Geralt, Cahir i Angoulême zjeżdżają z głównego szlaku wiodącego doliną Newi i jadą na skróty, przez góry: wąską, krętą ścieżką przytuloną do skał porośniętych różnokolorowymi mchami i porostami, wśród pionowych urwisk, z których spadają postrzępione wstęgi siklaw, przez wąwozy i chybotliwe mostki nad przepaściami. Graniasta klinga Gorgony zdaje się wznosić tuż nad ich głowami, choć szczytu Diablej Góry nie widać, bo utonął w chmurach. Pogoda, jak to w górach, psuje się w kilka godzin i zaczyna siąpić dotkliwie i wrednie, więc pod zmierzch cała trójka nerwowo wypatruje czegokolwiek z dachem. Nocleg znajdują w dziurawym pasterskim szałasie.
Przy ognisku z mokrej brzeziny Angoulême wykłada plan. Do Belhaven wjeżdżać nie ma po co: obcy na koniach rzucają się w oczy, a Słowik ma w mieście kupę informatorów. Rozważany wcześniej pomysł, by świadomie wystawić się na przynętę, dziewczyna ucina jako kiepski, bo wieść o jej pojmaniu na pewno już się rozeszła i widok jej w towarzystwie wiedźmina wzbudziłby podejrzenia, a co zaniepokoi Słowika, to dojdzie i do półelfa. Zamiast tego objadą miasto łukiem od wschodu, od wylotu doliny Sansretour, gdzie leżą kopalnie rudy; w jednej z nich Angoulême ma znajomka. Po co dokładnie, powie dopiero na miejscu, żeby nie zapeszyć.
Wypytywana przez Geralta, Angoulême opowiada przy ogniu swoją historię. Jej matka była w Cintrze szlachcianką wysokiego rodu z morskim kotem w herbie, ale ród wyparł się bękarta spłodzonego podobno ze stajennym: dziewczynkę oddano na wychowanie dalekim powinowatym, którzy źli nie byli, choć często przypominali jej, kim jest, a matka po kilku odwiedzinach przestała się pojawiać. Gdy wybuchła wojna z Nilfgaardem, zubożali krewni oddali piętnastolatkę do przytułku prowadzonego przez kapłanów przy świątyni. Przytułek okazał się zwyczajnym zamtuzem dla amatorów młodziutkich dziewczynek i chłopców. Angoulême dogadała się tam z dziewczyną i pięcioma chłopakami w swoim wieku: wyostrzyli kuchenne noże, z toczonych nóg dębowego krzesła zrobili pały, zarżnęli dwóch stałych bywalców, trzech kapłanów i pazia, przypiekli szafarza, aż wydał klucz od szkatuły, i poszli na zbój, na gościńce, w ślad legend o Szalonym Dei i braciach Cassini. Z całej tej gromady nie żyje już nikt: dwóch ostatnich, Owena i Abla, utrupili parę dni temu knechci Fulka Artevelde, przy czym Abel zginął, choć rzucił miecz, a samą Angoulême od gwałtu na rozłożonym płaszczu uratował dopiero oficer, który na uciechę nie zezwolił. Dziewczyna wciera przy tym w dziąsła fisstech (jednooki Fulko, przyznaje z uznaniem, co zabrał, to zabrał, ale proch zostawił) i proponuje wiedźminowi, że wie, jak okazać wdzięczność, jeśli tylko zechce. Cahir na te słowa pospiesznie wychodzi obejrzeć konie, a zawstydzony Geralt przypomina jej rzemień Milvy i obiecuje dokładkę, jeśli natychmiast nie umilknie.
Rankiem docierają do wypłuczki żelaznej rudy. W zboczu zieją oszalowane jamy szybów, po pomostach uwijają się ludzie z taczkami, a wywożony urobek płucze się wodą w kompleksie drewnianych koryt. Angoulême objaśnia, że wokół Belhaven takich kopalni i płuczek jest mnóstwo, a rudę wozi się do wytopu w doliny, do Mag Turga, gdzie są dymarki i lasy. Potem każe obu towarzyszom spojrzeć na buty, utytłane w szlamie o dziwnej czerwonawej barwie, i wykłada sedno: półelf, którego szukają, miał podczas rozmowy ze Słowikiem takie samiutkie czerwone błotko na kamaszach, a więc bywa w którymś z rudokopów. Jej znajomkiem jest tutejszy sztygar, krasnolud Golan Drozdeck, który właśnie maluje szyld „wiedźmin potrzebny, zapłata dobra, wikt i kwatera": w rudokopie „Mała Babette" rozpanoszyły się na dolnych chodnikach pukacze i barbegazi. Golan wita zmartwychwstałą, jego zdaniem, Angoulême ze zdumieniem, bo niejaki Mulica klął się pięć dni temu, że capnięto ją i wbito na pal w Riedbrune, i ostrzega, że Słowik jest na nią rozeźlony jak rozbudzona zimą rosomaka. Wypytywany o obcego półelfa kluczy jednak i zaczyna się targować, że za taką wiedzę można wziąć siekierką po łbie, więc powinna mu się opłacić. Geraltowi kończy się cierpliwość: chwyta krasnoluda za brodę, przewraca i świeci mu nożem w oczy, obiecując, że zyskać może ujście z życiem. Golan wykrztusza dwa słowa: kopalnia „Rialto".
„Rialto", duża kopalnia z odkrywką blisko szczytu wzgórza, niczym szczególnym nie różni się od mijanych po drodze rudokopów o nazwach w rodzaju „Fortunna Dziura" czy „Wspólna Sprawa". Zanim trójka zdąży odszukać rządcę, na placu załadunkowym wpada prosto na pięciu konnych: to ludzie Słowika, którzy przyjechali ściągać haracz i którzy Angoulême natychmiast rozpoznają. Dziewczyna, uprzedziwszy szeptem, że okradła Słowika przy ucieczce z hanzy i darowane jej to nie będzie, gra va banque. Wita szpakowatego Novosada i brodatego drągala Yirrela bezczelną gadką i oświadcza, że dwa dni temu, milę za Riedbrune, ona i jej nowi druhowie zarąbali wiedźmina, na którego był mokry kontrakt; zaliczki się nie upomina, ale druga rata, obiecana przez półelfa po robocie, należy się wedle prawa im. Novosad ma na to lepszy koncept: dostawi Angoulême Słowikowi w pętach, a ten już z nią wszystko obgada, ureguluje i załatwi, ze sporem o pieniądz półelfa Schirrú, z odpłatą za kradzież i z tym, że Stoki są dla nich za ciasne, włącznie. Gdy wyciąga rękę, by wziąć ją za kark, Geralt podstawia mu sihill pod nos. Novosad źle liczy: wychodzi mu, że pięciu to znacznie więcej niż troje, i rzuca się do bicia. Walka trwa pięć uderzeń serca. Geralt tnie Novosada w skroń i zasieka drugiego bandytę, rzucony nóż Angoulême wbija się pod brodę Yirrela, Cahir rozrąbuje czaszkę trzeciemu, a uciekającego czwartego zdejmuje rzuconym jak oszczep mieczem, trafiając równo między łopatki. Wśród wrzasków górników o mord i wojsko Angoulême zdziera jeszcze trupowi sakiewkę z pasa, nim z wrót magazynu narzędzi odzywa się dźwięczny głos: niezwykle wysoki, przystojny ciemnowłosy mężczyzna w towarzystwie dwóch ostrzyżonych osiłków słyszał niechcący rozmowę poprzedzającą zajście, w zabicie wiedźmina nie bardzo chciał wierzyć, ale teraz już tak nie myśli, i zaprasza całą trójkę do baraku. Angoulême kiwa wiedźminowi głową: mężczyzna jest półelfem.
W baraku mistyfikacja toczy się dalej, na ostrzu noża. Półelf, wysoki na dobrze ponad sześć stóp, z ciemnymi włosami związanymi w koński ogon i wielkimi migdałowymi oczami, zielonożółtymi jak u kota, wypytuje o szczegóły. Angoulême odmawia relacji z „roboty" (opisze ją kiedyś w pamiętnikach, na starość), a półelf jadowicie podsuwa, że widocznie dokonali jej aż tak wrednie i zdradziecko, że wstyd mówić; sam zresztą uważa, że wiedźmin Geralt z Rivii, naiwniak i głupiec, na lepszą śmierć i na legendę nie zasługiwał. Na dowód wykonania kontraktu Geralt rozpina koszulę i oddaje mu wiedźmiński medalion z głową wilka. Półelf waży go w dłoni, orzeka, że bibelot silnie emanuje magią i mieć go mógł tylko wiedźmin, po czym pieczołowicie chowa go za pazuchę i kładzie na stole zwitek papierów. A gdy Angoulême podchodzi, błyskawicznie łapie ją za włosy, zwala na blat i przykłada jej nóż do gardła, nacinając skórę, aż po szyi ścieka czerwony wężyk. Żąda rzucenia mieczy na podłogę i wyjawia z triumfem: rozpoznał Geralta od pierwszego rzutu oka, bo dokładnie mu go opisano, wraz ze wskazówkami, gdzie i w jakiej kompanii go szukać, a kto opisał, tego wiedźmin z pewnością się domyśla. Zna go zresztą nie tylko z opisu: już w lipcu śledził go w Temerii, aż do miasta Dorian, do siedziby jurystów Codringhera i Fenna. Geralt gra na zwłokę i zaczyna własne odliczanie, gotów przyjąć wymianę: życie Angoulême za krew półelfa na ścianach i suficie.
Pat przerywa tętent: na dziedziniec wjeżdża nilfgaardzka lekka kawaleria. Półelf śmieje się, że to już nie pat, lecz mat, bo przybyli jego przyjaciele. Do baraku wkracza kilkunastu ludzi pod wodzą jasnowłosego brodacza ze srebrnym niedźwiedziem na naramienniku i pod wycelowanymi kuszami wszyscy troje muszą rzucić broń. Powoływanie się na wiedzę i zgodę prefekta Fulka Artevelde budzi tylko chóralny rechot. Kapitan, w myślach Geralta ochrzczony Niedźwiedziem, wykłada bowiem miejscowy układ sił: nie są pierwszymi durniami, których Jednooki Fulko wykorzystał do własnych celów. Prefektowi solą w oku są zyskowne interesy, jakie kapitan prowadzi z panem Homerem Straggenem, przez niektórych zwanym Słowikiem, a że w ramach tych interesów Straggen został przyjęty na cesarską służbę jako dowódca ochotniczej kompanii ochrony górnictwa, Fulko mścić się oficjalnie nie może i najmuje łotrzyków, a teraz, jak widać, i wiedźminów. Sam Słowik też tu jest: to krępy, kolorowo odziany drab o wyłupiastych żabich oczach i jeszcze bardziej żabim głosie, który ściska pierś przytrzymywanej Angoulême i skrzeczy, gdzie są ukradzione mu perły i kamienie. Niedźwiedź orzeka krótko: zabili ludzi w służbie cesarskiej, zakłócili pracę kopalni, są szpiegami, dywersantami i terrorystami, a na tym terenie obowiązuje prawo wojenne, więc w trybie doraźnym skazuje ich na śmierć. Wiesza się ich zwyczajnie, proponuje, ale Słowik przyrzekł Angoulême złą śmierć: każe zaciosać drążek w szpic, bo dziewczynie od dawna pisany był pal.
Półelf upomina się o swoje. Obaj mężczyźni są mu potrzebni, zwłaszcza wiedźmin, a ponieważ nawlekanie dziewczyny potrwa, ten czas wykorzysta. Podchodzi do Geralta i przedstawia się czynami: nazywa się Schirrú, od lat służy swemu panu, mistrzowi Vilgefortzowi, i to on z jego rozkazu wykończył w Dorian Codringhera, wybebeszając starego łajdaka nożem za wścibianie nosa w sprawy mistrza, a obmierzłego potworka Fenna podpalił wśród jego papierów i upiekł żywcem, poświęciwszy trochę czasu, by posłuchać, jak wyje. Geraltowi mówi to wszystko dlatego, że jego też mógłby po prostu zadźgać, ale również poświęci trochę czasu i zachodu: każe podpalić smołę w maźnicy i przynieść łańcuch. Kompanom, którzy boją się brać charakternika gołymi rękami, tłumaczy uspokajająco, że bez wiedźmińskiego amuletu, który ma w kieszeni, wiedźmin czarować nie wydoli.
Egzekucję przerywa wojna. O węgieł baraku rozbija się naczynie z olejem skalnym i wybucha ogniście, kolejne bomby zapalające lecą na ludzi, konie i zabudowania, a ze szczytu wzgórza, z rusztowań i pomostów, sylwetki w szarych opończach i futrzanych czapkach śpiewem strzał i bełtów ogłaszają: niech żyją Wolne Stoki, śmierć nilfgaardzkim okupantom, precz z tyranem Emhyrem. W ognistym pandemonium ginie Niedźwiedź, trafiony pod mostek strzałą ukradzioną, choć nikt nie mógł tego wiedzieć, z wojskowego transportu i po bandycku przerobioną, z nadpiłowanym na rozprysk grotem, który pięknie rozpryskuje mu się w trzewiach. Padają Nilfgaardczycy, bandyci i osiłki Schirrú, ale wolnościowa strzelanina nie oszczędza i postronnych: jedno z kręcących się wszędzie dzieci przeszywa na wylot strzała gorzej celującego bojownika, drugie tratuje oszalały koń. Angoulême wyrywa się trzymającym, wyciąga nóż z cholewy i tnie Słowika z rozmachu: z gorącości chybia gardła, ale rozwala mu policzek niemal do samych zębów, aż herszt osuwa się na kolana, bluzgając krwią spomiędzy dłoni. Geralt podnosi upuszczony przez Niedźwiedzia sihill i sieje wokół śmierć w narastającym morderczym szale: za mgłą wściekłości szuka już tylko Schirrú, gotów do samobójczej szarży, w której nie liczy się nikt i nic. Otrzeźwia go dopiero krzyk Angoulême, by pomógł Cahirowi. Nilfgaardczyk chwieje się w siodle z twarzą zalaną krwią, a wiedźmin, zawstydzony, wspiera go i wszyscy troje cwałem uchodzą z płonącej kopalni, tuż przed nadbiegającym z dołu tłumem górników z oskardami i siekierami, spieszącym na pomoc kumplom z „Rialto".
Na zakręcie drogi Angoulême melduje, że pościgu im nie darują, i proponuje zgubić go na bezdrożach, ale Geralt, słuchając rzężenia własnego konia, każe pędzić gościńcem, najprostszą i najkrótszą drogą do Sansretour. Na wyjaśnienia nie ma czasu.
Wkrótce wierzchowiec wiedźmina pada, a Cahir spada z siodła i wymiotuje na czworakach. Wygląda makabrycznie: rzucony toporek, żeby było śmieszniej, nie ręką Czarnego ani nikogo od Słowika, lecz któregoś z kopalnianych gwarków, oddzielił mu skórę czoła i skroni wraz z włosami od kości czaszki na znacznej długości i tylko skrzep trzyma luźny płat na miejscu. Geralt ciasno obwiązuje mu głowę udartym rękawem koszuli i podejmuje decyzję: Cahir nie utrzyma się w siodle, więc zostają obaj z jego koniem w ukryciu, a Angoulême, która ma najlepszego wierzchowca, pojedzie dalej sama. Gdzieś w dolinie Sansretour czekają Regis, Milva i Jaskier, którzy o niczym nie wiedzą i mogą wpaść Schirrú w łapy; trzeba ich odnaleźć, uprzedzić i całą czwórką gnać do Toussaint, gdzie pościg nie wjedzie. Tłumaczyć ma się nie Milvie, lecz Regisowi, bo Regis będzie wiedział, co należy zrobić. Pościg, zapewnia Geralt, pojedzie za nią, bo prowadzi go Schirrú. Dziewczyna żegna się swoim „nie ucz dziada, jak charchać" i rusza.
Geralt nie odmawia sobie rzucenia okiem na ścigających. Jeźdźcy, wśród których kolorowi zbójcy Słowika przeważają nad czarnymi płaszczami, zatrzymują się przy padłym koniu tylko na krótką kłótnię i wznawiają pogoń drogą, uznawszy najwyraźniej, że dwoje uciekinierów jedzie teraz na jednym koniu i da się ich szybko dopaść. Czy sam Słowik jest w pogoni, czy został kurować posieczoną gębę, nie sposób dojrzeć. Potem zaczyna się mordęga: Geralt schodzi z Cahirem do koryta strumienia i brnie w górę wody, podtrzymując rannego i ciągnąc konia, a gdy Nilfgaardczyk przestaje przebierać nogami, bierze go na plecy i taszczy, choć kolano znowu pulsuje wściekłym bólem, a w oczach latają mu czarne i ogniste pszczoły. Nocują w pierwszej napotkanej jaskini, na której spągu walają się ludzkie czaszki i kości, ale leżą też suche gałęzie. Geralt przyszywa Cahirowi płat skóry do czaszki dratwą i krzywą igłą, co ranny znosi mężnie i przytomnie, a nocny kryzys gorączki przeczekują przy ognisku, rozpalonym z lekceważeniem ostrożności, bo w deszcz i wichurę nikt nie będzie wypatrywał odblasku ognia. Rano młody i silny Cahir dochodzi do siebie na tyle, że dzwoniąc zębami mówi przytomnie, a Geralt łapie ściekającą ze skał deszczówkę w kubeczki z brzozowej kory, bo obu dręczy pragnienie.
Przy ognisku w jaskini przychodzi rozmowa. Cahir przyznaje, że w kopalni się przestraszył: przez chwilę wyglądało, że dla wiedźmina nie liczy się już nic oprócz mordowania i że w amoku zasiecze Schirrú, a przecież z zabitego nie wyciągnęliby informacji. Odesłanie Angoulême uznaje za słuszne i wykłada program: pójdą za pościgiem we dwóch, ale nie po to, by mordować w berserkerskim szale, bo nawet w zemście musi być metoda; dopadną półelfa i zmuszą go, by powiedział, gdzie jest Ciri. Na twarde „Ciri nie żyje" odpowiada spokojnie, że to nieprawda i że Geralt sam w tę śmierć nie wierzy. Miał znowu sny: owszem, w Ekwinokcjum wydarzyło się coś fatalnego, on też to czuł i widział, ale ona żyje z pewnością, więc trzeba się spieszyć, tyle że nie do zemsty i mordu, lecz do niej. Geralt przyznaje z goryczą, że od przekroczenia Jarugi śni bardzo rzadko i snów po przebudzeniu w ogóle nie pamięta; coś się w nim skończyło, wypaliło, urwało. Cahir kwituje: to nic, będzie śnił za nich obu.
O świcie ruszają, obaj na jednym koniu z wojskowym nilfgaardzkim rzędem, stępa brzegiem Sansretour, rzeczki wiodącej do Toussaint, która im dalej, tym bardziej staje się rzeką. Geralt zna tę drogę: bywał tu bardzo dawno temu i wiele się od tego czasu zmieniło, ale nie zmieniła się dolina, nie zmieniły się Góry Amell ani górujący nad nimi obelisk Gorgony. Pewne rzeczy mają to do siebie, że po prostu się nie zmieniają.
Wieczorem, nad złowionymi na tarle pstrągami, Cahir opowiada wreszcie całą swoją historię z Cintry, a Geralt słucha, a w nim ciekawość walczy z uczuciem głębokiej przykrości. Nilfgaardzki wywiad miał na cintryjskim dworze szpiega, kamerjunkra, który podczas zdobywania miasta dał znać, że królewską wnuczkę będzie się próbowało wywieźć. Utworzono kilka grup przechwytujących; na grupę Cahira, młodego oficera, który nad rozkazem nie zastanawiał się ani sekundy, choć wolałby zdobywać sławę w polu, wiozący Ciri wpadli czystym przypadkiem. W płonącym kwartale miasta doszło do sieczki z pięcioma konnymi Cintryjczykami. Dziewczynka wylądowała na ziemi, a ten z Cintryjczyków, który próbował ją ratować, zginął przebity tak, że ostrze przeszło o cal od jej głowy; półprzytomna ze strachu, tuliła się potem do zabitego wroga, do znienawidzonego Nilfgaardczyka, jak kocię przy zabitej kotce, nie wiedząc nawet, kogo obejmuje. Cahir został z nią sam wśród trupów i ognia. Musiał zsiąść, bo koń nie chciał podejść; gdy ją podnosił, krzyczała, potem zemdlała, więc owinął ją zmoczonym w kałuży płaszczem i pojechał prosto przez ogień. Wyrwa w murze wyprowadziła ich nad rzekę, pechowo w miejsce przeprawy uciekających Nordlingów, więc zrzucił oficerski hełm z opalonymi skrzydłami, po którym rozpoznano by go natychmiast, i dwa stajania jechał wśród wrogów, nim odłączył się i skrył w krzakach nad rzeką niosącą trupy. Okropnie ubrudzoną dziewczynkę musiał rozebrać i umyć; nie broniła się i nie krzyczała, tylko sztywniała i kwiliła jak pisklę przy każdym dotknięciu, a on nie umiał nagle znaleźć słów w języku własnej matki, którym mówi się na Północy. Geralt szepcze, że dokładnie to prześladowało ją potem w koszmarach; Cahir odpowiada, że jego też. Dalej było przebudzenie bez niej, obłęd, z którego odnalazłszy go ludzie musieli go wiązać, przesłuchania podwładnych Vattiera de Rideaux, w kółko o to, gdzie jest Cirilla i jak mu uciekła, wreszcie wrzask o cesarzu polującym na małe dziewczynki jak krogulec, za który przesiedział ponad rok w cytadeli. Do łask wrócił, bo na Thanedd potrzebny był ktoś, kto mówi wspólnym i wie, jak Ciri wygląda.
Potem pada wyznanie właściwe. Cahir nie mógł o niej zapomnieć: bezustannie widywał ją w snach, i to nie jako chude dziecko znad rzeki, lecz jako kobietę piękną, świadomą i prowokującą, z takimi szczegółami jak pąsowa róża wytatuowana w pachwinie. Dlatego zgłosił się na Thanedd i dlatego przyłączył się do kompanii: chce ją jeszcze raz zobaczyć, dotknąć jej włosów, spojrzeć w oczy. Prosi, by się nie śmiać, bo myśli, że ją kocha. Geraltowi wcale nie jest do śmiechu; pyta tylko, czy Cahir chce jej dla siebie, czy dla swego cesarza. Odpowiedź jest realistyczna aż do bólu: ona go przecież nie zechce, a jako małżonkę cesarza mógłby ją przynajmniej widywać. Na prośbę, by nie zwodzić i powiedzieć szczerze, że Geralt nie pozwoli mu jej zabrać, wiedźmin nie odpowiada, a Cahir pytania nie ponawia; umawiają się, że do tego czasu mogą być druhami. Geralt raz jeszcze przeprasza za tamto oskarżenie, przyznając, że w gruncie rzeczy nigdy poważnie nie podejrzewał go o zdradę. Cahir odpowiada prosto: nie jest zdrajcą i nigdy wiedźmina nie zdradzi.
Jadą głębokim wąwozem wyżłobionym przez bystrą i szeroką już Sansretour, na wschód, ku granicy księstwa Toussaint. Gorgona wznosi się nad nimi tak, że chcąc popatrzeć na wierzchołek, musieliby zadzierać głowy. Ale nie zadzierają.
Najpierw czują dym, potem widzą ognisko i rożny z rozpłatanymi pstrągami, a przy ogniu samotnego osobnika. Jeszcze całkiem niedawno Geralt bezlitośnie wykpiłby każdego, kto śmiałby twierdzić, że on, wiedźmin, dozna kiedyś wielkiej radości na widok wampira. Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy poprawia rożny i mówi spokojnie: popatrzcie tylko, co też kot przyniósł.
„Anonimowe „Monstrum albo wiedźmina opisanie" poucza, że wiedźmin, zadając mękę i śmierć, czerpie z tego taką rozkosz jak człek pobożny z obcowania z małżonką, z czego jasno ma wypływać, że jest stworem naturze przeciwnym i zwyrodnialcem z najczarniejszego dna piekła, bo z cierpienia radość czerpać umie chyba tylko diabeł.”
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.