👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VII · Pani Jeziora

Rozdział 1 „Rozdział pierwszy”

Rozdział 1 z 2 w tomie·52/53 w sadze·~7 min czytania
Tom VII · rozdz. 1/2
52/53 w sadze

Jezioro było zaczarowane i nie ulegało to żadnej wątpliwości. Po pierwsze, leżało tuż obok gardzieli zaklętej doliny Cwm Pwcca, wiecznie otulonej mgłą i słynącej z czarów. Po drugie, wystarczyło popatrzeć: tafla była soczyście, niezmącenie niebieska jak szlifowany szafir i tak gładka, że szczyty górskiego masywu Y Wyddfa wyglądały w odbiciu piękniej niż naprawdę. Jadący grzbietem wzgórza młody rycerz w kolczudze, zamiast kontynuować drogę, skierował konia w dół, jakby przyciągała go magnetyczna moc czaru drzemiącego w otchłani wód; wierzchowiec stąpał płochliwie i cichym pochrapywaniem dawał znać, że też wyczuwa magiczną aurę. Na plaży rycerz ukląkł i pił lodowatą wodę ze złączonych dłoni, gdy po powierzchni jeziora doleciał go dźwięk. Śpiew. Śpiewała kobieta, a może dziewczyna.

Rycerz, jak wszyscy rycerze, wychował się na pieśniach bardów, a w tych dziewczęce pienia są w dziewięciu wypadkach na dziesięć przynętą, za którą idzie się prosto w pułapkę, nierzadko śmiertelną. Ciekawość jednak przemogła, bo rycerz miał dopiero dziewiętnaście lat: był bardzo odważny i bardzo nierozsądny, z pierwszego słynął, z drugiego był znany. Poszedł brzegiem, prowadząc konia za chrapy, między wielkimi głazami narzutowymi, wyślizganymi jak porzucone zabawki olbrzymów. Zza głazów śpiewała, myjąc się i pluskając, naga, zanurzona do pasa dziewczyna, a jej odzienie leżało na płaskim kamieniu. Rycerz dałby głowę, że nie jest to człowiek z krwi i kości: świadczyły o tym szczupłe ciało, dziwny kolor włosów i głos. Był pewien, że to mieszkanka krainy Faërie, wróżka, jedna z Tylwyth Têg, których Piktowie i Irlandczycy zwą Daoine Sidhe, Ludkiem Wzgórz, a Sasi elfami. Nie zmyliło go nawet to, że dziewczyna nad wyraz pospolicie zaklęła: wróżki, jak powszechnie wiadomo, klną po ludzku, często plugawiej niż stajenni, a klątwa bywa u nich wstępem do złośliwego figla, na przykład zwiększenia komuś nosa do rozmiarów nasiennego ogórka. Rycerz sposobił się już do dyskretnego odwrotu, gdy zdradziły go konie: niedostrzeżona wcześniej kara klacz kąpiącej się zarżała powitalnie, a jego ogier grzecznie odpowiedział. Dziewczyna wyprysnęła z wody i rzuciła się do kamienia z odzieżą, ale zamiast okryć się skromnie giezłem, porwała miecz, z sykiem dobyła go z pochwy i nad podziw zręcznie obróciwszy żelazem, przykucnęła w wodzie po nos, z wyprostowaną ręką i klingą nad powierzchnią.

Rycerz otrząsnął się z osłupienia i ukląkł na mokrym piasku, bo od razu pojął, kogo ma przed sobą. Bełkocząc, że to wielki zaszczyt, zapowiedział, że przyjmie ten miecz. Panna z jeziora kazała mu najpierw wstać z kolan, odwrócić się i pozwolić się jej ubrać, a potem się przedstawić. Usłyszała, że stoi przed nią Galahad z Caer Benic, rycerz króla Artura, pana zamku Kamelot, władcy Letniego Kraju, Dumnonii, Dyfneint, Powys i Dyfed. Przerwała mu pytaniem, czy coś mówią mu nazwy Temeria, Redania, Rivia, Aedirn albo Nilfgaard. Nigdy o nich nie słyszał. Pokiwała głową, jakby właśnie tego się spodziewała, i spytała jeszcze o dzień roku; odpowiedź, że jest druga pełnia po Beltane, zdziwiła go do granic. Na wpół machinalnie podała swoje imię: Ciri. A kiedy odgarnęła mokre włosy, rycerz westchnął mimowolnie, bo zobaczył dwie rzeczy naraz: ucho zwyczajne, ludzkie, w niczym nieprzypominające elfiego, oraz policzek zeszpecony dużą brzydką blizną. Zraniono ją. Ale czy wróżkę można zranić? Zauważyła to spojrzenie i spytała zaczepnie, czy blizna to dla rycerza rzecz aż tak dziwna, czy tylko aż tak szpetna. W odpowiedzi Galahad zdjął oburącz kaptur kolczy i nie bez młodzieńczej dumy pokazał własną, ledwo zagojoną szramę od skroni po żuchwę, pamiątkę po pojedynku z Breunisem Bezlitosnym, niegodziwym ciemiężycielem panien. Rzekł, że szpetne są jeno blizny na honorze, po czym wrócił do sedna: godzien jest przyjąć z jej rąk miecz.

Tu spotkało go najgłębsze rozczarowanie, jakie zna literatura rycerska. To mój miecz, oznajmiła panna, i nie pozwalam go nikomu dotykać. Na nieśmiały protest, że Pani Jeziora przecież zawsze wynurza się z wód i darowuje miecz, odparła po namyśle, że co kraj, to obyczaj: najwidoczniej trafił nie na tę Panią, co trzeba, bo ona niczego nie rozdaje i niczego nie pozwala sobie odebrać, żeby wszystko było jasne. Przyznała za to, że istotnie przybywa z innego świata. Przybywa z Rivii, miasta nad jeziorem Loc Eskalott. Przypłynęła łodzią we mgle, nie widząc brzegów, słysząc tylko rżenie Kelpie, swojej karej klaczy, biegnącej jej śladem; przyniósł ją tu nurt rzeki i czar jednorożca. Gdy rozpościerała na kamieniu wypraną koszulę, Galahad westchnął po raz kolejny: pranie było niedokładne i na tkaninie wciąż znać było zacieki krwi. Na pytanie o nazwę jeziora rycerz bezradnie rozłożył ręce; tyle jezior w Gwynedd, a najbliższe nazwy, jakie umiał podać, to góry Y Wyddfa i odległe o dwa dni drogi grody Dinas Dinlleu i Caer Dathal. Przerwała mu: nieważne, jak nazywa się najbliższa rzeka, ważne, czy ma coś do jedzenia, bo ona umiera z głodu.

Przy sucharze i jałowcowej kiełbasie dziewczyna drwiąco uspokoiła gapiącego się Galahada, że nie zniknie i nie uleci w przestworza z jego prowiantem. W swoim własnym świecie, wyjaśniła, nieco nabroiła i namieszała w przeznaczeniu, więc chwilowo nie powinna się tam pokazywać; pobędzie jakiś czas w jego świecie, w którym nocą próżno szukać na niebie Smoka albo Siedmiu Kóz i w którym Belleteyn wymawia się Beltane. Rycerz wyznał, że nie wiedział, iż wróżki jedzą; usłyszał, że wróżki, czarodziejki i elfki jedzą, piją i tak dalej. Ośmielony, zaczerwienił się i wybąkał, co mówią o wróżkach napotykających młodzieńców: że wiodą ich do Elflandu i tam, pod leszczynowym krzakiem, na kobiercu z mchów, każą sobie świadczyć. Ciri odpowiedziała, przełknąwszy kęs kiełbasy, że z Krainy Elfów jakiś czas temu uciekła i wcale nie spieszy jej się z powrotem, a względem świadczenia na mchach to Galahad doprawdy trafił nie na tę Panią, co trzeba, niemniej pięknie dziękuje za dobre chęci. Po chwili wspólnego milczenia rycerz odezwał się nagle dziwnie egzaltowanym głosem, pytając, co znaczy włócznia z krwawiącym ostrzem, czemu cierpi Król z przebitym udem i co znaczy panna w bieli niosąca graal, srebrny półmisek. Ciri nie zrozumiała ani słowa i zażądała wyjaśnień, czy to jakieś umówione hasło wtajemniczonych. Galahad wyjaśnić nie zdołał; wydusił tylko, że jeden z ich kompanii miał kiedyś okazję zapytać i nie zapytał, przez wstyd albo zapomnienie języka w gębie, i była z tego siła nieprzyjemności. Od tamtej pory pytają zawsze, na wszelki wypadek.

Ciri wypytała go o magów tego świata. Jest Merlin i jest Morgana, odparł rycerz; Morgana jest zła, a Merlin średni. Merlina znaleźć można w Kamelocie, na dworze króla Artura, dokąd on sam właśnie zmierza: przez Powys, potem z biegiem rzeki Hafren do Glevum nad Morzem Sabriny i na równiny Letniego Kraju, wszystkiego jakieś dziesięć dni jazdy. Za daleko, skwitowała. Zająknąwszy się, przyznał, że drogę można skrócić przez dolinę Cwm Pwcca, ale to zaklęte miejsce, w którym żyją Y Dynan Bach Têg, złośliwe karły. Spytała, czy miecz nosi od parady, a na wątpliwość, co miecz wydoli przeciw czarom, odpowiedziała spokojnie, że wydoli: ona jest wiedźminką, a karłów się nie boi, bo ma wśród krasnoludów sporo znajomych. No pewnie, pomyślał rycerz.

Gdy nazwał ją znowu Panią Jeziora, ucięła: nazywa się Ciri, a tego miana ma nie używać, bo źle, nieprzyjemnie i niemile jej się kojarzy. Tak nazywali ją oni, w krainie, którą Galahad zwie Faërie, druidzi Annwn, a Sasi Elflandem. Weszła do Wieży Jaskółki i znalazła się wśród elfów; tam mówiono na nią Pani Jeziora i z początku nawet jej to pochlebiało, do chwili, gdy zrozumiała, że w tamtej krainie, w tamtej wieży i nad tamtym jeziorem żadną Panią nie jest, tylko więźniem. Galahad nie wytrzymał i spytał, czy to tam splamiła koszulę krwią. Milczała długo, a głos jej zadrżał, gdy wreszcie odpowiedziała, że nie, nie tam; przed prawdą jednak nie ma co uciekać: ostatnimi czasy plamiła się często. Krwią nieprzyjaciół, których zabijała, i krwią bliskich, których usiłowała ratować, a którzy umierali na jej rękach. Rycerz, któremu rozgorzały oczy, poprosił, by opowiedziała mu swą historię. Ostrzegła, że opowieść jest długa i niezbyt dobrze się kończy; nie uwierzył, bo przecież śpiewała, kąpiąc się w jeziorze. Przyznała, że jest spostrzegawczy, ale bardzo naiwny. Potem usiedli wygodniej i owinięta pożyczonym piktyjskim pledem Ciri zaczęła.

Poproszona, by zacząć od samego początku, odpowiedziała, że ta historia coraz bardziej wygląda jej na taką, która początku nie ma, i nie ma też pewności, czy się już skończyła. Przeszłość strasznie poplątała się w niej z przyszłością. Pewien elf opowiedział jej o wężu, który capnął zębami własny ogon; wąż ten nazywa się Uroboros, a to, że gryzie swój ogon, oznacza, że koło jest zamknięte i że w każdym momencie czasu kryją się przeszłość, teraźniejszość i przyszłość. W każdym momencie czasu kryje się wieczność. Galahad przyznał, że nie rozumie. Nie szkodzi, odpowiedziała.

„Jechali dalej, aż przybyli nad jezioro o wodach rozlanych szeroko i pięknie. Na samym środku jeziora ujrzał Artur ramię odziane w biały atłas, dzierżące miecz cudnej roboty, a potem pannę śmiało stąpającą po zwierciadle wód. Cóż to za panna tak czarowna, spytał Artur. Zwą ją Panią Jeziora, odrzekł Merlin (Thomas Malory, Le Morte Darthur).”
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.