Opowiadanie jest obiecaną w ramie historią o tym, jak wiedźmin poznał Yennefer. Zaczyna się o świcie nad rzeką: Geralt i Jaskier holują na sznurze ogromnego suma. Poeta planuje już wędzenie i zupę ze łba, ale linka pęka. (Przy okazji wychodzi na jaw, że to w ogóle jego „zasługa": nocą dla żartu podmienił przynętę na zdechłą wronę i to właśnie na wronę sum wziął.) Z drugiego sznura zamiast ryby wyciągają kłąb przegniłych sieci, a w nim obtłuczoną kamionkową amforę z zapieczętowanym czopem. Jaskier ogłasza, że to zaczarowany dzban, a w środku siedzi dżinn, który spełni jego trzy życzenia. Geralt każe zostawić pieczęć w spokoju. W szamotaninie dzban upada na piasek i bucha z niego czerwony, świetlisty dym.
Dym skupia się w karykaturalną, beznosą głowę o sążniowej średnicy. Jaskier, pewny swego, deklamuje życzenia: niech szlag trafi Valdo Marxa, trubadura z Cidaris (kolega po fachu, który uważa Jaskra za beztalencie), i niech wreszcie „da mu" hrabianka Virginia z Caelf. Trzeciego życzenia nie zdąża wypowiedzieć, bo stwór wyłania z siebie łapy i chwyta go za gardło. Geralt tnie srebrnym mieczem i uderza Znakiem Aard, ale potwór za każdym razem tylko rośnie. Wtedy pod palcami wiedźmina trafia się zagrzebana w piasku mosiężna pieczęć z dzbana, ze znakiem złamanego krzyża i dziewięcioramiennej gwiazdy. Ściskając ją w pięści, Geralt wykrzykuje w stronę napastnika formułę „egzorcyzmu", której nauczyła go kiedyś kapłanka z chramu Huldry. Efekt przechodzi wszelkie oczekiwania: stwór zamiera, wyje i odlatuje w górę rzeki jak wicher. Uratowany Jaskier nie jest jednak w stanie wykrztusić słowa: wymiotuje krwią, a z krtani wydobywa mu się tylko ochrypły skrzek.
Geralt wiezie chorego przez cały dzień do miasta Rinde. Strażnicy nocą nikogo nie wpuszczają (przez bramę wolno przejść tylko od wschodu do zachodu słońca), oferują za to izbę w barbakanie, gdzie na świt czekają już inni podróżni „gorszej kategorii": osiadli, zasymilowani elfy Chireadan i Errdil oraz rycerz Vratimir, herbowy, ale z nieprawego i w dodatku mieszanego, ludzko-nieludzkiego łoża, więc bez przywileju wjazdu po zmierzchu. Chireadan ogląda chorego i stawia diagnozę: obrażenia są magicznej natury. Porażone są mięśnie szyi i struny głosowe. Mówić Jaskier będzie mógł; ale jeśli działania czaru szybko się nie przerwie, nigdy już nie zaśpiewa. Pomóc może wyłącznie magia, a o czarodzieja w Redanii trudno, odkąd król Heribert obłożył czary zbójeckim podatkiem, a magicy zbojkotowali miasta gorliwe w jego ściąganiu. Tyle że w Rinde, mówi z dziwnym rumieńcem Chireadan, bawi chwilowo pewna czarodziejka: Yennefer z Vengerbergu. Lekceważy i bojkot Rady Czarodziejów, i podatek rajców; mieszka w azylu (praktycznie: w areszcie domowym) w rezydencji , kupca-faktora z Novigradu i tytularnego ambasadora, i świetnie zarabia na wygłodniałym przez bojkot rynku magicznych usług, a wściekli rajcy szczują na nią i psują jej opinię, jak tylko umieją.
Do rezydencji Berranta Geralt dostaje się z rana metodą bezpośrednią: odźwiernego, który łapówki przyjąć nie chciał, nokautuje ciężką sakiewką („pieniądz otwiera wszelkie drzwi"). W kuchni zastaje właściciela, gołego, w sztok pijanego, z jedną myślą: zanieść na górę sok jabłkowy, „bo ona chce". Kupiec zasypia w pół zdania, więc sok niesie wiedźmin. Po drodze mija pobojowisko po całonocnej uczcie i porzucone części damskiej garderoby, w tym pantofelek ze skóry bazyliszka, najdroższego surowca, jaki zna szewstwo. W sypialni spod adamaszkowej kołdry wyłania się blada trójkątna twarz w burzy czarnych loków. Fiołkowooka gospodyni bierze przybysza za Berranta, a otrzeźwiawszy, wita go zaklęciem, które Geralt w ostatniej chwili odbija Znakiem Heliotropu. Wiedźmin przedstawia się i wykłada sprawę. Yennefer, udobruchana (jak sama mówi) tym, że w całym zamęcie pomyślał o soku dla spragnionej kobiety, obiecuje rozważyć pomoc. Najpierw jednak każe mu się wykąpać: po zapachu umie podać nie tylko rasę i wiek, ale i maść jego konia.
Ciąg dalszy rozmowy toczy się w łaźni, gdzie Yennefer kąpie się… niewidzialna (przez wzgląd na przyzwoitość, choć mydliny i tak zdradzają kształty, a wiedźmin patrzy). Relację o stworze kwituje fachowo: „dżinn zamknięty w butelce" to nazwa nie gorsza od innych. Dopytuje o pieczęć. Geralt, pomny zasady, że czarodziejom nie mówi się za wiele, zmyśla, że ma ją Jaskier. Wyśmiewa za to jego „egzorcyzm": to żadne zaklęcie, tylko dowcipne, nieco niecenzuralne powiedzenie. Jego znaczenie wiedźmin pozna dopiero pod koniec tej historii. Przy okazji pada osobiste credo czarodziejki: bajki o dobrych duchach spełniających życzenia wymyślają prostaczkowie, którzy nie umieją zaspokajać pragnień własną aktywnością; ona, gdy czegoś pragnie, nie marzy, lecz działa i zawsze zdobywa to, czego pragnie. Do gospody Errdila, gdzie leży chory, przenoszą się jej portalem, bo czarodziejka nie może pokazywać się na ulicach Rinde. Geralt portali nie cierpi z dobrego powodu: widział kiedyś, jak przez „bezpieczny" portal przeleciała połowa podróżnego.
W remontowanej gospodzie (Errdil kupił opuszczoną ruderę i odnawia ją z cichutką, małomówną żoną; przygarnięty po nocy w kordegardzie Vratimir pomaga przy boazerii) Yennefer zamyka się z chorym na godzinę. Czekający na dole Chireadan po przyjacielsku ostrzega wiedźmina: nie słyszał, by Yennefer kiedykolwiek pomogła komuś bezinteresownie, a kto ją uważa za urodziwą, ten myli skorpiona z pająkiem. Z wdzięku i urody zrobiła sobie broń i posługuje się nią bez skrupułów. Geralt, którego oczy rejestrują za dużo szczegółów (odrobinę za długi nos, za wąskie usta, lewe ramię odrobinę wyższe od prawego), zna cenę tej urody: czarodziejkami zostają wyłącznie córki bez szans na zamążpójście, a magia prostuje im potem nogi, łata zajęcze wargi i wygładza blizny nie po to, by je uszczęśliwić, lecz dla prestiżu profesji. Rezultatem bywają pseudoładne kobiety o złych i zimnych oczach brzydul, które pod maską nie umieją zapomnieć, kim były. Rozmyślania przerywa dobra nowina: Jaskier będzie zdrów i odzyska zdolności wokalne w komplecie. Na razie śpi i śni: magia spełnia mu we śnie marzenie o hrabiance Virginii.
Radość trwa krótko. Pokój chorego wygląda jak pracownia czarnoksięska: na podłodze wytrasowana dziewięcioramienna gwiazda z wpisanym czerwonym pentagramem, u wezgłowia czarne świece, pośrodku szklana kula płonąca mlecznym światłem. Yennefer przekręca klucz w zamku i sprawia, że klucz znika w jej dłoni. To pułapka: „na ciebie, chwilowo". Czarodziejka od początku wie, że pieczęć ma nie Jaskier, lecz Geralt: śpiącemu poecie wysondowała mózg do samego dna. Zapragnęła tego, co przyniósł dżinn, i zamierza to zdobyć. Geralt pieczęć oddaje (jako dowód dobrej woli, nie jako zapłatę), ale stawia warunek: przy ściąganiu demona Jaskra tu nie będzie, bo tam, gdzie wywołuje się demony, zawsze komuś dzieje się krzywda. W połowie tej przemowy odkrywa, że nie może ruszyć nawet palcem. Yennefer wyjaśnia z satysfakcją: wiedziała, że wiedźmin odbija czary rzucone wprost, więc gdy on popisywał się elokwencją, zawieszony nad nim urok powoli go łamał. Wobec sparaliżowanego ma plany: sama zaraz zniknie z Rinde, a Geralt „spełni za nią obietnice" złożone kilku osobom w tym mieście. Zapłaci jej w ten sposób za udawaną hardość, za zimny wzrok i za gapienie się w łaźni na jej namydlone kształty. Pocałunek, od którego świat zapada w ciemność, kończy się tym, że wiedźmin na klęczkach odpowiada „Tak, pani" i idzie wykonać rozkazy.
Geralt ocyka się w miejskim lochu obok pobitego Chireadana i z relacji elfa poznaje własne wyczyny. Zaczarowany wszedł do lombardu, stłukł lichwiarza, a pachołka wyrzucił oknem. Potem środkiem ulicy pomaszerował do domu aptekarza Wawrzynoska, wywlókł go za nogę na ulicę, wygłosił do tłumu mowę o honorze damy (nawet zawodowej nierządnicy szanujący się mężczyzna nie powinien mówić „kurwa", a kto tak nazywa kobietę, której w ogóle nie zna, zasługuje na karę jak dla gówniarza), po czym publicznie złoił rajcy pasem goły zadek. Nadbiegłą gwardię rozłożył jesionową laską odebraną jakiemuś elegantowi. Szedł właśnie „dać lekcję szacunku dla płci pięknej" kapłanowi Kreppowi, gdy pod świątynią nagle złapał się za głowę i zemdlał. Klucz do szaleństwa jest prosty: lichwiarz, Wawrzynosek i Krepp to rajcy, którzy najgłośniej szczuli na Yennefer. To ich dotyczyły jej „obietnice". Chireadan mógł zaczarowanego zatrzymać, ale tego zaniechał: bał się, że gdy urok pryśnie, Geralt wróci skrzywdzić Yennefer. Elf wyznaje wprost, że jest czarodziejką „mocno zafascynowany", a Geralt, ku własnemu zdziwieniu, wcale się temu nie dziwi. Obu grozi tymczasem stryczek, chyba że ze stolicy zdążył wrócić burmistrz Neville.
Do lochu schodzi łysy klucznik „z pozdrowieniami od pana rajcy Wawrzynoska" i metodycznie bije przytrzymywanego przez strażników wiedźmina pięścią w brzuch, za każdym ciosem pytając szyderczo, czy więzień nie ma jakichś życzeń. W końcu Geralt, z trudem podnosząc głowę, wyraża jedno: „Żebyś pękł, skurwysynu". I klucznik, ku zgrozie wszystkich obecnych, pęka.
Nad Rinde rozpętuje się burza, a Geralt z Chireadanem lądują nie na szafocie, lecz przed obliczem burmistrza Neville'a i kapłana Kreppa, którzy w sprawie klucznika słusznie węszą magię Yennefer. Wysłuchawszy opowieści wiedźmina, Krepp robi zebranym wykład. Czarodzieje czerpią moc z Czterech Żywiołów, a każdy żywioł ma swój Wymiar (Płaszczyznę), zamieszkany przez geniusze: powietrzne d'jinni, wodne maridy, ogniste ifrity i ziemne d'ao. Geniusz to żywy zbiornik magicznej energii: mag, który go ujarzmi, nie musi mozolnie czerpać Mocy z Natury i staje się bliski wszechmocy (Stammelford przesunął dzięki d'ao górę, która zasłaniała mu widok z wieży; Geoffrey Monck trzymał podobno d'jinni w butlach). Geniusze są jednak złośliwe: spełniają trzy życzenia (czasem zabójczo dosłownie), po czym są wolne i uciekają w swój wymiar. O to właśnie gra Yennefer, pojmuje kapłan, gdy na środku komnaty ląduje wyrzucony z portalu Jaskier i czyściutkim, dźwięcznym tenorem oznajmia wyuczoną formułkę: „życzeniem moim jest, by uwierzono, że wiedźmin nie ponosi winy za to, co się stało". Czarodziejka zmusiła barda do wypowiedzenia trzeciego, ostatniego życzenia, żeby domknąć rachunek dżinna i schwytać go, nim umknie.
Za oknem widać skutek: nad gospodą Errdila szarpie się na uwięzi z różnokolorowych nitek światła ryczący dżinn. Geraltowi przypomina się trzmiel, którego jako smarkacz uwiązał z kolegą Eskelem na nitce w Kaer Morhen (preceptor Vesemir złoił wtedy obu rzemieniem). Tyle że trzmiel nie mógł burzyć kominów i roznosić strzech, a dżinn może i robi to z upodobaniem. Neville wyje nad ruiną miasta, Krepp nie ma złudzeń: dżinn wcale nie słabnie; gdy uwięź pęknie, zmiażdży czarodziejkę i dopiero wtedy rozpęta się piekło. (Pogodę ducha zachowuje jedynie Errdil: ruderę ubezpieczył na kupę forsy, a polisa obejmuje wypadki magiczne.) Geralt podejmuje decyzję, której nie rozumie nikt poza Chireadanem, który rozumie ją aż za dobrze. Każe Kreppowi (ten zastrzega, że jego moc płynie z wiary i modlitwy, nie z „bezbożnych zaklęć") ustabilizować ślad po portalu Jaskra i wraca do walącej się gospody. Na drogę dostaje od kapłana osłonę, obietnicę ratunku, gdyby portal pękł, i odpowiedź na dręczące go pytanie: „egzorcyzm" znad rzeki znaczył tyle co „odejdź stąd i wychędóż się sam". W nicość portalu Geralt wstępuje ze śmiechem, który dławi dopiero lodowate zimno.
W gospodzie Yennefer klęczy nad kulą i przegrywa. Złapała dżinna w chwili, gdy spełnił trzecie życzenie trubadura, a ten, zamiast słabnąć, robi się coraz silniejszy i właśnie przebija własnym portalem drogę do niej. Na widok wiedźmina czarodziejka wpada we wściekłość i otwiera mu portal ucieczki; Geralt odmawia wyjścia bez niej. Prawda, którą przynosi (widzowie pod murkiem poznają ją równolegle z ust Kreppa), zmienia wszystko: to nie Jaskier trzymał pieczęć, lecz on, więc to JEGO trzy życzenia dżinn spełnia. Pierwsze wypowiedział bezwiednie nad rzeką (plugawy „egzorcyzm"), drugie w lochu („żebyś pękł"). Zostało ostatnie. Yennefer żąda: wypowiedz je, uwolniony dżinn straci moc oporu, a ja zabutelkuję go w locie. Geralt odmawia: wycieńczona czarodziejka nie zdoła już ani schwytać bestii, ani się przed nią obronić; mściwy geniusz ją zabije. W trakcie szamotaniny (awaryjny portal wyrzuca oboje na chwilę do jakiejś sali balowej, prosto w stół z ostrygami, skąd Yennefer natychmiast wraca portalem do Rinde dokończyć polowanie) czarodziejka kusi go życzeniami: nieśmiertelność? bogactwo? sława? władza? Wreszcie człowieczeństwo, najskrytsze marzenie, które u wiedźmina odgaduje bezbłędnie. Geralt milczy. Patrząc jej z bliska w oczy, nagle poznaje prawdę o tym, kim Yennefer była, nim została czarodziejką (patrzą na niego zimne, przenikliwe, mądre oczy garbuski), i natychmiast zabija w sobie tę myśl, przerażony, że czarodziejka mogłaby ją odczytać i nigdy by mu nie wybaczyła. Gdy dżinn wali się przez pęknięty sufit wprost na nich, wiedźmin nagle wie, czego pragnie. I wypowiada życzenie.
Dom eksploduje w obłoku cegieł, belek i iskier. Wolny dżinn zatacza trzy kręgi nad miastem, urywa iglicę ratusza i przepada w swoim wymiarze na zawsze. Zgromadzeni pod murkiem Jaskier, elfy, Krepp i Neville (planujący poległemu wiedźminowi pomnik) są pewni, że w środku nikt nie mógł przeżyć. Chwilę wcześniej Jaskier wpadł na to, że przyjaciel ma przecież w zapasie ostatnie życzenie i mógłby ocalić i siebie, i ją; Krepp mruknął na to, że musiałoby to być życzenie właściwe (takie, które jakoś powiązałoby los wiedźmina z losem czarodziejki), „i chyba lepiej, żeby na to nie wpadał". Wszyscy się mylą: pośrodku gruzowiska został krąg nietknięty, jakby chroniła go niewidzialna tarcza, a w nim oboje, cali. Yennefer życzenie usłyszała (w przeciwieństwie do czytelnika) i wyznaje, że osłupiała: nie wie nawet, czy istnieje w Naturze Moc zdolna takie życzenie spełnić. Ale jeżeli istnieje, to Geralt się skazał. Skazał się na nią. Wiedźmin wie tymczasem jedno: zapachu bzu i agrestu, fiołkowych oczu i tych ust nie będzie już umiał z niczym porównać. Nazywa ją „Yen", a ona, ulegając mu, mówi, że nikt nigdy tak jej nie nazywał. Przybyli na zgliszcza ratownicy zamiast ciał słyszą z ruin jęki zgoła nie bólowe. Chireadan zagląda przez rozwalone okno i każe wszystkim odejść. Niech zostaną tam sami: „ona, on i jego ostatnie życzenie". Zapytany, co tamci robią, odpowiada z bardzo smutnym uśmiechem: nie lubi wielkich słów, a bez wielkich słów nie da się tego nazwać. Nad Rinde wschodzi tęcza.