan Bekker ujarzmiający Moc na Statku Wygnańców najpewniej rzygał wtedy za burtą, a Moc opanował dopiero po szczęśliwym lądowaniu; obok Bekker zmusza wodę do wytryśnięcia ze skały i osłania zbiory przed nawałnicą, a na kolejnym obrazie razem z Giambattistą testuje dzieci osadników, wyławiając Źródła, w tym Agnes z Glanville, pierwszą kobietę czarodziejkę. Dalej Unia Novigradzka, czyli pakt o rozdziale magii od państwa, i Geoffrey Monck płynący w górę Pontaru do elfiego Loc Muinne z dziećmi-Źródłami, które elfi magowie mieli szkolić (wśród nich chłopiec zwany później Gerhartem z Aelle, czyli dzisiejszy Hen Gedymdeith). Geralt dopowiada rozdział, którego żadna adeptka nie namalowała: kilka lat później wojska marszałka Raupennecka z Tretogoru wyrżnęły Loc Muinne i Est Haemlet bez względu na wiek i płeć, a wojna skończyła się masakrą pod Shaerrawedd. Są też płótna z Raffardem Białym, który pogodził królów, odmówił korony i rządził jako pierwszy doradca, oraz z pierwszą Kapitułą uchwalającą Prawo; o wojnie, w której wykończono potem opornych wobec Kapituły, z Raffardem włącznie, traktaty milczą, by nie psuć pięknej legendy. Jest wreszcie otwarcie Aretuzy przez Klarę Larissę de Winter, portrety sławnych absolwentek i scena okrutna: mag Radmir obdzierany żywcem ze skóry podczas rebelii Falki, w tle płonący gród Mirthe. Za to samą Falkę, dopowiada Geralt, puszczono wkrótce z dymem na stosie; do dziś dzieci bawią się w palenie Falki w wigilię Saovine.
Przy dwóch obrazach dzieje się coś więcej. Pejzaż pędzla Lydii przedstawia spotkanie Cregennana z Lod i Lary Dorren aep Shiadhal, czarodzieja i elfki z elity Wiedzących, legendarnych kochanków, których rozdzielił i zniszczył czas pogardy; jak było naprawdę, nie wie prawie nikt. Obok Lydia wiesza swoje najnowsze dzieło: portret Lary Dorren wykonany na podstawie starożytnej miniatury. Geralt gratuluje arcydzieła i głos mu nawet nie drga, choć Lara Dorren patrzy na niego z portretu oczami Ciri.
Na tarasie Vilgefortz pokazuje nocną wyspę: rozświetloną Loxię w dole, czarny i wymarły blok Garstangu powyżej, gdzie jutro, wedle tradycji, Kapituła i Rada w szpiczastych kapeluszach i z posochami udadzą się radzić w wąskim gronie (mury Garstangu obłożyła kiedyś potężną blokadą antymagiczną Nina Fioravanti, więc żadne zaklęcie tam nie działa, a dyskusje przebiegają spokojniej, zwłaszcza po odebraniu dyskutantom noży). Na samym szczycie stoi ruina Tor Lara, Wieży Mewy, wedle elfich przekazów połączonej teleportem z nieodnalezioną do dziś Tor Zireael, Wieżą Jaskółki; portal wykryto, ale jest nieodwracalnie spaczony, niesie chaotycznie i po ofiarach w ludziach został zablokowany. Prosząc, by Geralt stąpał tylko po ciemnych płytkach, czarodziej odsłania w końcu drobiazg: taras jest w połowie iluzją maskującą ruinę, a oni stoją na wąziutkim pasie płyt nad przepaścią najeżoną skałami. Wiedźmin z najwyższym trudem utrzymuje równowagę, a Vilgefortz konstatuje z uśmiechem: boisz się śmierci. Jednak się jej boisz.
W gabinecie, przy sączącej się klepsydrze, pada pytanie, dlaczego Geralt nie został czarodziejem, skoro Sztuka go pociągała. Wiedźmin odpowiada przypowiastką o krasnoludzie, który chciał być elfem, i słyszy ripostę odsłaniającą, jak głęboko Vilgefortz pogrzebał w jego życiorysie: krasnolud nie miał matki elfki, a matką Geralta była czarodziejka. Potem czarodziej opowiada własną historię: podrzutek znaleziony w rynsztoku Lan Exeter, wychowany przez druidów Kovirskiego Kręgu, odrzucił z nienawiścią propozycję magicznej edukacji, był najemnym żołnierzem, maruderem, rabusiem i mordercą, uciekł przed stryczkiem na koniec świata i tam pokochał czarodziejkę, której nie umiał ani zdominować, ani zrozumieć, a którą porzucił, gdy pojął, że czuje do niej to samo, co do matki: nienawiść. Czarodziejem został właśnie z nienawiści. I dopiero wtedy zrozumiał, jaki był głupi: mylił niebo z gwiazdami odbitymi nocą na powierzchni stawu. Dokładnie te słowa czytelnik już słyszał, w ustach Vilgefortza na naradzie Kapituły i w koszmarze Ciri w Kaer Morhen.
Wreszcie propozycja, wyłożona najpierw górnolotnie (obraz do Galerii Chwały: „Vilgefortz z Roggeveen zawiera pakt z Geraltem z Rivii"), a po sprzeciwie wiedźmina prosto, jak rębajło rębajle: kroi się haratanina na śmierć i życie, jedni zwyciężą, drugich rozdziobią krucy. Geralt ma przyłączyć się do tych, którzy mają większe szanse, czyli do czarodziejów, bo neutralnych zniszczy nadchodzący czas pogardy. Wiedźmin odmawia po swojemu: to nie jego gra, na tej szachownicy znaczy tyle, co pokrywający ją kurz, nie będzie wybierał, dopasuje się do wydarzeń. Wtedy Vilgefortz odsłania ostatnią kartę: w tej grze na szachownicy stoi już czarny koń, na dobre i złe związany z Geraltem więzami przeznaczenia. Jest tylko jeden sposób, by jej nie utracić, jeden sposób, by się dowiedzieć, czego chcą od tego dziecka, i jeden sposób, by móc je chronić: przyjąć propozycję. Geralt ma na przemyślenie całą noc. Ma myśleć, patrząc na gwiazdy. I nie pomylić ich z tymi odbitymi na powierzchni stawu.
Po tej opowieści Geralt wyznaje Yennefer, że boi się o Ciri. Czarodziejka prosi, by jej zaufał: Vilgefortz to gracz, który chciał go podejść i sprowokować, Ciri jest pod jej opieką, w Aretuzie będzie bezpieczna i rozwinie zdolności, a o wiedźmince trzeba zapomnieć, bo mała jest przeznaczona do innych dzieł. Jutrzejszy dzień ma wyjaśnić wiele spraw. Geralt wierzy jej i nie wierzy zarazem: w duchu wie, że Yennefer coś przed nim ukrywa, że Codringher miał rację i że zaplątał się w paskudną kabałę, ale postanawia czekać i dopasować się do sytuacji. Nocne rozmowy plączą się między czułością a zadrą: na pytanie o laleczkę, bez której nie umiała zasnąć w takiej komnatce, Yennefer odpowiada gwałtownie, że nie miała nawet laleczki, i prosi, by nie pytać „o tamto". Geralt, myśląc „dla niej" rzeczy piękne (czarodziejka w takich chwilach czyta mu w myślach), niechcący zdradza marzenie o wspólnym domu, które Yennefer obraca w czuły żart o owcach, gręplowaniu wełny i grze na dudach, po czym za ten żart przeprasza. Pada jeszcze wymiana zdań, w której mieści się cała ich historia: nie chciałbym cię stracić. Przecież mnie masz. Ta noc się skończy. Wszystko się kończy. Miłość wraca do nich dwukrotnie, a nocny krzyk Yennefer kwitują zza okien Aretuzy dwa głosy: jeden domaga się ciszy, drugi entuzjastycznie bije brawo.