👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VI · Wieża Jaskółki

Rozdział 11 „Rozdział jedenasty”

Rozdział 11 z 11 w tomie·51/53 w sadze·~17 min czytania
Tom VI · rozdz. 11/11
51/53 w sadze

Rozdział otwiera dziedziniec świątyni Melitele w Ellander. Przed Nenneke stoją wyprężone, pobladłe adeptki Eurneid i Iola Druga, gotowe do drogi: męskie podróżne stroje, ostrzyżone włosy, malutkie tobołki. Zaciągnęły się do armii. Eurneid ma na razie zimować w obozie pod Wyzimą i wiosną zostać felczerką w którymś z oddziałów kondotierów z Północy, Iola Druga dostała już przydział do chirurgii polowej pana Milo Vanderbecka. Arcykapłanka żegna je surowymi naukami z czułością ukrytą pod szorstkością. Ostrzega przed padaniem z nóg przy rannych, przed sięganiem po narkotyki, wreszcie przed tym, że wojna i strach rozluźniają obyczaje, więc jeśli już do czegoś dojdzie, mają brać środki zapobiegawcze, a w razie kłopotów szukać świątyni albo czarodziejki, nie wsiowych babek. Po błogosławieństwie i łzach ucina pożegnanie („idziecie na zwyczajną wojnę, stamtąd się wraca") i dziewczyny odchodzą ku bramie, nie oglądając się. Wtedy o głos upomina się Jarre, rozgoryczony, że dziewczynom wolno, a jemu nie; chce iść na wojnę, chce ratować Ciri. Nenneke tłumaczy mu twardo, że adeptki całe młode życie uczyły się leczyć i idą na front jako fachowe specjalistki, wkład świątyni w wojnę, nie mięso na rzeź. Chłopakowi, marzącemu jak błędny rycerz o ratowaniu damy serca, każe wracać do ksiąg, bo jego przyszłość to nauka. Triss Merigold, obecna przy tej scenie, dorzuca ostro, że Jarre niczego nie zrozumiał.

Jest dziewiętnasty dzień listopada, pełnia księżyca; za murami wyje wichura i sypie pierwszy śnieg. Przed ołtarzem na rozłożonym płótnie leżą przedmioty należące kiedyś do Ciri: kościany grzebień, tani pierścionek, książka w podniszczonej oprawie i sprana błękitna szarfa. Nad nimi klęczy Iola, kapłanka o wieszczych zdolnościach, a Nenneke instruuje ją powoli: nie chcemy błyskotliwej enigmy o tysiącu rozwiązań, chcemy jasnego obrazu. Triss zrywa się z ławy: chce wejść w trans razem z Iolą i widzieć na własne oczy, bo kocha Ciri jak młodszą siostrę, a w Kaedwen mała uratowała jej życie. Nenneke ostrzega, że czarodziejka ryzykuje nie tylko atak epilepsji, ale i to, że zobaczy coś, czego widzieć nie powinna. Triss myśli wtedy z przerażeniem o wzgórzu Sodden, na którym kiedyś umarła i na którym wykuto jej imię na nagrobnym obelisku, o wzgórzu i grobie, które kiedyś się o nią upomną, bo już jej to wyprorokowano. Mimo to klęka i bierze Iolę za rękę.

Narracja przeskakuje na Południe, hen za góry Amell, do Metinny, do krainy zwanej Stojeziorami, pięćset mil lotem wrony od Ellander. Tej samej nocy koszmar, którego treści nie sposób zapamiętać, budzi tam rybaka Gostę. Zima w Mil Trachta płata w tym roku figle: pierwszy mróz i śnieżyca spadły znienacka tuż po Saovine, potem odwilż pogruchotała młodziutki lód, aż wreszcie, bez śniegu, mróz ścisnął jak kowal obcęgami i jeziora Stojeziorów stanęły. A każdy znający rzemiosło rybak wie, że jeśli łowić okonia, to tylko na pierwszym lodzie. Gosta odczekuje dzień dla pewności, wychodzi z piesznią i skrzynką na ploso i w godzinę ma wokół przerębla ponad pół setki pręgowanych okoni. Wtedy na brzegu staje piękny czarny koń, a jeździec w futerku z piżmaków schodzi na lód. To dziewczyna z twarzą zeszpeconą paskudną blizną i mieczem pięknej roboty na plecach. Uspokaja rybaka, że chce tylko zapytać o drogę: czy ta kraina to Mil Trachta i czy wie coś o jeziorze Tarn Mira. Gosta wie, choć miejscowi mówią na nie Bezdno; to zaklęte jezioro okrutnej głębi, w którym świtezianki topią ludzi, a w starożytnych rozwalinach na brzegu mieszkają upiory. Na pytanie o wieżę parska: jaka tam wieża, kamień na kamieniu, kupa gruzu zarośnięta zielskiem. Oczy dziewczyny błyskają. Patrząc na dogorywającego na lodzie okonia, mówi jakby do siebie, że śmierć na lodzie ma w sobie coś urzekającego, po czym każe sobie dokładnie opisać i wydrapać piesznią na lodzie drogę do jeziora z ruinami.

Gosta odprowadza wzrokiem karą klacz cwałującą przez polukrowany szronem las jak koń zjawa i długo waży w głowie, czy nie obsłużył właśnie demona, bo któż inny podróżuje samotnie zimą i pyta o zaklęte ruiny. Rozum podpowiada mu jednak co innego: dziewczyna była człowiekiem, a za takimi, co samotnie pędzą przez pustkowia, często idzie pogoń. Do domu wraca więc lasem, nadkładając drogi, byle nie być na widoku. W godzinę później duktem przegalopowuje pogoń. Czternaście koni.

Pościg jedzie tropem już blisko trzy tygodnie, od Saovine, od masakry w Dun Dâre, i jest u kresu sił. Rience na próżno potrząsa srebrnym puzderkiem: ksenogloz milczy od dwóch dni jak zaklęty. Bonhart drwi, że magiczne gówno się zepsuło, Skellen dorzuca, że może Vilgefortz demonstruje im, gdzie ich ma; Rience odszczekuje, że to dzięki sztuczce z jarmarku w ogóle są na tropie i wiedzą, dokąd dziewczyna zmierza. Boreas Mun, zwisający z siodła nad śladami podków, ocenia przewagę ściganej na pięć, sześć mil. Wszyscy są zmęczeni i wszyscy patrzą po sobie wilkiem; wszystkich też nawiedzają sny. Skellenowi przypomina się koszmar poprzedniej nocy, Boreasowi śniło się, że tonie, a czarna toń zamyka mu się nad głową. Rience w myślach rozbiera sojusz, w którym tkwi: Skellen, urodzony konformista, może chcieć oddać dziewczynę spiskowcom albo cesarzowi, Bonhart to nieobliczalny sadysta, któremu na dźwięk imienia Ciri głos drży z wściekłości, a jeśli Vilgefortz naprawdę przestał dbać o ich los, to za dzień lub dwa, po schwytaniu dziewczyny, pakt może przestać istnieć, a on sam dostać nożem po gardle. Klnie w duchu, że sam się napierał o to zadanie. Wtedy, na początku września, gdy w ich ręce wpadła Yennefer.

Retrospekcja wraca do chwili, w której świat odzyskał kontury. Yennefer ocknęła się na kamienistej równinie, wśród trupów i smołowanych desek, przywalona resztkami takielunku „Alkyone". Ocucił ją kopniak; nad nią pochylał się Rience, ten sam, którego kiedyś przypaliła żarem, i obiecywał, że policzy się z nią za wszystko i nauczy ją bólu tymi rękami i tymi palcami. Próba zaklęcia skończyła się skurczem i charczeniem, cios sztyletem wydobytym z pochwy na udzie tylko rozdarł mu spodnie. Potem bili ją tak, jak bije się mężczyznę, ciosami, które mają wytłuc z bitego wolę oporu; chciała zemdleć i nie mogła. Bicie przerwał dopiero spokojny głos: oszalałeś, Rience, ona potrzebna mi jest żywa i zdolna do artykułowanej mowy. Właścicielem głosu był mężczyzna w masce zakrywającej lewą połowę głowy. Vilgefortz. Trzymającym ją siepaczem, który zaśmiał się, że z kota i wiedźmy niełatwo żywot wybić, okazał się półelf Schirrú. Czarodziej kazał zerwać jej z szyi obsydianową gwiazdę i zabrać ją do laboratorium, a po drodze Yennefer zdążyła zobaczyć to, od czego zrobiło jej się zimno: na równinie leżały liczne inne wraki, sterczące żebrami wręgów jak szkielety morskich potworów. Crach miał rację, pomyślała; statki, które przez lata ginęły bez wieści na Głębi Sedny, nie ulegały katastrofom naturalnym. Bogowie. Pavetta i Duny.

W jaskrawo oświetlonej sali laboratorium przykuto ją do stalowego fotela, a Vilgefortz zdjął maskę. Jego niegdyś klasycznie piękna twarz jest ohydnie zmasakrowana, okratowana złotymi klamrami podtrzymującymi wielofasetkowy kryształ w lewym oczodole. To dzieło Ciri: gdy na Thanedd usiłował ją pochwycić u wejścia do teleportu Wieży Mewy, pewien, że portal ją zabije, dziewczyna przeszła gładko, a portal eksplodował mu prosto w twarz, odbierając oko, policzek i sporo skóry. Gdyby wierzył w takie rzeczy, mówi, pomyślałby, że to zemsta Lydii van Bredevoort zza grobu. Regeneracja idzie opornie, a brak gałki ocznej doprowadza go czasem do irracjonalnej pasji, w której przysięga sobie, że po schwytaniu Ciri każe Rience'owi wyłupić jej palcami jedno z tych wielkich zielonych oczu. Wyjaśnia też Yennefer, jak ją dostał. Nie dał się nabrać na jej prowokację; to nie ona tropiła jego, to on tropił ją, a wpływając na Głębię Sedny, weszła prosto pod jego Wsysacz, zaklęcie, które podniosło ją z morza razem z drakkarem. W sali stoi też drugi stalowy fotel na kamiennym podeście. Ten fotelik, mówi czarodziej, jest dla twojej Ciri; czeka już od dawna.

Vilgefortz wykłada rzeczowo, po co mu czarodziejka. Sam nie umie wyskanować Ciri nawet swoimi superskanerami, bo dziewczyna, Starsza Krew, ma wrodzoną aurę antymagiczną i supresyjną. Jedynym sposobem jest sonda empatyczna: potrzebny jest ktoś związany z dziewczyną uczuciowo, kto wypracował matrycę, algorytm wzajemnej sympatii. Myślał o wiedźminie, ale wiedźmini to marne media; rozważał porwanie Triss Merigold, zastanawiał się nad Nenneke z Ellander, aż Yennefer sama wepchnęła mu się w ręce. Omotana siecią srebrnych drucików, z igłami w żyłach i rurkami w nosie, ma teraz na ekranie megaskopu wyskanować, gdzie Ciri jest, z kim, co robi i z kim sypia. Kusi ją na przemian troską (gdy będę wiedział, gdzie jest, ściągnę ją tu, tutaj będzie bezpieczna) i przysięgą, że weźmie od dziewczyny tylko to, czego potrzebuje, a potem obu im zwróci wolność. Na pytania, które sam wylicza z upodobaniem (skąd wie o dziedzictwie Lary Dorren, czym jest gen, jak go Ciri odbierze i do czego wykorzysta, kogo wessał Wsysaczem i co z wessanymi uczynił), odpowiedzi już nie ma, bo szkoda czasu: eliksiry zaczynają działać. Yennefer zaciska zęby aż do krwi. Wtedy Vilgefortz wzywa Rience'a, na dłoni czarodziejki zatrzaskuje się śrubowe imadło i pada polecenie wypowiedziane tonem znudzonego rzemieślnika: tam, gdzie zawodzi magia i narkotyki, skutkuje na opornych zwykły, stary, klasyczny ból. Dokręcaj śruby, Rience. Powoli.

Wynik tortur Vilgefortz podsumowuje później przed Rience'em i Schirrú, patrząc na bezwładne ciało wleczone po posadzce do podziemi. Yennefer nie pozwoliła sobie wydrzeć empatycznej matrycy dziewczyny, ale pękła przy Geralcie; chciałem Cirilli, dała mi wiedźmina, kwituje mag z pewnym zdziwieniem, bo o żadne uczucia do Geralta jej nie podejrzewał. Na ekranie megaskopu widać wyskanowany obraz: wiedźmin, Cahir aep Ceallach, bard Jaskier i jakaś kobieta. Pada pytanie, kto podejmie się ostatecznego rozwiązania kwestii wiedźmińskiej. Zgłosił się Schirrú, wspomina Rience w siodle: znał okolice, w których Yennefer wyskanowała Geralta, i miał tam znajomych albo krewnych. Jego samego Vilgefortz posłał najpierw na negocjacje z Vattierem, potem do śledzenia Skellena i Bonharta, a on, głupi, cieszył się wtedy, że przypadło mu zadanie łatwiejsze i przyjemniejsze niż zabijanie wiedźmina.

Pościg dociera tymczasem do kotliny, za którą musi leżeć Tarn Mira. Bonhart przytomnie każe się rozdzielić i otoczyć jezioro, bo nie wiadomo, którym brzegiem pojechała ścigana, a wybrany źle kierunek oznaczałby, że jezioro odgrodzi ich od niej; sam z Rience'em i Olą Harsheimem, w siedem koni, rusza brzegiem wschodnim. I wtedy, nim Skellen zdąży poprowadzić resztę, przychodzi bunt. Kenna Selborne oznajmia chrapliwie, że ona i jej towarzysze mają dosyć i zawracają; za nią stają Andres Vierny i elf Til Echrade, a po chwili dołącza Dufficey Kriel, który poprzedniej nocy wyśnił własną śmierć i nie chce zdychać za parszywą i podejrzaną sprawę. Na wrzask Silifanta o buncie i zdradzie Kenna odpowiada spokojnie, że nie dadzą się szczuć na dziewczynę jak psy i nie dadzą się jak psy ubić, jak Neratin Ceka. Skellen syczy, że marnuje życiową szansę i skończy oddana katu, a gdy to nie skutkuje, obiecuje wszystkim szafot i czerwone haki; telepatka odcina się, że jeszcze nie wiadomo, komu bliżej do rusztowania, a jeśli kaźnić, to Skellena będą kaźnić nie z jaśnie książętami, tylko z nimi, chamami, może nawet na jednym szafocie. Boreas Mun odmawia dezerterom: on jest żołnierz, przysięgał, służba. Na pytanie Kenny, komu właściwie przysięgał, cesarzowi, Puszczykowi czy czarownikowi z puzderka, odpowiedzi już nie ma. Czwórka odjeżdża.

W ramę procesu wpleciona jest ostatnia scena przed trybunałem. Kenna kończy zeznania dumnym „nic do dodania nie mam, wielmożny trybunale" i patrzy w siwe, dobre oczy przewodniczącego. Myśli sobie: raz kozie śmierć, nie będę gnić w cytadeli i czekać, aż Puszczyk zemści się choćby zza grobu. Przykłada dłoń do nosa, niby to ucierając, i pcha. Przewodniczący w pół słowa zmienia decyzję: zamiast odprowadzić świadka z powrotem do celi, każe wypisać w kancelarii stosowne dokumenty i zwolnić, bo świadek Selborne nie jest już sądowi potrzebna. Kenna ukradkiem ociera kroplę krwi z nosa, uśmiecha się uroczo i dziękuje delikatnym ukłonem.

Nad jeziorem Bonhart przyjmuje wieść o dezercji z niedowierzaniem i obietnicą, że po dogonieniu dziewczyny ruszy za zdrajcami i nakarmi nimi wrony, w imię pewnych pryncypiów. Kotlinę wypełnia gęsty kożuch mgły; nawet wrony, których krakanie towarzyszyło pościgowi od dni, zamilkły. Trop karej klaczy prowadzi na południowy kraniec Tarn Mira, wąskiego jeziora wciśniętego półksiężycem między strome, zalesione zbocza. Lód przy brzegu ledwo trzyma: gniadosz Bonharta kruszy taflę przy pierwszym kroku, siwek Skellena zapada się w trzcinach i zostaje wywleczony z matni. Trzeba iść pieszo, zresztą ślady na cienkiej warstewce śniegu pokazują, że dziewczyna też zsiadła i poszła środkiem jeziora, najkrótszą drogą ku północnemu krańcowi, gdzie według Vilgefortza stoi magiczna wieża. Jezioro ciągnie się ponad pięć mil; Boreas ocenia przewagę ściganej na pół godziny drogi.

Marsz po lodzie szybko zamienia się w koszmar. Mgła gęstnieje, robi się cieplej, lód z wierzchu topnieje, a ślady są coraz świeższe, choć ściganej ani widać, ani słychać. Gdy Boreas Mun mamrocze, że ona jest gdzieś tam we mgle i nie wiedzieć, skąd uderzy, jak w Dun Dâre w noc Saovine, przerażenie udziela się wszystkim. Bonhart każe rozciągnąć się w ławę i, nie tłumacząc się nikomu, zawraca po konia. Dziesięć kroków przed idącymi ślady stóp nagle się kończą: w lodzie widnieją wycięte rysy. Rience klnie, pojmując pierwszy: łyżwy. Miała ze sobą łyżwy, a teraz pomknie po lodzie jak wicher i nie dogoni jej nikt bez konia. Skellen rozpina kożuch, odsłaniając bandolier z orionami, i mówi zimno to, co zrozumiał chwilę wcześniej Bonhart, dlatego właśnie wrócił po konia: nie będą musieli jej gonić. To ona dogoni ich.

Bitwa na zamarzniętym jeziorze jest krótka i jednostronna. Z mgły dobiega urwany krzyk i zgrzyt łyżew: w przelocie ginie zasieczony Stigward. Gemmerski żołnierz, który rzucił się do ucieczki, pada w rozbryzgu krwi, nim zdążył zniknąć w bieli. Potem dziewczyna wpada w sam środek ławy: Olę Harsheima tnie w przelocie pod kolano, łamiąc go jak scyzoryk, kolejnemu Gemmerczykowi podrzyna gardło. Skellen ciska orionem i trafia, tyle że niewłaściwą osobę: gwiazda grzęźnie w nasadzie nosa Harsheima, który właśnie próbował się podnieść. Ostatni z Gemmerczyków rzuca miecz i szlocha; Bert Brigden ciska broń i ucieka na czworakach jak pies. Szarpany przez Skellena Rience zdobywa się wreszcie na zaklęcie, ale ognista błyskawica, zamiast przegrodzić drogę nadjeżdżającej, rozrywa taflę wzdłuż: szczelina wjeżdża pod nogi ludzi i lód pęka w wielkie kry. Pod wodą znikają Silifant, Boreas, szlochający Gemmerczyk, trup Harsheima, wreszcie Rience i Skellen. Dziewczyna przefruwa nad rozpadliną i dogania uciekającego Brigdena; z mgły dobiega tylko podnoszący włosy wrzask. Na lód wyczołgują się, na wpół zamarznięci, jedynie Skellen, Boreas Mun i Silifant.

Przy krawędzi kry wisi zanurzony po pachy Rience i dzwoni zębami jak kastanietami. Dziewczyna nadjeżdża wolno, z miecza ścieka krew. Czarodziej skowyczy o ratunek i kupczy ostatnim, co ma: uratuj mnie, a powiem ci, gdzie jest Yennefer, przysięgam. Ciri ściąga szal z twarzy, uśmiecha się i przypomina mu obietnicę z Goworożca: ty przecież miałeś mnie nauczyć bólu, tymi rękami, tymi palcami. Tymi, którymi teraz trzymasz się lodu? Odjeżdża, nabiera impetu i wraca wzdłuż samej krawędzi kry. Na równiutkim śladzie łyżwy zostaje krew i osiem odciętych palców; Rience znika w gęstej, ołowianej wodzie. Boreas Mun wymiotuje na lód. Głęboko pod taflą stado okoni odprowadza ku dnu srebrne puzderko, które wyśliznęło się z kieszeni unoszącego się w toni trupa. Ksenogloz drga i skrzeczy głosem Vilgefortza, dopytującym, czemu od dwóch dni nikt nie odpowiada, co z dziewczyną i że nie wolno dopuścić, by weszła do Wieży Jaskółki. Rience, naturalnie, odpowiedzieć nie może.

Bonhart gna tymczasem po wariacku skrajem nadjeziornej skarpy. Kotlina wygląda jak wrzący kocioł czarownic wypełniony mgłą, ale łowca wie, że dziewczyna tam jest; czuje to. Na płaskim krańcu jeziora zasłona mgły pęka i Bonhart widzi ją, siedzącą na karej klaczy, która czekała na nią posłana brzegiem. Rusza w cwał z wrzaskiem, że dziewczyna jest jego, i po chwili orientuje się, że przegrał: dzieli go od niej pół stajania cienkiego lodu, a półksiężyc plosa wygina się teraz w przeciwną stronę, więc ścigana, jadąca po cięciwie łuku, ma do krańca jeziora znacznie bliżej. Ciri pędzi ku usypisku, do którego prowadziła ją mapa, i oblewa ją gorąco: na krańcu jeziora nie ma żadnej wieży. Jest ledwo zarysowany pagórek, kupa kamieni zarośnięta zmarzłym badylem, dokładnie jak drwił rybak. Bonhart ryczy triumfalnie: oto twoja magiczna wieża, oto twój ratunek, kupa kamieni! Jesteś moja, wiedźminko!

Wtedy mgła kłębi się pod uderzeniem wichru i między łowcą a brzegiem staje dęba na lodzie śnieżnobiały jednorożec, w pozie znanej z herbowych tarcz. Z kotłującej się mgły wyłaniają się jeźdźcy, których Bonhart zna z opowieści własnej hanzy: na kościotrupach koni szkielety w przeżartych rdzą pancerzach, strzępach płaszczy i rogatych hełmach, z oczami świecącymi sinawym blaskiem. Na czele demonicznej kawalkady cwałuje zbrojny z koroną na hełmie i naszyjnikiem obijającym się o zardzewiały kirys. W głowie łowcy dudni głos: precz, śmiertelniku. Ona nie jest twoja. Ona jest nasza. Bonhartowi jednego odmówić nie można, odwagi: nie poddaje się panice nawet wtedy. Panikuje za to jego koń; gniadosz staje dęba, wierzga, kruszy kopytami lód i razem z jeźdźcem idzie pod wodę. Bonhart odbija się od tonącego wierzchowca, wynurza się, wbija nóż w taflę i wyciąga się na lód. A wtedy jezioro, zbocza i czarny las zalewa trupia jasność: nad horyzontem płonie oślepiająca korona zorzy, słupy i spirale ognia, migotliwe wstęgi na całym nieboskłonie. W miejscu, gdzie przed chwilą był goły pagór, wznosi się wieża. Majestatyczna, strzelista, czarna i lśniąca, jakby wykuta z jednego kawała bazaltu, z ogniem w nielicznych oknach i zorzą polarną płonącą na zębatych krenelażach. Bonhart patrzy, jak dziewczyna, obrócona ku niemu w siodle, nie spiesząc się wjeżdża pod kamienny łuk wejścia i znika. Gdy zorza gaśnie, wieży już nie ma; jest ośnieżony pagór i kupa kamieni. Klęcząc na lodzie w kałuży ściekającej z niego wody, łowca nagród wyje, złorzeczy i bluźni ludziom, bogom i demonom, a echo toczy się po zamarzniętej tafli Tarn Mira.

Wnętrze wieży przypomina Ciri z początku Kaer Morhen: długi czarny korytarz za arkadą, niekończąca się perspektywa kolumn i posągów, otchłań, która nie ma prawa mieścić się w smukłym obelisku, ale w wieży wyrosłej z nicości niczemu nie należy się dziwić. Kopyta Kelpie chrzęszczą po gigantycznym ossuarium z czaszek, piszczeli i żeber. Ciemność faluje jak dym, w uszach tętnią szepty i inkantacje, a przed jadącą otwierają się bez szmeru kolejne gigantyczne drzwi, jedne po drugich. W pewnej chwili geometria ścian załamuje się, jakby wnętrze stało się wielościenną bryłą, a drzwi przestają wytyczać jeden kierunek: wytyczają nieskończenie wiele kierunków i możliwości. I Ciri zaczyna widzieć. Za jednymi drzwiami czarnowłosa kobieta z brylantową gwiazdą na szyi prowadzi za rękę popielatowłosą dziewczynkę ku jej przeznaczeniu; obie się boją, ale kobieta nie daje tego po sobie poznać. Za następnymi Iola Druga i Eurneid maszerują z tobołkami zmarzniętym gościńcem pod granatowym niebem. Za następnymi Iola klęczy w transie przed ołtarzem obok Nenneke, obie z twarzami wykrzywionymi zgrozą, a nad nimi wyciągają się w geście błogosławieństwa ręce złotookiej kobiety z brylantem świecącym jak gwiazda zaranna, z kotem na ramieniu i sokołem nad głową. Za następnymi Triss Merigold stoi na szczycie wzgórza, na które wolno wkracza niekończący się pochód cieni o znajomych twarzach: Vesemir, Eskel, Lambert, Coën, Yarpen Zigrin i Paulie Dahlberg, Fabio Sachs, Jarre, Tissaia de Vries, Mistle. Geralt?

Kolejne drzwi pokazują Yennefer: zakutą w łańcuchy w ociekającym wilgocią lochu, z dłońmi będącymi jedną masą skrzepłej krwi, z rozbitymi ustami, ale z niezgaszoną wolą walki w fioletowych oczach. Ciri krzyczy do niej: mamusiu, trzymaj się, wytrzymaj, idę ci na pomoc! Za następnymi drzwiami widzi Geralta z zielonooką, czarnowłosą, krótko ostrzyżoną kobietą, oboje nagich i pochłoniętych sobą; odwraca głowę z przykrością i zażenowaniem, przełyka ściskającą gardło gorycz i jedzie dalej. A potem w ciemności odzywa się głos Vysogoty. Stary pustelnik wita ją słowami, że wiedział, iż jej się uda, jego mężna Jaskółka, i pyta, czy wyszła bez szwanku. Ciri opowiada mu o niespodziance na lodzie, o łyżwach jego córki, i o tym, że powstrzymała zemstę: nie zabiła wszystkich, nie zabiła Puszczyka, choć to on ją oszpecił. Rozmawiają, choć oboje wiedzą, że Vysogota umarł. Starzec mówi, że teraz zna już odpowiedzi, na które nie starczyło mu życia: wie, gdzie podziały się stracone dni, co naprawdę stało się na pustyni Korath, jakim sposobem Ciri znikała pogoni z oczu i jak weszła do wieży. Starsza Krew w jej żyłach daje władzę nad czasem i przestrzenią, nad wymiarami i sferami; jesteś teraz Panią Światów, mówi, masz potężną Moc i nie pozwól, by odebrali ci ją i wykorzystali zbrodniarze. Nie pozwolę, obiecuje Ciri. Żegnają się jak zawsze: żegnaj, Jaskółko. Żegnaj, Stary Kruku.

Ostatnie drzwi otwierają się na oślepiającą jasność i przenikliwą woń kwiatów. Po drugiej stronie jest wiosna: gładkie jak lustro jezioro w zieleni i kwieciu, białe nenufary na płaskich liściach, strzelista bazaltowa wieża odbita w wodzie i ciepło maja, bo przecież w maju kwitnie czeremcha. Ciri nie dziwi się niczemu, wzdycha tylko z podziwu. U brzegu piją wodę dwa śnieżnobiałe jednorożce, a zza obsypanych kwieciem krzaków czeremchy, pachnącej inaczej niż wszystkie czeremchy świata, w którym żyła dotąd, dobiega wesoła melodia. Na okrągłym kamieniu siedzi jasnowłosy elf o trójkątnej twarzy i ogromnych migdałowych oczach i gra na fletni, nie przerywając nawet wtedy, gdy patrzy na podjeżdżającą. Kończy melodię wysokim trelem, wstaje i pyta z uśmiechem, jakby czekał od dawna: dlaczego tak długo? Co cię zatrzymało? Tymi słowami kończy się tom.

„– Wszystko mam wielkie, zaraz się o tym dowodnie przekonasz – zawrzasnęło żelazne wilczysko. – Czemu tak dziwnie mi się przypatrujesz, mała dziewczynko? Czemu nie odpowiadasz? Wiedźminka uśmiechnęła się. – Mam dla ciebie niespodziankę.”

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Wejście do Wieży Jaskółki: Na północnym krańcu Tarn Mira legenda z „Peregrynacji" Backhuysena zdaje się umierać: zamiast Wieży Jaskółki na Ciri czeka tylko ośnieżony pagórek i kupa kamieni, a po lodzie pędzi ku niej triumfujący Bonhart. Wtedy między łowcą a brzegiem staje dęba śnieżnobiały jednorożec, a z kłębiącej się mgły wyłania się demoniczna kawalkada kościotrupich jeźdźców z koronowanym widmem na czele, dudniąca w głowie Bonharta jednym rozkazem: precz, śmiertelniku, ona nie jest twoja, ona jest nasza. Spłoszony gniadosz łamie lód i topi się, a wygrzebujący się z przerębla łowca patrzy, jak w trupiej jasności zorzy nad usypiskiem wyrasta z nicości czarna bazaltowa wieża, do której dziewczyna, nie spiesząc się, wjeżdża na Kelpie i znika razem z nią. Wewnątrz, w otchłani niemieszczącej się w smukłym obelisku, przed Ciri otwierają się drzwi wytyczające nieskończenie wiele kierunków, pełne wizji bliskich i dalekich, a pośmiertny głos Vysogoty wyjaśnia jej to, czego nie zdążył za życia: Starsza Krew daje jej władzę nad czasem, przestrzenią, wymiarami i sferami. Ostatnie drzwi otwierają się na wiosnę, kwitnącą czeremchę i jednorożce u wodopoju: na inny świat, w którym na przybyłą czeka grający na fletni jasnowłosy elf z pytaniem, co ją zatrzymało tak długo.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.