👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VI · Wieża Jaskółki

Rozdział 4 „Rozdział czwarty”

Rozdział 4 z 10 w tomie·44/50 w sadze·~21 min czytania
Tom VI · rozdz. 4/10
44/50 w sadze

Rozdział otwiera scena z przyszłości: sala cesarskiego trybunału i proces o zdradę stanu, w którym od zeznań zależy życie wielu ludzi, bo karą za zdradę jest śmierć. Na miejscu dla świadka staje Kenna Selborne, oficjalnie Joanna, doprowadzona prosto z cytadeli, z miejsca odosobnienia. Sucho pouczana przez sędziów, do protokołu podaje swoją profesję: jest czujną, psioniczką na usługach cesarskiego wywiadu. Umie słyszeć cudze myśli, rozmawiać na odległość z czarodziejem albo inną czujną i przekazać myślą rozkaz, który zmusza człowieka do zrobienia tego, czego ona chce; pod hipnozą miewa też przebłyski przyszłości. Trybunał wypytuje ją o sprawę „osoby podającej się za Cirillę, księżniczkę Cintry". Kenna zeznaje, że o żadnej Cirilli nie wiedziała: dopiero w śledztwie uświadomiono jej, że chodzi o tę, którą przy niej zwano Falką albo Cintryjką. Zaczyna więc od początku. Pod koniec sierpnia zeszłego roku w karczmie w Etolii zwerbował ją Dacre Silifant, ten sam, który teraz siedzi na ławie oskarżonych. Zbierał hanzę, oddział samych morowych chłopów i bab, do roboty dla cesarza i Cesarstwa, dobrze płatnej, a komendę miał objąć sam Puszczyk. Wyliczając towarzyszy z werbunku, Kenna dodaje spokojnie, że większość z nich już nie żyje, a ci, co przeżyli, siedzą na tej sali pod strażą.

Czternastego września Silifant przyprowadził swoich ludzi do Rocayne, przygranicznej stanicy strzegącej szlaku handlowego z Maecht do Ebbing, Geso i Metinny. Razem z czekającymi już na miejscu ludźmi Oli Harsheima i Berta Brigdena oddział urósł do dwudziestu dwóch osób. Stefan Skellen przyjmuje Silifanta z nogami na stole i chłodnym „długo kazałeś na siebie czekać", na co werbownik odpowiada urażony, że w dwadzieścia dwa dni zebrał hanzę, na jaką i roku mało. Podczas prezentacji poruczników, Neratina Ceki i Dufficeya Kriela, Puszczyk mruży oczy na widok pierwszego z nich i pyta wprost, czy to kobieta, czy mężczyzna. Silifant odpowiada z zimnym spokojem, że dokładnie tego nie wie, za to ma pewność, jakim Neratin jest oficerem, a pytanie miałoby znaczenie tylko dla kogoś, kto zamierzałby prosić go o rękę. Skellen przyznaje mu rację. Na podwórcu fortu oddział staje w idealnym ordynku, a koroner jedzie wzrokiem po twarzach, które zna osobiście albo z reputacji: elf Til Echrade, zwiadowca gemmerskich Pacyfikatorów, wachmistrz tej formacji Rispat La Pointe, Cyprian Fripp Młodszy, z którego starszego brata egzekucji Skellen ma w pamięci (obaj bracia słynęli z sadyzmu), złodziejka Chloe Stitz, rezun Andres Vierny, zbiegły ze Skellige pirat Stigward, zawodowy morderca Dede Vargas i mordujący z zamiłowania Kabernik Turent. Wszyscy oni są podobni, myśli Puszczyk: po zabiciu pierwszych pięciu ludzi tacy robią się jednakowi, z płaskimi, nieruchomymi jak u węża oczami, których wyrazu nie zmienia już żadna okropność. W duchu wzdycha też z nostalgią, że gdyby nie polityka, skrzyknąć by taką hulajpartię i pójść rabować na pogranicze jak za młodu. Głośno wydaje rozkazy: część oddziału jutro o świcie ruszy z zadaniami na terytorium Ebbing, które formalnie jest królestwem autonomicznym, więc działać należy dyskretnie, bez obnoszenia się z cesarską służbą i bez zaczepiania miejscowych władz.

Jeszcze tego samego dnia Skellen wzywa Kennę. Pyta, czy to ona jest tą Joanną Selborne zaplątaną w zniknięcie statku „Gwiazda Południa", a gdy odpowiada, że niczego jej nie udowodniono, wybucha śmiechem, bo takich właśnie ludzi lubi. Wyjaśnia, że jej talent miał się przydać na czarodziejów, ale najpierw przyjdzie mieć sprawę z inną, nie mniej zagadkową personą. Rozmowę przerywa zakurzony goniec z pilnymi wieściami i przeczucie Silifanta sprawdza się co do joty: jeszcze przed wieczerzą połowa hanzy siedzi w kulbakach. Jeźdźcy pędzą do Malhoun i przywożą stamtąd wyrostka.

Wyrostkiem jest Nycklar, syn trumniarza z osady Zazdrość, i zgubił go własny jęzor. Zamiast po wykonaniu zlecenia wrócić do domu, podekscytowany przygodą, dumny z wierzchowca i brzęczącego trzosa pojechał do Malhoun popisywać się przed znajomkami i pannami. Trzy wieczory stawiał kolejki i opowiadał, co cztery dni wcześniej zdarzyło się w Zazdrości, coraz śmielej stawiając w centrum wydarzeń samego siebie. Trzeciego wieczora do karczmy weszli zbrojni, a znajomkowie, którzy wczoraj pili za jego pieniądze, powtykali głowy pod blaty; nawet zastępca szeryfa odwrócił się do ściany. Nycklara wywleczono tak szybko, że ledwie trzy razy dotknął obcasami podłogi, i zawieziono do fortu. Tam nieduży, czarniawy, bogato odziany dowódca, bawiący się okutą pletnią człowiek o paskudnych oczach, grzecznie przeprasza go za kłopot i każe opowiadać prawdę. Chłopak opowiada więc wszystko: jak dziewiątego września rankiem Bonhart wyciął w pień bandę Szczurów, darowując życie tylko najmłodszej rozbójniczce zwanej Falką, jak zawiedli się ludziska, którzy zbiegli się patrzeć na kaźń, bo łowca pojmanej nie utrupił ani nie torturował, tylko ją skopał i strzelił kilka razy w papę, jak na oczach przywiązanej do koniowiązu dziewczyny odrzynał zabitym głowy i wyskubywał z nich kolczyki jak rodzynki z ciasta, a ona darła się i rzygała, oraz jak zapiął jej na szyi obrożę jak suce i zawlókł do zajazdu „Pod Głową Chimery".

Dalej Nycklar opowiada o swoim zleceniu. Bonhart, spocony po rzezi, zaordynował piwo i zakrzyknął, że chętka go bierze obdarować kogoś dobrym koniem i pięcioma florenami. Nycklar zgłosił się pierwszy, bo ojciec przepija wszystko, co zarobi na trumnach. Za konia (kasztankę z łysinką, bo karej klaczy Falki łowca zakazał ruszać) miał zawieźć dwa zapieczętowane listy: pierwszy do mistrza Esterhazy'ego, miecznika i płatnerza z Fano, drugi do wielmożnego Houvenaghela, kupca z Claremont. Czytać nie umie, ale gdy Skellen każe adiutantom wyliczyć mu na podwórzu trzydzieści nahajów, przypomina sobie w mgnieniu oka, co Houvenaghel powiedział przy lekturze do towarzyszącego mu jegomościa małego jak niziołek: że piszą mu, iż wnet może tu być taka w „szwalni" heca, jakiej świat nie widział. Zagadkę rozwiązuje tropiciel Boreas Mun: nie szwalnia, lecz szczwalnia. Ola Harsheim składa resztę: heca i szczucie to umówiony, niezbyt wymyślny szyfr, którym Bonhart ostrzegł adresatów przed pościgiem albo obławą. Tylko przed czyją? Zamyślony Puszczyk każe posłać grupy do Claremont i do Fano. Nycklar, wypytany jeszcze, czy Bonhart się spieszył, odpowiada, że łowca kazał sobie prać pobryzgane krwią odzienie i chodził po zajeździe w koszuli i gaciach, ale z przypasanym mieczem; myśli, że spieszno mu było jechać upomnieć się o nagrodę za głowy, a Falkę przecież po to ujął żywcem, by ją komuś dostarczyć, bo taka jego profesja. Za dobrą pamięć dostaje denara.

Opowieść wraca do Zazdrości i do tego, co widziały „detale" Nycklara. W zajeździe Bonhart każe Ciri się rozebrać. Gdy odmawia, uderza ją otwartą dłonią tak, że ziemia ucieka jej spod nóg; na jego pięści ciąży sygnet w kształcie trupiej główki, który rozcina jej policzek jak szerszeń. Za wybity ząb jest mu dłużna, oznajmia lodowato, więc przy następnym „nie" wybije jej od razu dwa. Ciri rozbiera się do naga na oczach osadników, powtarzając sobie w duchu, że jej tu nie ma i nic, co się zaraz stanie, jej nie dotyczy. Bonhart rozwiewa jej domysły z drwiną: rozbiera ją, by sprawdzić, czy nie ukryła na sobie magicznych sigli, heksów albo amuletów, a nie dla radowania oczu, bo jest chudym, płaskim niedorostkiem, brzydkim jak trzydzieści siedem nieszczęść. Zabiera jej całą biżuterię, kolczyki, pierścionki, naszyjnik i bransoletkę, odkopuje w kąt kubraczek z kołnierzem z niebieskiego lisa i srebrny pasek, bo nie będzie paradować jak papuga, po czym rozpędza gapiów. Właścicielka zajazdu, wdowa Goulue, ma przynieść strawę, a brzuchaty eldorman osady, przypomniawszy nieopatrznie o swoim urzędzie, zostaje pognany do pralni z ostrzeżeniem, że za zniszczenia w praniu odpowie jako osoba urzędowa. Nycklara łowca odprawia z listami w galop, obiecując, że jeśli skrewi, odnajdzie go i oszelmuje tak, że rodzona matka nie pozna.

Rama na Pereplucie: Ciri opowiada Vysogocie, że tego dnia Bonhart bił ją jeszcze dwa razy, pięścią i harapem, a potem mu się odechciało i tylko siedział, wpijając w nią w milczeniu rybie oczy bez brwi i rzęs, wodniste kulki z zatopionymi czarnymi jądrami. To przerażało ją bardziej niż bicie. Wciąż pytał, kim jest, ale milczała, więc uciekła głęboko w siebie, tak jak wtedy, gdy na pustyni Korath schwytali ją Łapacze: stała się drewnianą kukłą, nieczułą i martwą, na którą wszystko, co z nią robiono, patrzyła jakby z góry. Vysogota kiwa głową, że rozumie.

Zeznanie Kenny wraca do hanzy. Szesnastego września rankiem jej grupa dostaje rozkaz pędzić co koń wyskoczy do Fano: dowodzi Neratin Ceka, tropi Boreas Mun, obok jadą Kabernik Turent, Cyprian Fripp Młodszy, Chloe Stitz, Andres Vierny i Dede Vargas, a dwaj ostatni śpiewają czterdziestozwrotkową żołnierską piosenkę „Na wojence", lansowaną przez Ministerstwo Wojny i słynną z przeraźliwej nędzy rymów. Zawodowcy galopują tylko, póki widać ich z fortu, potem zwalniają, bo zajeżdżanie koni dobre jest dla amatorów. W drodze Chloe opowiada o dawnej służbie u Skellena i uspokaja Kennę, że u Puszczyka „z tym" nie ma musu, a Boreas wykłada, o co naprawdę chodzi: Bonhart miał z panem Skellenem umowę, że dziewczynę zwaną Falką zabije, i skrewił, bo zostawił ją przy życiu. Prawo pana Skellena jest zażądać, by z tego zdał sprawę. Chloe obstaje przy najprostszym wyjaśnieniu, że ktoś płaci za żywą więcej, niż Puszczyk płacił za martwą, ale Fripp zauważa, że Bonhart nigdy dotąd nie kłamał z raz danego słowa, tym dziwniejsze więc, że nagle zaczął. Koroner też zrazu myślał, dodaje Boreas, że łowca obiecał żywą Falkę jednemu baronowi z Geso, zawziętemu na bandę Szczurów, ale to okazało się nieprawdą. Dla kogo Bonhart chowa Falkę żywą, nie wiadomo.

Wspomnienie z Zazdrości pokazuje, skąd wzięło się to „nieprawda". Do osady wjeżdża czterech zbrojnych z luzakiem, a na widok tego luzaka Ciri robi się gorąco: to jej własna dereszka, wciąż pod jej siodłem i z naczółkiem, podarunkiem od Mistle. Konni należą do tych, którzy zabili Hotsporna. Dowodzi nimi smagły Windsor Imbra, seneszal barona Casadei z Geso, człowiek z czarnym wąsikiem jak nakreślona węglem kreska i z tikiem górnej wargi. Bonhart wychodzi im naprzeciw w koszuli i kalesonach, bo odzienie jeszcze mu nie wyschło, i uprzejmie kpi: jacy goście, takie powitanie. Imbra przypomina, że łowca obiecał baronowi żywą Falkę, i każe swoim ludziom, Rupertowi i Stavro, zabrać dziewczynę. Bonhart odmawia: rozmyślił się i zostawi ją sobie, do własnego użytku. Na wyrzuty, że trzy dni był na zamku barona goszczony, pojony najlepszym winem i karmiony pawiami za dawane obietnice, wzrusza ramionami. Na groźbę odebrania Szczurzycy siłą odpowiada, że czterech zasrańców nie zmusi go nawet do włożenia portek. Imbra, plując, wypomina mu, że słynął z dotrzymywania słowa, a teraz jego słowo mniej gówna warte; Bonhart przerywa lodowato, że jeśli Imbrze wypsnie się w gadaniu coś za grubego, będzie bolało, gdy będzie mu to wtłaczał z powrotem w grdykę. Wreszcie rzuca wyzwanie: za jakieś dziesięć dni stanie w Claremont i kto chce dochodzić praw, mścić zniewag albo odbierać Falkę, niech tam przybywa. Przybędę, obiecuje Imbra.

Rama: Ciri i Vysogota stoją na wzniesieniu nad bagnami, niedaleko miejsca, gdzie starzec znalazł ją dwa tygodnie temu, a Kelpie pije z rozlewiska. Ciri wspomina, że czuła bijący od czterech zbrojnych strach: bali się potwornie jednego człowieka w pocerowanych kalesonach, który byłby śmieszny, gdyby nie był straszny. Niemal słyszała myśli jeźdźca z małą kuszą u siodła, który obliczał, czy zdąży ją napiąć, i pewna jest, że nie zdążyłby. Coraz lepiej rozumiała wtedy, w czyje ręce wpadła, wciąż jednak nie pojmowała motywów: baron Casadei chciał jej żywej, Bonhart mu ją obiecał, a potem się rozmyślił. Czy chce wydać ją komuś, kto zapłaci więcej? Czy rozpoznał, kim naprawdę jest, i zamierza wydać ją Nilfgaardczykom? Z osady wyjechali przed wieczorem; pozwolił jej jechać na Kelpie, ale ręce skrępował i cały czas trzymał łańcuch przy obroży. Jechali prawie bez postoju całą noc i cały dzień, a po nim w ogóle nie było widać zmęczenia. To nie człowiek, mówi Ciri. To wcielony diabeł.

Grupa Neratina dociera do Fano o zmroku szesnastego września, trzy dni przed pełnią. Warsztat miecznika Esterhazy'ego, największe obejście w miasteczku, przypomina warownię z palisadą i wieżyczkami, a dzwon młotów niesie się z niego nieprzerwanie. Wpuszczeni po grzecznym kołataniu wysłannicy słyszą uprzejmą odmowę: na pytania o miecze warsztat odpowie chętnie i wyczerpująco, ale o gościach i klientach nie powie nic, bo tu jest Ebbing, królestwo autonomiczne i samorządne, choćby pozornie. Miecznik bawi się przy tym zawieszoną na szyi kościaną gwizdawką, o której Boreas uprzedził swoich: gwizd to hasło dla ukrytych rębajłów, zwanych w warsztacie „kontrolerami jakości wyrobów". Na przekupstwo i groźby Esterhazy odpowiada, że jedno i drugie warte jest wyłącznie plunięcia. Neratin i Boreas mają jednak w zanadrzu kozerną kartę: czujną. Kenna, która od wejścia delikatnie sondowała miecznika, przykłada chustkę do nosa (przy takim wysiłku grozi krwotok) i wdziera się do jego mózgu pulsacją i rozkazem: masz ochotę opowiedzieć nam o tym, co nas ciekawi, a gdy zaczniesz mówić, przestanie ci szumieć w głowie. Esterhazy, krztusząc się i łapiąc blatu stołu, wyznaje chrapliwie: Bonhart był tu cztery dni temu, dwunastego września, z dziewczyną zwaną Falką, a wizyty się spodziewał, bo dwa dni wcześniej dostał od niego list.

Wspomnienie odtwarza tę wizytę. Esterhazy, nie wstając zza stołu, taksuje Ciri i sprawdza zgodność z zamówieniem z listu: wzrost pięć stóp i dziewięć cali, waga sto dwanaście funtów, ręka pod rękawiczkę numer pięć; wszystko się zgadza, bo u Bonharta zawsze się zgadza. Do takiej budowy proponuje miecz trzydzieści osiem cali wykonania standardowego albo minibastarda z rękojeścią przedłużoną do dziewięciu cali i kulistą głowicą. Rzeczowy ton urywa się, gdy miecznik dostrzega łańcuch: pyta, czemu Bonhart prowadzi dziewczynę na smyczy, i oświadcza twardo, że w jego domu nie pozwoli na poniewieranie ludzkiej godności; za bramą łowca może włóczyć ją choćby za koniem, ale tutaj zdejmie jej obrożę natychmiast. Bonhart, dziwnie ustępliwy wobec człowieka, na którego musi patrzeć mocno w górę, obrożę odpina, nie odmawiając sobie szarpnięcia. Na dziedzińcu ekspozycyjnym, gdzie pachołkowie wyłożyli miecze (własna produkcja Esterhazy'ego z puncmarką podkowy od pięciu do dziewięciu florenów, montowane klingi z importu od dziesięciu: mahakamskie skrzyżowane młoty, povisska korona albo koński łeb, viroledańskie słońce), miecznik prezentuje piętnastoflorenową viroledankę robioną na zamówienie dla kobiety, z tradycyjnym napisem „Nie dobywaj bez przyczyny, nie chowaj bez honoru", i wzdycha, że honor bardzo staniał, bo to dziś niechodliwy towar. Ciri na polecenie łowcy bierze broń do ręki i czuje, jak jaszczurcza rękojeść pewnie przyrasta do dłoni. Wtedy Bonhart cofa się na środek dziedzińca, dobywa własnego miecza i każe jej się zabić: ma miecz i okazję, a drugiej nieprędko dostanie. Ciri myli go spojrzeniem i uderza jak piorun; łowca odbija cios paradą tak silną, że dziewczyna zawadza biodrem o stół z mieczami i wie, że przez moment była na jego łasce. Na krzyk zgorszonego miecznika Bonhart nie zwraca uwagi. Wie, kim ona jest, oznajmia z upiornym uśmiechem, ale zmusi ją, by sama mu to wyznała, słowem albo czynem, a wtedy ją zabije. Po czym dodaje rzeczowo, że podany miecz był za ciężki o co najmniej cztery uncje, przez co była wolna jak ślimak w ciąży. Pobladły Esterhazy patrzy na nich obojgiem dziwnie zmienioną twarzą, po czym posyła pachołka po podłużne pudło: ma coś, co powinno łowcę usatysfakcjonować. Ciri zbliża się, patrzy i głośno wzdycha.

Rama zdradza, co było w pudle, bo Ciri pokazuje to Vysogocie: swój miecz. Obnażona klinga rozpala się odblaskami ognia na falistym szwie ostrza. Rękojeść obciągnięta jest skórą płaskiej ryby z jadowitym kolcem na ogonie (raja, podpowiada uczony), której ząbkowana skóra nie ślizga się w dłoni nawet spoconej. Na klindze wytrawiono elfią mandalę, którą Vysogota rozpoznaje: blathan caerme, girlanda losu ze stylizowanych kwiatów dębu, tawuły i żarnowca, a w niej wieża rażona piorunem, u Starszych Ras symbol chaosu i destrukcji. Nad wieżą jest jaskółka. Zireael, kończy Ciri. Moje imię.

U Esterhazy'ego Bonhart ogląda broń z uznaniem znawcy: ciemne żelazo kuły tylko gnomy, tylko one ostrzyły płomieniście i ażurowały klingi dla zmniejszenia wagi, więc to gnomi gwyhyr, i pyta, czy replika. Oryginał, odpowiada miecznik: głownia ma ponad dwieście lat, a oprawę wykonały na jego zamówienie gnomy z Tir Tochair, wedle dawnych technik i wzorców. Na pytanie o cenę, po długim milczeniu, Esterhazy głuchym głosem oddaje miecz za darmo, w podarunku, żeby wypełniło się, co ma się wypełnić. Zaskoczonemu, dziękującemu Bonhartowi wyjaśnia, że ten nie jest jego dłużnikiem, bo miecz nie jest dla niego, lecz dla dziewczyny noszącej obrożę na szyi. Przywołuje Ciri, objaśnia jej wytrawione znaki (linia losu jest kręta, lecz wiedzie ku wieży, ku zagładzie ustalonych wartości i porządku, ale nad wieżą jest jaskółka, symbol nadziei) i powtarza z szeroko otwartymi oczami: weź ten miecz do ręki. Wtedy Bonhart doskakuje z krzykiem, odpycha Ciri tak, że pada na kolana na żwir, i zatrzaskuje pudło, warcząc, że jeszcze nie teraz, jeszcze nie nadszedł czas. Najwidoczniej, przytakuje spokojnie miecznik, patrząc mu w oczy. Szkoda.

Czytanie myśli miecznika na niewiele się zdało, zeznaje Kenna, bo w drodze powrotnej grupę dogania podjazd Oli Harsheima z rozkazem gnać co koń wyskoczy za resztą oddziału: dzień wcześniej, piętnastego września, była masakra w Claremont. Bonhart wyprzedził hanzę o jeden dzień.

Wspomnienie przenosi się do Claremont, do wielkiego domu w rynku, z kolumnami, arkadami, arrasami i dywanami, w których stopa tonie po kostkę. Wśród tęczy witrażowych kolorów czeka mężczyzna imponującej tuszy w kapiącym od złota kaftanie: Dominik Bombastus Houvenaghel, krewniak i dawny komiliton Bonharta. Wita go jowialnie i chwali się interesami: właśnie odkupił od nilfgaardzkiego prowiantmajstra sześć tysięcy wojskowych łuków, które z dziesięciokrotnym przebiciem sprzeda w detalu myśliwym, kłusownikom i „bojownikom o wolność", a od miejscowego markiza tanio kupił zamek, bo musi mieszkać reprezentacyjnie. Nad winem Est Est z Toussaint kusi łowcę interesem na emeryturę: Cesarstwo gwarantuje każdemu osadnikowi na zdobytej Północy nadział czterech łanów i dziesięć lat wolnizny od podatku, więc Houvenaghel wyśle na północ najmitów, którzy wezmą nadziały formalnie dla siebie, praktycznie dla niego, a Bonhart zajmie się przekonywaniem tych, którzy zapomną o umowie, że nieuczciwość jest karana. Kupiec ma w takich przekrętach praktykę: podobnie po inkluzji Ebbing do Cesarstwa i po Akcie o Ogradzaniu złożył do kupy sto pięćdziesiąt łanów cesarskich, na których stoi całe Claremont, a więc miasteczko należy do niego. Na szyderstwo Bonharta o nierządnym i bliskim zginienia Cesarstwie, w którym wszyscy kradną, odpowiada z godnością, że łowca myli złodziejstwo z indywidualną przedsiębiorczością, a wojnę wygrywa się pieniędzmi, które Cesarstwo ma, Nordlingowie zaś nie. Rozliczenie za dostarczony „towar" leży już na stole: czek bankierski na sto florenów, akt cesji, na mocy którego Houvenaghel wyciągnie od Varnhagenów z Geso nagrodę za głowy bandytów, oraz obiecany procent z wpływów z przedstawienia, bo zainteresowanie jest ogromne i kassa wciąż brzęczy. Gdy kupiec wyraża nadzieję, że dziewczyna zapewni godziwą rozrywkę i zechce kooperować, Bonhart mierzy Ciri obojętnym spojrzeniem i odpowiada, że dla niej nie będzie w tym żadnego zysku i ona o tym wie. Houvenaghel się krzywi: nie powinna wiedzieć! A jeśli nie zechce być rozrywkowa? Wtedy, wzrusza ramionami łowca, poszczuje się ją na arenie brytanami. One zawsze były rozrywkowo spolegliwe.

Na dole czekają goście Houvenaghela, których Ciri wspomina Vysogocie jako „następne oryginały" (mnożą się, kwituje pustelnik, dobór naturalny). Pastelowy, mały jak niziołek burmistrz Claremont Pennycuick, nilfgaardzki rotmistrz rezerwy Declan Ros aep Maelchlad i chuda, jasnowłosa markiza de Nementh-Uyvar o mocno przepitym głosie, która oblizując wargi, ocenia „ciałeczko" i proponuje odkupienie dziewczyny, bo z markizem lubią takie ciałeczka, a na tutejsze pasterki i chłopskie dzieci polować już nie mogą z powodu wrzodów, które otworzyły się markizowi w kroczu. Bonhart zimno zabrania dotykać, karmić i drażnić. Przed wyjściem do teatru wysypuje na blat wzgórek białego proszku i każe Ciri go zażyć; gdy odmawia, wyjaśnia cicho, że zrobi to sama albo zrobi to on, sposobem, który ubawi wszystkich obecnych, bo śluzówkę ma nie tylko w ustach i nosie. Ciri drżącą ręką wciera fisstech w dziąsło, a markiza śmieje się gardłowo i prosi, by zostawić trochę dla niej. Narkotyk okazuje się dużo silniejszy niż ten u Szczurów: świat wyostrza się i staje nierealny jak sen, są schody, kurz arrasów, deszcz na twarzy i ogromny budynek z drewnianą wieżą i kiczowatym malunkiem psów kąsających potwora. To dawna świątynia zamieniona w szczwalnię; przed wejściem kapłan wykrzykuje, że to wstrętne i grzeszne, by szczuć w niej zwierzęta ku uciesze gawiedzi, bo zwierzęta też mają godność. Houvenaghel uspokaja świątobliwego męża: dziś nie będzie się szczuć ani jednego zwierzęcia. Wyłącznie ludzi.

Wewnątrz huczy amfiteatr pełen ludzi, a w jego centrum zieje wykopany w ziemi, ostemplowany balami dół o średnicy trzydziestu stóp, ze śladami ciemnych zacieków na balach i zakratowaną, śmierdzącą dziurą. Ciri, z zapiętym na przedramieniu skórzanym ochraniaczem, ląduje na ubitym piasku areny, a gong i zapowiedź stawiają sprawę jasno: dziś na arenie nie wilk ani endriaga, lecz mordercza Falka z bandy Szczurów, zakłady przyjmuje kassa przy wejściu. Do amfiteatru wdziera się Windsor Imbra z piętnastoma knechtami barona Casadei i żąda wydania Falki. Bonhart, ku jego osłupieniu, wcale nie oponuje: dziewczyna jest dla tego, kto zechce ją z areny zabrać, żywą lub martwą, podług gustu. Podejrzewającemu podstęp seneszalowi („nosem czuję, że w tej przynęcie żelazny hak siedzi") odpowiada, wyjmując spod ławy otrzymany w Fano miecz i ciskając go tak zręcznie, że brzeszczot wbija się w piasek pionowo, dwa kroki przed Ciri. Houvenaghel, pytany, wedle czyich reguł ma się tu igrać, rechocze, że wedle teatralnych, bo klient płaci i klient wymaga, a ludziom igrzyska i hece potrzebne są bardziej niż chleb; wielu z tych, co przyszli, odjęło sobie od ust. Na dodatek podbija nagrodę: kto samojeden wejdzie na arenę i sam z niej zejdzie, temu z własnego puzdra wypłaci nie dwadzieścia, lecz trzydzieści florenów. Imbra próbuje jeszcze ratować zlecenie barona (chce Falki żywej, więc posyła po nią dwóch ludzi), ale burmistrz Pennycuick, czuły na czystość gier, ryczy byczym głosem, że dziewka ma na grzbiecie jeno cienki len, więc śmiałkowie mają zdjąć zbroje. To jest sport.

Pierwszy na arenę wchodzi, goły do pasa, żylasty Stavro. Ciri, ze skrzyżowanymi na piersi rękami, nie robi nawet kroku w stronę wbitego w piasek miecza i prosi bardzo cicho: nie rób tego, nie zmuszaj mnie, nie pozwolę się dotknąć. Stavro przeprasza niemal („nic do ciebie nie mam, ale interes jest interes") i naciera, a wtedy dziewczyna błyskawicznie chwyta broń, którą w myślach nazwała już Jaskółką, i dziecinną fintą „trzy kroczki" przypiera go plecami do bali, z ostrzem o cal od nosa. Nie zabija. Cofa się, opuszcza miecz i krzyczy w stronę loży łamiącym się głosem: bawicie się mną? chcecie mnie zmusić do zabijania? nie zmusicie! Bonhart drwi w odpowiedzi, że skoro nie będzie walczyć, ludzie Imbry mogą ją brać gołą ręką, i stawia brylanty przeciw orzechom, że im się to nie uda. Upokorzony Stavro atakuje ją od tyłu, szybko i zdradziecko. Widownia nie zauważa uniku ani odwrotnego ciosu: widzi tylko, że napastnik wykonuje baletowy podskok, po czym pada twarzą w piach, który momentalnie nasiąka krwią. To była improwizacja, komentuje w loży Bonhart, piękna, twórcza, wisceralna improwizacja; słyszał o miejscu, gdzie uczą takiego wypruwania flaków, i już wie, kim panienka jest.

Na wrzask Ciri, że nie chce zabijać, odpowiada potrójny atak: przez barierę przeskakują trzej miejscowi ochotnicy (rozczochrany kołtun, typ w amarantowym dublecie i chłop w kubraku z końskiej skóry), planując przyprzeć dziewczynę do bali. Ciri nie cofa się, lecz atakuje: wślizguje się między nich baletowym piruetem, w przelocie otwiera kołtuniastemu tętnicę szyjną cięciem tak lekkim, że nie traci rytmu, cios amaranta odbija klingą wyrzuconą za plecy i oburęcznym cięciem z obrotu bioder rozchlastuje mu brzuch, a trzeciemu, po płynnym uniku, krótkim sieknięciem w twarz rozwala oko, nos, usta i podbródek. Widownia wyje, tupie i skanduje „za-bij", markiza dyszy z dłońmi między udami, nilfgaardzki rotmistrz jest blady jak welin, ktoś zasłania oczy dziecku, a starego człowieka, który zwymiotował, spycha się z ławki. Ciri, w którą dopiero teraz uderza adrenalina, opanowuje się wyuczonymi oddechami i pozwala ludziom Imbry zabrać rannych i zabitych, pod warunkiem że wejdą bez broni; na skandowanie tłumu odpowiada, obracając się tanecznie z wzrokiem po trybunach: podłe bydlaki, nikczemne świnie, kanalie, chcecie krwi, to zejdźcie tu i powąchajcie. Imbra, który wchodząc po rannych, wbrew przyrzeczeniu nie odpasał miecza, pod jej spojrzeniem („nie zmuszaj mnie, proszę") wsuwa wysuniętą już na cal klingę z powrotem do pochwy, choć tłum ryczy o tchórzostwie. Nim pozwoli się wyciągnąć z areny, mówi cicho: chyba już wiesz, kim jest Leo Bonhart i co go podnieca. Będziesz wypychana na areny, będziesz zabijać ku uciesze świń i swołoczy, a gdy przestanie ich to bawić, zabiją i ciebie, wypuszczą tylu, że nie obronisz pleców, albo poszczują psami. Zdechniesz na ubroczonym piasku. Wspomnisz moje słowa. Dopiero teraz Ciri dostrzega na jego ryngrafie małą tarczę herbową: srebrnego wspiętego jednorożca na czarnym polu. Jednorożca.

Ciri opuszcza głowę i patrzy na ażurową klingę. Robi się bardzo cicho, a ciszę przerywa milczący dotąd rotmistrz Declan Ros aep Maelchlad, wołając w Starszej Mowie: „Ne tuv'en que'ss, luned!". Nie rób tego, dziewczyno. Ciri powoli opiera głowicę Jaskółki o piasek, klęka i precyzyjnie celuje sztych pod własny mostek; ostrze przebija odzież i kłuje. Tylko się nie rozpłakać, myśli, napierając coraz mocniej: jeden mocny ruch i będzie po wszystkim. W zupełnej ciszy rozlega się głos Bonharta: nie zdołasz, wiedźminko. W Kaer Morhen nauczyli cię zabijać, więc zabijasz jak maszyna, odruchowo; do zabicia siebie trzeba charakteru, siły, determinacji i odwagi, a tego nauczyć cię nie mogli.

Rozdział zamyka rama. Miał rację, przyznaje z wysiłkiem Ciri: nie zdołała. Stchórzyła i zapłaciła za to tak, jak płaci każdy tchórz, bólem, hańbą, paskudnym upokorzeniem i okropnym wstrętem do siebie samej. Vysogota milczy, ze skórką nutrii zapomnianą w dłoniach. Gdyby ktoś podkradł się tej nocy do chaty z zapadniętą strzechą i zajrzał przez szparę w okiennicy, zobaczyłby w skąpo oświetlonym wnętrzu białobrodego starca i popielatowłosą dziewczynę zapatrzonych w milczeniu w rubinowy żar. Ale zobaczyć nie mógł nikt, bo chata stała dobrze ukryta wśród mgieł i trzcinowisk, na moczarach, na które nikt nie odważał się zapuszczać.

„Encyclopaedia Maxima Mundi poświęca Dominikowi Bombastusowi Houvenaghelowi hasło pełne zachwytów: wielki kupiec z Ebbing, burgrabia i żupnik, fundator sierocińców, szpitali, teatru i stadionu, uchodzi wedle encyklopedystów za przysłowiowy wzór prawości, uczciwości i zacności kupieckiej (Effenberg i Talbot).”
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.