Rozdział otwiera nocna scena bez nazw i bez dat. Zachodni wiatr przynosi nad wieś burzę, a gdy ulewa przechodzi, w ciemności dudnią kopyta, brzęczy broń i lecą dzikie hałłakowania. Rozbudzeni wieśniacy zapierają drzwi drągami i zaciskają spocone dłonie na styliskach siekier, mocno, ale bezsilnie. Dzieci pytają z płaczem, czy to demony, czy Dziki Gon. Matki odpowiadają, że nie, że gorzej: to ludzie. Przez wieś i noc leci hulajpartia.
Człowiek zwany Hotspornem zjeżdża znad wzgórka do stacji pocztowej nad rzeczką dopiero wtedy, gdy z daleka upewni się, że niebezpieczeństwem nie pachnie; jest zawodowcem i czujność nic go nie kosztuje. Na podwórzu stoi tylko furgon zaprzężony w parę mułów, z malowanym napisem „Mistrz Almavera, Kunsztownik Tatuażu" i niedużą purpurową rozdartą strzałą na skrzyni. Przybysza bezszelestnie otaczają Asse i Falka z dobytą bronią, ale opuszczają miecze, gdy ten ściąga kaptur: to swój. Dziewczyna nie może oderwać oczu od jego karej klaczy, lśniącej jak węgiel i tak pięknej, że wydaje się nierealna. Mówi z zachwytem, że gdy klacz biegła przez wodę, wyglądała jak istna kelpie, a spytana, czy widziała kiedyś prawdziwą kelpie, chmurnieje nagle i ucina, że tylko na obrazku i że dużo by o tym gadać.
W izbie stacji trwa uczta zwycięzców. Na stole półleży rozebrana od pasa Mistle, a klęczący między jej nogami chudy, długowłosy mistrz Almavera wykłuwa jej na udzie, tuż przy pachwinie, pąsową różę na zielonej łodyżce. Giselher, Iskra, Kayleigh i Reef siedzą przy winie i puzderku z fisstechem, który wcierają w dziąsła i wciągają nosem; stąd błyszczące oczy i nerwowe ruchy całej bandy. Szczury obwieszone są srebrem i klejnotami, bo gdy napada je zachcianka, płacą krawcom i rymarzom po królewsku, a moda złotej młodzieży od Thurn po całe Geso naśladuje już ich kaftany, kolczyki i strzyżenie „na Mistle". Stację trzymają „pod terrorem": gospodarza z rodziną zawarli w spiżarni, a ślad na trocinach wskazuje, którędy powleczono trupa pachołka, który chciał odgrywać zucha, nim skarciła go Iskra. Hotsporn wypomina hersztowi niewykonane polecenie i uprzedza, że od pierwszego września znakiem chroniącym przed napadem jest purpurowa rozdarta strzała, taka jak ta na wozie Almavery; skoro Szczury obrabowały artystę z jego kunsztu, przyjdzie im za tatuaże uczciwie zapłacić. Z rozmowy Ciri wynika jasno to, co wyjaśniła jej kiedyś Mistle: Hotsporn tylko uchodzi za kupca. Naprawdę jest człowiekiem gildii kupieckiej, przekazuje bandzie umówione znaki i wskazówki, kogo napaść, a kogo nie wolno tknąć. Ciri, która pokochała Szczury za swobodę i pogardę dla wszystkiego, przeżyła gorzkie odkrycie, że i one są czyimś narzędziem; nauczyła się jednak nie dziwić za dużo i nie oczekiwać za wiele, bo wtedy rozczarowanie mniej boli.
Opowieść przerywa rama: w chacie na Pereplucie po podłodze hasa mysi turniej, więc Ciri doradza Vysogocie sprawić sobie kota, najlepiej dwa. Pustelnik odpowiada, że kota miał, ale niecnota gdzieś powędrował i przepadł; jeśli coś go zagryzło, to chyba smok, nic mniejszego, a koty przecież zawsze wracają. Ciri dorzuca do ognia, bo noce są diabelnie chłodne, choć to jeszcze nawet nie połowa października. Starzec prosi: opowiadaj dalej.
Przychodzi kolej Ciri na igły. Choć przezornie oszołomiła się winem i fisstechem, ból jest nieznośny; zaciska zęby i dla honoru bierze udział w rozmowie, gdy Almavera wykłuwa jej w pachwinie taką samą różę jak u Mistle. Hotsporn wylicza tymczasem, jakie chmury ściągnęły nad bandę. Poluje na nią prefekt z Amarillo, polują Varnhagenowie, poluje wreszcie baron Casadei, którego córka po przygodzie z karetą do dziś zrywa się nocami z krzykiem, wspominając pana Kayleigha, a osobliwie pannę Falkę i zdartą z sukni broszkę po matce; baron zaklina się publicznie, że wszyscy zawisną głowami w dół z murów jego zamku, a z Falki każe zedrzeć skórę pasami. Szczury kwitują pościgi śmiechem: za Veldą zrobiły trzy zygzaki i durnie gonią wstecz zimnego tropu. Wtedy Hotsporn mówi to, po co naprawdę przyjechał: tropem Szczurów idzie Bonhart. Zapada długa cisza, nawet igły mistrza nieruchomieją. Ciri słyszy po raz pierwszy, kim jest ten człowiek: łowca nagród, dawniej żołnierz i wędrowny handlarz, sukinsyn, jakich mało; gdyby wszystkich przez niego zabitych chować na jednym żalniku, trzeba by pół morgi. Rozbił hanzę Dużego Lothara i zasiekł jego brata Muchomorka, podobno ciosem w plecy. Zabił Valdeza, po którym rozpadła się najlepsza hanza Południa, ta, o której śpiewa się pieśń o wyrwaniu się z obławy pod Sardą. Urażone porównaniem Szczury wyliczają własne przewagi: przedarcie się w szóstkę przez szwadron nilfgaardzkiej jazdy, odbicie Kayleigha Nissirom, przejazd trzech dziewczyn w biały dzień na wskroś przez traktiernię pełną Varnhagenów w miasteczku Druigh.
Hotsporn ma jednak dla bandy remedium na wszystko, na baronów i na Bonharta: wieść głosi, że lada dzień ogłoszona będzie amnestia, darowanie win każdemu, kto się ujawni, choćby wisiał już nad nim stryczek. Powód jest polityczny. Cesarz Emhyr bierze małżonkę i pragnie szczęścia także dla poddanych, a mariaż ma scementować Cesarstwo: żeni się z Cirillą, następczynią tronu Cintry. Z Cintry, wyjaśnia Hotsporn, cesarz chce uczynić państwo bluszczowe, formalnie osobne, owinięte wokół nilfgaardzkiego pnia jak Metinna, Maecht czy Toussaint; kłopot był w tym, że cintryjska linia królewska wygasła, bo królowa poległa w wojnie, a jej wnuczka Cirilla, jak mniemano, zginęła. Aż tu nagle Cirilla się odnalazła: mówią, że zła czarownica więziła ją w magicznej wieży na dalekiej Północy, ale dziewczyna zbiegła i poprosiła o azyl w Cesarstwie, a cesarz na jej widok zakochał się bez pamięci. Gdy Cintryjka zasiądzie na tronie, rebelie na północnych rubieżach przygasną, a górskie partie zejdą z lasów prosto do cesarskiej armii, bo za rzeką Yarrą trwa wojna i każdy żołnierz się liczy. Ciri nie wytrzymuje i wrzeszczy ze stołu, że to bujda i kłamstwo, że Nilfgaardczycy zwyczajnie zamordowali królową Calanthe; Giselher gromi ją za wtrącanie się, a Hotsporn z uśmieszkiem odnotowuje, jak to panna Falka błyska wiedzą o historii najnowszej. Na koniec pada oferta: gildia może, po spełnieniu warunków amnestii, oficjalnie zatrudnić Szczury i dać im ochronę. Giselher lodowato odpowiada, że banda poduma i uradzi, co uczynić. Hotsporn żegna się: przenocuje we wsi, a jutro ruszy ku granicy z Metinną i do Forgeham, gdzie do Ekwinokcjum będzie czekał na tych, którzy się zastanowią. Radzi nie mitrężyć, bo Bonhart gotów amnestię wyprzedzić: kwateruje o trzydzieści mil stąd, w osadzie Zazdrość, w zajeździe „Pod Głową Chimery". Gdyby nie zygzaki nad Veldą, Szczury wpakowałyby się na niego wczoraj.
Po jego odjeździe banda pochyla głowy nad świecą. Rachunek jest prosty: Bonhart raptem dzień drogi stąd, więc pojadą i zabiją skurwysyna. Pomszczą Valdeza i Muchomorka, przybiją głowę łowcy nad drzwiami oberży, żeby pasowała do nazwy, i pokaże się, która hanza najlepsza od Korathu po Pereplut; pieśni zaśpiewają o nich po jarmarkach i zamkach. A później, planuje Giselher, pomyśli się o amnestii: przezimuje się przyzwoicie i grzecznie, amnestią od chłodu nakryci, a wiosną, gdy trawka wyjrzy spod śniegu, wróci się do rzemiosła. Szczury śmieją się chórem, cicho i złowieszczo, a żona gospodarza stacji dygocze przy saganie.
Rama: Ciri opowiada, że wymknęła się ze stacji nad ranem jak złodziejka, ale nie zdołała ujść niepostrzeżenie. Mistle przydybała ją w stajni przy siodłaniu konia. Nie okazała zdziwienia i nie próbowała zatrzymywać. Vysogota ziewa, że do świtu i tu niedaleko, i odsyła dziewczynę spać; Ciri przyznaje, że w tym tempie opowieść zajmie tysiąc i jedną noc, mają już za sobą co najmniej dziesięć wieczorów. Mamy czas, odpowiada pustelnik.
Pożegnanie w stajni wraca we wspomnieniu ze szczegółami. Mistle pyta, przed kim Falka chce uciec: przed nią czy przed sobą. Ciri odpowiada, że skończyła z uciekaniem, że teraz chce coś dogonić i musi wrócić tam, gdzie wszystko się zaczęło. Na gorzkie pytanie, czy dzisiejsza czułość była pożegnalnym ostatnim razem, przyrzeka, że nigdy jej nie zapomni, że przyjedzie po nią poszóstną złotą karetą z orszakiem dworzan, bo niedługo będzie miała duże możliwości, i że sprawi, iż los Mistle się odmieni; może odzyskać nawet magię i wszystko, co straciła. Mistle wpatruje się w różowiejący brzask i mówi cicho, że bardzo będzie zdziwiona, jeśli jeszcze kiedyś się zobaczą. Prosi o pocałunek. Żegnają się słowami: kocham cię, Jemiołuszko; kocham cię, Sokoliczko. Ciri prosi jeszcze, by Mistle nie dała się zabić i pomyślała o amnestii, choćby Giselher i inni nie chcieli, po czym odjeżdża.
Przy skórach Ciri tłumaczy Vysogocie, co nią wtedy owładnęło. Mistle była pewna, że Falka stchórzyła i pognała za Hotspornem błagać o amnestię; naprawdę gnał ją gniew. W Kaer Morhen i w świątyni Melitele pogodziła się mądrze i spokojnie z tym, że nie jest już księżniczką Cintry i że dziedzictwo przepadło, ale odkąd próbowano ją zaćmić tytułem baronówny Casadei, a Hotsporn opowiedział o cudzym ślubie z „Cirillą", poczuła, że z jej przeznaczenia korzysta przez zwykłe szalbierstwo ktoś podstawiony. Nagle uświadomiła sobie, że niedojada, marznie i myje się w lodowatych strumieniach, ona, której należy się wanna ze złotej blachy, pachnąca woda i ogrzewane ręczniki. Była gotowa jechać do najbliższej prefektury i krzyknąć Czarnym w twarz, że to ona jest Ciri, że ich głupiemu cesarzowi podetkano bezczelną oszustkę. Na szczęście ochłonęła. Vysogota kiwa poważnie głową: cesarski ożenek nosi znamiona afery stanu i gry stronnictw, więc ujawniając się i psując szyki wpływowym siłom, nie uniknęłaby sztyletu albo trucizny. Ciri odpowiada, że pojęła to i dobrze zapamiętała: wyznać, kim jest, oznaczało śmierć. Miała się o tym przekonać, ale nie uprzedzajmy faktów.
Dogoniła Hotsporna szybko, bo się nie spieszył, i wcale się nie zdziwił. Na rozstaju dróg, kpiąc z symboliki miejsca jak z legendy o kamieniu, wskazuje kierunki: mistrz Almavera popędził muły na zachód ku miasteczku Fano, wschodni gościniec prowadzi do osady Zazdrość, którą bardzo odradza, na północ zaś jest amnestia. Ciri każe mu się wypchać amnestią i wypytuje o co innego. Upewnia się, że rzeka Yarra, o której mówiono na stacji, to nilfgaardzka nazwa Jarugi, i że u jej ujścia leży Cintra. Do Cintry, liczy Hotsporn zwyczajem wędrownych kupców, jest stąd dwadzieścia pięć do trzydziestu dni jazdy, ale wcale nie prosto na północ, bo drogę zagradzają bezdroża i bagniste pojezierza: najpierw do Forgeham, potem na północny zachód do Metinny, przez równinę Mag Deira kupieckim szlakiem do Neunreuth, dalej szlakiem północnym doliną rzeki Yeleny, którym bez przerwy ciągną transporty wojskowe, przez Nazair i Schody Marnadalu do Doliny Marnadal, a Dolina Marnadal to już Cintra. Na pytanie, po co jej ta wiedza, Ciri odpowiada hardo, że chce wstąpić na tamtejszy tron; Hotsporn unosi dłonie i obiecuje nie zadawać więcej pytań. Skoro sam jedzie ku Forgeham, proponuje wspólną drogę, złocącą się piaskiem dróżką między sosenkami. Ciri mierzy go najzimniejszym wzrokiem, na jaki ją stać, i mówi: jedźmy.
Jadą przez szary, mokry dzień dywanem opadłych liści, wśród zapachu kory i grzybów. Hotsporn raz po raz puszcza klacz w kłus albo galop, a Ciri przygląda się z zachwytem; klacz nie ma imienia, bo jej właściciel traktuje wierzchowce użytkowo i uważa nadawanie im imion za pretensjonalne. W drodze niby-kupiec zagaduje i uwodzi, a dziewczyna zbywa go półsłówkami i najeżoną obojętnością. Gdy Hotsporn wywodzi, że amnestia jej w ogóle nie dotyczy, bo obejmuje przestępców, a nie ofiary, i podpowiada gotową linię obrony (niepełnoletnia, w bandzie znalazła się przypadkiem, zdominowana i wykorzystana przez Mistle, której upodobania nie są tajemnicą), Ciri wybucha najpierw śmiechem, a potem zimną furią: przejrzała już takich, którym na myśl o niej i Mistle podnosi się grzebyk i którzy marzą o nawracaniu „zboczonej" na drogę prawdy, i to właśnie takie myśli są wstrętne i przeciwne naturze. Hotsporn przyjmuje odprawę z zagadkowym uśmieszkiem i prawi o jej zniewalającym uroku. Ciri pyta go wprost, czy dąży do tego, by się z nią przespać, po czym oznajmia, że czuje się zaszczycona, ale nic jej w nim nie pociąga. Prawda jest jednak bardziej skomplikowana, niż głosi: podnieca ją widok tańczącej na trakcie karej klaczy i wie, że stary łajdak to widzi. Na wszelki wypadek rachuje dni od ostatniego krwawienia, chłodno i z wyprzedzeniem, jak nauczyła ją Yennefer. Hotsporn delikatnie wyjmuje jej z włosów sosnowe igiełki, chwali turmalinowe kolczyki i obiecuje szmaragdy, bardziej pasujące do koloru jej oczu; Ciri cedzi, że gdyby nawet przyszło co do czego, zażądałaby szmaragdów z góry, bo taki jak on nazajutrz uznałby pamiętanie jej imienia za pretensjonalne. Kupiec śmieje się i nazywa ją Królową Śniegu.
Senną jazdę urywa wrzask i tupot: zza mijanych dębów wypadają konni. Ciri i Hotsporn zawracają konie i idą w karier tak zgranie, jakby ćwiczyli to tygodniami; nad głowami furczą strzały. Skręcają w las i w gąszcz, a wtedy Hotsporn dziwnie stęka, po chwili zsuwa się z siodła i wali w żurawiny. Ciri zeskakuje, odsyła własnego konia klapsem za uciekającą karą klaczą i pomaga rannemu stoczyć się w paprocie na dnie jaru; pogoń, tropiąca konie, przechodzi górą. Hotsporn ma w plecach żelazny siekaniec z arbaletu, uwięzły tuż przy kręgosłupie, więc zabrania go dotykać. To, jak mówi, zwykli grasanci, i na kpinę Ciri, żeby zaproponował im amnestię, każe jej tylko siedzieć cicho. Pokazuje jej tandetnie wyglądającą bransoletkę na przegubie: jest magiczna, klacz nosiła ją od źrebaka i przybiegnie na potarcie, jakby słyszała głos, a przy odrobinie szczęścia przyprowadzi też wierzchówkę Ciri. Ranny układa plan: dziewczyna ma go podtrzymywać w siodle i zawieźć w górę strumienia, na północ, do miejscowości Tegamo, gdzie znajdzie się ktoś umiejący wyjąć żelastwo z pleców. Bliżej, bo dwadzieścia mil kotliną w dół strumienia, leży Zazdrość, ale tam Ciri nie wolno jechać pod żadnym pozorem: Zazdrość to dla niej śmierć. Każe jej zapomnieć o Giselherze i o nich wszystkich, jeśli chce żyć, i obiecuje, że dotrzyma słowa o szmaragdach. Po czym, ranny i na wpół omdlewający, zaczyna ją całkiem przytomnie rozbierać. Ciri myśli: a niech tam, jestem ciekawa, wolno mi; potraktuję go użytkowo i bezpretensjonalnie zapomnę. Poddaje się dotykowi i przyjemności. Nagle Hotsporn nieruchomieje. Ciri czeka cierpliwie, pomna jego rany, aż czuje na piersi ciepłą strużkę. Krew. Hotsporn nie zasnął: umarł.
Rama nie oszczędza słuchaczowi niczego. Umarł z głową na moich piersiach, mówi Ciri, odwracając twarz do ognia, a jedyne, co wtedy czułam, to rozczarowanie; szokuje cię to? Vysogota odpowiada spokojnie, że akurat to nie. Ciri wyznaje, że stara się niczego w opowieści nie ubarwiać i nie zatajać, choć czasem ma ochotę. Trupa przywaliła byle jak gałęziami i kamieniami, a noc przesiedziała obok, bo w okolicy wciąż kręcili się „bandyci", których okrzyki brzmiały coraz mniej jak zwyczajni bandyci; nie wiedziała tylko, na kogo naprawdę polowali, na niego czy na nią. O świcie zdjęta z ręki zmarłego bransoletka zadziałała: kara klacz wróciła. Teraz należała do mnie, mówi Ciri. Na Wyspach Skellige jest zwyczaj, że dziewczynie należy się kosztowny podarek od pierwszego kochanka; co z tego, że jej pierwszy umarł, zanim zdążył nim zostać.
Klacz staje bokiem, jakby kazała się podziwiać: delfinia szyja, mała kształtna głowa o wypukłym czole, budowa zachwycająca proporcjonalnością. Ciri podchodzi z bransoletką na napięstku, chwyta tręzle i głaszcze aksamitny nos. Jesteś czarna i zwinna jak morska kelpie, mówi, jesteś czarodziejska jak kelpie, będziesz się więc nazywać Kelpie, i nie dbam, czy to pretensjonalne. Skraca puśliska po swojemu, do wysokiego dosiadu, obmacuje nietypowe płaskie siodło bez terlicy i kuli i pyta klacz, co powie na dwadzieścia mil galopu.
W ramie Ciri wyjaśnia, dlaczego pojechała w dół strumienia, a nie w górę. Zapamiętała nazwę Zazdrość i przypomniała sobie, co Hotsporn mówił na stacji do Giselhera. Pojęła, że w Zazdrości musiała być zasadzka: gdy Giselher zbagatelizował amnestię i pracę dla gildii, Hotsporn celowo napomknął o kwaterującym w osadzie łowcy nagród, wiedząc, że Szczury połkną taką przynętę i pojadą prosto w potrzask. Musiała ich wyprzedzić, przeciąć im drogę i zawrócić wszystkich, albo chociaż samą Mistle. Sądziła wówczas, że w Zazdrości czeka liczny, uzbrojony po zęby oddział. W najśmielszych myślach jej nie postało, że zasadzka to jeden człowiek. I nie miała pojęcia, jaki to człowiek.
Osada Zazdrość nazywała się kiedyś Birka i była wsią bogatą i malowniczą, póki wzgardzony przez młynareczkę elf z pobliskiej kolonii nie eksplodował zemstą i przy sprzyjającym wietrze nie puścił całej wsi z dymem; od siedmiu lat pogorzelisko odbudowane w jedną paskudną uliczkę nosi nazwę Ognista Zazdrość, dla skrótu po prostu Zazdrość, a uliczkę zamyka postawiony wspólnym trudem zajazd „Pod Głową Chimery". Tą uliczką, w chłodny i ponury poranek, jadą stępa Szczury, strzemię przy strzemieniu, z obojętną pogardą na twarzach. Ludzie pierzchają do domów, ryglują drzwi i okiennice; Giselher gromko ostrzega, że jedno szczęknięcie cięciwy, a będzie się tu rżnąć, Iskra sopranem dorzuca, że puści się kura czerwonego i zostawi ziemię i wodę. Banda zsiada z koni i idzie pieszo, dzwoniąc ostrogami i biżuterią, a Iskra tłumaczy zrzędzącemu Kayleighowi, że jeśli mają o tym śpiewać bardowie, nie można było zrobić tego nocą i po ciemku: ludzie muszą widzieć. Giselher łomocze kamieniem w drzwi oberży i banda skanduje: wyłaź, Bonhart. Powolne, ciężkie kroki. Łowca staje w progu z mieczem pod pachą, jajkiem na twardo w jednej ręce i glonkiem chleba w drugiej. Jest olbrzymi, choć chudy jak ghul, i wodzi po Szczurach wodnistymi oczyma, a te mimowolnie cofają się o krok. Bonhart odgryza kęs jajka i pyta niewyraźnie: a gdzie Falka?
Ciri pędzi tymczasem doliną strumienia i krzyczy klaczy w ucho, by biegła, ile sił; żwir gradem bije spod kopyt.
Bonhart nie spieszy się do walki. Naciąga łosiowe rękawice i wypytuje kpiąco, za co chcą go zabić; słyszy, że za Muchomorka, dla zabawy i dla świętego spokoju. Proponuje więc wybór, bo nagroda za Szczury jest niemała, a za żywych tylko odrobinę wyższa niż za martwych, jemu zaś wszystko jedno: jak wolicie, bym was wziął, po dobroci czy po złości? Po dobroci, radzi szczerze, znacznie mniej boli. Giselher przytrzymuje Mistle, syczy, że łowca chce ich rozwścieczyć, ale gdy Bonhart powtarza pytanie, banda dobywa broni jak na komendę. Mistle nazywa go kościanym dziadygą i obiecuje zabić jak starego, siwego psa. Bonhart wolno schodzi z ganku, popluwa na ostrze i rzuca: jak pląsać, to pląsać, graj, muzyko.
Skaczą ku sobie jak wilki, cicho i bez ostrzeżenia, a uliczkę wypełnia jękliwy szczęk stali. Potem, nagle, Szczury zaczynają krzyczeć. I umierać. Pierwszy wylatuje z kłębowiska Reef i plaska plecami o mur, bryzgając krwią na wapno; za nim chwiejnie wytacza się Asse i pada na bok. Bonhart wiruje jak fryga w migocie własnej klingi, paruje, uderza i bez przerwy atakuje, nie dając wytchnienia, a cofające się Szczury tną wściekle, zajadle i bezskutecznie. Iskra, cięta w szyję, pada w błoto skulona jak kocię, a krew z tętnicy sika na łydki przechodzącego nad nią łowcy. Kayleigh dostaje cios samym końcem miecza od obojczyka po biodro, a potem drugi, który zamienia bok jego głowy w szkarłatną miazgę. Mistle i Giselher wahają się moment, po czym zamiast uciekać, wrzeszczą jednym głosem, dziko i wściekle, i rzucają się na Bonharta. Znajdują śmierć.
Ciri wpada do osady w cwale, w bryzgach błota. Bonhart pcha właśnie obcasem leżącego pod murem Giselhera, który nie daje znaków życia, i podchodzi wolno do klęczącej Mistle; dziewczyna szuka miecza, macając rękami błoto i gnój, i nie widzi, że klęczy w szybko rosnącej czerwonej kałuży. Na krzyk Ciri łowca unosi głowę i uśmiecha się: Szczurzyca, siódma Szczurzyca, dobrze, że jesteś, brakowało mi ciebie do kompletu. Mistle znajduje miecz, ale nie ma już siły go unieść; czołga się pod nogi Bonharta i wpija palce w cholewy jego butów, a z otwartych do krzyku ust wyrywa się tylko karminowa struga. Bonhart kopnięciem zwala ją w gnój, a gdy dziewczyna, trzymając się za rozcięty brzuch, dźwiga się raz jeszcze, uderza zamaszyście jak kosą; cios ciska Mistle pod mur, miękką jak szmaciana lalka. Krzyk kona Ciri w gardle. Z mieczem w dygoczących rękach rusza na łowcę, wyzywając go od morderców i kanalii, a ten obserwuje ją ciekawie, przekrzywia głowę i pyta: będziemy umierać?
Jak wyglądało to starcie, opowie sześć dni później Stefanowi Skellenowi syn trumniarza, Nycklar: nikt nie wiada, czemu się nie pozabijali od razu, bo bardzo chcieli, ona jego, on ją; zwarli się ledwo na mgnienie oka, a bili tak szybko, że ludzkie oko ani ucho tego nie chwytało, i tańcowali kole siebie jak dwie łasice. Odskoczyli niedraśnięci: Szczurzyca wściekła i sycząca jak kocur, jegomość pan Bonhart całkiem spokojny.
Łowca, wyszczerzony jak prawdziwy ghul, przyznaje, że dzierlatka umie tańczyć i obracać mieczem, i zadaje pytanie: kim ty jesteś? Powiedz, a daruję ci życie. Ciri dyszy i czuje, jak ogarnia ją przerażenie, bo zrozumiała, z kim ma do czynienia. Wie, że nie wolno jej przyjąć mieczem żadnego jego uderzenia: przy każdej paradzie łokieć i przedramię przeszywa ból graniczący z paraliżem. Musi wyminąć zastawę teraz, w tym starciu, albo umrzeć. Bonhart idzie ku niej z wyciągniętym mieczem i mówi, że się nie boi tylko dlatego, że nie wie, jak wygląda śmierć. Ciri przywołuje w myślach Kaer Morhen, Lamberta, grzebień i salto: robi trzy kroki, półpiruet, fintę, salto w tył, przyklęk i nurkuje pod jego klingę do strasznego cięcia popartego skrętem bioder, a euforia podpowiada jej już, że ostrze zaraz wgryzie się w ciało. Zamiast tego jest twarde zderzenie metalu, błysk w oczach, wstrząs i ból. Sparował i odwrócił. Bonhart kopie leżącą w brzuch, drugim, precyzyjnym kopniakiem w łokieć wytrąca jej miecz. Ciri chwyta się za głowę, ale pod palcami nie ma rany: dostała pięścią albo głowicą miecza. Nie zabił jej. Sprał ją jak smarkulę.
Łowca, śmierdzący potem i krwią, dźwiga ją za włosy i wlecze, wrzeszczącą, do leżącej pod murem Mistle. Nie boisz się śmierci, warczy, to popatrz sobie, Szczurzyco, tak się umiera; przygina jej głowę i każe patrzeć na flaki, krew i to, co człowiek ma w środku. Ciri pręży się w suchych wymiotach. Mistle jeszcze żyje, ale oczy ma już zamglone i rybie, a jej dłoń, wąska, delikatna i mądra dłoń, zaciska się i rozwiera, zaryta w błocie i nawozie. Bonhart rechocze: tak się umiera, we własnych szczynach. Potem puszcza włosy Ciri, a dziewczyna osuwa się na czworaki obok Mistle, miotana suchym szlochem. Dłoń Mistle już się nie porusza.
Ostatnie słowa opowieści padają w ramie i głos Ciri robi się przy nich coraz bardziej głuchy i nienaturalny. Bonhart nie zabił jej: przywiązał ją za obie ręce do koniowiązu. Kazał tym, co się zbiegli, przynieść worek soli, antałek octu i piłę, a pachołkom rozkazał trzymać ją za włosy i za powieki, tak, by nie mogła odwrócić głowy ani zamknąć oczu. Trzeba zadbać, powiedział, by towar się nie zepsuł i nie uległ rozkładowi. Potem, po kolei, na jej oczach, odrzynał piłą głowy: Giselherowi, Kayleighowi, Assemu, Reefowi, Iskrze. I Mistle. Vysogota, który już wcześniej odgadł, co usłyszy, czuje, jak ślina wzbiera mu w ustach jak fala powodzi. Gdyby ktoś tej nocy zdołał zajrzeć przez szpary w okiennicach zagubionej wśród moczarów chaty, zobaczyłby, jak popielatowłosa dziewczyna z blizną na policzku trzęsie się od płaczu i dławi szlochem w ramionach siwobrodego starca, a ten głaszcze ją i poklepuje, niezgrabnie i machinalnie. Ale to nie było możliwe. Chata była dobrze ukryta wśród trzcin, na wiecznie pokrytym mgłą pustkowiu, na które nikt nie odważał się zapuszczać.
„Uczony badacz baśni pisał, że dziewczyna wkraczająca w wiek dojrzewania zaczyna zapuszczać się w dziedziny życia dotąd jej niedostępne, co baśnie oddają obrazem tajemniczej wieży i poszukiwaniem ukrytej w niej zakazanej komnaty (The Uses of Enchantment).”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Rzeź Szczurów w Zazdrości: Zwabione wieścią od Hotsporna Szczury wjeżdżają rankiem do osady Zazdrość, by zabić kwaterującego w zajeździe „Pod Głową Chimery" łowcę nagród i pomścić sławne hanzy Valdeza i Dużego Lothara. Bonhart wychodzi im naprzeciw z jajkiem na twardo w ręce i pytaniem „a gdzie Falka?", po czym proponuje wybór: po dobroci czy po złości. W starciu, którego ciosów nie chwyta ludzkie oko, w pojedynkę wycina całą szóstkę: giną Reef, Asse, Iskra, Kayleigh, Giselher i Mistle. Ciri, która pędziła ostrzec bandę, wpada do osady w chwili, gdy kona Mistle, i rzuca się na łowcę; ten paruje jej najlepsze cięcie, obala ją pięścią, wytrąca miecz kopniakiem i oszczędza, żądając, by powiedziała, kim jest. Potem przywiązuje ją do koniowiązu i na jej oczach, każąc pachołkom trzymać ją za włosy i powieki, odrzyna piłą głowy wszystkich sześciorga zabitych: dowód, za który zapłacą baronowie i Varnhagenowie. Banda, która terroryzowała Pogranicze od Korathu po Pereplut, przestaje istnieć, a jej siódmy Szczur zostaje własnością łowcy nagród.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.
Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.
Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.