👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VI · Wieża Jaskółki

Rozdział 8 „Rozdział ósmy”

Rozdział 8 z 10 w tomie·48/50 w sadze·~15 min czytania
Tom VI · rozdz. 8/10
48/50 w sadze

W siekącej mżawce, pod koniec października, Dijkstra schodzi ze statku w porcie Lan Exeter, zimowej stolicy Koviru, i natychmiast musi przesiąść się na smukłą wielowiosłową łódź. Miasto zbudowano bowiem na wodzie, w szerokim ujściu rzeki Tango, i zamiast ulic ma kanały: cała komunikacja odbywa się łodziami, a główną arterią jest Wielki Kanał, wiodący od portu wprost pod monarszą rezydencję. Przy trapie wita szpiega redański ambasador de Ruyter, graf od dziewięciu pokoleń, który chama i parweniusza Dijkstrę serdecznie nie znosi, powierzenie mu negocjacji uważa za osobisty despekt, ale jako wytrawny dyplomata mistrzowsko kryje się z resentymentem. Z rozmowy o pogodzie wynika tyle, że zadżumiona ślągwa trwa od połowy września, a w Talgarze, gdzie zima i tak zaczyna się we wrześniu, śnieg spadł już w końcu października, co nawet tam jest ewenementem. Zaproszenie na wieczerzę Dijkstra wymawia obowiązkami: minister spraw zagranicznych chce go widzieć natychmiast po przybyciu.

Droga Wielkim Kanałem daje szpiegowi czas na rozpamiętywanie, czym właściwie jest kraj, do którego przybył jak uniżony suplikant. Kovir i Poviss były niegdyś lennem Redanii, „apanażem w oprawie koronnej": król Radowid I oddał je swemu znienawidzonemu bratu, princowi Trojdenowi, głównie po to, by obleśnego krewniaka odsunąć jak najdalej od Tretogoru. Wasal był od początku nietypowy, bo zażądano od niego wyłącznie „obietnicy nieszkodzenia", a promulgowane za Radowida prawo stanowiło, że apanaż nie płaci danin i nie pełni służby wojennej, sukcesja należy wyłącznie do domu Trojdenidów, a członków tego domu nie zaprasza się do Tretogoru na żadne uroczystości. Na daleką, mroźną Północ, o której wieści dochodziły tylko okrężną drogą, ruszały przez dziesięciolecia kolejne fale emigracji: najpierw zabijacy i awanturnicy (podobno na czele jednego z kaedweńskich komuników jechała zbuntowana Aideen, nieślubna córka tamtejszego monarchy), potem wszyscy, którym w domu powtarzano, że jak im się nie podoba, to wolna droga do Koviru. Pojechali więc uczeni z wariackimi teoriami, konstruktorzy, czarodzieje od stawiania falochronów, kupcy, hodowcy i górnicy, przekonani, że skoro na wierzchu taka bieda, pod spodem musi być bogactwo. I bogactwo tam było: po ćwierćwieczu Kovir wydobywał tyle kopalin, co Redania, Aedirn i Kaedwen razem wzięte, kontrolował znaczną część światowego wydobycia kruszców, w tym rzadkości pokroju dwimerytu, oraz ponad osiemdziesiąt procent wydobycia złota.

Na tym tle rozegrała się historia, którą Dijkstra wspomina z gorzką ironią. Król Radowid III, chytry i skąpy jak jego wielki pradziad, obłożył wszystkich poddanych i wasali „pontarską dziesięciną" na wojnę z Aedirn i zażądał jej także od kovirskiego apanażu. Posłowie wrócili z Pont Vanis, o którym mniemano, że to gródek z drewnianym ostrokołem, z wieścią, że to ogromne miasto i letnia stolica królestwa Koviru, a król Gedovius uprzejmie odpowiada, iż niczyim wasalem nie jest: Tretogor nigdy nie brał od Koviru trybutu ani służby, niech więc pilnuje własnego nosa. Redania z Kaedwen i Temerią odpowiedziały retorsyjnymi cłami i bezwzględnym prawem składu, na morzu zaczęła się zabawa w kotka i myszkę, a gdy redański patrolowiec spłonął w starciu z kovirskimi fregatami, Radowid Ryży ruszył uczyć wasala moresu. Czterotysięczna armia sforsowała rzekę Braa, kaedweński korpus wkroczył do Caingorn i po tygodniu nędzne niedobitki obu wojsk wlokły się do domu: złoto północnych gór opłacało bowiem stałą armię dwudziestu pięciu tysięcy kondotierów, zaprawionych w bojach zawodowców wiernych kovirskiej koronie za niebywale szczodry żołd, emeryturę i premie za wygrane bitwy, prowadzonych przez dowódców, którzy jeszcze niedawno służyli Redanii i Kaedwen. Ryży umiał uczyć się na błędach: uśmierzył generałów i zainicjował rokowania, godząc się nawet na upokorzenie, jakim była podróż do Lan Exeter. Płynących Wielkim Kanałem królów zatkało na widok bogactwa, jakiego nie znali, a na schodach pałacu Ensenada powitali ich Gedovius i Gemma słowami „drogi stryjaszku" i „kochany dziadku": on był wszak Trojdenidą, ona wiodła ród od zbiegłej Aideen. Udowodnione pokrewieństwo poprawiło nastroje, ale rokowań właściwie nie było; „dzieci" podyktowały, „dziadkowie" podpisali. Tak powstał Pierwszy Traktat Exeterski, zwany od pierwszych słów preambuły Mare Liberum Apertum: morze jest wolne i otwarte, handel jest wolny, zysk jest święty, a Kovir nie jest niczyim wasalem, lecz niezawisłym, neutralnym królestwem. Dla ratowania honoru pokonani dostali dożywotnie, czysto tytularne korony, oczywiście z zastrzeżeniem de non preiudicando. Po wygaśnięciu królewskiej gałęzi Trojdenidów na tron wstąpił Esteril Thyssen, założyciel domu Thyssenidów, a jego potomkowie, skoligaceni z wszystkimi dynastiami świata, nigdy nie mieszali się w cudze sprawy, nie podnosili roszczeń i nie uzurpowali sobie rządu nad falami. Kovirowi wystarczała świętość handlu i zysku oraz absolutna, niezachwiana neutralność.

Do Ensenady Dijkstra dostaje się dyskretnym tylnym wejściem, z czego jest rad połowicznie, bo i tak czekają go schody, a w zgruchotanej niegdyś i magicznie wyleczonej kostce odzywa się na wilgoć tępy, złośliwy ból. Szpieg wie, że winnemu tego cierpienia wiedźminowi również łamano kości, i życzy mu w duchu, by rwało go jak najdłużej. Dziwi go pompa powitania, gęstniejący szpaler lokajów ze świecznikami, aż wchodzi do komnaty i dziwić się przestaje: zamiast ministra czeka na niego sam Esterad Thyssen, król Koviru, Poviss, Naroku, Velhadu i Talgaru, wysoki, zbójecko przystojny mężczyzna wyglądający na krzepkiego marynarza, oraz jego małżonka Zuleyka, niewysoka, sympatycznie nieładna kobieta w szaroburej sukni i odziedziczonym po antenatkach czepku, która przez całą audiencję nie przerywa szydełkowania. Powszechnie wiadomo, że król kocha ją bezgranicznie od dwudziestu dziewięciu lat i nigdy jej nie zdradził; Dijkstra w takie rzeczy nie bardzo wierzy, ale sam trzykrotnie podstawiał królowi efektowne agentki i nic z tego nie wyszło.

Audiencja jest nieoficjalna, w sześcioro oczu, i Esterad od razu wykłada, czemu rozmawia osobiście: wie, że Dijkstra nie cofa się przed przekupstwem, a po co wodzić urzędników na pokuszenie. Szpieg bez zmrużenia oka wycenia planowaną łapówkę dla ministra na tysiąc novigradzkich koron, z opcją do półtora. Król oświadcza, że za to go lubi, bo Dijkstra jest wprawdzie strasznym skurwysynem, ale skurwysynem porządnym i przyzwoitym, który mając miliony okazji, nigdy nie ukradł nawet pół szeląga z państwowej kasy. Nie oznacza to sympatii bezwarunkowej: w oczach Esterada intryga, szantaż, tortury i skrytobójstwo w służbie racji stanu nie stają się przez tę służbę ani trochę lepsze, a ludzie z tak zwanym szerokim spojrzeniem, fanatycy społecznego ładu, najpewniej ze wszystkich nie dostrzegają pojedynczych ludzi. Gdy Dijkstra zgaduje, że król cytuje Nicodemusa de Boot, Esterad poprawia: to Vysogota z Corvo, mniej znany, ale też dobry etyk i filozof, którego lekturę poleca, o ile w Redanii nie spalono jeszcze wszystkich jego książek. Przechodzi wreszcie do rzeczy, streszczając żonie sytuację gościa: po tragicznej śmierci króla Vizimira Redanią rządzi Rada Regencyjna, banda arystokratycznych idiotów, która w obliczu zagrożenia ucieknie albo zacznie łasić się do nilfgaardzkiego cesarza, i to pogardzany przez nią szpieg przepłynął morze, by ratować ojczyznę. Na pytanie, czego Redanii brakuje, pada odpowiedź w stylu Dijkstry: oprócz braku pieniędzy wszyscy zdrowi. Potrzebny jest milion bizantów.

Scena przenosi się do stolicy Nilfgaardu. Złotowłosa Cantarella relacjonuje Assire var Anahid wszystko, co Vattier de Rideaux wygadał przy niej z przebiegu narady u cesarza, uzupełnione o teczkę map, którą obejrzała sobie, gdy zasnął. Wiosną ruszy ofensywa na niespotykaną skalę, ponad trzysta tysięcy ludzi i elfów: główne uderzenie poprowadzi Grupa Armii „Środek" Menno Coehoorna na Temerię, ku rubieży Pontaru i linii Novigrad, Wyzima, Ellander; flankę zabezpieczy Grupa Armii „Wschód" księcia Ardala aep Dahy, bijąc prewencyjnie na Dolinę Pontaru i Kaedwen, by związać wojska Henselta; na zachodzie Specjalna Grupa Operacyjna „Verden" księcia Joachima de Wett ma opanować Cidaris i szczelnie zamknąć blokadę Novigradu, Gors Velen i Wyzimy. Assire unosi brwi: obaj wyznaczeni książęta to ojcowie panien wykreślonych z małżeńskich planów Emhyra, a jeśli cesarz wie coś o spisku obrażonych książąt, to nie od Vattiera, bo ten mu nic nie powiedział. Szef wywiadu ma zresztą inne zmartwienia: cesarz publicznie nazwał go niedołęgą z powodu tajemniczego zniknięcia Stefana Skellena z całym oddziałem, a potem żartem spytał, czy nie powstała aby jakaś sekretna organizacja, utajniona nawet przed nim. Bystry jest imperator, kwituje Cantarella, blisko trafia. Pada też nazwisko agenta, którego Vattier miał w oddziale Skellena i który zniknął razem z nim: Neratin Ceka. Assire myśli w duchu, że jest równie przygnębiona zniknięciem Jediaha Mekessera, tyle że ona, w odróżnieniu od Vattiera, wkrótce będzie wiedziała, co się wydarzyło. Rience z Vattierem więcej się nie kontaktował. Na koniec Cantarella pyta, jak długo jeszcze ma grać rolę niemądrej kochanki, bo chciałaby wrócić na studia; jeszcze trochę, dziecko, odpowiada czarodziejka. Po rozmowie Assire raz jeszcze czyta list od Fringilli Vigo, bawiącej w Toussaint: niepokojący, bo między wierszami niesie treści, które Assire wyczuwa, ale ich nie pojmuje. Po północy uruchamia megaskop i łączy się z zamkiem Montecalvo; Filippa Eilhart, w króciutkiej nocnej koszuli, ze śladami uszminkowanych ust na policzku i dekolcie, otacza się sferą dyskrecji i wysłuchuje wszystkiego.

W Ensenadzie tymczasem trwa wykład strategiczny. Esterad dotyka pozłacaną różdżką ramy obrazu i malowidło z królem Gedoviusem ustępuje miejsca plastycznej mapie świata (Dijkstra zerka po innych płótnach, zachodząc w głowę, które kamufluje tę drugą, osławioną mapę Esterada, obrazującą całą siatkę kovirskiego wywiadu, do której od lat bezskutecznie szuka dojścia). Niebieskie kwadraciki układają się w kształt smoczych szczęk gotowych schrupać czerwone: stan na dwudziestego szóstego października jest taki, że Brugge i Sodden zajęte, twierdze Razwan i Mayena padły, armia temerska pobita w bitwie pod Mariborem i odepchnięta na północ, a sam Maribor oblężony, choć jeszcze się trzyma i wedle obu rozmówców utrzyma, bo Nilfgaardczycy zaszli za daleko, nadmiernie wyciągnęli linie zaopatrzenia i przed zimą cofną się skrócić front. Po drodze Esterad zauważa cierpko, że aneksją Północnej Marchii król Henselt, którego ocenę moralną zostawia historykom, zagrodził Emhyrowi drogę do Doliny Pontaru i zabezpieczył flankę Temerii oraz Redanii; Dijkstra przyznaje, że podziękował mu za to, ale po cichu, bo w Tretogorze gości król Demawend, a ten wyraża swoją ocenę postępku Henselta w krótkich a dźwięcznych słowach. Foltest swoimi tchórzliwymi rokowaniami z cesarzem kupił dokładnie szesnaście dni pokoju, nim Emhyr bez ceregieli złamał pakt. Wniosek z mapy jest bezlitosny: Redania wystawi trzydzieści pięć tysięcy liniowego żołnierza, a podobną armię Demawenda i Meve Emhyr rozwalił w dwadzieścia sześć dni. Potrzebna jest bitna, dobrze wyekwipowana konnica, właśnie za jakiś milion bizantów. Tyle że, jak sucho przypomina król, Kovir wiąże z Cesarstwem traktat podpisany jeszcze przez jego dziada Esterila z imperatorem Fergusem var Emreisem, a litera traktatu nie pozwala wspierać wrogów Nilfgaardu ani wojskiem, ani pieniędzmi na wojsko. Na argument, że po zdławieniu Temerii i Redanii Emhyr spojrzy na północ i traktat nie będzie wart funta kłaków, Esterad odpowiada wykładem o małżeństwie: paktów nie zawiera się z myślą o zdradzie, a strach przed rogami to żałosne usprawiedliwienie wymuszonego celibatu. Przy okazji, niby mimochodem, pyta o zdrowie małżonka pięknej Marie, markiza de Mercey, redańskiego ministra skarbu, dowodząc, że jego informatorzy sięgają głęboko; zaraz potem lojalnie przyznaje, że szpiedzy Dijkstry na kovirskich dworach też zasługują na najwyższe noty. Kazuistykę o „małej sumce, którą zwrócimy" ucina krótko: nie pożyczy ani szeląga, a Dijkstrze poszczęściło się, że został szpiegiem, bo w handlu nie zrobiłby kariery.

Nocą w monarszej sypialni, gdzie para królewska, ewenement wśród koronowanych głów, od zawsze sypia razem w jednym olbrzymim łożu, Esterad w szlafmycy bawi się berłem (oficjalnie nie robi tego nigdy, bojąc się opinii pretensjonalnego), a Zuleyka w okularach, w których wstydzi się pokazywać poddanym, czyta swoją Dobrą Księgę. Król zwierza się z przedziwnych snów: raz za razem staje nad nim jego zmarła matka, powtarza, że ma żonę dla Tankreda, i pokazuje sympatyczną, bardzo młodą dzieweczkę, w której Esterad rozpoznaje Ciri, wnuczkę Calanthe, tę samą, z którą jakoby chce się żenić Emhyr var Emreis. Królewiczowi Tankredowi żona by się przydała, może by się ustatkował, a sojusz brzmi pięknie: Kovir i Cintra, ujście Jarugi. Tylko czemu, u czarta, śni mu się akurat ona; i co to był za koszmar wtedy, w Ekwinokcjum, gdy obudził nawet Zuleykę, a szczegółów na szczęście nie pamięta. Może wezwać astrologa albo medium? Podpowiedź, że w Lan Exeter bawi pani Sheala de Tancarville, król odrzuca z miejsca: tej czarownicy nie chce, za mądra, rośnie mu tu pod bokiem druga Filippa Eilhart, a mądrym babom zbyt pachnie władza. Zamiast wróżbitów są mądrości proroka Lebiody z Dobrej Księgi, którą Zuleyka posłusznie kartkuje. Najpierw o wspieraniu ubogiego: miast dawać całego arbuza, daj pół, jeszcze lepiej ćwierć, a najlepiej spraw, by arbuza dał ubogiemu kto inny, bo zawsze znajdzie się taki, kto obdzieli, jeśli nie ze szlachetności, to z wyrachowania. Potem przypowieść o uczniu, któremu żal było oddać bliźniemu ukochanego psa: weź kota psotnego, szkodnika utrapionego, poradził prorok, i podaruj go bliźniemu, a zaznasz podwójnego szczęścia, bo kota się pozbędziesz, a bliźniego uradujesz, jako że bliźni najczęściej nie podarku pragnie, lecz być obdarowanym. Esterad najpierw wrzeszczy, że nie rozumie, co mają koty do rzeczy, po czym milknie i zamyśla się głęboko.

Co wymyślił, wyjawia dopiero rama z przyszłości. Po osiemdziesięciu pięciu latach, gdy o pewnych sprawach można już mówić bezpiecznie, sędziwy Guiscard Vermuellen, diuk Creyden, wnuk Esterada po najstarszej córce Gaudemundzie, opowiada, skąd naprawdę wziął się milion bizantów, za który Redania wyekwipowała konną armię. Nie ze skarbca Koviru, lecz ze skarbca hierarchy Novigradu: Esterad uzyskał novigradzkie pieniądze za udziały w powstających spółkach handlu zamorskiego, tworzonych, oto paradoks, przy aktywnej współpracy kupców nilfgaardzkich, tak że Nilfgaard w pewnej mierze sam opłacił zbrojenie redańskiego wojska, a skoro sam się dokładał, nie mógł mieć o to samo pretensji do innych. Dziadek, wspomina diuk, mówił przy tym coś o arbuzach i uśmiechał się szelmowsko. Drugi rozkaz wprawił ministrów w popłoch: z więzień, obozów internowania i zesłań wypuszczono ponad trzy tysiące ludzi, w większości nie kryminalistów, lecz dysydentów, popleczników obalonego króla Rhyda i uzurpatora Idiego, skazanych za dywersję i zbrojne rewolty. Idźcie i powypuszczajcie wszystkie moje psotne koty, szkodniki utrapione, powiedział król, śmiejąc się z niezrozumiałego dla urzędników żartu. Kotami okazali się późniejsi bohaterowie i okryci sławą dowódcy kondotierscy: Adam „Adieu" Pangratt, Lorenzo Molla, Juan „Frontino" Guttierez, Julia Abatemarco, która zasłynęła w Redanii jako „Słodka Trzpiotka". A na tarasie nad Wielkim Kanałem Esterad zdradził żonie jeszcze jedną korzyść z lektury proroka: koty zawsze wracają do domu, a gdy jego koty wrócą z żołdem i zdobyczą, on je opodatkuje.

Ostatnia robocza rozmowa króla ze szpiegiem odbywa się w cztery oczy, jeśli nie liczyć bawiącego się na podłodze ołowianymi żołnierzykami dziesięcioletniego chłopca; to właśnie mały Guiscard, syn Gaudemundy, jak wyjaśnia Esterad, jedyna nadzieja Koviru, gdyby Tankredowi „coś się przydarzyło". Dijkstra zna osobisty problem króla i wie, że Tankredowi już się przydarzyło: jeśli chłopak ma w ogóle zadatki na króla, to na bardzo złego. Sprawa Redanii jest załatwiona, oznajmia król, milion wkrótce trafi do tretogorskiego skarbca. Podnosi ukradkiem jednego z jaskrawo malowanych żołnierzyków wnuka, kawalerzystę ze wzniesionym pałaszem, i wręcza go szpiegowi: kto pokaże drugiego takiego, identycznego, ten będzie wysłannikiem króla, choćby nie wyglądał; każdy inny to prowokator. Na koniec Esterad z rozbawieniem egzekwuje zaległość: skoro przychylność ministra była warta tysiąc koron, to czyżby przychylność króla nie zasługiwała na łapówkę? Dijkstra płaci, dopowiadając za króla ulubioną sentencję o tym, że mieć tysiąc i nie mieć tysiąca to razem dwa tysiące.

W odległym skrzydle Ensenady wyjaśnia się, czyją partią grała ta rozgrywka. Sheala de Tancarville z powagą wysłuchuje relacji królowej Zuleyki, chwali ją, że zrobiła wszystko wedle poleceń, i zapewnia, że działały w słusznej sprawie, dla dobra kraju i dynastii. Zuleyka nieśmiało dopomina się o obiecaną zapłatę: o Tankreda. Czarodziejka ręczy słowem, że królewicz rozstanie się ze złym towarzystwem barona Surcratasse, pani de Lisemore i redańskiej ambasadorowej, bo persony te już nigdy nie odważą się go bałamucić, świadome konsekwencji; że wznowi naukę i będzie statecznym młodzieńcem; oraz że przestanie uganiać się za spódniczkami, przynajmniej do momentu, gdy przedstawiona mu zostanie Cirilla, księżniczka Cintry. Przy okazji wychodzi na jaw mechanizm królewskich snów: to Sheala je zsyła i na prośbę królowej obiecuje na jakiś czas zaprzestać, bo król zaczyna się dziwić, a gdy się dziwi, robi się podejrzliwy. W potęgę magii, uśmiecha się czarodziejka, czasami trudno uwierzyć, i tak właśnie być powinno. Chwilę później Sheala łączy się megaskopem z Montecalvo i melduje Filippie krótko: w Kovirze wszystko załatwione, pozytywnie. Dijkstra jeszcze nie odpłynął, bo prowadzi z Esteradem długie konwersacje; dziwnie przypadli sobie do gustu, król i szpieg.

Pożegnalne rozmowy zaczynają się od dowcipów o kovirskiej pogodzie (dwie pory roku, zima i sierpień; lato poznaje się po tym, że deszcz robi się trochę cieplejszy), ale Esterad szybko poważnieje: coraz wcześniejsze i dłuższe zimy niepokoją go naprawdę, bo było to prorokowane. W przepowiedni Itliny mowa o dziesiątkach lat nieustającego zimna, a Kovir przeżył kiedyś cztery lata słoty i nieurodzaju, po których ludzie zaczęliby masowo umierać z głodu, gdyby nie potężny import żywności z Nilfgaardu; oziębienie klimatu może zagłodzić wszystkich, a głód to wróg, z którym cholernie trudno walczyć. Rozmowa schodzi na sprawy wewnętrzne Redanii: z tych, którzy zdradzili na Thanedd, żywy pozostał tylko Vilgefortz. Po śmierci Yennefer, dopowiada Dijkstra: czarodziejka zginęła jakoby ostatniego dnia sierpnia, w zagadkowych okolicznościach, na osławionej Głębi Sedny między Wyspami Skellige a przylądkiem Peixe de Mar. Esterad oponuje spokojnie: Yennefer z Vengerbergu nie była zdrajczynią ani wspólniczką Vilgefortza, a jeśli szpieg zechce, dostanie na to dowody. Odpowiedź Dijkstry jest wyznaniem zawodowca: nie chce, a może zechce, ale nie teraz, bo teraz Yennefer jest dla niego wygodniejsza jako zdrajczyni. Król radzi mu nie ufać czarodziejkom, Filippie zwłaszcza (nigdy jej nie ufałem, pada w odpowiedzi, ale bez współpracy z nią Redania pogrąży się w chaosie), i wygłasza przestrogę serdeczną jak od przyjaciela: szafoty, izby tortur i straszny fort Drakenborg budują Dijkstrze złą legendę wilkołaka chłepcącego niewinną krew, a w dniu, gdy los się odwróci, nikt nie będzie pamiętał, że starał się być sprawiedliwy i nigdy nie krzywdził dla prywaty; kłamstwo lepi się do człowieka jak smoła i takim jak on nie daje się szansy na obronę. Mnie nie dostaną, odpowiada szpieg, a król przytakuje: i nie powinni, bo na tym świecie musi być, kurwa, jakaś sprawiedliwość. Narrator dopowiada, że przyszedł dzień, gdy obaj przypomnieli sobie tę wymianę zdań: Dijkstra w Tretogorze, nadsłuchując kroków morderców nadchodzących wszystkimi korytarzami zamku, Esterad na reprezentacyjnych marmurowych schodach wiodących z Ensenady do Wielkiego Kanału.

Sędziwy Guiscard, patrząc w otchłań wspomnień, opowiada bowiem i o tym, co stało się na owych schodach po latach. Zamachowców było tylko trzech, a dziadek, silny mężczyzna, mógł walczyć do nadejścia straży albo po prostu uciec. Nie zrobił tego, bo była tam babka: Esterad osłaniał i chronił wyłącznie Zuleykę, o siebie nie dbając, i gdy wreszcie przyszła pomoc, królowa nie miała nawet draśnięcia. Król otrzymał ponad dwadzieścia pchnięć i umarł po trzech godzinach, nie odzyskawszy przytomności.

Na razie jednak trwa pożegnanie. Esterad przytacza zdanie, na które trafił, otworzywszy Dobrą Księgę na chybił trafił: na drodze do wieczności każdy stąpać będzie po swych własnych schodach, niosąc swoje własne brzemię. Czas na mnie, odpowiada Dijkstra, pora nieść własne brzemię. Bywaj w zdrowiu, szpiegu. Bywaj w zdrowiu, królu.

„Flourens Delannoy zanotował w swoich klechdach historię króla, który bezgranicznie kochał małżonkę, i królowej, która całym sercem odwzajemniała jego miłość. Coś takiego, zaznacza bajarz, musiało skończyć się nieszczęściem.”
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.