👁 Czytasz bez zakładki — widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom I · Ostatnie życzenie

Rozdział 4 Ziarno prawdy

Rozdział 4 z 13 w tomie·4/13 w sadze·~13 min czytania

Geralt jedzie traktem przez odludne bory na swojej klaczy Płotce — do której, samotny w drodze, ma zwyczaj mówić na głos. Jego uwagę przyciągają czarne punkciki na niebie: ptaki krążące uparcie nad jednym miejscem, a więc nad padliną. Wiedźmin zjeżdża z traktu, pokonuje jar i na wrzosowisku przy wiatrołomie znajduje dwa ciała sprzed dwóch–trzech dni. Kobieta w baranim kożuszku i błękitnej sukni nie ma twarzy, gardła i części lewego uda — to robota wilków, których trójka przygląda się jeźdźcowi z daleka, po czym bez pośpiechu odchodzi w las. Mężczyzna zginął od ciosu w kark, a wilki dobrały się do ciała dopiero po śmierci. Zawartość jego sakwy mówi, kim był i skąd wracał: miedziany pierścień nosi znak cechu płatnerzy, a wśród drobiazgów jest list kredytowy krasnoludzkiego banku w Murivel, wystawiony na kupca o nazwisku Rulle Asper albo Aspen (wilgoć rozmyła runy). Nikt nie wozi ze sobą długo niezrealizowanych akredytyw — zabici byli więc w drodze z Murivel do domu.

Dwa szczegóły nie pasują do obrazu zwykłego nieszczęścia. Do sukni kobiety przypięta jest zwiędła róża o płatkach ciemnoniebieskich, niemal granatowych — Geralt pierwszy raz w życiu widzi różę tej barwy. A na karku kobiety widnieją ślady zębów, które nie są zębami wilka. Wiedźmin odtwarza na głos przebieg zdarzeń: podróżni jechali konno przez wrzosowisko bok w bok, zamiast trzymać się traktu; oboje zsiedli albo spadli z koni; mężczyzna zginął na miejscu, kobieta uciekała, a coś, co nie zostawiło żadnych śladów, dopadło ją i ciągnęło po ziemi, trzymając zębami za kark. Wilkołak i leszy odpadają — żaden nie zostawiłby padlinożercom tyle mięsa; kikimora i wipper także, bo w okolicy nie ma bagien. Zostaje zagadka i pytanie, czemu podróżni bali się traktu. Geralt postanawia je sprawdzić — na wszelki wypadek odsłania drugi miecz przytroczony do juków, u munsztuka Płotki wiesza wiązkę zasuszonego tojadu, a na wierzch kaftana wyciąga medalion z wilczym łbem.

Trop prowadzi w głąb boru, gdzie zza drzew wyłaniają się czerwone dachówki stożkowatego dachu wieży. Im bliżej, tym gorzej z Płotką: klacz wpada w panikę tak mocną, że Geralt musi ją uspokajać Znakiem Aksji, szepcząc zaklęcie nad jej łbem — a i po tym idzie tępo i sztywno, więc wiedźmin zsiada i prowadzi ją pieszo. Przy porośniętym bluszczem murze czuje na karku znajome mrowienie: ktoś na niego patrzy. Na zboczu za nim stoi dziewczyna w białej powłóczystej sukni, blada, z burzą czarnych rozczochranych włosów i ogromnymi ciemnymi oczami. Na jego przyjazny gest odpowiada ucieczką — zbiega po zboczu jak sarna i znika w lesie, a długa suknia zupełnie nie krępuje jej ruchów.

Okuta żelazem brama otwiera się sama, ledwie Geralt dotyka kołatki. Za nią leży zaniedbany, zarośnięty pokrzywami dziedziniec pałacyku: wyschnięta fontanna z kamiennym delfinem — i krzak róż o kwiatach barwy indygo, takich samych jak róża przypięta do sukni zabitej. Gdy wiedźmin pochyla się nad kwiatami, drzwi i wszystkie okiennice otwierają się z trzaskiem naraz i prosto na niego szarżuje potwór: od kryzy w dół ubrany jak zamożny szlachcic, od kryzy w górę — kosmaty niedźwiedzi łeb z ogromnymi uszami i paszczą pełną krzywych kłów. Ryczy, że intruza pożre i rozedrze na sztuki, ale na widok spokojnie wymierzonego w siebie miecza staje jak wryty. Groźby przechodzą w utyskiwania urażonego gospodarza — obcy panoszy się na jego własnym podwórzu i niszczy mu kwiaty — a gdy na pytanie, czy naprawdę się go nie boi, Geralt odpowiada pytaniem „a powinienem?", potwór macha łapą i wedle prawa gościny zaprasza przybysza do środka. Uprzedza tylko, że wewnątrz tych murów dom wykonuje jego rozkazy.

Dom rzeczywiście słucha: na komendę zapalają się łuczywa i świece, a jedno uderzenie łapą w stół zastawia go ucztą z niczego — gospodarz przeprasza jedynie, że pomylił zaklęcia i zamiast jarząbków są kuropatwy. W komnacie bez okien ściany pokrywają kolekcje broni i trofea łowieckie, z pobrązowiałym łbem skalnego smoka na honorowym miejscu; upolował go dziad gospodarza i był to podobno ostatni smok w okolicy, „który dał się upolować". Potwór przedstawia się: Nivellen, w okolicy przezywany Wyrodem albo Kłykaczem; straszy się nim dzieci. Jest przy tym znacznie bystrzejszy, niż wygląda. Z tego, że gość obejrzał wiszący poza zasięgiem światła świec portret, nie wstając z miejsca, wnioskuje, że przybysz widzi w ciemności — a więc nie jest, przynajmniej w tej chwili, człowiekiem. Geralt przyznaje: jest wiedźminem.

Przez chwilę nad stołem wisi groźba. Nivellen głośno kalkuluje, kto z nich dwóch ma większe szanse, „jeżeli dojdzie do przegryzania gardzieli", i pyta wprost, kto wiedźminowi za niego zapłacił. Nikt — Geralt trafił tu przypadkiem. Gospodarz streszcza więc, co się o wiedźminach opowiada: że porywają małe dzieci i karmią je magicznymi ziołami; że te dzieci, które kurację przeżyją, same stają się wiedźminami — czarownikami o nieludzkich zdolnościach, którym szkolenie wykorzenia wszelkie ludzkie uczucia; i że najwyższy czas, by ktoś zaczął polować na wiedźminów, bo potworów jest coraz mniej, a wiedźminów coraz więcej. Geralt kwituje krótko: prawdy w tym prawie nie ma — a kłamstwem jest na pewno to, że potworów ubywa.

Ma też dowód na coś ważniejszego: Nivellen żadnym potworem nie jest. Prawdziwy potwór nie mógłby dotykać srebrnej tacy ani wziąć w łapę srebrnego wiedźmińskiego medalionu — a gospodarz robił jedno i drugie bez śladu oparzenia. Jego postać to skutek rzuconego uroku i Geralt jest pewien, że Nivellen doskonale wie czyjego. Przyparty do muru gospodarz — najpierw z przekorą, potem coraz szczerzej — opowiada całą swoją historię.

Nivellen pochodzi z rodu rozbójników. Jego ojciec i dziad łupili kupców na trakcie i palili osady opieszałe w daninach, aż ojca przywieziono na wozie porąbanego dwuręcznym mieczem, a dziad po ciosie morgensternem w głowę zdziecinniał. Nastoletni dziedzic — jak sam mówi: tłusty prosiak postawiony na czele wilczej hordy — dał się ojcowskiej drużynie wodzić za nos. Podczas wyprawy do Gelibolu pod Mirt banda obrabowała świątynię: niedobry chram, z czaszkami i piszczelami na ołtarzu i płonącym zielonym ogniem. „Chłopcy" obezwładnili młodą kapłankę i zmusili Nivellena do gwałtu na niej — „musiał zmężnieć". Kapłanka napluła mu w twarz i wykrzyczała klątwę: jest potworem w ludzkiej skórze, będzie więc potworem w potwornej; krzyczała też coś o miłości i o krwi, czego nie zapamiętał. Potem zabiła się sztylecikiem ukrytym we włosach.

Kilka dni później obudził się z potworną mordą. W ataku panicznego szału, nagle obdarzony nieludzką siłą, pozabijał część służby; reszta domowników uciekła w popłochu — ciotka, kuzynka, drużyna, nawet psy i kotka Żarłoczka, a papugę ciotki ze strachu „szlag trafił". Wraz z przemianą przyszły dary: dom zaczął spełniać jego rozkazy, a chorowite ciało stało się silne i niezniszczalne. Został sam — przerażony wyrostek szlochający w pustym zamku nad ciałami służących, pewien, że ludzie wrócą i zatłuką go, nim zdąży cokolwiek wytłumaczyć. Nikt jednak nie wrócił.

Po latach samotni przyłapał na dziedzińcu grubego kupca, który ścinał niebieskie róże — pamiątkowe sadzonki z Nazairu, przywiezione jeszcze przez dziada. I wtedy przypomniały mu się bajki niani: piękna panna potrafi ponoć odczarować bestię. Może w tym gadaniu jest ziarno prawdy? Ryknął więc „córka albo życie!" — po czym wyszło na jaw, że córeczka kupca ma osiem lat. Zawstydzony Nivellen puścił przerażonego kupca wolno i jeszcze nasypał mu złota do worka, bo ojcowski skarbiec w podziemiach był pełen. Kupiec musiał się przygodą pochwalić, bo dwa miesiące później następny sam przywiózł do pałacyku dorosłą córkę — w zamian za wór dóbr. Odtąd szło to rok po roku, niemal rytualnie: najpierw nieśmiała pierwsza dziewczyna, potem wesoła Fenne — z którą Nivellen we dwoje straszył niepożądanych gości, on na czworakach, ona nago na jego grzbiecie, trąbiąc w myśliwski róg dziada — potem Primula, córka zubożałego rycerza, wreszcie Ilka i Venimira. Bajki okłamały go tylko w jednym: sprawdzone po nocy z Fenne „wybawienie" nie nastąpiło, morda została. Ale Nivellen przestał za dawną postacią tęsknić. Jako pryszczaty, chorowity grubasek z portretu nie miałby u panien żadnych szans; jako potwór ma końskie zdrowie, siłę i zęby zdolne przegryźć nogę od krzesła, jego „inność działa na dziewczęta jak afrodyzjak" — a postrach, jaki budzi, chroni resztę ojcowskiego złota przed krewnymi ofiar dawnych rozbojów. Wniosek gospodarza: dobrze jest, jak jest.

Geralt drąży jednak dalej i pyta, czy Nivellen mieszka sam. Gospodarz wybucha: od początku widzi, jak gość nastawia ucha i zerka na drzwi — nie, nie mieszka sam, a wiedźmin już ją przecież widział: to dziewczyna z lasu przy bramie. To przez nią kupcy z córkami od pewnego czasu odjeżdżają z niczym. Dalszych pytań o nią zabrania. Gdy Geralt zbiera się do drogi, wyjaśnia jeszcze, czemu nie może pomóc: banda miała wtedy wyjątkowego pecha, bo ze wszystkich świątyń Gelibolu i doliny Nimnar obrabowała akurat chram Coram Agh Tera, Lwiogłowego Pająka — a do zdjęcia klątwy rzuconej przez kapłankę tego bóstwa trzeba wiedzy i zdolności, których wiedźmin nie posiada. Nivellen, który przed chwilą przekonywał, że żadnych zmian nie chce, nagle zaczyna dopytywać — bo coś go jednak trapi: od pewnego czasu miewa paskudne, wręcz „potworne" sny. Geralt zadaje dwa dziwnie konkretne pytania — czy po takim śnie budził się kiedyś z zabłoconymi nogami? czy znajdował igliwie w pościeli? — słyszy dwa razy „nie" i wydaje werdykt bez tłumaczenia: Nivellen obawia się słusznie, a zaradzić się temu nie da.

Na dziedzińcu, przy pożegnaniu, gospodarz głaszcze Płotkę po nozdrzach — „lubią mnie zwierzaki" — i mimowolnie się wygaduje: dziewczyna ma na imię Vereena. To nie jest kolejna kupiecka córka ani kolejna próba szukania ziarna prawdy w starych bajędach — oni się kochają, naprawdę. Z opisu (szczupła, czarnowłosa, mówi rzadko i w języku, którego Nivellen nie zna, nie je ludzkiego jadła, na całe dni znika w lesie) Geralt orzeka, że to najpewniej rusałka — wszystko „mniej więcej typowe". Nivellen jest przy tym pewien, że gdyby odzyskał ludzką postać, straciłby ją, bo rusałki panicznie boją się ludzi. Na koniec pokazuje, że nie dał się nabrać na „zabłądziłem": wie, że wiedźmin przyjechał śladem kupców. Ostatni był u niego trzy dni temu z niezbyt urodziwą córką; Nivellen kazał domowi zamknąć drzwi i okiennice i nie dał znaku życia, a dziewczyna przed odjazdem zerwała z krzewu jedną różę i przypięła ją sobie do sukni. Geralt nie komentuje — ale czytelnik już wie, że słucha opisu zabitej z wrzosowiska. Nivellen ostrzega jeszcze, że nocą w okolicy „słyszy się i widzi nieładne rzeczy", i żegna gościa prośbą, od której cierpnie skóra: gdyby kiedyś „bardzo się pogorszyło", niech wiedźmin nie szuka nikogo — niech przyjedzie sam i skończy sprawę. Po wiedźmińsku.

Ostrzeżenie okazuje się prawdziwe. Geralt nie zdąża wrócić na trakt przed zmierzchem i nocuje na łysym wzgórzu, z mieczem na kolanach, dorzucając do ogniska pęczki tojadu. W środku nocy widzi w dolinie blask ognia i słyszy obłąkańcze wycia, śpiewy — i krzyk, który mógł być tylko krzykiem torturowanej kobiety. O świcie znajduje w tamtym miejscu jedynie wydeptaną polanę i zwęglone kości w ciepłym jeszcze popiele, a z korony olbrzymiego dębu wrzeszczy i syczy coś, co mogło być leszym albo zwykłym żbikiem. Wiedźmin nie zatrzymuje się, by sprawdzić. Następnego dnia około południa, przy pojeniu klaczy u źródełka, Płotka znów wpada w panikę. Geralt widzi obok tylko regularny krąg czerwonawych grzybków — zwyczajne czarcie koło — i już strofuje klacz za histerię, gdy nagle rozumie własny błąd. Płotka nie boi się byle czego. „Lubią mnie zwierzaki" — mówił Nivellen, głaszcząc ją spokojnie po chrapach; a jednak pod pałacykiem ta sama klacz szalała ze strachu tak, że trzeba było Znaku. Bała się więc nie gospodarza, lecz czegoś, co tam mieszka — a konie w takich sprawach nie mylą się nigdy. Geralt zawraca po własnych śladach.

Pod pałacykiem Płotka znowu nie chce iść — tym razem wiedźmin nie uspokaja jej Znakiem, tylko zsiada i idzie sam. Na plecach ma już nie stalowy, lecz srebrny miecz. Brama nie musi się przed nim otwierać: stoi otwarta, tak jak ją zostawił. Z dziedzińca płynie śpiew w niezrozumiałym języku — pieśń, której słów nie trzeba rozumieć, bo jej istotą jest rozlewająca się po żyłach, obezwładniająca groza. Na grzbiecie kamiennego delfina siedzi przylgnięta Vereena: dłonie tak białe, że niemal przezroczyste, ogromne oczy koloru antracytu. Geralt dobywa broni i uprzedza: ta klinga jest srebrna. Mówi jej też, co wie. Przypomina rusałkę tak bardzo, że zwiodłaby każdego — ale konie rozpoznają takie istoty bezbłędnie. To ona wywoływała sny Nivellena, a skoro śpiewa, to znaczy, że piła jego krew — sięgnęła po ostateczny środek, bo nie udało jej się zniewolić jego umysłu. Odgaduje też plan: potwór i wampirzyca, władcy leśnego zamku — ona wiecznie spragniona krwi, on jej obrońca i morderca na zawołanie; tyle że najpierw Nivellen musiałby stać się potworem naprawdę, nie tylko z wyglądu. Zgadywanki, kim jest — mula? alp? zwykły wampir nie wyszedłby przecież na słońce — Vereena zbywa przeczącymi ruchami głowy, a kąciki jej ust unoszą się coraz wyżej, aż wreszcie wargi rozchylają się i błyskają białe, kończyste kły. Geralt krzyczy nazwę, rzucając się naprzód: bruxa.

Wrzask bruxy uderza jak taran — falą dźwięku, która odbiera oddech i miażdży żebra. Odrzucony w tył Geralt zdąża jeszcze skrzyżować przeguby w Znak Heliotropu, który amortyzuje uderzenie o mur. Na grzbiecie delfina zamiast dziewczyny rozpłaszcza się już ogromny czarny nietoperz o wąskiej paszczy pełnej igłokształtnych zębów. Atakuje z powietrza, w nawrotach, jak bełt wystrzelony z kuszy; jest tak zwrotny, że wiedźmin dwukrotnie tnie w próżnię, a szpony bestii rozrywają mu policzek. Druga fala wrzasku przełamuje ochronny Znak Quen i rzuca Geralta na kolano. Udaje mu się trafić tylko raz — i cięcie srebrem, które powinno rozpołowić bestię, zostawia na białej sukni (bruxa metamorfuje z powrotem w dziewczynę) ledwie draśnięcie nad lewą piersią. W głowie wiedźmina dźwięczy przy tym jej bezgłośny, telepatyczny głos: to on osłabnie pierwszy; zabije go. Geralt przyjmuje jedyną możliwą taktykę — krąży i czeka, aż wampirzyca wywrzeszczy się do utraty sił.

Wtedy z pałacyku wytacza się Nivellen — chwiejny, z kryzą kaftana splamioną krwią — i woła Vereenę po imieniu. Bruxa odpowiada wrzaskiem, który zbija Geralta z nóg, a rzucającego się jej naprzeciw Nivellena odrzuca na drewniane rusztowania pod murem; walące się drewno grzebie go pod stertą desek. Gdy wampirzyca skacza na klęczącego wiedźmina, Nivellen wygrzebuje się z rumowiska — i z rozmachem wbija jej pomiędzy piersi złamany, ostry koniec trzymetrowej żerdzi.

Nabita na drąg bruxa nie krzyczy. Wzdycha tylko — i od tego westchnienia wiedźmina przechodzi dreszcz. A potem zaczyna się rzecz najstraszniejsza: Vereena własnymi rękami napiera na żerdź i przesuwa się po niej w stronę Nivellena, choć z jej pleców wychodzi już ponad metr skrwawionego drewna. Cofający się Nivellen w końcu opiera się plecami o ścianę pałacyku i nie ma dokąd uciec; wampirzyca dosięga jego głowy, chwyta ją i przechyla się z błyskiem kłów ku jego gardłu. W głowach obu mężczyzn dudni jej głos: „Mój. Albo niczyj. Kocham cię. Kocham". Geralt skacze — ciało samo prowadzi wyuczoną, automatyczną sekwencję kroków, obrotu i cięcia — i krzycząc w biegu, by zagłuszyć powtarzane w jego czaszce słowo, ścina bruxie głowę.

Zaraz po ciosie przez głowę wiedźmina przetaczają się urwane, obce myśli — „Potworów jest coraz mniej? A ja? Czym ja jestem?" — po których zostaje tylko cisza i pustka. To cena tego zabójstwa, o której Geralt nikomu nie powie. Tymczasem klątwa pryska dokładnie tak, jak zapowiedziała umierająca kapłanka: przez miłość i krew. Pod murem, w pokrzywach, leży zwinięty w kłębek młody, przystojny, potężnie zbudowany mężczyzna o bladej cerze — Nivellen w ludzkiej postaci, z czterema krwawymi pręgami na policzku po palcach Vereeny. Obmacuje twarz i dziąsła, nie wierząc własnym dłoniom, na przemian szlocha i śmieje się. Geralt pomaga mu wstać i prowadzi go przez dziedziniec, starając się nie patrzeć na drobne białe dłonie wciąż zaciśnięte na żerdzi. Na pytanie, jak to możliwe po tylu latach, odpowiada słowami, które tłumaczą i tytuł opowiadania, i klątwę: w każdej baśni jest ziarno prawdy — miłość i krew mają potężną moc. Magowie i uczeni od lat łamią sobie nad tym głowy i ustalili tylko jedno: miłość musi być prawdziwa.

Bajki o pięknej i bestii nie kłamią do końca — jest w nich ziarno prawdy o potężnej mocy miłości i krwi. Tyle że miłość musi być prawdziwa.

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Odczarowanie NivellenaŚmierć Vereeny zdejmuje z Nivellena dwunastoletnią klątwę: pod murem pałacyku ocyka się młody, przystojny, potężnie zbudowany mężczyzna, który na przemian szlocha i śmieje się, obmacując odzyskaną twarz. Spełniło się to, co wykrzyczała umierająca kapłanka Coram Agh Tera: klątwę złamały miłość i krew — bo miłość bruxy, jak podsumowuje Geralt, była prawdziwa.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.