Rozdział otwiera się w pomieszczeniu bez okien, przypominającym celę. Geralt siedzi na przymocowanym do podłogi krześle dla przesłuchiwanych, na którego oparciu są uchwyty i skórzane paski do krępowania rąk i unieruchamiania szyi (na razie ich nie użyto), a naprzeciw niego Fulko Artevelde, prefekt z Riedbrune, powtarza z rosnącym zniecierpliwieniem pytania: czego wiedźmin szuka na jego terenie, skąd przybywa, dokąd zmierza i w jakim celu. Geralt w duchu podsumowuje, jak do tego doszło: tak kończy się odgrywanie szlachetnego wiedźmina z miłosierdzia dla bandy leśnych ludzi, tak kończy się pragnienie noclegu w oberży, w której zawsze znajdzie się szpicel, i takie są skutki podróżowania z gadułą wierszokletą.
Cofka wyjaśnia resztę. Po pięciu dniach wędrówki z zarzeckimi bartnikami kompania wyszła z puszczy na podmokłe czahary i w słońcu, które wreszcie przebiło chmury, zobaczyła cel będący zarazem barierą: jarzący się śniegami łańcuch gór Amell, a nad nim graniasty jak ostrze mizerykordii obelisk Gorgony, Góry Diabła. Nikt tego głośno nie powiedział, ale wszyscy, z Geraltem na czele, myśleli to samo: dalszy marsz na południe wygląda na czyste wariactwo. Szczęśliwie nazajutrz po dojściu do Riedbrune, będącego celem pochodu bartników, okazało się, że dalej na południe iść nie trzeba. Kudłaty bartnik, ten sam, który wcześniej próbował ołgać kompanię wędrówką druidów na Stoki, przybiegł z podziękami, mieszkiem drobnych pieniędzy jako wiedźmińską zapłatą i wykrzyczaną nowiną: jemiołarze, znaczy druidzi, siedzą w dąbrowach nad jeziorem Loc Monduirn, trzydzieści pięć mil na zachód. Wieść pochodziła od mieszkającego w miasteczku krewniaka, a ten miał ją od znajomego poszukiwacza diamentów; bartnik promieniał przy tym jak każdy łgarz, którego łgarstwo przypadkiem okazało się prawdą. Geralt chciał ruszać bez zwłoki, ale kompania zaprotestowała chórem: skoro są pieniądze i miasto, w którym handluje się wszystkim, trzeba uzupełnić prowiant i ekwipunek, dokupić strzał (o co upomniała się Milva) i choć jedną noc przespać w łóżku po kąpieli, czego zażądał Jaskier. Druidzi nie uciekną, uznali wszyscy. Regis dołożył z dziwnym uśmiechem, że skoro drużyna zupełnym przypadkiem zmierza w absolutnie właściwym kierunku, to najwyraźniej jest jej przeznaczone do druidów trafić, a wrażenie, że czas nagli, bywa zazwyczaj sygnałem alarmowym nakazującym zwolnić i działać z rozmysłem. Geralt nie oponował, choć nawiedzające go nocami koszmary, których treści po przebudzeniu nie umiał sobie przypomnieć, skłaniały raczej do pośpiechu. Był siedemnasty września, pełnia; do jesiennego Ekwinokcjum zostawało sześć dni.
Zadania podzielono: Milva, Regis i Cahir wzięli na siebie zakupy, a Geralt z Jaskrem poszli zasięgnąć języka. Riedbrune, położone w zakolu rzeki Newi, okazało się miasteczkiem, w którym zwarta zabudowa za wałami stanowi ledwie dziesiątą część: reszta ludności bytuje w hałaśliwym morzu chat, szałasów, bud i mieszkalnych wozów wokół umocnień. Za przewodnika służył krewniak bartnika, młody arogancki ulicznik, który czuł się w miejskim zgiełku i smrodzie jak pstrąg w górskiej bystrzynie i nie pytany wyjaśniał wszystko. Riedbrune leży w wylocie doliny Dol Newi, łączącej przez przełęcz Theodulę Stoki i Zarzecze z krajami podległymi od dawna Nilfgaardowi, i jest ważnym etapem dla nilfgaardzkich osadników ciągnących na północ po przyobiecane przez cesarza nadanie: cztery łany ziemi i dziesięć lat wolnizny podatkowej (dokładnie ta obietnica, na której w Claremont chciał zarabiać kupiec Houvenaghel). Geralt bywał tu przed laty, ale miasteczka nie poznawał. Wszędzie czarne pancerze i nilfgaardzka mowa, pod miastem kamieniołom, w którym obdarci, pokrwawieni jeńcy wojenni z Lyrii, Aedirn, Sodden, Brugge, Angrenu i Temerii łupią pod batami kamień na przyszłą twierdzę; dalszych kilkuset pracuje w rudokopach koło Belhaven, a ponad tysiąc przy drogach na przełęczy. Wojsko stoi tu w przerwach między pościgami za partyzantami z organizacji Wolne Stoki. Na rynku rozbudowany szafot, obwieszony budzącymi obrzydzenie „dekoracjami": to dzieło pana Fulka Artevelde, niedawno mianowanego prefekta, z którym, jak ostrzegł ulicznik, żartów nie ma.
Odnaleziony w gospodzie poszukiwacz diamentów, choć w stanie bliskim delirium po kilku dniach picia, odpowiadał przytomnie i z sensem: miejsce bytowania druidów nad Loc Monduirn określił konkretnie, bez mitomańskiej maniery, dorzucił tylko krążący zabobon, że druidzi wsadzają intruzów do wiklinowej kukły i palą żywcem przy modłach. Rozmowę przerwało dziewięciu żołnierzy w czerni ze znakiem słońca na naramiennikach. Podoficer oświadczył, że wiedźmin zwany Geraltem nie jest aresztowany, bo takiego rozkazu nie było, ale zechce udać się z nimi, a powody wyjaśni pan prefekt. Geralt poszedł, odsyłając Jaskra do reszty z poleceniem: róbcie, co należy, Regis będzie wiedział, co.
Przesłuchanie u jednookiego prefekta (lewą oczodół zakrywa skórzana klapka, twarz znaczą bruzdy blizn) zaczyna się od szermierki słownej. Geralt tłumaczy, że jako wiedźmin szuka zarobku, a u druidów informacji, nie krwi; Artevelde odpowiada, że celem rozmowy jest, między innymi, ocalenie życia wiedźminowi i jego towarzyszom, i wykłada instytucję świadka koronnego, którą Geralt kwituje po nordlińsku: to ktoś, kto chce się wykpić od odpowiedzialności, sypiąc kamratów. Na rozkaz prefekta strażnicy wprowadzają skutą dziewczynę i Geraltowi na moment staje serce: wykonuje ukradkiem Znak, który, rzecz niebywała, nie daje żadnego rezultatu, bo przez jedno uderzenie serca jest pewien, że patrzy na Ciri. Pomyłka wychodzi na jaw z bliska: oczy dziewczyny są orzechowe, nie zielone, a nieporządna grzywa włosów jasna jak słoma. To Angoulême, młodociana rozbójniczka, która wita wiedźmina bezczelnym „popatrzcie, co kot przyniósł" i za każdy wybryk obrywa od strażnika w twarz, co kwituje pociągnięciem zakrwawionego nosa i drapieżnym uśmiechem.
Zeznanie Angoulême brzmi sensacyjnie. Rozbójnik Słowik, naprawdę Homer Straggen, czeka ze swoją hanzą w Belhaven, żeby utłuc wiedźmina imieniem Geralt, który jakieś dziesięć dni temu przekroczył Jarugę i zmierza ku Toussaint. Kontrakt nadał Słowikowi obcy półelf, którego nikt nie zna: powiedział wszystko, kto, jak wygląda, skąd i kiedy przybędzie oraz w jakiej kompanii, zapłacił duże pieniądze i obiecał więcej po robocie. Uprzedził też, że wiedźmin to nie byle frajer, więc nie grać zuchów, tylko pchnąć w plecy, ustrzelić z kuszy, a najlepiej otruć. Kompanię Angoulême opisuje ze szczegółami: przystojniak Jaskier z lutnią, młoda kobieta o ciemnoblond włosach obciętych na karku, jeden mężczyzna bez opisu; razem czwórka. Sama widzi Geralta pierwszy raz w życiu, a sypie, bo ponad dwa tygodnie temu uciekła z hanzy Słowika. Geralt głośno zauważa, że osobiste porachunki obniżają wiarygodność świadka, na co prefekt odpowiada z rozbrajającą szczerością, jak naprawdę wygląda tutejsza umowa: Angoulême nie ma szans ocalić życia, może ocalić najwyżej skórę. Za współpracę obiecano jej stryczek; alternatywą jest pal, poprzedzony wyłupieniem oczu i szarpaniem piersi rozpalonymi obcęgami. To się nazywa przykład grozy, wyjaśnia Fulko, rzecz absolutnie konieczna w walce z bandytyzmem. Dziewczyna, pobladła, żąda tylko, by dotrzymano słowa i by ją, kurwa, powieszono; Geralt prosi, żeby jej nie bić, a w jego głosie jest coś, co zatrzymuje podniesione ręce w pół drogi.
Gdy Angoulême zostaje wyprowadzona, Fulko przechodzi do sedna, po drodze ścierając się z Geraltem w sporze o prawo. Dla prefekta prawo to nie jurysprudencja i traktaty, lecz bezpieczne gościńce i zaułki, po których można spacerować po zmroku, a dla łamiących je stryczek, topór, pal i czerwone żelazo, wszelkimi metodami, per fas et nefas. Geralt odpowiada, że taki świat to raj dla wiedźmina: zamiast kodeksów daje samowolę królewiąt, nadgorliwość karierowiczów, mściwość fanatyków, świadków koronnych i fałszywych, donosicielstwo i strach przed donosem, aż przyjdzie dzień, gdy obcęgami poszarpie się piersi niewłaściwej osoby i świat prawa stanie się światem zbrodni. Fulko kwituje to z przekąsem: idealista i moralista w fachu zawodowego zabójcy to znak, że wiedźmin zaczyna z fachu wyrastać, i dodaje proroczo, że gdyby ktoś kiedyś okrutnie skrzywdził bliską wiedźminowi osobę, chętnie wróciłby do rozmowy o karze proporcjonalnej do winy. Po czym składa propozycję: Geralt zostanie jego koronnym wiedźminem. Słowik, ostrzeżony przez półelfa, i tak zaatakuje; zaatakuje jednak wiedźmina uprzedzonego i gotowego, i to będzie jego koniec. W zamian prefekt nie zapyta, kim są wędrowcy, dlaczego jeden z nich mówi z ledwo uchwytnym nilfgaardzkim akcentem, a na drugiego boczą się psy i konie, nie odbierze też Jaskrowi tubusa z zapiskami, a cesarski kontrwywiad powiadomi dopiero, gdy Słowik będzie martwy albo w lochu. Da im czas i szansę na dotarcie do Toussaint, śmiesznego księstwa z bajki, którego granic nawet nilfgaardzki kontrwywiad nie ośmiela się naruszać. Geralt stawia dwa warunki. Pierwszy, wyjazd do druidów nad Loc Monduirn, Fulko ucina szyderstwem i rewelacją: druidów nie ma tam od blisko miesiąca, bo powędrowali doliną Sansretour do Toussaint, pod opiekuńcze skrzydła księżnej Anarietty z Beauclair, mającej słabość do cudaków i chętnie udzielającej im azylu. Zasadzka Słowika czeka zaś dokładnie na szlaku wiedźmina: w Belhaven, tam gdzie dolinę Newi przecina dolina Sansretour. Drugi warunek Geralt wypowiada twardo: chce Angoulême, z przyspieszoną amnestią, wypuszczoną z ciemnicy. Fulko godzi się niemal natychmiast, bo, jak mówi, wie, że wiedźmin przystaje na współpracę tylko dla niej.
W drodze wzdłuż Newi, wśród mijanych szwadronów nilfgaardzkiej kawalerii i wozów osadników, Geralt relacjonuje wszystko Regisowi, a wampir natychmiast wskazuje dziury w obrazie. Drużyna wędruje w pięcioro od końca sierpnia, a Angoulême doliczyła się czworga, choć wie nawet o warkoczu, który Milva obcięła sobie ledwie tydzień temu na Zarzeczu. Najdziwniejsze jest jednak samo Belhaven: zasadzkę zastawiono na drodze, którą kompania nigdy nie planowała jechać, bo trzy tygodnie temu, gdy Słowik przyjmował zlecenie, zmierzali jeszcze do Caed Dhu w Angrenie i nie wiedzieli nawet, że przyjdzie im przekroczyć Jarugę. Półelf zorganizował zasadzkę na drodze do druidów, pewny, że właśnie tą drogą pojadą; wie więc lepiej od nich samych, którędy ta droga wiedzie. Geraltowi narzuca się z tego jakieś wyjaśnienie, ale Regis ucina tonem, jakiego wiedźmin nigdy u niego nie słyszał: ta myśl jest nieładna, powzięta pospiesznie, z uprzedzeń i resentymentów. Z tyłu, na mule imieniem Draakul, jedzie już Angoulême, przekomarzając się z „wujciami"; Geraltowi oświadcza, że skoro wydobył ją z jamy i wyrwał z Fulkowych pazurów, jego będzie słuchać, bo teraz on jest herszt.
Na biwaku Geralt opowiada resztę kompanii. Jaskier podsumowuje jadowicie: żeby ocalić kryminalistkę od zasłużonej kary, Geralt zgodził się kolaborować z Nilfgaardczykami i wynajął się, wraz z nimi wszystkimi, jako łowca nagród i płatny zabójca. Angoulême rzeczowo ostrzega, że hanza Słowika to dwudziestu czterech dobrych zuchów i nikt samojeden nie dostoi dwóm tuzinom, więc ona wiedźmina samego nie zostawi i poprowadzi go do Belhaven, na Słowika i na półelfa. Przy okazji pada wyjaśnienie samego słowa: aen hanse to w języku Cahira zbrojna drużyna połączona więzami przyjaźni, po tutejszemu hulajpartia albo hassa. Cahir i Milva deklarują się natychmiast. Jaskier, przyciskając do piersi tubus z rękopisami, z którym się ostatnio nie rozstaje, wyznaje krótko: jestem tchórzem, nie chcę przeżyć drugi raz tego, co na promie i moście, i prosi o wyłączenie z grupy bojowej. Milva ucina głucho, że z tamtego promu i mostu wyniósł ją na plecach, gdy słabość odjęła jej nogi, a tchórz by ją tam zostawił i uciekł. Przytakująca jej Angoulême po raz pierwszy mówi do łuczniczki „ciotka" i słyszy złowrogie ostrzeżenie, żeby więcej tego nie robiła.
Wtedy Geralt ogłasza koniec anarchii: hanza ma wreszcie prowodyra. On, Angoulême i Milva pojadą do Belhaven, a Cahir, Regis i Jaskier skręcą w dolinę Sansretour i zaczekają w górach, na razie nie przekraczając granic Toussaint. Jaskier protestuje gwałtownie i rzuca zdanie, którego nie kończy: Toussaint to dla niego śmierć, bo gdy rozpoznają go w Beauclair, na zamku, będzie po nim. Geralt nie chce słuchać wyjaśnień; przypomina tylko, że poeta został w drużynie, żeby ratować Ciri, więc pojedzie z Regisem i Cahirem, a jeśli zajdzie ostateczna konieczność, we trzech zdobędą od druidów informacje i ruszą po Ciri sami. Ważne, że do Toussaint nie pójdzie za nimi nilfgaardzki pościg; Angoulême potwierdza z doświadczenia, że Nilfgaard dziwnym trafem szanuje granice księstwa, choć tamtejsi błędni rycerze, wytworni i grzeczni w mowie, tępią hultajstwo nie gorzej od Czarnych. Proponuje jedną poprawkę: do roboty w Belhaven trzeba chłopów, więc z Geraltem powinni jechać ona i Cahir, a ciotka niech jedzie z resztą. I wtedy Geralt mówi rzecz, po której zapada lepkie milczenie: z Cahirem jechać nie chce, bo nie ma do niego zaufania.
Wyjaśnienie jest gorsze od samej odmowy. Ktoś zdradził, wywodzi wiedźmin, a jeśli odrzucić wersję pomyłki w liczeniu, nasuwa się inna: Słowik ma zabić czwórkę, bo piąty członek drużyny jest sprzymierzeńcem zamachowców i od początku informuje ich o każdym ruchu. Kto, jeśli nie Nilfgaardczyk, który musi dopaść Ciri i oddać ją cesarzowi, bo od tego zależy jego życie i kariera? Kto poza nim zyskałby na zdradzie cokolwiek, pyta Geralt, powołując się na zasadę cui bono. Cahir odpowiada, że dowodów nie ma, są tylko wiedźmińskie domysły, a ponieważ udowodnić niewinności nie może, zrobi to, co przystoi, gdy plami się jego honor. Jego pięść w jeździeckiej rękawicy trafia Geralta w szczękę tak, że wiedźmin leci w tył prosto w ognisko. Biją się na ziemi, wśród kurzu i iskier, w upiornym świetle fajerwerków, które obozująca obok karawana kupiecka wystrzeliwuje w niebo przy śpiewach i okowicie. Rozdziela ich Milva: odpasany skórzany pas świszcze i spada na plecy, ręce i ramiona obu sprawiedliwie, „już? przeszło wam?", aż obaj zwinięci wyją, że dość. Gdy Angoulême rzuca z uznaniem „brawo, ciotka", obrywa pasem i ona, po czym Milva klęka przy rozpłakanej dziewczynie i bez słowa ją przytula. Regis proponuje zimno, żeby podać sobie ręce i nigdy nie wracać do tej sprawy. Z gór zbiega nagle wicher, w którym brzmią jakby upiorne wycia i zawodzenia, chmury przybierają fantastyczne kształty, a sierp księżyca robi się czerwony jak krew.
Nazajutrz ruszają przed wschodem słońca i jadą coraz wyżej: dęby i graby ustępują bukowinom pachnącym pleśnią i grzybami (mokry koniec lata obrodził borowikami i rydzami), potem zaczyna się świerk, gołoborza i wicher. Newi pieni się na progach, a na horyzoncie rośnie Gorgona, przepasana białymi szarfami lodowców, ze szczytem wiecznie spowitym w woale chmur; jej lawiny zmiatają wszystko aż po najwyższe świerkowe regle nad przełęczą Theodulą i dolinami Newi i Sansretour. Po noclegu przychodzi czas, aby się rozdzielić.
Przygotowania są krótkie: Geralt owija głowę jedwabną chustką Milvy i wkłada kapelusz Regisa, sprawdza sihill na plecach i sztylety w cholewach, Cahir ostrzy swój długi nilfgaardzki miecz, Angoulême wsuwa do cholewy myśliwski nóż, prezent od Milvy, i dostaje karosza Regisa, bo wampir przesiada się na Draakula. Przedtem jednak Geralt zwołuje wszystkich i robi coś, czego nikt się nie spodziewał: przy świadkach, schyliwszy głowy, przeprasza Cahira, syna Ceallacha, za niesłuszne podejrzenie i podłe zachowanie, i prosi o wybaczenie jego oraz wszystkich, którzy musieli na to patrzeć. Wyładował na Cahirze gniew i żal, wyjaśnia, płynące z tego, że wie, kto naprawdę zdradził. Zdradziła osoba, która była mu niegdyś bardzo bliska. Wszystko, co drużyna robiła i planowała, wykrywano za pomocą magii skanującej, a wychwycenie z odległości osoby dobrze znanej, z którą miało się długotrwały kontakt psychiczny pozwalający wytworzyć matrycę, nie jest trudne dla mistrzyni magii. Czarodziejka i czarodziej, o których mowa, popełnili jednak błąd, który ich zdemaskował: pomylili się w liczeniu członków drużyny. Regis dopowiada fachowo: wampir jest niewidzialny dla magicznej sondy i czaru wychwytującego, tam, gdzie jest wampir, skanowanie odpowiada, że nie ma nikogo. Wyskanować czworo tam, gdzie jest czworo ludzi i jeden wampir, mógł więc tylko czarodziej.
Potem Geralt mówi to, co wszyscy już przeczuwają. Drużyna przestała liczyć daty i nie zauważyła, że jest już dwudziesty piąty września: dwa dni wcześniej, w noc bójki, fajerwerków i czerwonego księżyca, było Ekwinokcjum. Wszyscy odebrali wtedy jakiś sygnał, on i Cahir najwyraźniej. Wszystko wskazuje na to, że Ciri nie żyje: poniosła śmierć w noc Zrównania, gdzieś daleko, samotna wśród wrogich i obcych sobie ludzi. Pozostała im tylko zemsta, krwawa i okrutna, o której opowieści będą krążyć jeszcze za sto lat, przykład grozy metodą mądrego pana Fulka. W Belhaven nie będą pytać półelfa, na czyj rozkaz działa, bo to już wiedzą; zapytają, gdzie znajdują się czarodzieje, którzy mu rozkazują, a potem tam pojadą. Zaczynają więc, i niech piekło im dopomaga: Geralt, Cahir i Angoulême ruszają w górę Newi ku Belhaven, Jaskier, Milva i Regis ku Sansretour i granicom Toussaint, a drogę wytyczy im Gorgona.
Rama na Pereplucie. Ciri głaska czarnego kota, który wrócił do chaty na moczarach, gdy chłód i głód zachwiały jego umiłowaniem wolności, i opowiada Vysogocie o jedynym śnie o Geralcie, jaki miała od rozstania na Thanedd; właśnie dlatego, że nigdy jej się nie śnił, sądziła, że nie żyje. Sen spłynął w przeddzień Ekwinokcjum, w piwnicy miasteczka, którego nazwy nie pamięta, gdzie zamknął ją Bonhart po tym, jak ją skatował i zmusił, by wyznała, kim jest; za to tchórzostwo, mówi z trudem, zapłaciła upokorzeniem i pogardą do samej siebie. Sen był taki, o jakich Yennefer mówiła, że są wieszcze i pokazują przeszłość albo przyszłość. Widziała w nim wielką górę, stromą i kanciastą jak kamienny nóż, i słyszała każde słowo Geralta, jakby stała tuż obok. Chciała wołać, że wszystko pomylił: że Ekwinokcjum jeszcze wcale nie było, więc nawet jeśli w Ekwinokcjum umarła, nie wolno mu ogłaszać jej śmierci wcześniej, póki żyje, i nie wolno mu oskarżać Yennefer ani mówić o niej takich rzeczy. Nie mogła jednak dobyć głosu ani nawet oddychać, jakby się topiła, i obudziła się. Ostatnim obrazem snu była trójka jeźdźców cwałujących wąwozem, ze ścian którego spadały siklawy. Vysogota milczy. Gdyby ktoś podkradł się po zmroku do chaty z zapadniętą strzechą, zobaczyłby przez szparę w okiennicy białobrodego starca słuchającego popielatowłosej dziewczyny z policzkiem zeszpeconym blizną i czarnego kota mruczącego na jej kolanach ku uciesze harcujących po izbie myszy. Ale zobaczyć nie mógł nikt, bo chata była dobrze ukryta wśród mgieł, na bezkresnych bagnach Pereplutu, na które nikt nie odważał się zapuszczać.
„W pismach Vysogoty z Corvo znaleźć można myśl, że człowiek musi być wielce zadufany i wielce zaślepiony, by posokę ściekającą z szafotu brać za sprawiedliwość.”
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.