Południe spływa skwarem na las i jezioro, po którego płyciźnie Ciri gna Kelpie w bryzgach wody, aż z pełnego pędu wpada na dziedziniec pod wieżą, hamując klacz tuż przed nosami czekających elfek. Dozorczynie, zwykle beznamiętne, tym razem cofają się mimowolnie i tylko to daje jeźdźczyni odrobinę satysfakcji. Spod arkady wyłania się jasnowłosy elf o trójkątnej twarzy i łagodnych, akwamarynowych oczach i chwali „ładne przedstawienie", tytułując dziewczynę Loc'hlaith, Panią Jeziora. To on czekał na nią z fletnią, gdy przez Wieżę Jaskółki weszła w sam środek tutejszej wiosny, i on dziwił się wtedy, że przybywa tak późno. Ciri odszczekuje, że żadną Panią Jeziora nie jest, tylko więźniem wśród dozorców, a elf z uśmiechem wylicza dowody tej strasznej niewoli, od przymusowych przejażdżek po eleganckie odzienie, w które ją ubrano, i po zwierciadła sprzed siedmiuset lat, które tłucze z wielką odwagą. Wreszcie się przedstawia. Nazywa się Crevan Espane aep Caomhan Macha, nosi tytuł Aen Saevherne, Wiedzącego, a dla wygody używa aliasu Avallac'h, tego samego, pod którym czytelnik poznał go w jaskiniach pod Gorgoną.
Na spacerze brzegiem zatoki Ciri burczy przeprosiny za stłuczone lustro i skarży się, że elfki celowo mówią tak, by nie rozumiała. Avallac'h wyjaśnia spokojnie, że dziewczyna posługuje się hen llinge, językiem elfów jej świata, a tutejsze kobiety mówią odmianą zwaną ellylon, on sam zaś w rozmowach z nią używa hen llinge przez grzeczność. Ciri wykłada, co wie i czego chce. Nocne niebo nie zawiera ani jednego znajomego gwiazdozbioru, więc to nie jest jej świat ani jej miejsce; weszła tu przypadkiem i chce odejść. Nie może, bo w którąkolwiek stronę pojedzie, po mniej więcej stajaniu znów widzi jezioro i wieżę, a takie więzienie upokarza gorzej niż loch. Na wyrzut, że siedzi tu już ponad tydzień, elf odpowiada, że osiem dni to przecież nic, bo czas nie ma znaczenia, a ona daleko odeszła od swojego dziedzictwa i myśli już zupełnie innymi kategoriami niż lud jej krwi. Czekano tu na nią bardzo długo, nawet jak na rachubę elfów, bojąc się tylko jednego, czy zdoła wejść. Zdołała, czym potwierdziła swój rodowód, bo jest córką Lary Dorren aep Shiadhal. Na protest, że jest córką Pavetty i że jej ojciec nazywał się Duny, a nie Cregennan, Avallac'h odpowiada, że kilka śmiesznych ludzkich pokoleń nie robi elfom żadnej różnicy, i proponuje, że resztę wyjaśni w drodze.
To, co wyjaśnia, sprawia, że Ciri rzuca się w cwał, byle dalej od niego i od bezczelnego, niemieszczącego się w głowie żądania. Galop kończy się tam, gdzie zawsze: po stajaniu niewidzialna siła zagina drogę w okrąg i grupka elfów znów jedzie przed nią. Wściekłość studzi wspomnienie tego, przed czym wieża ją ocaliła, Bonharta pędzącego ku niej po lodzie, i wiedźmińska nauka z Kaer Morhen, że walkę kończy dopiero śmierć, a wszystko inne tylko ją przerywa. Dogania więc Avallac'ha i prosi, by powiedział, że to był ponury żart. Elf nie żartuje i powtarza z pełną powagą, czego chcą od niej Aen Elle. Chcą jej dziecka, dziecka Starszej Krwi. Dopiero gdy je urodzi, pozwolą jej wrócić do swojego świata. Ciri odmawia kategorycznie i absolutnie, a na pytanie, jakim prawem czegokolwiek od niej wymagają, słyszy rachunek prosty jak uderzenie: jej przodek Cregennan zabrał elfom dziecko, więc ona to dziecko odda i spłaci dług. Gdy wykrzykuje, że mierzi ją sama myśl o „pasożycie", który miałby w niej rosnąć, jedna z jadących obok elfek patrzy na nią z bezbrzeżną nienawiścią. Na osobności Avallac'h dokłada drugą szalę: uciec stąd nie sposób, więc odmowa oznacza, że zostanie tu na zawsze i nigdy nie zobaczy ani przyjaciół, ani swojego świata. Zgoda zaś zostanie wynagrodzona w sposób, który brzmi jak czary: czas płynie tutaj inaczej niż tam i elfy potrafią sprawić, że odzyska chwile stracone wśród Ludu Olch. Ciri milczy i gra na zwłokę, po wiedźmińsku, wedle rady Vesemira, że gdy mają cię wieszać, proś o szklankę wody, bo nigdy nie wiadomo, co się zdarzy, nim przyniosą.
Wtedy na wrzosowisku pojawiają się jednorożce, cały tabun prowadzony przez wielkiego ogiera dziwnej, czerwonawej maści. Ciri widywała je z daleka od pierwszych dni, ale nigdy nie pozwoliły jej podejść. Teraz ryży przywódca staje dęba i drepcze na tylnych nogach w sposób niewykonalny dla żadnego konia, a w czaszce dziewczyny kołacze obce pytanie, kim jest. Avallac'h i elfki odpowiadają nie strzałami, lecz chóralnym, monotonnym zaśpiewem, który odpędza tabun; Wiedzący ukradkiem ociera pot i przyznaje sucho, że nie wszystko jest tu tak ładne, jak wygląda. Na pytanie, czy elfy boją się mądrych i przyjaznych jednorożców, odpowiada tylko, że to, co widziała, należy uznać za kłótnię kochanków. Chwilę później zza pagórka wychodzi drugi tabun, prowadzony przez ogiera sinojabłkowitego, elfki sięgają po łuki, a w głowie Ciri narasta szum: Avallac'h uprzedza, że będzie musiał skoczyć i przenieść ją w inne miejsce, bo grozi jej śmiertelne niebezpieczeństwo.
Do skoku nie dochodzi, bo zza wzgórza nadciąga oddział w cynobrowo-karmazynowych płaszczach, na koniach w kropierzach, z demonicznymi rogatymi bukranionami na końskich łbach. Jednorożce znikają w stepie. Dowódca, czarnowłosy elf o twarzy drapieżnego ptaka, salutuje Avallac'howi i kwituje, że przysługa zostanie spłacona na żądanie. Eredin Bréacc Glas, bo tak zostaje przedstawiony, taksuje Ciri wzrokiem i głośno powątpiewa, by ta „zwyczajna mała Dh'oine" była dziedzictwem Shiadhal i Lary Dorren, choć przyznaje, że w jej oczach coś z Lary jest, a całość przypomina mu złoty samorodek w kupie kompostu. Avallac'h, który przy wzmiance o Larze okrywa się cieniem rumieńca, odpowiada tylko, że Eredin mówi zupełnie jak człowiek. Na odjezdnym czarnowłosy elf wręcza Ciri ukwieconą gałązkę mirtu jako przeprosiny za nieprzemyślane słowo i zostawia eskortę: do Tir ná Lia zostało pół dnia jazdy, a jego obowiązki wzywają.
W dalszej drodze, wśród skocznych melodyjek wygrywanych na fletni, Ciri zadaje pytanie, które wszystko zmienia w konkret. Kto ma być ojcem dziecka? Avallac'h odpowiada rzeczowo, że będzie nim Auberon Muircetach, najwyższy władca ludu tego świata. Elfy jej świata to Aen Seidhe, Lud Wzgórz; tutejsi nazywają się Aen Elle, Lud Olch, a Auberon Muircetach jest ich królem. Królem Olch. Na pytanie, czy po wszystkim będzie wolna, pada zapewnienie, że odejdzie, dokąd zechce, o ile sama nie postanowi zostać z dzieckiem.
Tir ná Lia odbiera Ciri mowę. Nad rzeką o krystalicznej, brunatnej od torfu wodzie wyrastają zza kurtyn wierzb płaczących pałace z marmuru i alabastru, ażurowe jak altany, tak zwiewne, jakby były zjawami budynków; im bliżej, tym piękno mocniej ściska gardło. Zapytana, czy widziała kiedyś coś podobnego, dziewczyna odpowiada, że owszem, widziała kiedyś resztki czegoś takiego w Shaerrawedd, i teraz dla odmiany długo milczy elf. W mieście przechadzają się wysocy, długowłosi Aen Elle i wymalowane elfki, a przy portyku pałacu końmi zajmują się małe, szaro odziane służki, o głowę niższe od Ciri; infantka z Cintry, wychowana w pałacach, notuje w duchu, że nawet w bajkowym świecie musi być ktoś, kto haruje na próżniaków. Eredin, który wita ich na miejscu, powstrzymał niecierpliwość króla: Jaskółka pójdzie do Auberona wypoczęta, po kąpieli, w nowym stroju i dobrym nastroju. Ostrzega przy tym wprost, bo widzi w jej oczach gronostaja wypatrującego dziury w klatce. Ucieczki stąd nie ma, bariery zwanej Geas Garadh nie da się przełamać, świat za nią tylko wygląda ładnie, a naprawdę niesie śmierć, zwłaszcza nieobytym. Nie pomoże jej też dziki talent, bo skoku nie dokona, a gdyby nawet, jego Dearg Ruadhri, Czerwoni Jeźdźcy, doścignęliby ją nawet w otchłani czasów i miejsc. Avallac'h chmurzy się przy tych słowach, jakby Eredin powiedział za dużo.
Wieczorem wystrojona i wyperfumowana Ciri, powtarzając sobie w duchu, że stawiała czoło mężczyznom z mieczami, wchodzi do królewskich komnat. Zamiast spasionego brodacza z berłem, jakiego podsuwała jej wyobraźnia karmiona wspomnieniem Ervylla z Verden, na tarasie siedzi król zupełnie inny: bardzo wysoki i szczupły, z długimi popielatymi włosami przetykanymi bielą, o niesamowitych oczach jasnych jak roztopiony ołów i pełnych niewyobrażalnego smutku. Auberon Muircetach zajęty jest puszczaniem baniek mydlanych. Między jedną a drugą bańką wykłada gościowi historię z perspektywy, od której kręci się w głowie. Włochaty przodek człowieka pojawił się na świecie później niż kura, a Aen Elle mało obchodziło, co wyczynia, bo w przeciwieństwie do swoich kuzynów Aen Seidhe dawno odeszli z tamtego świata, wybrawszy sobie inne, ciekawsze uniwersum; w tamtych czasach między światami można było podróżować dość swobodnie. Potem przyszła Koniunkcja, światów, jak baniek na słomce, zrobiło się jeszcze więcej, ale drzwi zostały zamknięte dla wszystkich prócz garstki wybranych. Drzwi trzeba otworzyć, i to pilnie, bo taki jest imperatyw. Król dotyka jej dłoni, wywołując przyjemne mrowienie, i szepcze, że nie wierzył, ale to prawda: ma oczy Shiadhal i oczy Lary. Po czym dziękuje, że przyszła, i każe zostawić się samego.
Rozgoryczenie po tej audiencji rozbraja dopiero Avallac'h podczas przejażdżki dziwną, wąską łodzią, która płynie bez wioseł i słucha samych gestów elfa. Lud Olch nigdy się nie spieszy, tłumaczy Wiedzący, a potem odsłania stawkę całego przedsięwzięcia. Wedle Aen Elle świat Ciri czeka zagłada, kataklizm klimatyczny, o którym mówi wróżba Itliny jako o Białym Zimnie: potężne zlodowacenie zabije większość żywych istot, a niedobitki utoną w barbarzyństwie. Dziecko, o które proszą, potomek i nosiciel budowanego przez elfy genu Lary Dorren, ma mieć zdolności tysiąckrotnie silniejsze od szczątkowego talentu samej Ciri i od mocy Wiedzących. Chodzi o otwarcie Ard Gaeth, wielkich i stałych Wrót między światami, przez które Aen Elle ewakuują z ginącego świata swoich braci Aen Seidhe, a wraz z nimi, jak zapewnia Avallac'h, wszystkich zagrożonych, ludzi także. Dlatego tak ważne jest, by wieczorem poszła do Auberona i została na całą noc.
Wieczorna kolacja, którą król podaje sam, składa się z kilkunastu rodzajów warzyw i grzybów oraz różowego wina, które rozwiązuje język; Ciri opowiada o sobie więcej, niż zamierzała, aż wspomnienie, po co tu jest, odbiera jej humor. Rozmowa schodzi na przeznaczenie, które wedle dziewczyny wiąże ją z Geraltem i nakazuje spieszyć mu na pomoc. Auberon rozkłada pojęcie na części z uprzejmą logiką: skoro przeznaczone musi się stać niezależnie od okoliczności, to po co gnać w świat, zamiast pić wino i cieszyć się chwilą. Zamiast puenty pokazuje jej relief na ścianie: ogromnego węża Uroborosa, zwiniętego w ósemkę i wgryzającego się we własny ogon. Pradawny wąż przypomina, że w każdej chwili kryje się wieczność, że każde odejście jest zarazem powrotem, a każde pożegnanie powitaniem, i że ona sama jest jednocześnie początkiem i końcem. Właśnie to jest jej przeznaczeniem. Czytelnik słyszał już tę naukę: to od niej Ciri zacznie kiedyś opowieść nad jeziorem w kraju Galahada. Potem pada ciche „rozbierz się". Król kładzie się przy niej ubrany, a jego elektryzujący dotyk uczy, rozkazuje i doprowadza ją do wstrząsającego całym ciałem spazmu. Tego, co następuje potem, Ciri nie przewidziała: Auberon wstaje i odchodzi bez słowa, nie oglądając się, a ona zwija się w kłębek na norkowych błamach i łka z wściekłości, wstydu i upokorzenia.
Rano znajduje Avallac'ha w perystylu, wśród szpaleru posągów przedstawiających rozbrykane elfie dzieci, i jąkając się, opowiada o wszystkim. Elf odpowiada poważnie, że Auberon ponad sześćset pięćdziesiąt razy oglądał dymy Saovine, a to bardzo wiele nawet jak na Lud Olch. Ciri wybucha: umowa jest umową, ona się wywiązuje, a czy problemem jest starcza niemoc króla, czy ona sama, wychodzi na jedno, więc niech to dziecko zrobi jej ktoś inny. W złości posuwa się za daleko: proponuje metodę hodowców osłomułów, a wreszcie rzuca, że może odda się samemu Avallac'howi, skoro podobno ma oczy Lary. Elf jest przy niej w dwóch skokach, a jego dłonie zaciskają się na jej szyi jak stalowe cęgi. Puszcza ją i z bliska, niezwykle spokojnie, mówi rzeczy, które bolą gorzej od uścisku. Nie jest córką Lary, tylko córką Cregennana, arogancką Dh'oine z rasy, która wszystko musi zrujnować i splugawić; jej przodek ukradł mu jego miłość, zabrał mu Larę, a jej, godnej córce złodzieja, nie pozwoli odebrać sobie jeszcze pamięci o zmarłej. Wstrząśnięta Ciri przeprasza za bezmyślność i podłość, a Avallac'h obejmuje ją i obiecuje ciepło, że już zapomniał.
Drugi wieczór u króla zaczyna się od szachów, które Auberon wygrywa raz w dziewięciu, raz w jedenastu ruchach, i kończy tak samo jak pierwszy: delikatnością bez pośpiechu i odejściem bez słowa. Nad ranem, gdy Ciri wreszcie zasypia, przychodzi dziwny sen. Vysogota, pochylony nad pułapką na piżmaki wśród trzcin, wyrzuca sobie, że to on wskazał jej drogę do przeklętej wieży, i przestrzega, że wcale nie jest tu bezpieczna. Chaos wyciąga po nią szpony i zsyła jej sny, bo się jej boi. Starsza Krew czyni ją Panią Miejsc i Czasów, a takiej istoty nie można uwięzić, więc ma się bronić i umykać z zasięgu niegodziwych rąk. Za plecami starca przesuwają się obrazy: wzgórze z głazem i dwiema postaciami, kobietą i dziewczyną, tysiące jeźdźców w czerwonych płaszczach, skalisty płaskowyż zasłany dziesiątkami wraków okrętów i czarny, zębaty zamek nad górskim jeziorem. Potem sen pokazuje Yennefer, wychudłą i poczerniałą od męki, w kajdanach, z dłońmi będącymi masą skrzepłej krwi, i Ciri krzyczy przez sen „mamusiu". Widzi marmurowe schody w dół, o trzech podestach, płonące arrasy i Geralta o sinych, zakrwawionych ustach, który mówi, że innej drogi nie ma, że trzeba schodami w dół, bo chce zobaczyć niebo; słyszy słowa Starszej Mowy o czymś, co się kończy. Widzi wreszcie Geralta w górskiej zamieci, wśród okutanych jeźdźców, jak patrzy wprost na nią, nie widzi jej i nie słyszy jej krzyku, po czym zawraca, mówiąc, że to tylko muflon. Zginą bez twojej pomocy, powtarza Vysogota. Tylko ty możesz ich uratować, Gwiazdooka.
Rano, omijając ludzi, Ciri idzie prosto do stajni i tam, gdy mała szara służka uśmiecha się do niej szeroko, dostrzega w jej uzębieniu kły, jakich elfy nie mają, a pod odgarniętymi włosami okrągłe, ludzkie ucho. Służące elfeczki wcale nie są elfeczkami. Na jej okrzyk dziewczyny klękają na polepie jak w oczekiwaniu kary, a wstrząśnięta Ciri wyjeżdża w step z jedną myślą: w tym świecie są ludzie, i to ludzie trzymani jako rasa niewolników. Z zadumy wyrywa ją Eredin na swoim skarogniadym ogierze. Po wymianie uszczypliwości o narowistych klaczach i żelaznych kiełznach elf proponuje wyścig, tyle że nie w stronę kromlechów na wzgórzach, bo to teren zakazany, lecz wzdłuż rzeki, przez Porfirowy Most. Wyścig rozstrzyga bezczelna brawura: na moście, na którym nie zmieszczą się dwa konie, Ciri nie zwalnia, ociera się o strzemię rywala i przelatuje pierwsza, a ogier Eredina, stając dęba, strąca z cokołu alabastrową figurę. Elf dojeżdża do mety spokojny i uśmiechnięty, oddaje uznanie klaczy i amazonce, po czym prowadzi Ciri kamiennymi schodami wzdłuż potoku do altany nad miastem. Po drodze dziewczyna poznaje nazwy: rzeka zwie się Easnadh, Westchnienie, a strumień Tuathe, Szept.
W altanie, którą Ciri z duszą na ramieniu bierze za scenerię uwodzenia rodem z czytanych w świątyni romansów, Eredin zaskakuje ją czym innym. Mówi wprost: zostanie tu na zawsze, do końca swojego motylego życia, bo elfy nie przyjmą do wiadomości, że wbrew wróżbom jest nikim, i nigdy nie zamierzały dotrzymać obietnicy, którą ją zmamiono. Na argument, że Avallac'h dał słowo, a wątpić w słowo elfa to obraza, odpowiada, że Wiedzący mają własny kodeks honorowy, w którym co drugie zdanie mówi o celu uświęcającym środki. Potem przesuwa dłonią nad blatem i odsłania maleńki flakonik z szarozielonego nefrytu: istnieją środki dobre, mocne i gwarantowane, o wiele skuteczniejsze od atraktantów, którymi służki Avallac'ha nasycają jej kosmetyki, ale król nigdy po nie nie sięgnie, bo prędzej umrze, niż przyznał się do niemocy. Ciri odmawia kategorycznie, zanim Eredin kończy zdanie: do podania czegokolwiek królowi wykorzystać się nie da. Elf chowa flakonik równie zręcznie, jak go wyjął, i dokłada ostatni cios: wolność, o której ciągle mówi, nie zdałaby się jej na nic, bo od jej świata dzielą ją już nie tylko miejsca, ale i czas, który tam płynie inaczej. Ludzie porywani przez jeźdźców zwanych w jej świecie Dzikim Gonem wracali po latach na zarośnięte groby bliskich; ona nie zobaczy nawet grobów, bo umrze tutaj. Wychodząc z altany, Ciri myśli, że autorka świątynnych romansów była jednak głupią grafomanką, ale słowa o czasie zabiera ze sobą jak drzazgę.
Trzeci wieczór upływa nad księgą, wobec której bogato ilustrowane dzieła ze świątynnej biblioteki w Ellander wyglądały jak elementarz, i po raz pierwszy Auberon rozbiera się także. Jego ciało jest szczupłe i chłopięce jak u Giselhera czy Reefa, ale tam, gdzie od Szczurów biła chęć życia, od Króla Olch bije zimno wieczności. Kilka razy wydaje się, że już, a jednak nic z tego nie wychodzi; król cierpliwie uspokaja zawstydzoną dziewczynę i Ciri zasypia w jego ramionach, ale rano znów budzi się sama. Następnego wieczoru Auberon po raz pierwszy okazuje zniecierpliwienie, a na stole leży oprawne w bursztyn zwierciadło zasypane fisstechem. Król wciąga narkotyk srebrną rurką i częstuje Ciri, która myśli, że tak będzie łatwiej. Fisstech jest mocny; przez chwilę oboje siedzą przytuleni, gapiąc się na księżyc, poprawiają nawzajem swoją wymowę i wydaje się, że tym razem będzie dobrze. Nie jest. Zniecierpliwiony król otula się sobolowym futrem, a gdy skulona Ciri mamrocze, że wie, co on widzi, patrząc na jej bliznę, samorodek w kupie kompostu, Auberon odwraca się i cedzi poprawkę: raczej perłę w świńskim gnoju, brylant na palcu gnijącego trupa, i niech mała Dh'oine, w której nic nie zostało z elfki, sama opracuje sobie dalsze porównania jako ćwiczenie językowe. Na jej wściekły krzyk, że nie przychodzi tu z miłości, tylko szantażowana godzi się na wszystko dla ratowania bliskich, odpowiada z pasją, że robi to wyłącznie dla siebie, bo to jej jedyna deska ratunku, i że lepiej, by się modliła, aby wyszło z nim, bo alternatywą jest laboratorium Avallac'ha. A na koniec rzuca jej zaprószone narkotykiem zwierciadło: masz tu twoich przyjaciół, popatrz sobie.
W zadymionym szkle Ciri widzi to, czego nie chciała zobaczyć nigdy. Yennefer wisi w otchłani jeziora, wyprężona, ze sznurem u nóg przywiązanym do kosza kamieni, a stada ruchliwych rybek skubią już jej policzki i oczy. Potem kurniawa zasypuje Geralta, który siedzi pod skalnymi soplami szklisto blady, oblodzony, z lodem na brwiach i wargach, nieruchomy. Ciri roztrzaskuje zwierciadło o ścianę i krzyczy w pustkę, że to nieprawda, że to tylko bezsilna złość Auberona; ten rodzaj wizji zna przecież ze swoich dawnych snów. Potem siada na posadzce i płacze.
Nazajutrz w pałacu nie ma ani Avallac'ha, który wypłynął gdzieś ze swoją pozłacaną elfką, ani Eredina, a Ciri, przeżuwając gorączkowe plany ucieczki, wyjeżdża za rzekę. Wtedy Kelpie przestaje słuchać wodzy: uparcie, wbrew wszystkiemu, niesie ją prosto na zakazane wzgórze z kromlechem i staje jak wryta w środku kamiennego kręgu. Zza monolitów bezszelestnie wychodzą jednorożce. Ryży ogier wpiera Ciri róg pod pachę, aż płynie krew, sinojabłkowity pilnuje jej od tyłu, a trzeci, śnieżnobiały, powoli składa jej głowę na łonie i mówi w jej głowie znajomym głosem. Wyrósł. Na pustyni nie wiedział, jak należy się zachować, teraz już wie. To Konik, ocalony kiedyś przez nią stworzonek z pustyni, o prawdziwym imieniu Ihuarraquax; Ciri poznaje bliznę na jego nodze, którą wtedy leczyła. Starsi jego rodzaju uczą się jej poprzez niego i po chwili mogą mówić sami. Chcą pomóc jej w ucieczce, nie z miłości, co oznajmiają wprost, lecz dlatego, że to nie jest jej świat i nie chcą, by w nim została. Ciri stawia sprawę twardo: nie ufa nikomu, kto próbuje ją wykorzystać. Odpowiedź brzmi, że właśnie o to chodzi: jest groźnym orężem i nie można pozwolić, by broń ta wpadła w ręce Króla Olch, Lisa i Krogulca, czyli Avallac'ha, którego imię Crevan znaczy lis, i Eredina. Raz już zdobyli władzę nad Ard Gaeth i raz ją utracili; dziś potrafią jedynie błądzić między światami małymi kroczkami, jak widma, Lis do Tir ná Béa Arainne, Krogulec ze swymi jeźdźcami po Spirali, i dlatego marzą im się Wrota. Czego dokonali, gdy tę władzę mieli, jednorożce obiecują pokazać jej przy odejściu. Na wątpliwość, że przecież wyrzekła się Mocy na pustyni, pada odpowiedź, która zmienia wszystko: wyrzekła się kuglarstwa, ale Mocy, którą ma się we krwi, wyrzec się nie można. Wciąż ją ma, a one nauczą ją z niej korzystać. Ciri stawia jeden warunek. Ihuarraquax pojedzie z nią.
Wieczorem, gdy nad Tir ná Lia zbiera się burza, Ciri w czarnym stroju i z mieczem na plecach wyprawia Kelpie w umówione miejsce, a sama waha się przy łodziach. Postanawia pokazać się Auberonowi jeszcze raz, licząc, że opóźni tym pogoń. W komnatach panuje martwota. Król siedzi w kącie, w rozchełstanej koszuli oblepiającej ciało, z twarzą i dłońmi białymi jak płótno, a z jego otwartej dłoni wypada na kobierzec flakonik z szarozielonego nefrytu. W majaczeniu bierze Ciri najpierw za Shiadhal, o której mówiono mu, że umarła, potem za Larę, którą wzywa do siebie słowami „chodź do mnie, córko". W ostatnim przebłysku przytomności poznaje ją jednak i mówi, że faktycznie jest przeznaczeniem, Panią Jeziora, jego przeznaczeniem także; powtarza słowa o czymś, co się kończy, i dodaje z westchnieniem, że dobrze, iż coś się przy tym również zaczyna. Wyznaje szeptem, na ucho, jak sekret, że strasznie nie chce umierać i że się boi. Prosi, by była przy nim. Ciri trzyma Króla Olch za rękę, póki nie gaśnie jego oddech, i nie ociera łez.
Potem zbiega do łodzi i odpycha się od tarasu zapobiegliwie przygotowanym drążkiem. Tir ná Lia jest ciche i ciemne, tylko posągi odprowadzają uciekinierkę martwym wzrokiem, a Ciri liczy mosty. Przy trzecim na dziób łodzi bezszelestnie zeskakuje Eredin. W świetle błyskawic błyska jego jednosieczna, lekko wygięta klinga; elf kołysze łodzią, by zrzucić przeciwniczkę z nóg, Ciri odpowiada tą samą sztuczką i wymieniają serie cięć, od których sypią się iskry. Eredin każe jej wracać, obiecując, że Auberon będzie dziś dziarski i pełen wigoru, na co słyszy, że król przedawkował środek na wigor, ten, który dostał od niego, i że nie żyje. Przez moment elf jest wytrącony z równowagi, ale walczy dalej i uprzedza, że jej nie zabije, lecz kilka tygodni w łóżku i bandażach dobrze jej zrobi. Ciri czeka na swoją chwilę: prosi, by pozwolił jej zdradzić pewną tajemnicę, i gdy Eredin, stojąc na ławeczce, drwiąco pyta, cóż takiego może mu objawić, odpowiada, że tego, iż nie zmieści się pod mostkiem. Elf z hukiem uderza potylicą o przęsło, a dziewczyna, uznawszy, że za śmierć króla należy mu się ból, tnie go krótko w udo tuż pod skrajem kolczugi i patrzy, jak wypada za burtę. Eredin wyczołguje się na marmurowe schody i zostaje na nich, ociekając wodą i krwią, a łódź płynie dalej, coraz wartszym nurtem, poza ostatnie budowle Tir ná Lia. Rzeka okazuje się dziurą w klatce: płynąc nią, można pokonać Barierę, o co Eredin zdążył jeszcze zapytać, nie wierząc, że wpadła na to sama.
Za miastem rzeka wpływa w stary las, potem w łęgi i szuwary, wśród których chlupocze i mlaska coś wielkiego i żywego, a Ciri powtarza sobie słowa Eredina, że dla nieobytych ten świat to śmierć. Gdy nurt rozlewa się w plątaninę wysp i odnóg, z brzegu dobiega rżenie Kelpie i sygnał Ihuarraquaxa. Jednorożec prowadzi ją najpierw do jednego z wąwozów, bo tak rozkazali Starsi. Podmyte ulewami zbocze odsłoniło to, co ukrywało: ogromne zwałowisko ludzkich kości, piszczeli, żeber i czaszek. Ciri podnosi jedną z czaszek i krzyczy, bo czaszka, rozrąbana ciosem brzeszczotu, ma w uzębieniu kły. Teraz rozumie. Ten świat wcale nie był światem Aen Elle. Stał się nim, gdy go zdobyli, gdy otworzyli Ard Gaeth, oszukawszy i wykorzystawszy jednorożce tak, jak teraz próbowali oszukać i wykorzystać ją, a z ludzi tego świata zostały kości w jarze i mała rasa niewolników. W noc nad wąwozem wdziera się krzyk pogoni.
Zaczyna się gonitwa jak z dawnego, złego snu: dzika jazda w ciemności, wśród olch, które w blaskach błyskawic wyciągają ku uciekinierce gruzłowate konary, kłapią dziuplami i chłoszczą ją gałęziami, podczas gdy z tyłu narasta głos pościgu. Śnieżnobiały Ihuarraquax wskazuje drogę, a potem wysyła sygnał, który jest rozkazem: skacz, w inne miejsce, w inny czas. Ciri koncentruje się tak, że krew tętni jej w uszach, świat rozcina błyskawica i przychodzi miękka, czarna ciemność, a po niej chłodny wiatr, deszcz i zapach sosny. Na niebie świecą znajome konstelacje, Smok, Zimowa Panna, Siedem Kóz, Dzban i Oko, i Ciri przez chwilę myśli, że dotarła do domu. Sygnał jednorożca prostuje radość: uciekli z tamtego świata, ale to wciąż nie to miejsce i nie ten czas, a przed nimi jeszcze wiele. Na prośbę, by jej nie zostawiał, Ihuarraquax odpowiada, że ma wobec niej dług i spłaci go do końca. Nadciąga kolejna burza. Jestem Panią Światów, myśli Ciri, jestem z krwi Lary Dorren, córki Shiadhal. Naciąga rękawice i mówi, że jest gotowa. Szum w uszach, błysk i jasność. A potem ciemność.