Rozdział opowiedziany jest w większości głosem Jaskra, który w swych memuarach zwraca się wprost do przyszłego czytelnika. Zaczyna od objaśnienia niedawnej Bitwy na Moście: stoczono ją ostatniego dnia sierpnia na moście przy Czerwonej Bindudze, a stronami byli Nilfgaard, lyrijski korpus królowej Meve oraz wspaniała drużyna niżej podpisanego. Wyjaśnia też, skąd w Angren wzięła się Meve, o której świat mniemał, że zginęła w lipcowej inwazji: królowa nie poległa ani nie trafiła do niewoli, lecz skrzyknęła ocalałe wojsko, najemników i zwykłych bandytów, i podjęła z Nilfgaardem wojnę partyzancką, do której dziki, zarośnięty chaszczami Angren nadawał się idealnie. Jej hufiec, nazywający ją już Białą Królową, urósł w siłę tak, że zapuszczał się za Jarugę hałasować na głębokich tyłach wroga. Sama bitwa wyglądała zaś tak, że wracający z lewego brzegu Lyrijczycy i uciekający na lewy brzeg Nilfgaardczycy zderzyli się na moście, a drużyna, otoczona z obu stron na samym środku rzeki, nie miała dokąd uciec, więc okryła się nieśmiertelną chwałą. Bitwę wygrali Lyrijczycy, bo udała im się ucieczka; jedyny żołnierz w drużynie, Cahir, potwierdza, że wygrywanie bitew przez szybką ucieczkę jest dopuszczalne z punktu widzenia większości doktryn militarnych.
Udział w bitwie miał jednak, prócz chwały, złe skutki. Milva, będąca w odmiennym stanie, uległa tragicznemu wypadkowi. Geralt natomiast bił się tak pokazowo, że Meve własnoręcznie pasowała go na rycerza, a z tego pasowania było więcej nieprzyjemności niż pożytku. Jaskier wypomina, że zamiast anonimowo zniknąć, wiedźmin plątał się przy królewskim orszaku i nasładzał sławą, choć rozgłos był drużynie najmniej potrzebny: Geralta ścigały służby Czterech Królestw w związku z rebelią magików na Thanedd, samego Jaskra próbowano obciążyć zarzutem szpiegostwa, Milva kolaborowała z driadami i Scoia'tael, a obecności Nilfgaardczyka Cahira po niewłaściwej stronie frontu nie dałoby się wytłumaczyć nikomu. Jedynym członkiem drużyny o życiorysie niesplamionym polityką ani kryminałem był wampir. Rachuby Geralta były inne: przy wojsku Milva miała opiekę felczerów, a armia szła akurat w stronę Caed Dhu, dokąd drużyna i tak zmierzała po wieści o Ciri. Królewska łaska okazała się jednak, jak ostrzegał poeta, złudna. Gdy gruchnęła wieść, że od przełęczy Klamat idzie na Angren nilfgaardzka karna ekspedycja, korpus zawrócił na północ, ku górom Mahakamu, a proszącemu o zwolnienie Geraltowi chłodno przypomniano rycerskie obowiązki wobec Korony. Drużynę rozdzielono: Milvę, Regisa i Jaskra przydzielono do kolumny cywilów, a rosłego Cahira przepasano biało-błękitną szarfą i wcielono do wolnej kompanii, oddziału jazdy złożonego z przydrożnego hultajstwa.
Na wieść o tym Milva natychmiast ogłosiła się zdrową i pierwsza dała hasło do rejterady. Nocą z piątego na szóstego września cała drużyna cichaczem opuściła korpus, zaopatrzywszy się przedtem obficie i bez pytania o zgodę kwatermistrza; słowo „rabunek", którego użyła Milva, memuarysta uważa za zbyt dosadne, skoro w bitwie wybito im wszystkie konie prócz Pegaza i narowistej Płotki. W ramach rekompensaty pobrano trzy kawaleryjskie wierzchowce, podjezdka i górę ekwipunku, z którego połowę przyszło potem wyrzucić, bo tak bywa, gdy kradnie się po ciemku. Najwięcej pożytecznych rzeczy zdobył widzący w ciemności Regis, który dodatkowo wywiódł z zagrody grubego myszatego muła tak sprytnie, że żaden zwierzak nie parsknął; opowieści o zwierzętach panicznie wyczuwających wampiry można więc między bajki włożyć. Muł otrzymał od Regisa imię Draakul, ponoć nieprzetłumaczalną grę słów z mowy wampirów, i nosi dobytek drużyny do dziś. Lista ludzi, którzy drużyny nie lubili, znów się przy tym wydłużyła: Geralt porzucił rycerstwo, nim pasowanie potwierdzono patentem, a Cahir zdążył w tej wojnie walczyć w obu armiach i z obu zdezerterować, zarabiając dwa zaoczne wyroki śmierci.
Drużyna gnała na południe, ku Jarudze, bo Geralt, odzyskawszy po wystąpieniu z bractwa pasowanych rozsądek, uznał, że do druidów bezpieczniej podróżować lewym brzegiem: pustkowia Zarzecza były mniej groźne od objętego wojną Angrenu, choć lewy brzeg to już wrogie Cesarstwo. Nad rzeką roiło się jednak od Nilfgaardczyków przeprawiających się po odbudowanym moście w Czerwonej Bindudze, więc przez dwie doby drużyna tkwiła w nadrzecznej łozinie, karmiąc moskity w zimnie i mżawce. Wtedy właśnie Jaskier znalazł wśród pożyczonego ekwipunku papier i ołówek i dla zabicia czasu zaczął spisywać przygody kompanii. Słota popsuła humory i obudziła czarne myśli, najczarniejsze u wiedźmina, który bilansował dni oddzielające go od Ciri, kusztykał coraz mocniej i ukradkiem syczał z bólu źle doleczonych po Thanedd kości. Dziewiątego września Geralt przeraził wszystkich, zrywając się ze snu z krzykiem i mieczem w dłoni, po czym oznajmił, że rozwiązuje drużynę i rusza dalej sam, bo gdzieś dzieją się rzeczy straszne, czas nagli i nie chce nikogo narażać. Mówił tak nudnie i bez przekonania, że nikt nie podjął dyskusji: Regis wzruszył ramionami, Milva splunęła, Cahir sucho przypomniał, że odpowiada sam za siebie, a Jaskier zawiódł oczekujących, że wróci do domu. Wydarzenie popchnęło jednak drużynę do czynu: zamiast planowanej nocnej przeprawy wpław, „za końskimi ogonami", której poeta szczerze się lękał, dziesiątego września przejechano na lewy brzeg najbezczelniej w świecie, po moście w Czerwonej Bindudze, wmieszani w tłum transportów i cywilnej zbieraniny. Straż okrzyknęła ich tylko raz; Cahir zmarszczył władczo brew i odwarknął coś o cesarskiej służbie, popierając wypowiedź klasycznie wojskową „kurwą waszą macią", i drużyna zniknęła w głębi zarzeczańskich lasów.
Na pierwszym biwaku na Zarzeczu dziwny sen nawiedził tym razem Jaskra. Śniła mu się Yennefer: jak zwykle w czerni i bieli, unosiła się w powietrzu nad ponurym górskim zamczyskiem, a z dołu inne czarodziejki wygrażały jej pięściami i rzucały wyzwiska. Yennefer zamachała długimi rękawami i uleciała niby czarny albatros nad bezkresne morze, prosto we wschodzące słońce. Od tego momentu sen zmienił się w koszmar, z którego po przebudzeniu zostały tylko potworne obrazki: tortury, krzyk, ból, strach, śmierć. Jaskier nie pisnął o tym śnie Geraltowi ani słowa. Jak się później okazało, słusznie.
Tymczasem daleko na zachodzie, w portowym Bremervoord, Triss Merigold włóczy się incognito po tawernach w tajnej misji: nie po miejscowy delikates, filet z soli z masełkiem sardelowym, lecz po informacje. W ciżbie słuchaczy trafia na opowieść rybaczki z Wysp Skellige, tęgiej baby o ramieniu grubszym niż talia czarodziejki. Dziewiętnastego sierpnia, rankiem po drugiej nocy pełni, jej barkas wyszedł przed sztormem na sund między An Skellig a Spikeroog wybierać łososie z sieci, gdy nagle coś czarnego przyleciało powietrzem, chlupnęło w wodę i zaplątało się w sieć. Osiem rybaczek wytaszczyło na pokład niewiastę w czarnej sukni, omotaną siecią między dwoma łososiami, z których jeden ważył czterdzieści dwa i pół funta. Ciężarna Gudrun wrzeszczała, że to kelpie albo havfrue, ale morska panna ma przecież rybi ogon; gdy Skadi sięgnęła po gaf, z sieci błysnęło sino i rzuciło nią o pokład, więc opowiadająca chwyciła wiosło i tłukła, aż uwięziona pojęła, że z babami ze Skellige nie ma żartów. Poddała się dobrowolnie, obiecała nie rzucać uroków i nazwała swoje imię: Yennefer z Vengerbergu. Słuchacze szemrzą, bo od wypadków na Thanedd minęły ledwo dwa miesiące i imiona przekupionych przez Nilfgaard „zdrajców" wciąż się pamięta. Rybaczki zawiozły czarodziejkę na Ard Skellig, do Kaer Trolde, do jarla Cracha an Craite, który przyjął ją zrazu surowo, potem jednak traktował uprzejmie i grzecznie; wioślarka na próżno czekała zemsty za lanie, bo honorna baba nie poskarżyła się ani słowem. A później, kończy rybaczka, było jej nawet żal, gdy czarodziejka się zabiła. Triss zapomina o incognito i krzyczy na całą salę: Yennefer nie żyje? Ano, nie żyje, potwierdza wyspiarka, martwa jak ta makrela: zabiła się własnymi czarami, sztuki magiczne wyczyniając, całkiem niedawno, ostatniego dnia sierpnia, tuż przed nowiem. Ale to jest zupełnie inna historia.
Memuary wracają do drużyny i kreślą portrety jej członków. Wampir Regis ma ponad czterysta lat i deklaruje, że na dobre zarzucił wysysanie krwi, dzięki czemu wszyscy spokojniej sypiają, choć Milva i Cahir początkowo obmacywali po przebudzeniu szyje. Wady ma za to intelektualisty: prawdy wygłasza tonem proroka i miał nieznośną manierę odpowiadania na pytania, zanim pytający skończył je zadawać, dopóki Milva nie sklęła go tak, że rumieniec oblałby starego lancknechta; poskutkowało w mgnieniu oka, z czego memuarysta wywodzi, że najskuteczniejszą obroną przed intelektualną dominacją jest solidne obsobaczenie intelektualisty. Milva ciężko przeżyła swój wypadek i stratę. Fizycznie doszła do siebie szybko, ale bywały dni, gdy nie odzywała się ani słowem, aż wreszcie odreagowała gwałtownie jak driada: na oczach wszystkich obcięła sobie nożem warkocz przy samym karku, mówiąc, że warkocz nie przystoi, bo nie jest panną, a że nie jest też wdową, kończy się żałoba. Od tej pory była już dawną sobą, opryskliwą, kąśliwą i do nieparlamentarnych słów skorą. Nocą przy ognisku kompania odkrywa też wreszcie, co Jaskier bazgrze ołówkiem, drażliwie zasłaniając papier: powstaje dzieło jego życia, memuary „Pięćdziesiąt lat poezji". Kompania recenzuje bezlitośnie: Cahir wytyka, że poezja nie ma wieku, Geralt wylicza, że staż barda w służbie Pani Poezji to niecałe dwadzieścia lat, a Regis dorzuca jedyną konstruktywną uwagę, że „Pół wieku poezji" brzmi lepiej. Poeta zamierza bowiem wydać dzieło za dwadzieścia do trzydziestu lat i pisze na zapas, póki ma siły twórcze, zamiast dyktować jako spróchniały dziad. Niespodziewanie głos zabiera Milva: idą przecież z bronią w ręku przez wrogie ziemie, a pisanina papli może wpaść w niepowołane ręce i powiesić ich wszystkich. Jej ojczym mawiał: gdzie pergament, tam jurament, a kto dziś inkaustem zapisany, ten jutro kołem połamany. Wywołana do opowieści łuczniczka wyznaje ze zgrzytem zębów, czemu ojczyma nie lubiła: gdy matka nie patrzyła, pchał się do niej z łapami, aż przemówiła mu grabiami i skopała leżącego, a potem uciekła z domu w świat, nie czekając, aż wyzdrowieje. Doszły ją słuchy, że pomarł, a matka wkrótce po nim. I niech Jaskier ani śmie tego zapisywać.
Osobny rozdział memuarów dotyczy Cahira, najdziwniejszego i najbardziej niepojętego członka drużyny, który w Bitwie na Moście bez wahania stanął z mieczem przeciwko rodakom i pozyskał tym sympatię wszystkich prócz Geralta. Jaskier był na Thanedd i wie, że Cahira posłano tam w specjalnej misji: miał pojmać i uprowadzić Ciri, a broniąca się dziewczyna zraniła go w lewą dłoń, na której nosi bliznę i w której dwa palce nie zginają mu się do dziś. Poeta zestawia półsłówka: chłopak przed trzydziestką był w armii nilfgaardzkiej oficerem wysokiego stopnia, nienagannie mówi wspólnym, co u Nilfgaardczyków rzadkie, i zlecano mu dziwne misje, w tym zagraniczne, bo to przecież on już raz, blisko cztery lata temu, podczas rzezi Cintry, usiłował uprowadzić Ciri. Rozmowa Jaskra z Geraltem o tym wszystkim, odbyta trzeciego dnia po przekroczeniu Jarugi, była krótka i pełna nieprzyjemnych nut, a na twarzy wiedźmina już wtedy malowała się zapowiedź okropieństwa, które eksplodowało później, w noc Ekwinokcjum, po tym, jak do drużyny dołączyła jasnowłosa Angoulême.
W samej rozmowie Geralt, wpatrzony w grzywę Płotki, przypomina, że Calanthe tuż przed śmiercią wymogła na rycerzach przysięgę, że nie pozwolą, by Ciri wpadła w ręce Nilfgaardu, a gdy rycerzy zabito, dziewczynka nie uszłaby z płonącego miasta żywa, gdyby nie odnalazł jej on, Cahir. Bohatersko, szlachetnie. Problem w tym, cedzi wiedźmin, że Cahir był szlachetny na rozkaz, jak kormoran, który nie połyka ryby tylko dlatego, że ma na gardle pierścionek: niósł rybę panu, nie doniósł i popadł w niełaskę, więc może dlatego szuka teraz przyjaźni ryb. Na uwagę Jaskra, że fakt pozostaje faktem i Ciri zawdzięcza Cahirowi życie, Geralt odpowiada złym, metalicznym głosem, że ten sam fakt wykrzyczano mu w twarz na Thanedd znad klingi jego miecza. Stało się i pewnie się nie odstanie, mówi, a szkoda: bo należało już wtedy rozpocząć łańcuch, długi łańcuch śmierci i zemsty, o którym po stu latach krążyłyby opowieści, jakich bano by się słuchać po zmroku. Jaskier nie bardzo rozumie, więc słyszy: to do diabła z tobą. Memuarystę porównanie z kormoranem szczerze zaniepokoiło, ale uspokoił się rachunkiem: w czasach, gdy wojna orze ziemię i ludzkie losy jak żelazna brona, kto by pamiętał o płotkach. Głowę dam, notuje, że w Nilfgaardzie nikt już o Cahirze nie pamięta.
Nilfgaard tymczasem pamięta doskonale. W stolicy Cesarstwa Emhyr var Emreis zjadliwie beszta Vattiera de Rideaux: instytucja, która pochłania trzykroć więcej budżetu niż szkolnictwo, kultura i sztuka razem wzięte, nie umie odnaleźć jednego winnego zdrady człowieka, a gdy rada zacznie mówić o cięciu funduszy na tajne służby, cesarz nadstawi chętnego ucha. Na pytania, co ze sprawą Vilgefortza i gdzie jest Cirilla, szef wywiadu odpowiada radą polityczną: Wasza Wysokość powinien poślubić dziewczynę trzymaną w Darn Rowan, bo ślub jest pilnie potrzebny dla legalności lenna Cintry, uspokojenia Skellige i rebeliantów z Attre, Streptu, Mag Turga i Stoków, dla amnestii i neutralności Esterada Thyssena z Koviru; panna młoda będzie w woalu, prawdziwej Cirilli i tak nikt nie widział od czterech lat, a gdy się ją wreszcie odnajdzie, oblubienice się po prostu wymieni. Emhyr ucina: nie, ta z Darn Rowan nie jest tą właściwą, znajdźcie mi prawdziwą Ciri, znajdźcie Cahira i Vilgefortza, przede wszystkim Vilgefortza, bo to on ma Ciri. Vattier melduje jeszcze dwie rzeczy. Po pierwsze, według jego agentów Dijkstra odnalazł jedną z kryjówek Vilgefortza, a w niej dowody bestialskich eksperymentów na ludziach, dokładniej na ludzkich płodach i brzemiennych niewiastach; jeśli więc Vilgefortz miał Cirillę, dalsze poszukiwania mogą być bezprzedmiotowe. Rozwścieczony cesarz każe mu milczeć. Po drugie, Stefan Skellen podejmuje działania niezbyt jasne: swój specjalny oddział, wielce podejrzaną zgraję, werbuje w forcie Rocayne w Maecht, a pod koniec sierpnia wynajął osławionego najemnego mordercę, jakoby do likwidacji grasującej po Geso bandyckiej szajki. Czy to zadanie cesarskiego koronera, pyta Vattier, a Emhyr odpowiada pytaniem, czy przez wicehrabiego nie przemawia zwykła zawiść.
Wieczorem zmęczony Vattier rezygnuje z papierkowej roboty i idzie przez cyprysowe ogrody do słodkiej Cantarelli, mijając sztuczny staw, w którym sto trzydziesty drugi rok dożywa karp wpuszczony przez cesarza Torresa, ze złotym pamiątkowym medalem u pokrywy skrzelowej. Przy stawie zatrzymuje go głos Rience'a. Czarodziej zjawia się jako teleprojekcja tak doskonała, że Vattier wcale nie poznał iluzji, choć twierdzi co innego. Rience zapewnia bezczelnie, że on i jego mistrz Vilgefortz wciąż stoją po stronie Cesarstwa, a fałszywą Cirillę podsunęli w dobrej wierze, bo skoro prawdziwa przepadła, lepsza fałszywa niż żadna. Gdy Vattier drwi, cóż taki miraż mógłby mu dać, może prawdziwą Cirillę, może Vilgefortza, może Cahira aep Ceallach, iluzja unosi rękę: wymieniłeś. Vilgefortz z jego skromną pomocą dostarczy Vattierowi głowę Cahira, wiedzą bowiem, gdzie jest, dokąd zmierza i w jakiej kompanii, i mogą go wyjąć jak raka z saka. Głowę, uśmiecha się Vattier, która nie opowie już, co naprawdę zdarzyło się na Thanedd; tak będzie lepiej, przytakuje cynicznie Rience, ich zadaniem jest łagodzić, nie pogłębiać animozje między Vilgefortzem a cesarzem. Dostawa w trzy tygodnie, w aranżacji, która będzie wyglądać na wyłączną zasługę wicehrabiego. Cena za usługę jest drobna: gdzie jest i co knuje Stefan Skellen. Vattier powiedział mu, co chciał wiedzieć.
Wyznaje to potem, wyciągnięty na poduszkach, osiemnastoletniej Carthii van Canten, pieszczotliwie zwanej Cantarellą: do pewnych spraw trzeba podchodzić mądrze, czyli konformistycznie, inaczej zostaje człowiekowi zgniła woda i śmierdzący muł w basenie, choćby i marmurowym. Cantarella mówi mało i rzadko, za to świetnie i chętnie słucha, a przy tym jest w sprawach miłości naturalnym talentem, więc przy niej szef wywiadu wygaduje się, odpręża i regeneruje. Skarży się na reprymendy, chwali sukcesy swoich ludzi i mruczy, że Skellen to kombinator i spiskowiec, ale on będzie wiedział, co Puszczyk kombinuje, zanim dotrze tam Rience, bo ma już swojego człowieka bardzo blisko Skellena. Vattier nie ma pojęcia, że wbrew pozorom Carthia van Canten dysponuje doskonałą pamięcią i inteligencją żywą jak rtęć: wszystko, co jej opowiada, każde uronione słowo, dziewczyna przekazuje nazajutrz czarodziejce Assire var Anahid.
Memuary wracają na szlak i do geografii. Drużyna jedzie przez lasy Górnego Zarzecza, zwanego też Lewobrzeżem: dzikiej, praktycznie bezludnej krainy między Jarugą a leżącymi u podnóża Gór Amell Stokami, ograniczonej od wschodu doliną Dol Angra, a od zachodu bagnistym pojezierzem. Nikt nigdy nie rościł sobie do tej ziemi poważnych pretensji, próbowali z różnym skutkiem władcy Temerii, Sodden, Cintry i Rivii, aż zza Gór Amell nadszedł Nilfgaard i wątpliwości się skończyły: wszystko na południe od Jarugi należy do Cesarstwa, a w chwili spisywania memuarów także spore ziemie na północy. Jaskier pozwala sobie na dygresję o procesach historycznych: historię danego kraju nader często tworzą nietutejsi, ale skutki zawsze i niezmiennie ponoszą tutejsi. Zarzecza dotyczyło to w całej rozciągłości, bo lata przepychanek zmieniły rdzennych Zarzeczan w dziadów i wygnańców, wsie wchłonęła puszcza, a nieliczni pozostali zdziczeli tak, że od rosomaków i niedźwiedzi różnili się głównie noszeniem spodni. Przynajmniej niektórzy. Był to naród nieużyty, prostacki, grubiański i totalnie wyprany z poczucia humoru.
Przekonuje się o tym Jaskier w sadybie bartnika, gdzie jego wysiłki wobec ciemnowłosej córki gospodarza („daj, ać ja pobruszę, a ty skocz do piwnicy po piwo") rozbijają się o kamienną obojętność dziewczyny i gniew jej matki, kobiety zaskakującej urody. Bartnika drużyna napotkała wczesnym rankiem w boru i wzięła za lykantropa, przy czym pierwszy „wilkołak, wilkołak!" zawrzasnął, ku uciesze memuarysty, wampir Regis. Niski, krępy i potwornie zarośnięty gospodarz okazał się jednak gościnny: zaprosił kompanię do sadyby, zwanej w bartniczym żargonie stanem, gdzie mieszka z matką, żoną i córką, a uroda obu młodszych kobiet zdradza, że wśród przodków była driada albo hamadriada. Przy naleśnikach z miodem rozmowa schodzi z pszczół na politykę (daniny rosną, a płaci się temu, kto akurat woła, ostatnio w nilfgaardzkiej mowie, bo pono to teraz „impyrialna prowencja") i wreszcie na druidów. Bartnik przestrzega: kto wejdzie na polany jemiolarzy, tego wsadzą w wiklinową pałubę i spalą na wolnym ogniu; jedni mówią, że druidzi mszczą się za krzywdy od Nilfgaardu, inni, że to oni zaczęli. Geralt i Regis wymieniają porozumiewawcze spojrzenia, bo znają te plotki i wiedzą, że są co do jednej zmyślone. Ważniejsze jest co innego: jemiolarzy nie ma już w Czarnym Lesie. Nilfgaard ich przycisnął i druidzi wywędrowali precz z Caed Dhu, na Stoki. Psy bartnika wyją tymczasem na widok wampira, a pręgowany kot miauczy przeraźliwie, co gospodarz kwituje zmieszany, że to złe znaki.
Ranek przynosi rozwiązanie zagadki dziwnego zachowania gospodarzy: na polanie stoi już cały zjazd, pięć czy sześć bartniczych stanów, traperzy i smolarz, razem z dwunastu chłopa, dziesięć bab, gromada wyrostków i dzieci, sześć wozów, woły, krowy, kozy, owce oraz psy i koty, których szczeki i miauki należało w tych warunkach bezwzględnie uznać za zły omen. Bartnik, podparty starostą bartnym Janem Croninem, tłumaczy pokrętnie: zima idzie, barcie połaźbione, czas wracać na Stoki, do Riedbrune, miód odstawić, a w lasach samemu niebezpiecznie; z konnymi i zbrojnymi wędrować nie strach, a i wam wygoda, bo my każdą ścieżkę, każdy grąd i czahar znamy, i karmić was będziemy. Geralt ujmuje bartnika oburącz za kabat, po czym rozmyśla się, puszcza i wygładza odzienie; wystarcza to, by gospodarz przysiągł, że o odejściu druidów mówił prawdę. Wściekłość wiedźmina budzi co innego: podejrzenie, że kierunek ucieczki druidów dopasowano do trasy bartników, którym potrzebna jest zbrojna eskorta przez Zwilgłe Uroczysko, gdzie wedle starosty czyhają brukołaki, liścionosy, endriagi i inogi, a leszy ledwo dwie niedziele temu zadusił jego zięcia. Regis pyta wprost, czego dobrzy ludzie tak się boją, wysłuchuje odpowiedzi, po czym z bardzo poważną twarzą oznajmia, że jego bezbrzeżna mądrość zaleca obrać kierunek najbardziej właściwy dla wiedźmina.
Ruszyli więc na południe, ku Stokom, wielkim orszakiem, w którym było wszystko: bartnicy, traperzy, baby, dzieci, gadzina domowa, domowe parafernalia i młode dziewczyny, które memuarysta wymienia w wyliczance trzykrotnie, oraz cholernie dużo miodu, od którego lepiło się wszystko, nawet dziewczyny. Tabor szedł jak po sznurku, bo bartnicy znali ścieżki i groble między jeziorami, a znajomość ta okazała się bezcenna, gdy Zarzecze utonęło we mgle gęstej jak śmietana. Karmiono drużynę trzy razy dziennie, suto choć niewyszukanie, i pozwalano poleżeć po jedzeniu brzuchem do góry. Nawet wiedźmin, stary ponurak, zaczął się uśmiechać, bo wyliczył, że robią po piętnaście mil dziennie, czego nie dokonali ani razu od wyruszenia z Brokilonu. Roboty wiedźmińskiej nie było żadnej: Zwilgłe Uroczysko było wprawdzie tak zwilgłe, że trudno o zwilglejsze, ale monstrów nie napotkano; nocami wyły trochę upiory, zawodziły leśne płaczki i tańczyły błędne ogniki, nic sensacyjnego. Niepokoiło jedynie, że drużyna znów jedzie w przypadkowo wybranym kierunku i bez sprecyzowanego celu. Ale, jak wyraził się wampir Regis, lepiej bez celu iść naprzód, niż bez celu stać w miejscu, a z pewnością o niebo lepiej, niż bez celu się cofać.
Rozdział zamyka scena z bardzo dalekiej przyszłości. Ekipa archeologów z uniwersytetu w Castell Graupian, prowadząca wykopaliska w Beauclair, dokopuje się pod warstwą wielkiego pożaru do warstwy z trzynastego wieku, a w niej do uszczelnionej gliną kawerny z dwoma doskonale zachowanymi ludzkimi szkieletami: kobiety i mężczyzny. Obok nich, prócz broni i drobnych artefaktów, leży trzydziestocalowy tubus z utwardzanej skóry, z wytłoczonym herbem we lwy i rauty, który kierujący ekipą profesor Schliemann, wybitny specjalista od sfragistyki Wieków Mrocznych, identyfikuje jako godło Rivii, starożytnego królestwa o niepotwierdzonej lokalizacji. Podniecenie uczonych sięga szczytu, bo w takich tubusach przechowywano rękopisy, a ciężar wskazuje, że w środku jest mnóstwo papieru: miały oto przemówić wieki. Pogłoski o „skarbie" docierają jednak do trzech wynajętych kopaczy, Zdyba, Capa i Kamila Ronstettera, którzy nocą kradną bezcenny artefakt, uciekają do lasu i otwierają go obcasem. Ze środka wypadają arkusze papieru. Zapisany, stwierdza autorytatywnie Zdyb, to są litery; zapisane, znaczy czary, bełkocze Cap, dzwoniąc zębami, tym się zarazić można. Zdyb ciska arkusz w ogień, Ronstetter dokopuje resztę do ogniska, żeby na cholerstwo nie napatoczyły się jakieś dzieci, i trójka pospiesznie się oddala. Bezcenny zabytek piśmiennictwa Wieków Mrocznych pali się jasnym, wysokim płomieniem; przez kilka chwil wieki przemawiają cichutkim szeptem czerniejącego papieru, a potem płomień gaśnie i gamrackie ciemności okrywają ziemię.
„W swoich memuarach Jaskier wyznaje, że różnie łgał pytany, co dało początek dziełu jego życia; prawda jest zaś taka, że wszystkiemu dał asumpt papier i ołówek, znalezione wśród rzeczy ukradzionych z lyrijskich wojskowych taborów (Pół wieku poezji).”
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.