Rozdział otwiera cela wojskowej cytadeli. Kenna Selborne wraca z sądu w podłym nastroju: zeznawała całą prawdę, prawie niczego nie ukrywając, a mimo to najpierw zrobiono z niej przed wszystkimi idiotkę, potem osobę niewiarygodną i element przestępczy, na koniec zaś wyszedł jej współudział w spisku mającym na celu obalenie władzy. W celi siedzą z nią siostry Scarra: weteranki wojsk liniowych zamknięte za pobicie oficera, starsza wyskrobująca kaszę z miski i młodsza, która ziewa jak lamparcica i patrzy na mężczyzn drapieżnym okiem. Czwarty jest prowiant-majster Kohut, którego śledztwo dotyczy głośnej afery z kradzieżą wojskowych łuków. Cele w cytadelach są koedukacyjne od czasu, gdy cesarz Fergus var Emreis dekretem o równouprawnieniu kobiet w armii zniósł wszelkie wyjątki. Kohut jest na Kennę śmiertelnie obrażony: trzy noce wcześniej zarzucił jej koc na głowę z zamiarem gwałtu, a trafił na empatkę, która wdarła mu się do mózgu, zmusiła go telepatycznie do walenia głową w obite blachą drzwi i ściągnęła mu na kark strażników z pałkami. Na pytania sióstr o cintryjską księżniczkę Kenna odpowiada półgębkiem: capnęli ją, o ile tak to można nazwać. Ze zdziwieniem uświadamia sobie datę: jest dwudziesty drugi września, jutro Równonoc, równo rok od tamtych wydarzeń. Opowiadać nie zamierza, także dlatego, że Kohut śmierdzi jej kapusiem, ale wspomnienia wracają same.
Zaczęły się po tym, jak Bonhart wymknął się hanzie w Claremont. Oddział przybył dwa dni za późno, trop ostygł, a kupiec Houvenaghel, jedyny, który wiedział, dokąd łowca pojechał, nie wpuścił Skellena nawet pod dach: w Ebbing koroner nie miał jurysdykcji, a Houvenaghela chroniła prywatna armia. Boreas Mun węszył, Silifant i Harsheim próbowali przekupstwa, elf Echrade magii, Kenna czujniła, ale dowiedzieli się tylko tyle, że Bonhart wyjechał południową bramą. Przedtem, na targowym placyku przed modrzewiową świątynką, na oczach ludzi i kapłanów skatował Falkę harapem, wykrzykując, że udowodni jej, kto jest jej panem: będzie ją ćwiczył batogiem, jak zechce, a jak zechce, to zaćwiczy na śmierć, bo nikt się za nią nie ujmie, ani ludzie, ani bogowie.
Dzień przed Równonocą Kenna zorientowała się, że między oddział wkręcił się niewidymka, niewidzialny szpieg. Wyczuła go przypadkiem: kot na ławie zasyczał w stronę, gdzie nikogo nie było, a potem wśród swojskich myśli obozu odezwała się myśl obca, wyraźna jak krzyk. Zameldowała o tym Skellenowi w odegranej na oczach obozu scence, w której koroner udawał, że sucho odmawia petentce prośby; Puszczyk chwytał w lot, grał wybornie i zakończył przedstawienie mrugnięciem oraz zwrotem „pani Selborne", jak do oficera. Szpieg miał magiczną ochronę i dawał się wyczuć tylko z bliska, więc plan był prosty: stanąć na kwaterze w jakiejś wsi i zrobić niewidzialnego na pieroga, klasycznym, podręcznikowym sposobem.
Następnego dnia oddział zajął wieś Goworożec nad rzeką Lete, bogatą, otoczoną palisadą, z wjazdem przez kołowrót ze świeżych sosnowych belek. Nazwa wsi brała się od kamiennej kapliczki ze słomianą kukiełką jednorożca: sołtys z powagą tłumaczył, że święty goworożec bywał złoty, srebrny, miedziany, kościany i z drogiego drewna, ale wszystkie wersje rabowano, a odkąd jest słomiany, panuje spokój. Skellen zajął świetlicę i wieczorem zwołał całą starszyznę na odprawę przy tajnym dokumencie: Harsheim, Silifant, Brigden, Ceka, Echrade, Kenna i dowołany biegiem Kriel stanęli kołem, okno i drzwi otwarto rzekomo dla przewiewu. Na sygnał Kenny, kierunkowy impuls jak uderzenie pioruna, Harsheim i Silifant chlusnęli śmietaną, a Echrade sypnął ukrytym pod stołem korcem mąki. Na podłodze zmaterializował się śmietanowo-mączny kształt, w którego głowę Brigden bezbłędnie przydzwonił żeliwną patelnią. Szpiegowi zdarto czapkę-niewidkę, przykrępowano go do nóg przewróconego stołu i zakneblowano onucą, a Kriel dołożył kopniaka w żebra. Skellen pochylił się nad jeńcem i przywitał go po imieniu: dawno się nie pokazywałeś, Rience, zaczynałem się martwić, że spotkało cię jakieś nieszczęście.
Rozgrzewano żelaza, a Kenna mieszała czarodziejowi myśli, by nie mógł czarować ani wzywać pomocy, i przy okazji go czytała. Rience grał zucha, żądał uwolnienia i rozmowy w cztery oczy, ale gdy poczuł dym z paleniska, jego magiczne blokady puściły jak stare gacie, a myśli niczym nie różniły się od myśli innych ludzi czekających na tortury: rozpierzchłe, rozdygotane, zimne i cuchnące jak wnętrzności trupa. Skellen tymczasem z satysfakcją wyłożył jeńcowi jego własny życiorys. Siedem lat temu Rience łasił się do cesarskiego wywiadu, skamląc o przywilej bycia zdrajcą i podwójnym agentem, a koroner już wtedy radził Vattierowi de Rideaux przypiec mu pięty. Cztery lata temu ponowił radę, gdy Rience pośredniczył w kontaktach Emhyra z Vilgefortzem i przy okazji polowania na Cintryjkę awansował z małego sprzedawczyka na nieledwie rezydenta. Skellen szedł z Vattierem o zakład, że lista mocodawców i lista zdradzanych będą się u Rience'a zgadzać w wielu punktach. Na widok rozpalonego do przejrzystości pręta Rience zaczął krzyczeć: śledzi oddział na polecenie Vilgefortza, któremu dziewczyna potrzebna jest żywa, i chciał ubiec hanzę u łowcy nagród, a zaraz potem szykował się wyrzucić z siebie coś o Vattierze, karcianego asa trzymanego na ostatnie rozdanie. Kenna, czytająca go bez przerwy, pojęła tę ukrytą myśl i zrozumiała, w jak wielką kabałę się wplątała. Nie zdążyła nikomu nic powiedzieć, bo do świetlicy wpadł Boreas Mun z nowiną, w którą trudno było uwierzyć. Przez okno widać było zbiegowisko, a w jego środku parę na koniach: chudego olbrzyma o rybich oczach na rosłym gniadoszu i popielatowłosą dziewczynę na pięknej karej klaczy, ze związanymi rękami, obrożą na szyi i siniakiem na napuchłym policzku.
Narracja wraca na Pereplut. Vysogota wraca do chaty przygnębiony rozmową z wieśniakiem, który przypłynął po skóry może ostatni raz przed wiosną: pogoda psuje się z dnia na dzień, rankami lód na kałużach, lada moment śnieżyce i mrozy, a po bagnach Pereplutu nie przejedzie się nawet saniami, bo oparzelisko tu na oparzelisku. Pojutrze wypada święto Saovine, według elfiego kalendarza za trzy dni zaczyna się nowy rok. W chacie Ciri buszuje w kufrach po odzieży zmarłych córek pustelnika i przymierza rzeczy do konnej jazdy. Na pytanie, czy się pakuje, odpowiada, że tak postanowiła: w snach widziała bardzo nieładne rzeczy, nie wie, czy już się wydarzyły, czy dopiero mają się wydarzyć, ani czy zdoła im zapobiec. Kiedyś miała żal do bliskich, że nie przyszli jej z pomocą, a teraz myśli, że to oni potrzebują jej pomocy. Musi jechać zaraz, bo jeśli zostanie, utknie na bagnach do wiosny, gryząc się w bezczynności i koszmarach: do jeziora z Wieżą Jaskółki jest piętnaście dni drogi, zdąży przed listopadową pełnią. Vysogota z trudem wykrztusza, że teraz kryjówki opuszczać nie wolno, bo prześladowcy są bardzo blisko. Ciri natychmiast wyczuwa, że starzec czegoś się dowiedział, i żąda prawdy. Powiedział. Później tego żałował.
Wieśniak opowiedział bowiem o nowym pomyśle ścigających. Od samej Równonocy jeźdźcy ganiali po lasach za jakąś dziewczyną, straszyli i grozili, ale zaraz jechali dalej; teraz zostawili po niektórych wsiach i osadach „puste runki", czyli po prostu posterunki z trzech albo czterech łotrów, które mają czatować całą zimę, czy ścigana nie wychyli się z ukrycia. We wsi wieśniaka posterunku nie ma, ale w Dun Dâre, pół dnia drogi, w karczmie na wysiółku kwateruje czterech: brali się do dziewek, a gdy chłopi się postawili, zabili sołtysa i jeszcze jednego człowieka, bez kary i bez prawa. Zbiegły z Dun Dâre stelmach powtarzał, że drzewiej bywali na świecie wiedźmini, którzy robili porządek z takim łotrostwem: wezwać by do Dun Dâre wiedźmina. Na uwagę pustelnika, że wiedźmini zabijali potwory, nie ludzi, chłop odparł, że to nie ludzie, jeno łotry z piekła wylazłe.
Ciri powtarza przez zaciśnięte zęby: święta racja, trzeba wiedźmina, albo wiedźminki. Wypytuje o drogę do Dun Dâre, a na przerażone protesty Vysogoty wybucha ich najostrzejsza kłótnia. Starzec wykrzykuje, że jest dzieckiem po traumatycznych przejściach, neurotycznym i bliskim załamania, a nade wszystko chorym z pragnienia zemsty; ona odkrzykuje, że pustelnik pojęcia nie ma, co znaczy być skrzywdzonym, bo nikt nigdy nie wyrządził mu prawdziwego zła. Wybiega w noc i galopuje w bagna, by wytrząść z siebie złość. Vysogota czeka przy żywopłocie z latarnią, którą gasi wichura, i wtedy od strony bagien, przeciwnej niż ta, w którą pojechała Ciri, słyszy dziki, przeciągły skowyt: beann'shie, elfi upiór, zwiastunkę śmierci. Wraca pod chałupę zdygotany, mamrocząc i nucąc, by nie słyszeć. Z ciemności wyłania się Kelpie, a Ciri mówi łagodnie: wejdź do chaty i nie wychodź, paskudna noc.
Przy wieczerzy wybucha spór ostatni i najważniejszy, o zło i zemstę. Ciri drwi ze zdziadziałych uczonych, którzy czytali traktaty moralne tak sumiennie, że nie mieli czasu wyjrzeć przez okno na prawdziwy świat, i którzy wymyślili etykę, naukę ładną i optymistyczną, tyle że zełganą. Ona, smarkata wiedźminka, znalazła na zło niezawodne remedium: zło boi się bólu, kalectwa i śmierci, więc trzeba je uprzedzać, a jeśli nie zdążysz, odpłacać w dwójnasób i trójnasób, oboje oczu za oko, wszystkie zęby za ząb, aż to, co leży na ziemi i broczy, nie będzie już mogło nikogo skrzywdzić. Vysogota pyta spokojnie, czym w takim razie jest to, co leży na ziemi i broczy, skoro złem już nie jest, a przyroda nie znosi próżni; czy naprawdę sądzi, że odmieniła naturę zła? Ciri odpowiada, że jest wiedźminką: gdy ją uczono, poprzysięgła występować przeciw złu zawsze i bez zastanowienia, bo gdy się zacznie zastanawiać, zabijanie przestaje mieć sens, a do tego nie wolno dopuścić. Po czym oznajmia, że czas dokończyć opowieść, którą snuła przez ponad trzydzieści nocy, od Ekwinokcjum do Saovine: zanim odjedzie, pustelnik musi się dowiedzieć, co wydarzyło się w dzień Równonocy w wiosce zwanej Goworożec.
Opowieść Ciri skleja się ze wspomnieniami Kenny. Bonhart ściągnął ją z siodła, szarpiąc za łańcuch obroży; biodro, w które kopnął ją poprzedniego dnia, bolało przy każdym kroku. Przed jasnym budynkiem czekał szczupły brunet o chudej twarzy z okutą mosiądzem nahajką, którego łowca powitał po imieniu: Skellen. W izbie podszedł do niej rozczochrany mężczyzna umazany mąką i śmietaną, którego wzięłaby za kucharza, gdyby nie paskudne oczy i piętno oparzeliny na twarzy: rozpoznała tego, który ścigał ją z elfami na Thanedd i któremu uciekła przez okno. Rience przedstawił się i tkając ją boleśnie palcem w pierś, złożył obietnicę. Jej opiekunka, wiedźma Yennefer, naraziła mu się kiedyś, a gdy wpadła w jego ręce, on, Rience, nauczył ją bólu, tymi rękami i tymi palcami; przyrzekł jej wtedy, że gdy w jego ręce wpadnie i Ciri, też nauczy ją bólu. Bonhart ostrzegł zimno, by trzymał łapy z daleka od jego własności, a Skellen uciął kłótnię: rozmawiać będą we trzech, jak ludzie kulturalni, a przedmiot rozmów pójdzie chwilowo pod straż. Silifant dostał koniec łańcucha z poleceniem pilnowania dziewczyny jak oka w głowie.
Kenna trzymała się wtedy na uboczu. Cały obóz tłoczył się i przepychał, by obejrzeć słynną Falkę: rezunkę, która na arenie w Claremont zasiekła podobno sześciu chłopa, diablicę, wilczycę. Dziewczyna stąpała sztywno, utykała, ale głowę trzymała wysoko; bił ją, pomyślała Kenna, ale jej nie złamał. Podziwiano też cudnej krwi karą klacz i przytroczony do siodła Bonharta miecz. Silifant warknął, by nie tykać cudzych rzeczy, a dziewczyny nie macać i nie czynić jej wstrętów: nie wiadomo, czy nie przyjdzie jej przed świtem kaźnić, niech do tego czasu zazna spokoju. Gdy Fripp Młodszy wyszczerzył zęby, że skoro dziewka ma iść na śmierć, można by jej ostatek życia osłodzić i wziąć ją na sianko, a Turent zarechotał, że można by spytać Puszczyka o pozwolenie, Silifant uciął, że nie wolno, i postawił przy słupie Andresa Vierny'ego i Stigwarda z rozkazem odganiania każdego batem. Fripp z kompanią poszli więc świętować Równonoc przy pieczonym baranie, a przy dziewczynie, oprócz wartowników, zostali z własnej woli tylko Neratin Ceka i Kenna.
Przy kominku na Pereplucie Ciri wspomina tę parę: wysoką, zadbaną, na swój sposób ładną kobietę i mężczyznę o dziwnie kobiecej aparycji i ruchach. Oboje przyglądali się jej bez przerwy, gdy siedziała pod słupem na łańcuchu, i czekała już tylko na to, co postanowią radzący w świetlicy Bonhart, Rience i Skellen: jeszcze jedna arena czy zwyczajny mord. Była zrezygnowana; myślała, niech to się wreszcie skończy.
W świetlicy Bonhart tłumaczył się z pięciu tygodni ucieczki przez całe Ebbing. Skellen dawał mu za Szczurzycę sto florenów, koniecznie martwą, więc łowca zaczął kombinować, ile panna może być warta naprawdę: zabita albo oddana byłaby warta mniej, niż gdy się ją zatrzyma, bo taki towar stale przyrasta w cenie, stara zasada ekonomii i handlu. Na uwagę, że przecież ryzykował jej życiem na arenie, odparł spokojnie, że gdyby tam zginęła, znaczyłoby to, że nie była nic warta. A dlaczego w końcu przywiózł ją do Skellena? Bo w Geso, podczas napadu na szlachciankę, dziewka rozpuściła języczek, że baronówna powinna jej się kłaniać: wiedźminka, w bandzie Szczurów, ścigana osobiście przez cesarskiego koronera z rozkazem uśmiercenia i do tego jakoby szlachcianka wysokiego rodu. Postanowił wreszcie spytać ją, kim naprawdę jest. Prosił ręką, nogą i batem, kaleczyć nie chciał, ale traf zdarzył, że napatoczył się cyrulik z przyrządami do rwania zębów; przywiązał ją do krzesła, a ona na sam widok kleszczy i pelikanów zrobiła się rozmowna. Okazało się, że to księżniczka Cintry, spadkobierczyni tronu i kandydatka na żonę cesarza. Bonhart wypomniał wtedy Skellenowi, czego ten mu nie raczył powiedzieć: kazał zwyczajnie ukatrupić przyszłą ślubną własnego cesarza, królową. Taka kabała zrobiła się za duża na jednego Bonharta, więc przywiózł ją do Goworożca, by się poukładać.
Wtedy zza pazuchy Rience'a odezwało się skrzekliwie srebrne puzderko: ksenogloz, magiczne urządzenie przenoszące głos jego mistrza, czarodzieja Vilgefortza. Skellen zadrwił, że mógł się domyślić, iż Rience jest za głupi, by działać sam, a Vilgefortz czai się w mroku jak stary opasły pająk; wie też, czemu mag wysługuje się szkatułką zamiast teleprojekcją, boi się bowiem czarodziejów skanujących świat w poszukiwaniu magii o jego algorytmie. Vilgefortz w odpowiedzi rozebrał na oczach wszystkich spisek, w który wplątany jest koroner. Skellen zdradza cesarza dla Ardala aep Dahy i Joachima de Wetta, książąt urażonych w chorobliwej dumie tym, że Emhyr odtrącił ich córki, planując małżeństwo z Cintryjką; na zbrojny rokosz nie są gotowi, ale mogą zgładzić dziewczynę, dla której ich rody odsunięto od przyszłego tronu, a że własnych arystokratycznych rączek kalać nie chcą, znaleźli najemnego zbira z przerostem ambicji. Obiecali mu stanowisko Vattiera de Rideaux, w co sam Skellen nie może przecież wierzyć: książęta potrzebują Vattiera, by przejąć aparat bezpieczeństwa, a Skellena tylko do mordowania, bo Vattier jest wicehrabią, a Skellen nikim. Puszczyk odpalił, że popiera sprawę rewolucji z przekonania: trzeba skończyć z samowładną tyranią i wprowadzić monarchię konstytucyjną, a po niej demokrację, ludowładztwo, rządy ogółu obywateli poprzez najgodniejszych reprezentantów z uczciwych wyborów. Rience, Bonhart i głos z puzderka zaśmiewali się długo, roniąc łzy jak grochy.
Potem przeszli do handlu. Vilgefortz zaoferował Bonhartowi dwudziestokrotność stawki Skellena, dwa tysiące florenów, worek pieniędzy wymagający jucznego muła; łowca dobił targu, ale zażądał rabatem możliwości przyglądania się temu, co czarodziej będzie robił dziewczynie, bo Vilgefortz sam przyznał, że Bonhart przedkłada takie przyglądanie ponad wszelkie inne przyjemności. Na pytanie, po co mu dziewczyna, mag odpowiedział rzeczowo i potwornie: Cirilla to Lwiątko z Cintry, Starsza Krew, której potomkowie mają wedle przepowiedni Itliny panować nad światem, ale jemu potrzebne jest tylko jej łożysko, placenta; gdy je z niej wyjmie, resztę mogą sobie zabrać. Skellenowi, który wypomniał, że świetlicę otaczają dwa tuziny jego zbrojnych, Vilgefortz zaproponował partnerstwo zamiast służby: pomoc materialną, wsparcie logistyczne i dostęp do informacji, dzięki którym koroner przestanie być narzędziem spiskowców, a stanowisko szefa tajnych służb będzie miał w kieszeni, razem z możliwością realizowania przerozmaitych utopii, bodaj nawet demokracji. Na dowód jakości informacji kazał Rience'owi powtórzyć, co ten wydobył od Vattiera: w oddziale Skellena jest wtyczka, szpieg, który wie o wszystkim.
Kenna podsłuchiwała tę naradę zza węgła i włosy jeżyły się jej na całym ciele: naraz zrozumiała ogrom kabały, w którą popadła. Chwilę później podszedł do niej cicho Neratin Ceka. Wiedział, że była czujna na jego myśli w świetlicy, wie więc, kim jest; powiedział wprost, że Skellen zdradza kraj i cesarza, że wszyscy, którzy z nim trzymają, skończą rozrywani końmi na placu Tysiąclecia, i że on sam służy Cesarstwu i panu de Rideaux. Prosił ją tylko o rozsądek. Kenna odparła, że jest prostą kobietą i nie na jej głowę takie sprawy, ale go nie zdradzi. Została z pytaniem, na które nie znała odpowiedzi: Skellen mówił do niej „pani Selborne" jak do oficera, więc komu właściwie służy, jemu, cesarzowi, Cesarstwu? Postanowiła za to jedno: wejść w myśli Falki, choć na chwilę, poczuć to, co ona. Zrozumieć.
Dalszy ciąg opowiada Ciri, głaszcząc kota. Wysoka kobieta pochyliła się i spojrzała jej w oczy; coś chrupnęło jej z tyłu głowy, zaszumiało w uszach, coś weszło w nią obrzydliwie i ośliźle. Znała to, Yennefer pokazywała jej takie sondowanie w świątyni, więc odepchnęła obcą penetrację z całej siły. Kobieta wygięła się, zachwiała jak uderzona pięścią i cofnęła się dwa kroki, a z obu dziurek nosa rzuciła się jej krew. I wtedy Ciri zrozumiała, co się stało: poczuła w sobie Siłę, utraconą na pustyni Korath, z której wyrzekła się korzystać. Ta kobieta sama wepchnęła jej broń do ręki. To była jej szansa.
Ucieczka potoczyła się w kilkadziesiąt uderzeń serca. Kenna osunęła się na piasek, nie mogąc ustać na nogach; wartownicy Vierny i Stigward padli z krwotokami z nosa i uszu, powaleni mocą, o jakiej psioniczce się nie śniło. Neratin Ceka nie ruszył się na pomoc kamratom; podszedł do dziewczyny, uprzedził, że jest po jej stronie, przeciął jej więzy, podał nóż na obrożę i przyprowadził konie. Alarm podniosła wracająca zza chałup Chloe Stitz. Ciri skoczyła w siodło z mieczem w ręku. Gdy Skellen i Bonhart wypadli ze świetlicy, Neratin najechał ich koniem, obalił obu, po czym rzucił się z siodła na Bonharta i przygniótł go do ziemi; łowca odepchnął go głowicą miecza, ciął strasznie przez pierś i przybił sztychem do piasku, ale te kilka sekund zwłoki wystarczyło. Ciri, odpędzona od nadrzecznej palisady, zawróciła ku kołowrotowi; Kabernik Turent doskoczył, by ściągnąć ją z siodła, i padł z rozciętą szyją, a Vargas i Fripp na ten widok umknęli między chałupy. Skellen zabiegł jej drogę jak wilk i machnął ręką: rzucony orion błysnął w locie, a z twarzy dziewczyny buchnęła fontanna krwi. Ciri zwisła plecami na zad klaczy, ale nie spadła. Chloe Stitz, która nie chybiała nigdy, przyklękła z kuszą, krzycząc „trup!", i wtedy niski mężczyzna podbiegł, podniósł drugą kuszę i z bliska strzelił jej w plecy. Kara klacz docwałowała do kołowrotu, którego siedmiu stóp nie weźmie żaden koń, i przeszła nad nim jak czarna jedwabna wstęga, nawet nie musnąwszy kopytami górnej belki. Silifant krzyknął, że taki koń wart jest swej wagi w złocie; Skellen wrzasnął „na koń i gonić", obiecując klacz temu, kto ją złapie.
Strzelcem, który zabił Chloe, okazał się Jediah Mekesser, Gemmerczyk poznany przez Kennę jeszcze w Rocayne. Dygocący z wściekłości Skellen wyjął z bandolieru drugą sześciozębną gwiazdę i wbił mu ją między oko a nos, po czym kazał Harsheimowi wyrwać orion z trupa, a ciało zakopać w gnoju razem z Neratinem Ceką, „tym hermafrodytą", by po obu parszywych zdrajcach nie został ślad. Pogoń wróciła nad ranem z niczym, jeśli nie liczyć zgrozy w oczach. Boreas Mun, tropiciel umiejący wytropić rybę w wodzie, zgubił ślad karej klaczy po trzech milach, gdy bez ostrzeżenia zapadła ciemność, lunął deszcz i huknęły gromy. Potem, po dniach strachu przed wściekłością Puszczyka i Bonharta, zaczęły się gadki: o słomianym jednorożcu z kapliczki, który urósł do rozmiarów smoka i spłoszył konie, o cwałującej po niebie kawalkadzie ognistookich widm na końskich szkieletach, wiedzionej przez króla-kościotrupa, którego słudzy zacierali płaszczami ślady kopyt karej klaczy, o chórze lelków kozodojów wołających „likwor z krwi" i o wyciu beann'shie. Mun tłumaczył wszystko wichrem, deszczem i strachem, który ma wielkie oczy, a na pytanie o ślady kopyt urywające się nagle, jakby koń uleciał w niebo, tężała mu twarz. Niektórzy nawet śmiali się z tych zabobonów. Przestali po Dun Dâre. Po Dun Dâre nie śmiał się już nikt.
Na Pereplucie przychodzi pożegnanie. Ciri miesza gęsi smalec z sadzą i czerni sobie oczodoły oraz powieki długimi liniami aż po skronie, tak że wygląda jak demon. Vysogota powtarza wskazówki: przez kępy na wysoki las, wzdłuż rzeki do trzech uschłych drzew, grabowym grądem na zachód, potem dziewiąty dukt w sosnowym borze aż do osady Dun Dâre i karczmy na rozstaju za wysiółkiem; a w dalszą drogę, do Kraju Jezior, na północ przez wzgórza, z dala od głównych traktów pełnych wojska, do wielkiej rzeki Sylte, która wyznacza więcej niż połowę drogi. Ciri ma też narysowaną przez niego mapę. Starzec do końca prosi, by przeczekała zimę, i przypomina, że Wieża Jaskółki to tylko legenda. Ja też jestem tylko legendą, odpowiada gorzko dziewczyna: od urodzenia, Zireael, dziecko niespodzianka, dziecko przeznaczenia, dziecko Starszej Krwi. Jeśli u jeziora okaże się, że pustelnik miał rację, wróci teleportem na Thanedd, do szkoły w Aretuzie, do pani Rity; jak to było dawno. Żegnają się: było mi miło cię gościć, żegnaj, wiedźminko. Bywaj w zdrowiu, Ciri.
W karczmie na rozstajach za wysiółkiem Dun Dâre kwateruje od dwóch tygodni czwórka z hanzy: Cyprian Fripp Młodszy, Dede Vargas, Rispat La Pointe i Yuz Jannowitz. Zakazali wstępu miejscowym, dobrali się do obu służebnych dziewek, przepili własne pieniądze i konają z nudów, przeklinając Puszczyka za gnicie w parszywej dziurze. La Pointe obstawia, że Falka skapiała gdzieś w lasach od rany po orionie i ścierwo zjadły wilki; Jannowitz przypomina, że mimo rozwalonej gęby dziewka skoczyła przez mierzony potem kołowrót, siedem stóp i dwa cale. Do karczmy wchodzi żebrzący dziad z dudami, a że jest wilia Saovine, dostaje strawę i opowiada o nocy duchów: o ogniach gaszonych i wzniecanych jedną szczapą, o zmarłych, którym trzeba wystawić jadło na próg, o wróżbach z kostek, cebuli i króliczych bebechów, o tym, że od Saovine do Imbaelk najlepiej szukać skarbów w nawiedzonych kurhanach, bo wichty śpią wtedy jak niedźwiedzie. Rozochoceni żołnierze planują tymczasem napaść na zagrodę kowala: od tygodnia kryje się przed nimi złotowłosa kowalówna, a że kowal z synem są chłopy jak dęby, trzeba będzie ich pokaleczyć, tylko trochę. Dziad przestrzega jeszcze, że w tę jedną noc w roku koty wiedźm zmieniają się w czarne jak smoła klacze, a kto posłyszy stuk kopyt i ujrzy wiedźmę na karej klaczy, ten nie odejmie się śmierci. Wtedy z podwórza rży koń. Fripp przykleja twarz do błony okna i mówi: kara klacz, ta sama. To ona.
Czterej łapią za broń, pewni, że mróz i głód wygnały Falkę z kryjówki prosto w ich ręce, na złoto Puszczyka i Rience'a. Szczupła postać w kubraku z piżmaczych skórek wchodzi do izby, a na słowa „mamy cię, Falka, nie spodziewałaś się nas tu" odpowiada głosem, od którego dziad dygocze: spodziewałam się. Zdejmuje kaptur i szal, odsłaniając oszpeconą twarz i umalowane sadzą oczy demona. Nie jestem Falką, mówi. Jestem Ciri z Kaer Morhen. Jestem wiedźminką, przyszłam tu, by zabijać. Dziad, weteran karczemnych bijatyk, daje nura pod stół i słyszy już tylko łomot, trzask mebli, szczęk stali i wrzask służebnej dziewki. Na jego oczach kona Dede Vargas z rozrąbaną twarzą; Rispat La Pointe pada cięty w bok szyi; Jannowitz, wprawny szermierz, mierzy primą w bliznę dziewczyny, nie trafia, bo Ciri przechodzi przez zastawy jak szary dym, i ginie chlaśnięty po szyi; Frippowi, który łapie równowagę na stole, dziewczyna odrąbuje wspartą o blat dłoń, a potem patrzy, jak siedzący w kałuży krwi bandyta wyje jak wilk, cichnie, woła matkę i umiera. Na jęk karczmarza, że powieszą za to wieś i spalą karczmę, Ciri odpowiada: jestem wiedźminką, zabijam potwory. Powtarza to i w jej głosie pojawia się nagle coś jakby zdziwienie, wahanie, niepewność. Dziad wypełzły spod stołu mamrocze słowa własnej opowieści: na czarnej klaczy jedziesz, nocą czarną jak kir, ślady za sobą zamiatasz; kto się z tobą spotka, ten nie odejmie się śmierci, boś ty sama jest śmiercią. Dziewczyna patrzy na niego długo i dość obojętnie, po czym mówi: masz rację.
Rozdział zamyka noc na bagnach. Gdzieś daleko, ale znacznie bliżej niż poprzednio, po raz wtóry rozbrzmiewa zawodzące wycie beann'shie. Vysogota leży na podłodze, na którą osunął się przy wstawaniu z łóżka, i z przerażeniem stwierdza, że nie może wstać; serce tłucze się, podchodzi pod gardło, dławi. Starzec wie już, czyją śmierć zwiastuje nocny krzyk elfiego widma. Życie było piękne, myśli, mimo wszystko. Gdy potworny ból eksploduje mu w piersi, a beann'shie skowyczy po raz trzeci, szepcze do bogów, w których nie wierzy: jeśli jednak istniejecie, miejcie w opiece wiedźminkę na szlaku.
„Donatien Alphonse François de Sade dowodził, że cierpienie nieszczęśliwego wynika z praw natury, potrzebującej i cierpiących, i tych, którzy zadając strapienia sami cieszą się powodzeniem; ta prawda winna stłumić wyrzuty sumienia tyrana. Skoro bowiem tajemne podszepty natury wiodą nas do zła, zło musi być naturze niezbędne.”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Ucieczka z Goworożca: W dzień jesiennej Równonocy los zbiera we wsi Goworożec wszystkich, którzy ścigają Ciri: Bonhart przywozi ją na łańcuchu do Skellena, przy stole siedzi pojmany chwilę wcześniej Rience, a z jego srebrnego ksenoglozu przemawia sam Vilgefortz. Podczas targu o dziewczynę na jaw wychodzi wszystko naraz: Skellen morduje na zlecenie spiskujących przeciw Emhyrowi książąt, Vilgefortzowi potrzebne jest tylko łożysko Ciri, a Bonhart sprzedaje ją za dwa tysiące florenów z prawem przyglądania się. O losie dziewczyny przesądza jednak ktoś inny. Czujna Kenna Selborne próbuje wejść w jej myśli, a odepchnięta z krwotokiem, sama wpycha jej do ręki broń: Ciri odzyskuje Siłę, której wyrzekła się na pustyni Korath. Psionicznym uderzeniem powala wartowników, Neratin Ceka, agent Vattiera, przecina jej więzy i ceną życia zatrzymuje Bonharta, a Kelpie przesadza siedmiostopowy kołowrót jak czarna jedwabna wstęga. W zamieszaniu giną czworo: Ceka rozpłatany przez Bonharta, Kabernik Turent od miecza Ciri, Chloe Stitz od bełtu Jediaha Mekessera, który nie pozwolił jej strzelić do dziewczyny, i sam Mekesser od oriona Skellena. Drugi orion, rzucony za uciekającą, rozcina jej twarz: to rana, z którą kilka dni później znajdzie ją pustelnik na Pereplucie. Pościg gubi trop w nienaturalnej nawałnicy, wśród opowieści o rosnącym do rozmiarów smoka słomianym jednorożcu, o zacierającej ślady kawalkadzie widm na końskich szkieletach i o wyciu beann'shie.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.
Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.
Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.