Regis, poganiając muła Draakula, relacjonuje Geraltowi i jadącemu za nim Cahirowi dobre wieści. Cała trójka jest bezpieczna: Angoulême w porę dopędziła kompanię w dolinie Sansretour i o wszystkim opowiedziała, nie żałując barwnych słów, więc ostrzeżeni przed nadciągającymi bandytami bez zwłoki przekroczyli granicę Toussaint. Milva rwała się wprawdzie zawracać i iść obu na odsiecz, ale wampir jej to wyperswadował, a Jaskier, o dziwo, zamiast cieszyć się z azylu, miał wyraźnie duszę na ramieniu. Pościgu Regis się nie obawia: granica księstwa roi się od znudzonego błędnego rycerstwa szukającego okazji do bitki, a kompania wraz z napotkanymi pielgrzymami trafiła prosto do świętego gaju Myrkvid, którego okoliczni boją się jak ognia, bo wedle plotek intruz kończy tam spalony żywcem w Wiklinowej Babie. W gaju bytują bowiem druidzi: ci sami, których kompania szuka od Angrenu, a którzy z Caed Dhu wywędrowali najpierw nad jezioro Monduirn, a wreszcie do Myrkvid w Toussaint. Znajomą Regisa okazuje się nie znajomy, lecz znajoma, i to stojąca najwyżej: przewodzi całemu Kręgowi jako flaminika, bo tak nazywa się najwyższy druidzki tytuł, gdy nosi go kobieta.
Jest jednak rzecz zagadkowa, dla której wampir wyjechał obu na spotkanie. Flaminika nie dała mu nawet przedstawić sprawy: oświadczyła, że wie o wszystkim, o wiedźminie, o Ciri, o całej misji, i że od jakiegoś czasu spodziewa się ich przybycia. Dowiedziała się tego od osoby mieszkającej w jaskini, do której Regis ma polecenie skierować Geralta: w skalnym urwisku, za wodospadem spadającym do wypłukanego jeziorka, zieje czarny otwór. Warunki są kategoryczne i brzmią jak wyjęte z opowieści wędrownych bajarzy, co Geralt kwituje z przekąsem: wiedźmin, który nie jest już wiedźminem, ma wejść sam, bezbronny, zostawiwszy wszelkie ostre żelazo i wszelkie ostre myśli, w pokorze, a wówczas w czeluści znajdzie odpowiedzi na dręczące go pytania. Geralt zna te okolice i wie, że z przeważającą większością mieszkańców jaskiń pod Górą Diabła rozmawiać można tylko mieczem, ale ryzyko podejmuje. Miecz i resztę broni oddaje na przechowanie Regisowi.
Wejście do jaskini zawalone jest, zgodnie z oczekiwaniami, dekoracyjną stertą wiekowych czaszek i piszczeli. W środku otwiera się gigantyczna kawerna, las stalaktytów i stalagnatów, w którym wzrok szybko adaptuje się do mroku, a brak miecza na plecach doskwiera jak świeżo wykruszony ząb. Leżące u podnóży stalagmitów okrągłe głazy okazują się barbegazami: kudłate kule wybałuszają jarzące się ślepia, błyskają stożkowatymi kłami i turlają się za intruzem całymi stadami. Drogę zagradza echinops zdolny strzelać kolcami, które wędrują w ciele, aż dosięgną czułego organu, z ciemności szydzą nieartykułowane głosy („wiedźmin głupi, wiedźmin tchórzliwy"), a w but wczepia się stworek podobny z pyska do pekińczyka, z reszty do małpki, który wyzywa Geralta od sukinsynów i demonstracyjnie fajda mu na cholewę. Odepchnięty delikatniej, niż należało, i tak wywołuje wrzask, że skrzywdzono małego: barbegazi unieruchamiają wiedźmina sękatymi łapskami, a po stalagnacie zsuwa się pukacz, krępy, szeroki w barach na sążeń, z jeszcze szerszą rudą brodą, ziejący samogonem. Oznajmia, że od dziecka o tym marzył, i częstuje Geralta pięścią w zęby. Egzekucję marzeń przerywa dźwięczny rozkaz z głębi jaskini; pukacz, szczerząc krzywe zębiska, obiecuje poczekać, bo przecież tędy wiedźmin będzie musiał wracać.
W następnej, rozświetlonej słupami światła jaskini wysoki jasnowłosy elf w ubrudzonej farbą opończy kończy właśnie wielkie naskalne malowidło: stylizowanego bizona, którego koloruje na fioletowo i ozdabia tygrysimi pręgami, dodając niedbałe figurki łowców z dzidami. Wyjaśnia uprzejmie, że to prehistoryczne malowidło wykonane przez praludzi, którzy polowali tu przed tysiącami lat na dawno wymarłe fioletowe bizony. Ludzcy uczeni, którzy z zapałem szukają po jaskiniach dowodów, że nie są na tym świecie przybłędami, posikają się z radości na jego widok, gdy tylko sól zblaknie farbę, a Geralt, poproszony o twórczą sugestię, proponuje dorysować łowcom wielkie wzwiedzione fallusy, co elf skwapliwie czyni, wietrząc w tym materiał na teorię o fizycznej degeneracji rasy ludzkiej. Wiedźmin rozszyfrowuje artystę dwukrotnie: po pierwsze, że arcydzieła nie wytrzyma nie podpisać (podpis, ideogram podobny do ważki, już jest), po drugie, że fresk to kamuflaż, mający zniechęcić ludzi do rozkuwania ściany. Elf przedstawia się: nazywa się Crevan Espane aep Caomhan Macha, dla wygody używa aliasu Avallac'h, a jego tytuł naukowy brzmi Aen Saevherne, Wiedzący. Na pytanie, czy zechce się wiedzą podzielić, odpowiada początkowo tyradą o przywilejach, których nie dzieli się z potomkiem istoty, która wyewoluowała z małpy zaledwie pięć milionów lat temu. Geralt ripostuje spokojnie, że dzielenie się jest nieuniknione, bo minie parę lat i ludzie po prostu wezmą sobie każdą wiedzę, z tą ukrytą za freskami włącznie. Rozbawiony elf przyznaje mu rację, gwałtownym gestem rozwiera skalną ścianę, dzieląc fioletowego bizona na pół, i zaprasza do środka: doszedł do wniosku, że ma wiedźminowi coś do powiedzenia. I do pokazania.
Za ścianą, w ogromnej ciemnej grocie, Avallac'h wyczarowuje światło elfią modą, samym gestem. Z mroku wyłania się Tir ná Béa Arainne: aleje posągów, kolumnady, schody i amfiteatralne krużganki z białego marmuru z Amell, elfia nekropolia pod Gorgoną. Postaci elfów i elfek zastygłe w pół ruchu nie wyglądają na dzieło dłuta, raczej na efekt czaru zamieniającego żywą tkankę w marmur. To są korzenie elfiej rasy, mówi Avallac'h, i mają przetrwać nawet wtedy, gdy cały kontynent znajdzie się pod milową warstwą lodu. Bo taki właśnie los obiecuje światu proroctwo Ithlinne, które elf recytuje i tłumaczy z fatalistycznym spokojem, tyle że bez poezji: przesunie się granica wiecznej zmarzliny, góry zmiażdży sunący z północy lód i nadejdzie Tedd Deireadh, Czas Końca, Czas Białego Zimna i Wilczej Zamieci. Ludzie, jak ludzie i karaluchy, jakoś przetrwają, w ciepłych gaciach i futrzanych czapkach. Elfy ocaleją tylko wtedy, gdy pójdą za Jaskółką: wybawicielką, która otworzy Zakazane Drzwi, wskaże drogę i umożliwi odrodzenie świata. Jaskółką, Dzieckiem Starszej Krwi. Na pytanie, czy chodzi o Ciri, albo o dziecko Ciri, i dlaczego, Avallac'h nie odpowiada.
Prowadzi za to Geralta do posągu, który wyróżnia się nawet wśród niesamowicie realistycznych sąsiadów: marmurowa elfka półleży na płycie, obrócona twarzą ku pustemu miejscu u swego boku, którego zdaje się dotykać uniesioną dłonią, a na jej twarzy maluje się spokój i szczęście. To cenotaf Lary Dorren aep Shiadhal. Projekt wykucia w marmurze obojga legendarnych kochanków upadł: Cregennan z Lod był człowiekiem i postawienie mu statui w Tir ná Béa Arainne byłoby bluźnierstwem, ale jeszcze większą zbrodnią byłoby niszczyć pamięć o tym uczuciu, więc Cregennana formalnie tu nie ma, a jednak jest, w spojrzeniu i pozie Lary. Nic nie zdołało ich rozdzielić: ani śmierć, ani niepamięć, ani nienawiść. Geraltowi dwukrotnie wydaje się, że obojętny głos elfa zmienia się na moment, gdy o tym mówi, a Avallac'h gładzi marmurowe ramię posągu ostrożnym, delikatnym ruchem. Zaraz potem wraca do zwykłego drwiącego tonu i wykłada rzecz z elfiej perspektywy, zaczynając od największego minusa długowieczności, którym jest nuda w łóżku. Gdy po Koniunkcji Sfer zjawiły się na kontynencie niedobitki ludzi, przybyłe z innego świata, który zdążyły własnymi rękami totalnie zniszczyć, okazało się, że elfki, owulujące normalnie raz na dziesięć czy dwadzieścia lat, z ludźmi mogą mieć dzieci niemal na zawołanie. To elfki, tłumaczy Avallac'h, były orędowniczkami współistnienia ras i to przez nie elfy nie wytępiły ludzi, póki były silniejsze; potem role się odwróciły.
Lara Dorren nie była przy tym zwykłą elfką, lecz przygotowywanym przez setki lat ładunkiem genetycznym, który w połączeniu z właściwym elfim partnerem miał wydać dziecko jeszcze bardziej specjalne. Poczynając potomka z ludzkim czarodziejem Cregennanem, zmarnowała w oczach swoich rezultaty stuleci planowania; mezalians, myślano wówczas, nie mógł przynieść niczego dobrego. A jednak to ludzie, nie elfy, zamordowali Cregennana i zgubili Larę, choć wielu elfów miało powody, by nienawidzić kochanków, również osobiste. Współistnienie pękło jak bańka mydlana, a materiał genetyczny Lary przetrwał, rozwinął się i, jak mówi elf wprost, zmutował: Ciri, córka Pavetty, wnuczka Calanthe, prapraprawnuczka Riannon, jest prawdziwym potomkiem Lary Dorren i jest mutantem. Maczali w tym palce ludzcy czarodzieje, sprytnie łączący hodowlane osobniki w parki, ale eksperyment wymknął się im spod kontroli i trwał dalej samorzutnie; mało kto się domyśla, co było wyzwalaczem odrodzenia się genu w takiej potędze. Wie o tym Vilgefortz, ten sam, który na Thanedd porachował wiedźminowi kości, a dowiedział się prawdopodobnie przypadkiem. Wie cesarz Emhyr var Emreis. A Avallac'h, jak sam oświadcza, wie więcej niż obaj razem.
Po genealogii przychodzi cios. Wielka wyprawa ratunkowa, komunikuje elf, straciła sens całkowicie i z kilku powodów: po pierwsze jest już za późno, bo zasadnicze zło już się dokonało i Geralt nie zdoła ocalić przed nim dziewczyny; po drugie Jaskółka, która wstąpiła już na właściwą drogę, nosi w sobie zbyt potężną moc, by się czegokolwiek lękać, i pomocy nie potrzebuje; po trzecie, pomoże jej teraz ktoś inny, bo tylko arogant mógłby sądzić, że przeznaczenie powiązało tę dziewczynę wyłącznie z nim. Młyn przeznaczenia miele, a ingerencja w żarna Celu, Planu i Rezultatu może co najwyżej zmienić coś na gorsze; najrozsądniej byłoby wyszukać sobie spokojne miejsce i czekać na nieuniknione. Geralt odmawia bez wahania, bo w metafizyczne komunały, słynną wieszczbę Itliny i inne proroctwa zwyczajnie nie wierzy: ma je za taki sam kit jak naskalne malowidło, za fioletowego bizona. Pyta za to, starannie ważąc słowa, czy odzyska Ciri. Odpowiedź pada natychmiast i brzmi jak wyrok: odzyska, po to tylko, by natychmiast ją utracić, na zawsze i nieodwołalnie. Zanim do tego dojdzie, straci wszystkich, którzy mu towarzyszą, a jednego z towarzyszy w ciągu najbliższych tygodni, może dni, może nawet godzin. Bezpośrednim skutkiem jego ingerencji będzie śmierć kilkudziesięciu tysięcy ludzi, co zresztą nie ma wielkiego znaczenia, bo niedługo później życie straci kilkadziesiąt milionów: świat, jaki zna, po prostu zniknie, by odrodzić się w odmienionej postaci, i na to akurat nie ma wpływu nikt. Geralt kwituje: fioletowy bizon. I dziękuje.
Na odchodne Avallac'h proponuje jednak coś jeszcze: ściany Tir ná Béa Arainne mają szczególne właściwości, a on szczególne umiejętności, więc wiedźmin może zobaczyć Ciri. Wystarczy położyć ręce na skrzącym się krysztale, wpatrzeć się i myśleć intensywnie o tym, jak bardzo ona go teraz potrzebuje, powstrzymując się od gwałtownych reakcji, bo to będzie wizja, nie komunikacja. Pierwsze obrazy są niejasne i gwałtowne: odrąbana ręka na blacie stołu, krew rozbryzgana na szklistej tafli, kościotrupy na szkieletach koni, Yennefer zakuta w kajdany, czarna wieża, a za nią, w tle, coś jakby zorza polarna. A potem obraz nagle staje się aż nadto klarowny i Geralt wrzeszczy: Jaskier! Milva! Angoulême! Wizja przepada zepsuta, ale wiedźmin wie już, że jego druhom w druidzkim lesie grozi śmiertelne niebezpieczeństwo. Avallac'h studzi panikę rzeczowo: żaden koń nie zdąży do gaju Myrkvid przed zmrokiem, więc niech Geralt idzie po swój słynny miecz, a on tymczasem załatwi wierzchowca. Trochę, powiedziałby, nietypowego, ale za to takiego, który zrobi tę drogę w niecałe pół godziny.
Wierzchowcem okazuje się pukacz, ten sam, który częstował Geralta pięścią. Śmierdzi koniem, potem, uryną i wódką, i na tym podobieństwa do konia się kończą: gna jak opętany, ryczy praktycznie bez przerwy, wspina się na zbocza ledwo zwalniając, zbiega z nich tak, że powietrze wyje w uszach, pędzi po graniach i półkach tak wąskich, że Geralt zaciska powieki, i przesadza rozpadliny, których nie przeskoczyłby górski muflon. Wiedźmin, wpijając palce w kudły, ściskając udami kosmate boki i o mało nie odgryzając sobie języka, dowiaduje się, czym jest prawdziwa ekstremalność. Jazda kończy się równie bezceremonialnie, jak się zaczęła: pukacz wrywa pięty w ziemię i zrzuca pasażera na liście, po czym stwierdza ze zdziwieniem, że tamten nie spadł po drodze. Wskazuje kotlinę w dole, szczelnie wypełnioną mgłą, z której przeświecają wierzchołki wielkich drzew: oto Caed Myrkvid. Mgła nie jest naturalna, a od lasu czuć dym, więc radzi się spieszyć. Sam poszedłby z ochotą, bo aż go mdli z chęci do bitki, a o szarży na ludzi z wiedźminem na grzbiecie marzył od dziecka, ale Avallac'h zabronił mu się pokazywać, dla bezpieczeństwa całej podziemnej społeczności. Na pożegnanie prosi, by Geralt nie miał mu za złe tamtego ciosu w zęby, słyszy, że jest równy chłop, i zieje wódką z uśmiechem od ucha do ucha.
Mgła zalegająca las Myrkvid przypomina Geraltowi ochronne opary Brokilonu, podobna jest też dostojna i groźna atmosfera puszczy. I zupełnie jak w Brokilonie, już na skraju lasu wiedźmin niemal potyka się o trupy. Okrutnie zarąbani ludzie nie są ani druidami, ani Nilfgaardczykami, ani ludźmi Słowika: to pielgrzymi, o których mówił Regis. Przy stojącym na rozmokłej drodze wozie czterech bandytów dzieli łupy, a jeden piłuje smykiem znalezione gęśle, z których za nic nie umie wydobyć czystej nuty. Kakofonia tłumi kroki: sihill w rękach Geralta w kilka uderzeń serca kończy wszystkich czterech, a wiedźmin, strząsając krew z klingi, informuje zabitych, że słuchanie Słowika i Schirrú było głupim pomysłem i trzeba było zostać w domu.
Przy następnych wozach, wśród porąbanych pielgrzymów, leżą już także druidzi w ubroczonych białych szatach, a dym pożaru snuje się nisko przy ziemi. Tym razem zbójcy, przemieszani z Nilfgaardczykami, są czujniejsi i po pierwszym cichym cięciu rzucają się na Geralta z wrzaskiem. Z opresji wybawia go huk kopyt: z mgły wyłania się olbrzymi koń w kropierzu w złoto-czerwoną ukośną szachownicę, niosący rycerza w pełnej zbroi i śnieżnobiałym płaszczu, który wpada bandytom na karki i rąbie mieczem tak, że krew sika fontannami. Chwilę później role się odwracają: trzej bandyci ściągają rycerza z siodła i tylko wpadnięcie Geralta ratuje go przed ukatrupieniem na ziemi. Uratowany przedstawia się ze śpiewnym „na honor" jako Rycerz Szachownicy: rycerz błędny, który ślubował nie wyjawiać imienia ani klejnotu, a złoto-czerwona szachownica z literami A i H na jego tarczy to inicjały suzerenki, księżnej pani Anny Henrietty. Powalonych wrogów dobija pieczołowicie i bez wstydu, bo odkąd z jednym szelmą miał sprawę trzy razy pod rząd, wykańcza hultajstwo „na amen"; jest, jak wyjaśnia, błędny, ale nie obłąkany. Wołając swego konia Bucefała, prowadzi Geralta w głąb lasu.
Za pasem wielkich dębów płonie całe osiedle druidów. Bandyci i Nilfgaardczycy, kryjąc się za popychanymi wozami, szturmują wielki dom na palach wsparty o pień gigantycznego dębu, którego obrońcy odgryzają się celnymi strzałami. Geralt poznaje skrzekliwy głos Słowika z obandażowaną gębą i dostrzega przez moment półelfa Schirrú, kryjącego się za plecami Czarnych. Wtem ryczą rogi i na oblegających spada szarża kolorowego błędnego rycerstwa, a Rycerz Szachownicy rusza w bój, by i jemu trochę chwały skapnęło. Rozpierzchłych bandytów Geralt wycina po drodze, ale wojna przypomina mu o rachunkach za własne zaniedbania: strzelec z gabriela, poręcznego samostrzału, jakie po rekordowej kampanii reklamowej „obroń się sam" noszą już wszyscy bandyci, trafia go w ucho, bo unik przez obolałe kolano spóźnia się o cal. Zaraz potem naciera mały, ruchliwy jak łasica szermierz o nienaturalnie błyszczących oczach, wywijający krzywą zerrikańską saberrą z podziwu godną wprawą; błyskawicznie zauważa, że wiedźmin kuleje, i tnie z korzystnej strony, a Geralt broni się z coraz większym trudem. Ratuje go fisstech: nafaszerowany narkotykiem wirtuoz w środku finty kicha potężnie, smarcze i na mgnienie opuszcza zastawę, a sihill dochodzi do kręgów. Trzeciego napastnika, z maczugą, zdejmuje strzałą nadbiegająca Milva, która chwilę później kładzie jeszcze uciekającego Nilfgaardczyka i wzdycha ciężko, że będą wisieć, bo tu przecież Nilfgaard, a ona już drugi miesiąc strzela przeważnie do Nilfgaardczyków. Geralt prostuje: to Toussaint, nie Nilfgaard, po czym prosi o obwiązanie głowy, bo urwane ucho ciecze mu za kołnierz, a on bardzo je lubił.
Sprawa szubienicy robi się zresztą zaraz całkiem realna: z mgły wypadają z kopiami trzej błędni rycerze, biorąc dwójkę za grasantów, i trzeba chować się pod wóz. Sytuację ratuje nadjeżdżający Rycerz Szachownicy, który ręczy za oboje: niewiasta mężnie stawała w obronie pielgrzymów, a kawaler zwie się Geralt z Rivii, na pytanie zaś o herb wiedźmin odpowiada wyuczoną już formułą, że ślubował nie wyjawiać ani prawdziwego imienia, ani klejnotu, i jest po prostu błędnym Geraltem. Z domu na palach wychodzą całe i zdrowe niedobitki oblężenia: Angoulême, triumfująca, że mówiła przecież ciotce, iż wiedźmin przybędzie w sukurs, oraz Jaskier z lutnią i nieodłącznym tubusem, z grupką przestraszonych pielgrzymów. I wtedy dowodzący rycerzami baron de Peyrac-Peyran, o czarnej byczej głowie w herbie, pochyla się w siodle i pyta z niedowierzaniem: wicehrabia Julian? Jaskier, półgębkiem prosząc Geralta, by się nie mieszał, potwierdza. Baron promienieje, że ucieszy się księżna pani Anarietta, i oświadcza tonem nieznoszącym wymówek, że zabiera wszystkich do zamku Beauclair.
Geralt próbuje najpierw dokończyć wojnę: część grasantów ze Słowikiem i Schirrú na czele zbiegła za strumień i trzeba ich wyłapać. Okazuje się to niemożliwe, przynajmniej dla rycerstwa: tamta część lasu Myrkvid jest nietykalnym sanktuarium i na mocy kompaktatów zawartych przez księżnę Annę Henriettę z druidami rycerzom nie wolno tam stąpnąć nawet skrawkiem kopyta. Angoulême kwituje, że komu nie wolno, temu nie wolno, i podprowadza zbójeckie konie: ona ma ze Słowikiem niezamknięte rachunki, a wiedźmin chciałby jeszcze pogawędzić z półelfem. Do pościgu dołącza Milva, natomiast Jaskra baron nie puszcza, gwarantując za to na honor, że żadna ujma wicehrabiego nie spotka, a na osłodę wyjawia nowinę: książę Rajmund zmarł dwa lata temu na apopleksję. Poeta rozpromienia się gwałtownie, w pół zdania przechodzi od radości do żałobnej fasady i formuł o smutku i stracie, po czym z entuzjazmem rusza z rycerzami do Beauclair. Geralt obiecuje przybyć na zamek niezawodnie, choćby po to, by dopilnować, żeby dyshonor nie spotkał ich druha Jaskra. To znaczy, tfu, Juliana.
W pościgu za strumieniem Angoulême zdradza, czego Jaskier bał się w Toussaint: przed laty romansował z samą księżną, a jej mąż, książę Rajmund, poprzysiągł podobno, że wyrwie poecie serce, każe upiec i poda niewiernej żonie na wieczerzę. Trop szajki urywa się nagle w scenerii jak ze złego snu: naprzeciw jeźdźcom pędzi na oślep pojedynczy zbój, bez broni i czapki, krzycząc cienko i przeraźliwie, a twarz ma białą jak twaróg. Za nim nadchodzi to, przed czym ucieka. Stwór wygląda jak rosochaty wiekowy dąb, tyle że raźno maszeruje, miarowo tupiąc grubaśnymi korzeniami, wymachuje konarami, a dziupla w pękatym pniu okazuje się kłapiącą paszczą; w oplocie gałęzi niesie już czterech wyłowionych z wykrotów bandytów, z których jednego, przez nieuwagę, ścisnął za mocno. Konie panikują: Milva i Angoulême lądują na ziemi, Geralta zmiata z siodła konar, pod którym przegalopował jego wierzchowiec, a ból kolana niemal odbiera mu przytomność. Chwilę później cała trójka wisi już w powietrzu, opleciona gałęziami, a spod korzeni dobiega pogodne „paś, paś, paś, Drzewko" młodej druidki w kwietnym wianuszku, poganiającej potwora liściastą witką. Na protesty, że nie są zbójcami, odpowiada pogodnie, że wszyscy tak mówią.
Dębopotwór truchtem donosi połów na obszerną polanę, gdzie czeka grupa druidów w bieli i drugi taki stwór z trzema bandytami w konarach. Pośrodku polany piętrzy się wielki stos, a na nim, wsparta drągami, stoi upleciona z wikliny klatka w kształcie wielkiej pałubowatej kukły, pełna wrzeszczących i szamoczących się ludzi. Plotka o Wiklinowej Babie właśnie się materializuje, a wśród skazanych Geralt słyszy żabie skrzeki Słowika i widzi przyprasowaną do wiklinowych splotów, białą jak płótno twarz Schirrú. Wrzeszcząc z wysokości, przedstawia się flaminice jako przyjaciel Emiela Regisa, co natychmiast zmienia wszystko: wysoka, chuda kobieta o włosach koloru szarej stali, ściśniętych wiankiem z jemioły, i o łagodnych, bławatkowych oczach każe Drzewku postawić trójkę na ziemi. Nieprzytomną Milvę z połamanymi żebrami przejmują druidzcy uzdrowiciele, a flaminika wyjaśnia z rozbrajającą szczerością, że klatka miała być zimowym paśnikiem dla głodującej zwierzyny, ale skoro ludzie sami wyssali sobie z palca koszmar Wiklinowej Baby i obsmarowali nim druidów, to ona im ten koszmar właśnie funduje. Geralt błaga o wstrzymanie egzekucji, bo jeden ze skazanych ma dla niego ważne informacje. Odpowiedź, wypowiedziana sucho i z niezmienioną łagodnością spojrzenia, zamyka sprawę: flaminika nie wierzy w instytucję świadka koronnego, bo wymigiwanie się od kary jest niemoralne. Na próbę protestu Drzewko kładzie wiedźminowi konar na ramieniu i sadza go na ziemi.
Stos zajmuje się błyskawicznie. Z huczącego ognia dobiegają ryki i wrzaski, wśród których Geraltowi zdaje się, że rozróżnia rozpaczliwe skrzeki Słowika i wysokie, pełne bólu krzyki Schirrú, i myśli, że miał rację: śmierć nie zawsze jest taka sama. Po makabrycznie długim czasie Wiklinowa Baba litościwie eksploduje piekłem ognia, w którym nie może przetrwać nic. Wraz ze zleceniodawcą zamachu płonie jedyny trop do jego mocodawcy i wszystko, co Schirrú wiedział, a czego nie zdążył wyjawić. Angoulême przypomina cicho, że półelf miał przy sobie wiedźmiński medalion z wilkiem: właśnie stopił się w żarze, stracony na amen. Geralt, patrząc w bławatkowe oczy flaminiki, odpowiada po chwili, że trudno. Nie jest już wiedźminem. Przestawał nim być na Thanedd w Wieży Mewy, w Brokilonie, na moście na Jarudze, w jaskini pod Gorgoną i tutaj, w lesie Myrkvid. Będzie się musiał nauczyć obywać bez wiedźmińskiego medalionu.
„Physiologus poucza, że pukacz, zwany też knakerem, skarbnikiem albo rubezahlem, jest odmianą kobolda, którą wszelako wzrostem i siłą znacznie przenosi, a bytuje w sztolniach, grotach i pustaciach kamiennych, tam gdzie w ziemi skryte są kruszce. Dla górników to despetnik i istny dopust boży, ale przekupić go można, kładąc w ciemnym chodniku chleb z masłem, oscypek albo, najlepiej, gąsiorek okowity, na którą pukacz okrutnie jest łakomy.”
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.