👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VI · Wieża Jaskółki

Rozdział 9 „Rozdział dziewiąty”

Rozdział 9 z 10 w tomie·49/50 w sadze·~17 min czytania
Tom VI · rozdz. 9/10
49/50 w sadze

Z górnych tarasów cytadeli Kaer Trolde, głównej warowni wyspy Ard Skellig, widać niemal cały archipelag Skellige: płaską od południa An Skellig, zieloną górzystą Spikeroog, klify Undvik rojące się od morskiego ptactwa, lesisty stożek Hindarsfjall i samotną Faroe, sterczącą z wody jak grzbiet olbrzymiej ryby. Wśród kobiet zbiegających na nabrzeże z krzykiem „płyną!" stoi Yennefer. Z sundu wypływają wracające z wojennej wyprawy drakkary, a kobiety rozpoznają je po żaglach: idzie „Ringhorn", za nim „Fenris", „Trigla", „Drac", „Havfrue", „Anghira", „Tamara", „Scorpena". Nie ma „Darii". Młoda kobieta w zaawansowanej ciąży mdleje na ten widok i zaczyna ronić; Yennefer pada na kolana, nie żałując drogiej sukni, i zaklęciami ratuje matkę oraz dziecko. Na nabrzeżu berserkerzy ze Skellige, wielu w bandażach, schodzą z pokładów w objęcia rodzin. Kto nie doczekał swojego żagla, odchodzi wolno i cicho, oglądając się jeszcze, czy w sundzie nie błyśnie bielą i czerwienią żagiel „Darii".

Jako jeden z ostatnich schodzi na ląd rudowłosy Crach an Craite, jarl Skellige. O wyłowieniu czarodziejki z sieci wie już wszystko i wita ją lodowato: jutro popłynie w kajdanach do Novigradu, gdzie przejmą ją władze temerskie albo redańskie, kto pierwszy się zgłosi. Wyjaśnia też dlaczego. Skellige nieraz dawały azyl ściganym, ale nie ludziom, którzy dla władzy spiskują z wrogiem: gdy Yennefer z „konfratrami rebelizantami" wszczynała za nilfgaardzkim poduszczeniem bunt na Thanedd, trzystu jego chłopców biło się pod Attre z dwoma tysiącami Czarnych, niosąc pomoc tamtejszym powstańcom. Za krew, która wsiąkła w wydmy Attre, krew Yennefer ma pociec przez deski szafotu. Czarodziejka odpowiada spokojnie, że w spisku Vilgefortza nie uczestniczyła, ale do Novigradu nie popłynie: nie ma czasu udowadniać niewinności Dijkstrze, nie może ryzykować, że w celi umrze na „nagły wylew" albo spreparowane samobójstwo. Musi ruszyć na pomoc osobie, której przysięgła, że nigdy nie zostawi jej samej. A Crach an Craite złożył tej samej osobie podobną przysięgę, dziesięć lat temu, dokładnie na tym nabrzeżu: Ciri, wnuczce Calanthe. Yennefer, która uważa Ciri za córkę, żąda w jej imieniu, by jarl przysięgi dotrzymał.

Przy kolacji (jarl pałaszuje homary i mule, czarodziejka barani kotlet, bo wszystko, co pachnie morzem, kojarzy się jej z siecią, glonami i sosnowym wiosłem) Crach ogłasza decyzję. Bloedgeas, przysięga krwi złożona Calanthe, wiąże mu ręce: pomoże, choć azylu formalnie nie udzieli, a w niewinność Yennefer uwierzy, bo chce uwierzyć. Z plotek o Ciri („jest w Nilfgaardzie", „nie żyje") twardo odrzuca drugą: dziewczyna żyje na pewno, bo „nie było znaków". Wie też z kontynentu, że wiedźmin Yennefer wyruszył z Brokilonu z zamiarem dotarcia do Nilfgaardu i wyzwolenia Ciri. Czarodziejka ucina: Ciri w Nilfgaardzie nie ma, a Geralt niczego nie osiągnie, bo zaplącze się, zagubi, będzie filozofował, rąbał mieczem co popadnie, dokona wreszcie jakiegoś szlachetnego, acz bezsensownego wyczynu i zginie głupio, zapewne ciosem w plecy. Jej głos dygocze przy tych słowach tak, że jarl spiesznie zmienia temat. Ona sama zamierza działać aktywnie, po swojemu; ma plan i potrzebuje pomocy mniej spektakularnej niż drakkary i topory. Pomocy przeliczalnej na walutę.

Nazajutrz od świtu w komnatach Yennefer trwa rozgardiasz, nad którym ledwie panuje przydzielony jej seneszal Guthlaf. Czarodziejka sumuje kolumny rachunków pędzących do skarbca i wyspiarskiej filii banku Cianfanellich, a jej rysunki idą prosto do rąk alchemików, złotników, szklarzy i jubilerów. Kłopot zaczyna się przy kamieniu: do szlifu, jaki obmyśliła, trzeba brylantu o wadze co najmniej trzydziestu karatów, a takiego, kategorycznie stwierdza Guthlaf, nie ma na całym Skellige. Nieprawda, wtrąca jubiler. Jest. Crach tylko rozkłada ręce: świątyni szturmem brał nie będzie, kapłankom grozić nie może, wolno mu najwyżej przedstawić uniżoną suplikę i dać do zrozumienia, jak wielka będzie jego wdzięczność. Na pytanie, po co czarodziejce w ogóle taki kamień, Yennefer odpowiada: do budowy „okna", telekomunikacyjnego megaskopu. Musi porozumieć się z kilkoma osobami, a na wołanie ze szczytu Kaer Trolde jest trochę za daleko.

Płyną więc barkasem na Hindarsfjall. Crach pokazuje po drodze zwieszoną nad wodą skałę Kaer Hemdall, Czatownię Hemdalla: mityczny bohater stanie tam u kresu czasów, gdy nadejdzie Tedd Deireadh, Czas Końca, Czas Białego Mrozu i Wilczej Zamieci, i na Tęczowym Moście stawi czoło siłom Ciemności z krainy Morhögg. Mniejsza skała obok to Kambi, czarodziejski złoty kogut, który pianiem ostrzeże Hemdalla przed nadpłynięciem Naglfara, piekielnego drakkara zbudowanego z trupich paznokci; na Skellige do dziś obcina się zmarłym paznokcie przed pochówkiem, by nie przysparzać upiorom budulca na Ragh nar Roog, Ostatnią Bitwę. Świątynia Modron Freyji, Wielkiej Matki, wygląda jak gigantyczny jeż, tak obrosła mchem, bluszczem i krzakami; otacza ją święty gaj Hindar, z którego bierze się jemiołę zdobiącą na Wyspach wszystko, od kołyski po mogiłę. Nad ołtarzem, nad figurkami kotów i sokołów, góruje posąg bogini w aspekcie maternalnym, z zakrytą twarzą, a na jej piersi lśni Brisingamen: lekko błękitny brylant najczystszej wody, na oko sto pięćdziesiąt karatów, o szlifie w rozetę dokładnie takim, jakiego trzeba. Crach mruczy, że za ten kamień można by kupić wszystkie stocznie Cidaris razem z roczną produkcją.

Przełożona świątyni, Modron Sigrdrifa, wita czarodziejkę zaskakująco serdecznie: widziała ze schodów Kaer Trolde, jak Yennefer na kolanach ratowała roniącą brzemienną, i od tamtej chwili nie da już ucha opowieściom o nieczułych, wyrachowanych czarodziejkach. Życzliwość ma jednak granice. Brisingamenu zdjąć się nie da, bo naszyjnik nie ma zapięcia i jest trwale spojony z posągiem; Sigrdrifa sprzyja planom ratowania Ciri całym sercem, znała ją i lubiła, ale o klejnot bogini prosić nie wolno. Zamiast tego pyta, po co budować patrzące i słyszące urządzenia, skoro Freyja jest patronką wieszczek i jasnowidzek, a Brisingamen to naszyjnik jasnowidzenia: nie prościej zwrócić się o pomoc do bogini? I prosi Yennefer, by ta została na wieczornych modłach i wsparła ją myślą oraz obecnością. Dla niej i dla Ciri.

Nabożeństwo jest ciche, bez śpiewów i misteriów, i czarodziejkę, rozmyślającą o zagadce kapłanek (czerpią Moc bez studiów i zaklęć, w transie, traktując ją jako łaskę bóstwa; wiara daje im siłę, a czarodziejkom nigdy się to nie udało), morzy sen. Budzi ją głos. Na zewnątrz niebo pali się zorzą polarną, w sierpniu, a pytania zadaje już nie Sigrdrifa, lecz kobieta o oczach wypełnionych płynnym złotem, z płonącym jak gwiazda zaranna brylantem na szyi: ile jesteś w stanie poświęcić, Yennefer? Czarodziejka broni się racjonalizmem (to trans, hipnoza, iluzja), wyznaje, że ma dziewięćdziesiąt cztery lata i nie da się traktować jak dziecko, ale złotooka prowadzi ją przez wrzosowisko do prastarego miejsca Mocy i stawia pytania, na które nie ma zaklęć: czy siła zdolna zmieniać świat to Chaos, nauka i postęp, czy może Wiara, Miłość i Poświęcenie? Pieje kogut Kambi, fala bije o brzeg pchana dziobem Naglfara, nadciąga Białe Zimno. Po czyjej stronie staniesz, gdy zabrzmi róg Hemdalla? Bo tylko po to przywrócono cię kiedyś życiu, byś we właściwej chwili dokonała wyboru. Yennefer odpowiada, że Światło i Mrok są w każdym po trochu, a Wilk pożerający Słońce to dla niej po prostu zaćmienie.

Wtedy trans przestaje być rozmową. Yennefer wisi rozpięta na konarach olbrzymiego jesionu, jak heros z legendy, który przez dziewięć dni i nocy wisiał na Jesionie Światów, by przez poświęcenie i ból posiąść wiedzę i moc; nad nią kołuje sokół, w dole syczą węże, a przebiegająca po ramieniu wiewiórka pyta, co gotowa jest poświęcić. Z bólu wyrywają się wspomnienia, których nie zna nikt: dom, w którym ojciec nazywa garbatą córeczkę potworem i dziwolągiem, wini „skażoną elfią krew" żony za rodzenie kalek, bije dziecko i odchodzi do innej; matka, która płacze i też podnosi rękę. Pytana, czy umie wybaczać, Yennefer odpowiada, że wybaczyła dawno, nasyciwszy się pierwej zemstą, i niczego nie żałuje. Wyznaje winy: zdradzonych, oszukanych, wykorzystanych, także rękę podniesioną kiedyś na samą siebie. Oczekuje kary, ale skruchy odmawia. Ból sięga granic ludzkiej wytrzymałości, masakruje dłonie i palce. A potem sokół siada na jej ramieniu i słychać słowa: Wieża Jaskółki. Spiesz do Wieży Jaskółki. Córeczko.

Przez trans przelatują obrazy. Ciri na karej klaczy, z krwią lejącą się z twarzy, przesadza w galopie belkę studziennego kołowrotu. Ciri wśród nocnego pustkowia ze świecącą kulą nad dłonią i grzebiące kopytami jednorożce. Geralt w walce na moście, w ogniu odbitym w klindze miecza. Fringilla Vigo z zielonymi oczami rozwartymi w rozkoszy, z ciemną ostrzyżoną głową na otwartej księdze o tytule zaczynającym się od słów „Uwagi o śmierci niechybnej"; w jej oczach odbijają się oczy Geralta. Schody prowadzące w dół, którymi trzeba zejść, bo coś się kończy. Przeraźliwe zimno kamiennych ścian, żelazo na przegubach rąk, ból zmiażdżonych palców. I Ciri, która trzyma ją za rękę w ciemnym korytarzu pełnym szeptów, gdzie kolejne drzwi otwierają się bez szmeru, a na końcu, w nieprzebitej ciemności, czekają takie, których otworzyć nie wolno. Jeżeli się boisz, zawróć, mówi Ciri; jeszcze nie jest za późno. A ty? Dla mnie jest. Pieje kogut Kambi. Świta. Rano Sigrdrifa budzi czarodziejkę i prowadzi ją do nawy: stało się coś, czego żadna kapłanka nie umie wytłumaczyć inaczej niż łaską bogini. Brisingamen nie wisi już na szyi posągu. Leży u jego stóp.

Yennefer przenosi się z warsztatem na Hindarsfjall, a zdumionemu Crachowi ucina pytania, czy się aby nie nawróciła. Jarl przekazuje nowe wieści: nie wykryto jeszcze, gdzie przebywa, ale ostrzeżono go, że może pojawić się na Skellige, i polecono ją natychmiast uwięzić, a z jeńców branych na wyprawach „dywulgować" każdy strzęp informacji o niej. Yennefer ma się spieszyć, a on i tak się nie boi: jest wszystkim potrzebny, a do pomocy zobowiązuje go przysięga lenna, bo formalnie wciąż jest wasalem korony Cintry, do której Cirilla ma pełne prawa. Jako jedyna opiekunka Ciri Yennefer może więc rozkazywać mu i żądać serwitutów. Kazuistyczne sofizmaty, prycha czarodziejka; jarl przyznaje z uśmiechem, że sam wykrzyczy to samo, gdyby Emhyr wymusił na dziewczynie małżeństwo albo gdyby prawniczymi kruczkami wyzuto ją z praw do tronu i podstawiono kogoś innego, choćby „tego bęcwała Vissegerda". Na pytanie, skąd pewność, że Ciri żyje, odpowiada rzeczą, w którą trudno dać wiarę: krew królowych Cintry jest przedziwnie związana z morzem. Gdy umiera kobieta tej krwi, Ard Skellig wpada w istne szaleństwo: sztorm bije od zachodu tak, że ze wschodnich skał tryskają słone ruczaje, a prosty lud mówi, że wyspa szlocha po córkach Riannon, po Starszej Krwi. Crach widział to trzykrotnie: po śmierci Adalii Wróżki, po śmierci Calanthe i po śmierci Pavetty, matki Ciri. I dodaje rzecz, którą badał latami: Pavetta nie zginęła w sztormie, bo sztorm zaczął się dopiero po jej śmierci. Statek, którym płynęła z Dunym, przepadł na osławionej Głębi Sedny, gdzie statki giną nienaturalnie i nieprzypadkowo. Jarl zamierza kiedyś wyświetlić wszystkie zagadki, także tę z czasu rzezi Cintry: gdy odradzano Calanthe ryzykowną ewakuację wnuczki z płonącego miasta, sugerując formalną kapitulację dziewczynki przed hetmanami Nilfgaardu, Lwica odpowiedziała wedle naocznych świadków: „niech lepiej krew dziewczyny popłynie po bruku Cintry, niż by miała być splugawiona". Splugawiona czym, pyta jarl. Małżeństwem z Emhyrem, odpowiada Yennefer i żegna się: jutro o świcie zaczyna.

W tym miejscu opowieść odsłania swoją ramę. Wszystko powyższe jarl relacjonuje po tygodniach Triss Merigold, która przybyła na Skellige w prześlicznej sukni i szynszylowym futrze. Crach wita ją bez złudzeń: wie, że po banicji od Foltesta wzięła ją pod skrzydła Filippa Eilhart, sprawująca dziś z Dijkstrą faktyczne rządy w Redanii, i pyta wprost, czy przybywa jako tajny agent tropiący dawną przyjaciółkę. Triss wybucha: jakie to ma teraz znaczenie, kto komu służy? Yennefer nie żyje, wciąż nie wiadomo, gdzie jest Ciri, a ona przypłynęła z własnej inicjatywy, jako osoba prywatna, z troski. Przy kolacji (Triss owocami morza nie gardzi, je ich dwa razy więcej, niż zamierzała, i popija Est Est z Toussaint) zaczyna się składanie łamigłówki z dwóch stron. Crach opowiada, co widział; wtrąca też, że o poczynaniach możnych czarodziejek nic przecież wiedzieć nie może, biedny prosty żeglarz.

Skruszona Sigrdrifa wyznaje jarlowi, co podsłuchała przy megaskopie (dwa zwierciadła, kotara, soczewki, lampy i Brisingamen; żadnego mechanizmu). Yennefer rozmawiała z czarodziejami, wśród nich z ludźmi prawdziwie nikczemnymi; żaden nie pomagał bezinteresownie, wszyscy żądali pieniędzy, a niektórych czarodziejka zwyczajnie szantażowała kompromitującą wiedzą. Jarl wie swoje: bank poinformował go o przekazach, przysięga kosztuje go ładny grosz, ale odbije to sobie na nilfgaardzkich prowincjach. O szczegółach szantaży wiedzieć nie chce i radzi kapłance jak najszybciej o nich zapomnieć, bo to niebezpieczna wiedza. Z żargonu rozmów Sigrdrifa zapamiętała, że często mówiono o Vilgefortzu, o elfach i Wiedzących, o magicznych portalach, o Głębi Sedny, przede wszystkim zaś o dwóch wieżach: Wieży Mewy i Wieży Jaskółki. Triss dopowiada resztę. Yennefer zaczęła od zdobycia tajnego raportu komisji Radcliffe'a, badającej ślady teleportacyjne po wypadkach na Thanedd. Czarami zwanymi synopsami komisja przypisała niemal wszystkie ślady konkretnym osobom; jeden wiódł donikąd, w morze, na Głębię Sedny. Wniosek brzmiał: Vilgefortz, mając odciętą drogę ucieczki, teleportował się ze schwytaną Ciri na czekający tam nilfgaardzki okręt, co tłumaczyłoby prezentację „Cirilli" na cesarskim dworze w Loc Grim już dziesiątego lipca. Chyba że w Loc Grim pokazano sobowtóra, zauważa Triss; a wtedy zostaje fakt tak dziwny, że w pierwszej wersji raportu w ogóle go pominięto i dopiero druga, ściśle utajniona wersja podaje go jako hipotezę. Teleport Wieży Mewy był czynny. Ktoś nim przeszedł, a energia przejścia była tak potężna, że portal eksplodował. Istnieje więc cień szansy, że Ciri bezpiecznie umknęła i przed Nilfgaardem, i przed Vilgefortzem. Gdzież tedy jest, pyta jarl. Też chciałabym wiedzieć, odpowiada czarodziejka.

Odpowiedź zna czytelnik, bo równolegle biegnie rama z Pereplutu. Ciri i Vysogota nocami wypływają dłubanką na bagienny dopływ i zastawiają żaki na węgorze, masami ciągnące jesienią ku morzu; potem, ubabrani śluzem, smażą dzwonka na ogromnej patelni i rozmawiają. Pustelnikowi nie daje spać jedna rzecz: rana na policzku Ciri miała najwyżej dziesięć godzin, gdy ją znalazł, a dziewczyna upierała się, że zraniono ją cztery dni wcześniej. Gdzie się podziały te zgubione cztery dni? Ciri wzrusza ramionami, ale Vysogota drąży dalej, od strony teleportów. Geoffrey Monck, największy autorytet w dziedzinie, pisze w „Magii Starszego Ludu", że portal Tor Lara wiedzie do Wieży Jaskółki, Tor Zireael. Teleport z Thanedd był spaczony i cisnął Ciri na pustynię, zgoda; ale istnieje przecież drugi koniec pary. Gdyby dotrzeć do Wieży Jaskółki, można by teleportować się z powrotem na Thanedd, poza zasięg wszystkich wrogów. Ciri kpi, że nie wie nawet, gdzie owa wieża stoi; na to Vysogota odpowiada, że studia uniwersyteckie dają człowiekowi jedną umiejętność: korzystania ze źródeł.

Ze sterty inkunabułów pustelnik wydobywa „Peregrynacje po szlakach i miejscach magicznych" Buyvida Backhuysena, książkę przez niektórych uznawaną za apokryf. Z rozsypanych kart wypada grawiura z człowiekiem wiszącym na drzewie: to scena z legendy o Hemdallu, który wisiał dziewięć dni i dziewięć nocy na Jesionie Światów, by przez poświęcenie posiąść wiedzę i moc. Ciri nieruchomieje: coś takiego śniło się jej kilka razy. Potem czyta na głos staroświecką relację: od ruin Assengardu sześćset stajań na południe, w krainie Stojeziorów, leży ułożone we wzór koniczyny jezioro Tarn Mira, a nad jego północnym krańcem elf Avallac'h pokazał wędrowcom wyłaniającą się z mgły wieżycę utkaną z oparu, zwieńczoną lśnieniem zorzy: Tor Zireael, Bramę Światów i Wrota Czasu, dostępną Wiedzącym i nielicznym Wybranym, dla profanów będącą bramą koszmaru. Vysogota przelicza: Stojeziory to dzisiejsze Mil Trachta w północnej Metinnie, jakieś trzysta mil od Pereplutu, na Kelpie dwa tygodnie drogi. Wiosną, bo lada dzień przyjdą mrozy. Ciri jest sceptyczna: z Assengardu zostały ruiny, z wieży pewnie kamienie, jak z rozszabrowanego Shaerrawedd. Ale pustelnik przypomina, że teleporty nie bywają widzialne, a portal na Thanedd objawił się jej dokładnie wtedy, gdy była w potrzebie. Jest pewien, że teleport Wieży Jaskółki też się jej objawi i usłucha jej rozkazu. Bo on myśli, że Ciri jest wybranką.

Tymczasem na Skellige Yennefer melduje jarlowi znikome postępy, a Crach dzieli się wieściami z korpusu Vissegerda: dziewiętnastego sierpnia, tego samego dnia, gdy czarodziejka spadła w sieci, korpus zagarnął w walkach nad Iną grupę zbiegów, wśród nich Geralta i trubadura Jaskra; marszałek oskarżył obu o szpiegostwo i bodaj zamierzał stracić, ale więźniowie zbiegli, jakoby „sprowadziwszy na korpus Nilfgaardczyków", z którymi mieli być w zmowie. Bzdura, ucina Yennefer, choć jarl podejrzewa w tym może sprytny plan wiedźmina. Jest już dwudziesty szósty sierpnia, a ona wciąż wie za mało, by cokolwiek przedsięwziąć. Chyba żeby, mówi wolno, bawiąc się obsydianową gwiazdą, zamiast kpić z Geralta spróbować jego metody: poświęcenia, które podobno potrafi zaprocentować łaską bogini. Nie podoba mi się to, co mówisz, marszczy się Crach. Wiem, odpowiada czarodziejka. Ale już i tak zaszłam za daleko: tygrys mógł usłyszeć pobekiwanie koźlęcia. Słuchającej tej relacji Triss cierpnie skóra: Yennefer wiedziała, że ktoś podsłuchuje jej megaskopowe rozmowy albo że któryś z szantażowanych rozmówców ją zdradzi, i grała dalej, nadając, że wie więcej, niż wiedziała. Sama zrobiła z siebie przynętę.

Poprosiła o dwa drakkary z załogami złożonymi wyłącznie z ochotników. Crach dał „Alkyone" pod komendą seneszala Guthlafa, syna Svena, który sam prosił o ten zaszczyt, i „Tamarę" pod kapitanem Asą Thjazim; do załogi „Tamary" zgłosił się też z powodów osobistych dziewiętnastoletni syn jarla, Hjalmar Krzywogęby. Historię tych powodów Crach opowiada Yennefer przy pożegnalnym rogu. Dzieciaki z Ard Skellig urządzają zimą na lodzie zawody w „skoku łososia" przez sterczące z tafli przybrzeżne skałki; czempionem bywał Hjalmar, aż jego wyzwanie podjęła Ciri, córka Pavetty, spędzająca na Wyspach lata i zimy (gniew Calanthe po śmierci córki wystarczył ledwie na pół roku zakazu). Cintryjskie półdiablę skoczyło tam, gdzie nikt się nie ważył; Hjalmar, by nie zostać pośmiewiskiem, spróbował jeszcze dłuższego rzędu kamieni, połamał nogę, rękę i cztery żebra oraz rozwalił sobie twarz, zyskując przydomek do końca życia. Ciri przesiadywała potem przy jego łóżku, czytała mu i trzymała go za rękę, a gdy ktoś wchodził, oboje czerwienieli jak maki; wreszcie piętnastolatek oznajmił ojcu zaręczyny z niespełna dwunastolatką. Jarl obiecał mu zaręczyny bizunem, a wystraszona o mariażowe plany Calanthe (myślała o Tankredzie Thyssenie z Koviru, może o redańskim Radowidzie) błyskawicznie zabrała wnuczkę do Cintry. Potem przyszła wojna: pod Marnadalem i Sodden Hjalmar mścił z mieczem w ręku niby-narzeczoną, o której sądzono, że nie żyje. Teraz, na wieść o wyprawie ratunkowej, zgłosił się pierwszy.

Została ostatnia telekomunikacja, z nocy z dwudziestego siódmego na dwudziesty ósmy sierpnia; wypytywana o nią przez jarla Triss zakrywa oczy rzęsami, bo zna ją z drugiej strony zwierciadła. W oknie megaskopu Yennefer ujrzała komnatę Triss i od progu wyłapała kłamstwo („jesteś sama?"), znając tę niewinną minkę jeszcze z czasów, gdy przyjaciółka zaczynała za jej plecami sypiać z Geraltem. Obok Triss stanęła Filippa Eilhart. Na pytanie, kto ją zdradził, wzruszyła ramionami: od czterech dni kontaktujesz się ze zdrajcami i z ludźmi, których sama do zdrady zmusiłaś, któryś cię sprzedał, normalna kolej rzeczy. Deklarację, że tajemnica loży jest u Yennefer bezpieczna, przyjęła chłodno: uciekając z Montecalvo, Yennefer opowiedziała się przeciw loży, a skoro chce ubiec lożę w odnalezieniu Ciri z pobudek sentymentalnych, będzie zwalczana. Nie wojna, uśmiechnęła się jadowicie, współzawodnictwo. Yennefer postawiła sprawę uczciwie: w najbliższych dniach dojdzie do wydarzeń, których następstw nie umie przewidzieć, może się okazać, że współzawodniczki zabraknie. Poprosiła lożę o pośmiertny zwrot dobrego imienia. Filippa odmówiła bez wahania: rehabilitacja nie leży w interesie loży, bo zdrajczynią i zbrodniarką łatwiej będzie manipulować Ciri. Na wtrącenie Triss, by Yennefer zostawiła im chociaż ślad, po którym dałoby się pójść (Dijkstra odnalazł ślady; jeśli Ciri ma Vilgefortz, dziewczynie grozi straszna śmierć), Yennefer zaproponowała wymianę: wskazówki za rehabilitację choćby tylko w oczach jednego wiedźmina. I na to Filippa odrzekła „nie": dla Geralta Yennefer ma pozostać sprzedajną zdrajczynią, bo mściciel nie leży w interesie loży, a pogardzający nie mści. Zresztą wiedźmin już chyba nie żyje albo umrze lada dzień. Informacje za jego życie, ocal go, poprosiła głucho Yennefer. Nie, Filippo. „Wybacz mi", wykrztusiła na koniec Triss. „O, nie, Triss. Nigdy."

Nazajutrz, dwudziestego ósmego sierpnia, Yennefer odpłynęła dwoma drakkarami na Głębię Sedny, rzucając na odchodne, że zamierza sprawdzić, czym katastrofy naturalne różnią się od nienaturalnych. Relację z tego, co stało się dalej, zdaje jarlowi kapitan Asa Thjazi, wyłamując palce. Szli ostro, po dwanaście węzłów; minąwszy nocą światło latarni z Peixe de Mar, na dzień przed wrześniowym nowiem stanęli o świcie w rejonie Głębi. Czarodziejka zażądała na „Alkyone" tylko niezbędnej liczby ludzi, samych ochotników, bo to, co zamierza, jest bardziej ryzykowne niż morska bitwa; zgłosiło się piętnastu z Guthlafem na czele, seneszal wyliczył, że w ośmiu dadzą radę, a rwącego się na pokład Hjalmara Yennefer osobiście, pod groźbą przywiązania do masztu, odesłała na „Tamarę". Potem „Alkyone" pożeglowała w głąb akwenu i rozpętało się piekło. Nad drakkarem, i tylko nad nim, morze zagotowało się grzywaczami, niebo skłębiło w czarny lej, błyskawice oplotły kadłub jak macki meduzy; wir kręcił łodzią tak, że tarcze zrywały się z burt, a maszt trzasnął jak zapałka. Na oczach osłupiałej załogi „Tamary" wirująca „Alkyone" uniosła się nad fale, sto łokci nad wrzącą wodę, z ociekającym kilem oblepionym muszlami; widzieli skaczące w morze sylwetki i słyszeli krzyk tak niesamowity, że starym berserkerom włosy stanęły dęba. Potem powietrze rozdarła eksplozja, która cisnęła „Tamarą" wstecz jak po taranowaniu. Gdy Asa pozbierał się spod burty, wicher ścichł, a po „Alkyone" nie został nawet ślad: strzępki takielunku, nic więcej. Z morza wyłowiono ledwie dwa ciała. Czarodziejki nie było między nimi.

Crach dowiedział się o wszystkim pięć dni po wypłynięciu, trzy dni po wrześniowym nowiu. Ludzie zaczynają gadać, melduje niespokojnie Asa, że to wina magiczki i kara za jej zbrodnie; przepadł przecież z kretesem stary Guthlaf, syn Svena, i ośmiu ochotników. Głupie gadanie, ucina jarl. Ale gdy kapitan zauważa, że czarodziejka zginęła na tej samej Głębi Sedny co niegdyś Pavetta i Duny, ot, przypadek, Crach an Craite odpowiada z przekonaniem, patrząc na słońce zachodzące za szczyty Spikeroog: to nie był przypadek. Ani wtenczas, ani teraz.

„Buyvid Backhuysen opisał w „Peregrynacjach po szlakach i miejscach magicznych" mgłę nad jeziorem Tarn Mira, z której na oczach wędrowców wyłoniła się utkana z oparu wieżyca zwieńczona zorzą: Tor Zireael, Brama Światów i Wrota Czasu. Uczone wydawnictwa do dziś kwitują tę relację jednym słowem: humbug.”
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.