Opis ogólny, bez zdradzania fabuły.
Szczupły mężczyzna w średnim wieku, szpakowaty, o szlachetnie garbatym nosie i czarnych oczach pod lekko siwymi brwiami; nosi czarną szatę przepasaną czymś w rodzaju fartucha i płócienną torbę, od której bije falami ziołowo-korzenny zapach piołunu, bazylii, szałwii i anyżu. Z zawodu cyrulik, alchemik i zielarz: ma dom i sklep w Dillingen, a lata spędza w chatce przy cmentarzysku Fen Carn, gdzie zbiera zioła i na własnoręcznie zbudowanym atanorze z alembikiem destyluje leki i eliksiry. Mówi spokojnie, uczenie i precyzyjnie, zabobony prostuje z zagadkowym uśmiechem, a węch ma tak czuły, że z zapachu potu odczytuje przebyte kuracje. Broni nie nosi nigdy, używek sobie nie pozwala i sam o sobie mówi, że nigdy nie łamie zasad, które sam sobie określił.
Przeglądasz bez zakładki, więc widzisz pełną opublikowaną biografię.
Kompania Zoltana Chivaya bierze go nocą za ghula, bo kryje się w doskonale zamaskowanej jamie pod dolmenem na Fen Carn; zdradza go dopiero ziołowy zapach, który Geralt i Percival wyczuwają zamiast trupiego. Wyszedłszy z ukrycia, prosi o schowanie broni, przedstawia się i tłumaczy, że po prostu przeląkł się obcych, a wiedźminowi wytyka, że na pięćsetletniej nekropolii ghuli być nie może. Spotkanie kończy się zaproszeniem całej kompanii do jego chatki, gdzie częstuje wędrowców destylatem z mandragory rosnącej na cmentarzysku, sam nie pijąc ani kropli. Z ciemnych śladów po korzonkach conynhaeli na dłoniach Geralta bezbłędnie odgaduje, że wiedźmina kurowały driady z Brokilonu, i stawia rzetelną diagnozę: bóle stawów zostaną na długo, a silnych środków znieczulających wiedźminowi brać nie wolno. Zna też legendę Geralta lepiej, niż ten by chciał, bo oglądał kukiełkowy spektakl o polowaniu na dżinna i półgłosem poprawia przekręcone imię Yennefer. Przekonany przez Zoltana, że wojna odcięła mu powrót do Dillingen, dołącza do kompanii; na pytanie, czemu zaufał obcym, odpowiada, że wystarczyły mu dwa rzuty oka, jeden na kobiety, którymi wędrowcy się opiekują, i drugi na ich dzieci.
Pierwszy dzień w kompanii pokazuje, że cyrulik jest wart więcej niż jego torba: rannego Chodaka diagnozuje fachowo i każe wieźć w kołysce, w dyspucie o wampirze wylicza z pamięci wszystkie istniejące rodzaje krwiopijców, nie myląc się o żaden mityczny, a obserwację Zoltana o porannych mdłościach Milvy kwituje tylko dziwnym spojrzeniem i zagadkowym uśmiechem. Na procesie upośledzonej dziewczyny trzeźwo zauważa, że o zmowę z wampirem nie pytano chyba samej oskarżonej, a gdy kapłan ogłasza próbę rozpalonych podków, prosi szykującego się Zoltana, by wstrzymał się z modłami. Potem, na oczach tłumu, wyjmuje gołą ręką z ogniska rozżarzoną do białości podkowę, odnosi ją oskarżycielowi i pokazuje wszystkim zdrową, nietkniętą ogniem dłoń: sąd boży uniewinnia dziewczynę i jej obrońców. Wyjącemu o diabelskiej sztuczce kapłanowi odpowiada chłodno, że egzorcyzmy rzucać wolno, ale podważanie wyniku ordaliów to herezja. W szturmie na obóz znika bez śladu razem z resztą kompanii.
Każdy prowadzi do streszczenia rozdziału, w którym się wydarzył.
r. 36Spotkanie na Fen Carn: Na przymusowym noclegu wśród kurhanów Fen Carn kompania rusza w pełnię księżyca na łowy na ghula, którego wypatrzył Percival, ale wiedźmiński medalion Geralta ani drgnie, a zamiast trupiego odoru w powietrzu wisi zapach szałwii i anyżu. Z jamy pod dolmenem wychodzi Emiel Regis, cyrulik z Dillingen, który na cmentarzysku spędza każde lato przy zbiorach rosnącej tu masowo mandragory. Nocna gościna w jego chatce, z krążącą menzurką mandragorowego destylatu, kończy się rozmową o wojnie i decyzją: odcięty od domu cyrulik rusza dalej razem z kompanią Zoltana Chivaya. Wokół wiedźmina, który kompanii mieć nie chciał, robi się coraz tłoczniej.r. 37Rozbicie obozu nad Chotlą: Krzyk „Nilfgaard!" zamienia obóz zbiegów nad Chotlą w pandemonium: tratujący się tłum rozdziela kompanię, porywa ze sobą Milvę i grzebie Geralta pod drabiną i workami mąki, a kopnięcie końskiego kopyta w głowę odbiera wiedźminowi przytomność. Przez obóz przetacza się starcie temerskiego kontruderzenia z nilfgaardzkim podjazdem: gdy Geralt się ocyka, obozowisko jest dymiącą ruiną, konni strzelcy z liliami Temerii spędzają ocalałych i obdzierają poległych w czarnych płaszczach, a po Zoltanie, Percivalu, Regisie i Milvie nie ma śladu. Ból tratowanego wiedźmina, zmiażdżoną głowę i kolano, czuje przez sen Ciri w jaskini daleko na południu.r. 37Sąd boży nad Chotlą: W obozie zbiegów nad Chotlą wędrowny kapłan urządza proces upośledzonej dziewczyny, oskarżonej o zmowę z wampirem, i po kompromitacji „dowodu" z ugotowanego kota (którego Percival wskazuje żywego na wozie) ogłasza sąd boży: kto wyjmie z ogniska rozpaloną do białości podkowę i nie zdradzi śladu oparzeń, dowiedzie niewinności oskarżonej. Na obrońców zgłaszają się Geralt, Zoltan i Milva, lecz ubiega ich Emiel Regis: cyrulik spokojnie wyjmuje podkowę gołą ręką, odnosi ją kapłanowi i pokazuje tłumowi zdrową, nietkniętą ogniem dłoń. Wyrok jest jednoznaczny, dziewczyna i jej obrońcy są niewinni, a wyjącemu o diabelskiej sztuczce kapłanowi Regis przypomina chłodno, że podważanie wyniku ordaliów to podobno herezja.