Opowiadanie zaczyna się od sceny, w której Geralt — wyjątkowo — nie ma nic do gadania: leży w balii, a balwierz skrobie go tępym nożem po gardle. Na zamku w Cintrze wiedźmina wykąpano, ogolono i przebrano w cudze rzeczy, łącznie z butami; jego sztylet i oba miecze zabrano „w bezpieczne miejsce". Kasztelan Haxo wykłada mu nową tożsamość: na czas uczty Geralt nazywa się wielmożny Ravix z Czteroroga, a wyhaftowany na purpurowym wamsie herb (czarny kroczący niedźwiedź, na nim panna w błękitnej szacie z rozpuszczonymi włosami) ma zapamiętać na wypadek, gdyby ktoś z gości miał hyzia na punkcie heraldyki. Jako honorowy gość zasiądzie po prawicy królowej — takie jest jej życzenie. Okazja jest zaręczynowa: królewna Pavetta kończy piętnaście lat i zgodnie ze zwyczajem zjechali się konkurenci do jej ręki. Królowa Calanthe chce ją wydać za kogoś ze Skellige, bo Cintrze zależy na przymierzu z wyspiarzami — na tych, z którymi są w przymierzu, napadają rzadziej niż na innych. Jest i drugi powód: tradycja Cintry nie dopuszcza niewieścich rządów. Król Roegner zmarł jakiś czas temu na morowe powietrze, a królowa drugiego męża nie chce — ten więc, kto ożeni się z królewną, zasiądzie na tronie. Dobrze by było, żeby trafił się chłop na schwał, a takich szukać na wyspach.
Po co na zaręczynach wiedźmin — tego Haxo powiedzieć nie chce albo nie może. Wypytywany na osobności, mruczy tylko, że na zamku „straszy": małe, garbate, kolczaste jak jeż straszydło łazi nocą po komnatach, pojękuje i brzęka łańcuchami. Geralt kwituje, że to się kupy nie trzyma — miałby bez broni, wystrojony jak błazen, czuwać, czy spod biesiadnego stołu nie wyskoczy garbus? Urażony kasztelan daje mu za to radę, która wisi potem nad całym wieczorem: jeśli królowa każe mu się rozebrać do naga, pomalować sobie tyłek na niebiesko i zawisnąć w sieni głową w dół jako kandelabr — ma to zrobić bez zdziwienia i wahania, inaczej spotkają go nieliche przykrości.
Uczta zbiera przy ogromnym stole ponad czterdziestu biesiadników. Calanthe zasiada na tronie z wysokim oparciem, po prawicy ma Geralta, po lewicy siwowłosego barda Drogodara z lutnią. Herold zapowiada gości: barona Eylemberta z Tigg, do którego przydomek Kudkudak przyrósł mocniej niż nazwisko (wesołego kpiarza i genialnego naśladowcę zwierzęcych głosów — jego gdakanie zbudzi za chwilę konsternację służby, przekonanej, że na salę dostała się kwoka), i poselstwo ze Skellige. Prowadzi je żylasty, smagłolicy Eist Tuirseach, świetny rycerz, na którego widok królowa wyraźnie się rumieni; z nim przybywają barczysty, rudowłosy Crach an Craite, siostrzeniec króla Brana i oficjalny kandydat do ręki Pavetty, druid Myszowór, przyjaciel i doradca króla, oraz skald Draig Bon-Dhu z dudami. Przy stole siedzą już ponury rycerz Rainfarn z Attre z podopiecznym — pucołowatym dwunastoletnim księciem Windhalmem, drugim pretendentem — a dalej marszałek Vissegerd, kasztelan, wojewoda o nazwisku tak trudnym, że nikt go nie pamięta, i trzej synowie władyki Streptu, na których wołają Pomrów, Paszkot i Dzirżygórka. W miarę ubywania piwa robi się coraz głośniej: Crach odtwarza na stole bitwę nad Thwyth kością umoczoną w sosie, Dzirżygórka poprawia jego taktykę krechą z piwa, a Kudkudak wzbogaca repertuar o odgłosy, których nikt nie umie przypisać żadnemu znanemu zwierzęciu.
Pod osłoną tego harmideru toczy się właściwa rozmowa. Calanthe oznajmia wiedźminowi, że ma dla niego pracę; Geralt odpowiada, że się domyśla — rzadko kto zaprasza go na biesiady z czystej sympatii — i że królowa, jak wielu innych, myli jego zawód z profesją najemnego mordercy. On nigdy nie zabijał ludzi dla pieniędzy i nigdy nie będzie. Zamiast wybuchnąć, królowa wygłasza wykład o władzy: królowie dzielą ludzi na tych, którym się rozkazuje, i tych, których się kupuje, bo hołdują starej prawdzie, że kupić można każdego — to tylko kwestia ceny. Wplata w to groźbę podaną tonem salonowej pogawędki: nie uwierzyłby, jak łatwo urazić dumę władców; niejeden za słowa takie jak „nie", „nie będę" czy „nigdy" płacił łamaniem kołem. Geralt odpowiada jej tą samą bronią — serią dwornych komplementów z ukrytymi ostrzami: o księciu Hrobariku, który chciał go wynająć do szukania ślicznotki zgubionego pantofelka; o władcach zlecających „banalne pozbawienie życia" pasierba, macochy czy stryja; wreszcie o pewnym władyce, który próbował zatrzymać wiedźmina w kasztelu siłą, co wszyscy komentujący zgodnie uznali potem za nienajlepszy pomysł. Królowa mierzy go zagadkowym uśmiechem i przyznaje: myliła się, jest bardzo interesującym partnerem przy stole. Przy pieśni o bitwie pod Chociebużem — swojej pierwszej bitwie — dorzuca wyznanie dziwnie szczere: biła się tam o pieniądze, o wsie płacące daniny, a mimo to siedzi dumna jak paw, że śpiewa się o niej pieśni.
Wreszcie umowa. Calanthe — jedna z niewielu władców, którzy dokładnie wiedzą, czym zajmują się wiedźmini — daje Geraltowi wybór: może zostać zmuszony rozkazem albo wyświadczyć jej płatną usługę. Różnica jest zasadnicza: kupowanemu płaci się według widzimisię kupującego, a świadczący usługę sam określa cenę. Na czym usługa polega — nie powie: rozkaz musi być konkretny, przy usłudze interesuje ją wyłącznie efekt. A efekt ma być taki: Cintra sprzymierzy się ze Skellige, a jej córka poślubi odpowiednią osobę. Na pytanie, czy do tego nie wystarczy po prostu królewska wola, Calanthe odpowiada jednym słowem: silniejsze od jej woli może się okazać przeznaczenie. Geralt kwituje ironią — wiedźmin walczący z przeznaczeniem, cóż za paradoks — i mówi „tak". Wtedy królowa każe mu dyskretnie pomacać za oparciem tronu: płasko przytwierdzony, czeka tam jego własny miecz. „Na przeznaczenie nie wystarczy miecza" — zauważa cicho wiedźmin. „Zdaję sobie sprawę — odpowiada Calanthe. — Potrzebny jest jeszcze wiedźmin, który go trzyma. Jak widzisz, zadbałam o to". W tym samym czasie Geralt łapie na sobie przenikliwe spojrzenie Myszowora — a okruchy chleba, ziarnka kaszy i ułomki skorupy raka zaczynają się przed nim ruszać jak mrówki i układać w runy. Druid zadaje mu bezgłośne pytanie (czytelnik nie poznaje jego treści); Geralt ledwie dostrzegalnie kiwa głową, a Myszowór z kamienną twarzą zmiata okruchy ze stołu.
Herold ogłasza Pavettę. Królewna schodzi wolno, z opuszczoną głową — popielate włosy jak u matki, splecione w dwa grube warkocze do pasa, srebrnobłękitna suknia, ze wszystkich ozdób tylko diademik i paseczek ze złotych ogniwek. Jej uroda odbiera biesiadnikom mowę: Crach an Craite gapi się, zapominając o kuflu, Windhalm mieni się odcieniami czerwieni. Przez całe powitanie i toasty dziewczyna nie unosi oczu znad stołu.
Około północy w halli rozlegają się ciężkie, metaliczne kroki. Wchodzi rycerz zakuty od stóp do głów w zbroję jeżącą się stalowymi kolcami, z przyłbicą wyciągniętą w kształt psiego pyska. Przedstawia się jako Jeż z Erlenwaldu i odmawia zdjęcia hełmu: ślub rycerski nie pozwala mu odkryć twarzy przed wybiciem północy. Przybywa nie w gości, lecz po dług. Piętnaście lat temu król Roegner zabłądził na łowach w Erlenwaldzie: spadł z konia do jaru, zwichnął nogę i leżał na dnie wąwozu, a odpowiadało mu tylko syczenie żmij i wycie zbliżających się wilkołaków. Zginąłby, gdyby nie Jeż — i za ratunek, sam, z własnej woli, zaprzysiągł mu nagrodę, jakiej ten zażąda. Jeż zażądał tego, co król zostawił w domu, o czym nie wie i czego się nie spodziewa. Po powrocie Roegner zastał Calanthe w połogu. Mocą królewskiej przysięgi — ogłasza Jeż zalotnikom — piękna Pavetta należy do niego od dnia narodzin. Wybucha wrzawa. Calanthe drwi (spóźnił się piętnaście lat, tu nie krasnoludzki bank, żeby liczyć odsetki), grozi (jest na jej zamku równie bezradny jak Roegner na dnie jaru) i deklaruje wprost, że prędzej zamek zawali się jej na głowę, niż odda córkę cudakowi. Ale dwie rzeczy podważają jej pozycję. Po pierwsze Eist: pyta spokojnie, czy królowa równie beztrosko traktuje wszystkie obietnice — także te złożone jemu, które dobrze wrył sobie w pamięć — i po raz pierwszy tego wieczoru Calanthe traci kontenans, z rumieńcem i drżeniem warg. Po drugie medalion Geralta, który drga i szarpie się pod wamsem: w halli gęstnieje magia, choć wiedźmin nie umie jeszcze wskazać źródła.
Wtedy wstaje Kudkudak — i błazen okazuje się najmądrzejszym człowiekiem przy stole. Przypomina zebranym stare jak ludzkość Prawo Niespodzianki: cenę, jakiej wolno żądać od uratowanego w beznadziejnej sytuacji — „oddasz mi to, co pierwsze wyjdzie cię powitać" albo „co w domu zastaniesz, a czego się nie spodziewasz". Czasem będzie to pies albo teściowa, ale bywa, że dziecko — dziecko wskazane przez przeznaczenie. Sypie przykładami z legend: bohater Zatret Voruta, jako dziecko oddany krasnoludom; Supree, niespodzianka Szalonego Dei, który później zdjął z niego klątwę; wreszcie Zivelena, królowa Metinny, która za tron obiecała gnomowi Rumpleteltowi pierwsze dziecko, obietnicy nie dotrzymała — i wkrótce potem oboje z dzieckiem zmarli na zarazę. Z przeznaczeniem nie igra się bezkarnie. A do tego dokłada drugą, „zapomnianą" legendę: tę, w której królowie dotrzymywali słowa — bo na królewskim słowie stoją traktaty, przymierza i lenna wszystkich obecnych. Calanthe — Geralt jako jedyny widzi, że ręka, którą pociera czoło, drży — przyznaje wreszcie prawdę: Roegner rzeczywiście złożył tę przysięgę i wyznał jej to dopiero na łożu śmierci, bo wiedział, co by mu zrobiła wcześniej. Jako królowa zwoła jutro radę. A do „szlachetnych rycerzy, którzy przybyli tu po rękę królewny", kieruje ubolewanie nad despektem i śmiesznością, jakich doznali — słowa, o których Eist szepcze wprost: to jawne podżeganie do rozlewu krwi, ona ich po prostu szczuje na Jeża.
Zanim poszczuty Rainfarn zdąży wstać, ubiega go Geralt — bo czuje, jak w powietrzu tężeje Moc, od której dym pochodni wygina się w fantastyczne kształty (widzą to tylko on i Myszowór). Rady może nie być trzeba — mówi. Wykłada, po co w ogóle żąda się takich przysiąg: dziecko-niespodzianka, wskazane przez ślepy los, może być przeznaczone do rzeczy niezwykłych; Jeż nie chce tronu Cintry, chce zabrać królewnę. Ale niczego jeszcze nie dowiódł: prawo i zwyczaj strzegą takich przysiąg i spełniają się one tylko wtedy, gdy potwierdzi je siła przeznaczenia — a potwierdzić może je wyłącznie zgoda samego dziecka, nie rodziców. Taki warunek celowo wprowadził do przysięgi Roegner; dlatego Jeż musiał czekać piętnaście lat i wrócić. Na pytanie, kim jest, że chce uchodzić za wyrocznię w kwestii praw i zwyczajów, pada odpowiedź podwójna. „Jestem Geralt z Rivii". A Myszowór dopowiada resztę, której Geralt nie mówi nigdy nikomu: on zna to prawo najlepiej ze wszystkich, bo do niego samego je kiedyś zastosowano — jego zabrano z domu, bo był tym, kogo ojciec nie spodziewał się zastać po powrocie; był przeznaczony do czego innego i mocą przeznaczenia został tym, kim jest. Wiedźminem.
W tej chwili dzwon z kordegardy wybija północ. Calanthe natychmiast przechodzi do ataku: ślub rycerski przestał obowiązywać — niech Jeż zdejmie przyłbicę, zanim Pavetta wypowie swoją wolę; wszyscy pragną ujrzeć jego twarz. Na ustach królowej wykwita przy tym uśmiech okrutnego triumfu — i zaraz staje się jasne dlaczego. Spod zdjętego hełmu nie wyłania się ludzka twarz, lecz pokryty rudą szczeciną, tępy ryjek z drgającymi wibrysami i białymi kłami, z czarnymi guzikami ślepi po bokach; głowa i kark jeżą się grzebieniem szarych, ruchliwych kolców. Jeż mówi królowej w oczy to, co czytelnik zrozumie w pełni dopiero za chwilę: Calanthe doskonale wiedziała, jak on wygląda — Roegner, opowiadając o przygodzie, nie mógł przecież pominąć opisu wybawcy — i przygotowała się na jego przybycie. Chciała go upokorzyć. Upokorzyła siebie. Królowa ucina: decyzja i tak należy do Pavetty. Powie „tak" — i stanie się własnością potwora; powie „nie" — i nigdy go już nie ujrzy. Moc ściska już skronie Geralta żelazną obręczą, okruchy na stole układają się w napis „UWAŻAJ!", a królewna unosi głowę i mówi: „Tak".
W martwej ciszy Jeż popełnia błąd: nie chce wyjść z Pavettą po prostu, żąda jeszcze jednej przyjemności — niech Calanthe osobiście przyprowadzi córkę i włoży jej białą dłoń w jego dłoń. Królowa odwraca się do Geralta, a w jej oczach stoi rozkaz: miecz czeka za oparciem tronu. Wiedźmin się nie rusza — już wie, że skraplająca się w powietrzu Moc skupia się właśnie na nim. Awanturę zaczynają inni: Crach an Craite zrywa się z rykiem, że królewna nie pójdzie ze „szczeciniastym śmierdzielem" (gasi go Draig Bon-Dhu, na rozkaz Eista, uderzeniem piszczałki od dud w potylicę), Rainfarn skacze na Jeża ze sztyletem z rękawa, Kudkudak kopie mu pod nogi zydel, a Calanthe krzykiem wzywa straż i każe zabić Jeża. Strażnicy z gizarmami przypierają bezbronnego (choć opancerzonego) Jeża do komina; Rainfarn znajduje szczelinę w blachach i wbija w nią puginał. I wtedy Pavetta, wskoczywszy na krzesło, wrzeszczy cienko jedno słowo — imię, które słyszymy po raz pierwszy: „Duny!" — a jej pisk przechodzi w coś nieludzkiego.
To, co następuje, Myszowór nazwie za chwilę czystą, pierwotną Mocą, nad którą dziewczyna zupełnie nie panuje. Geralt jeszcze zdąża z mieczem (wyszarpniętym zza tronu) przebiec po stole na odsiecz Jeżowi: rani Rainfarna, powala dwóch strażników — bo rozumie, że śmierć Jeża byłaby zerwaniem przysięgi, na którą właśnie odpowiedziało przeznaczenie. Potem halla zmienia się w piekło. Stół wiruje pod powałą z rozpłaszczonym na nim Crachiem, krzesła i zastawa roztrzaskują się o ściany, płonie gobelin, z powały sypie się tynk, a ściany zaczynają się rysować. Tron z Calanthe pomyka przez salę jak strzała i roztrzaskuje się o mur — nieprzytomną królową własnym ciałem zasłania przed gradem odłamków Eist. Geralt i Myszowór, skuleni za barykadą (którą tworzą, licząc od dołu: Paszkot ze Streptu, beczułka piwa, Drogodar, krzesło i lutnia Drogodara), uderzają w królewnę jednocześnie — wiedźmin Znakiem Aard, druid straszliwym trzystopniowym zaklęciem. Bez skutku: Pavetta wisi w powietrzu w przejrzystej zielonej sferze, a ze szmaragdowych oczu posyła w nich błyskawice, które sypią im na głowy szkło, półmiski i tlące się polana; nad głowami przelatuje im z krzykiem kasztelan Haxo. Ratunek przychodzi z najmniej spodziewanej strony. Kudkudak, klęcząc, dusi rękami i kolanami dudy Draiga Bon-Dhu i — przekrzykując potworne odgłosy miecha — wyje, kwiczy, beczy i skrzeczy mieszaniną głosów wszystkich zwierząt naraz. Zdumiona Pavetta milknie z otwartymi ustami, Moc raptownie słabnie — i wtedy drugie wspólne uderzenie wiedźmina i druida rozbija zieloną sferę jak mydlaną bańkę. Królewna klapie na posadzkę i wybucha płaczem.
Po bitwie halla wygląda jak pobojowisko: czterech zabitych, ranni, Rainfarn ledwie dycha. Ocucona Calanthe nie protestuje, gdy Eist całuje ją przy wszystkich („Ludzie patrzą". — „A niech patrzą"). Pavetta odtrąca pomocne ręce i chwiejnie idzie pod komin, do rannego Jeża — a Myszowór, patrząc na nich, rzuca Geraltowi znaczącą uwagę: dziewica nie mogłaby przecież używać Mocy, młodzież dzisiaj wcześnie zaczyna. Na pytanie wiedźmina, skąd u córki Calanthe i Roegnera takie zdolności, druid odpowiada: odziedziczyła z przeskokiem — jej babka Adalia podnosiła most zwodzony ruchem brwi. A potem, na oczach wszystkich, potworny pysk Jeża rozmywa się i traci kontury: kolce i szczecina zmieniają się w czarne kręcone włosy i brodę wokół bladej, kanciastej twarzy młodego mężczyzny. Bo dopiero teraz — wyjaśnia Geralt — wybiła prawdziwa północ: dzwon, który słyszeli wcześniej, był „pomyłką dzwonnika". Pomyłką na rozkaz Calanthe — królowa kazała uderzyć w dzwon przed czasem, by Jeż, przekonany, że północ minęła, zdjął hełm i pokazał wszystkim potworną twarz, którą wciąż jeszcze miał.
Finał rozgrywa się w komnacie królowej. Odczarowany Jeż ma na imię Duny i jest — jak wynika z jego opowieści — synem Akerspaarka, władcy Maecht. Klątwę nosi od urodzenia i nigdy się nie dowiedział, kto ją rzucił ani za co: od północy do świtu był normalnym człowiekiem, od świtu — tym, co wszyscy widzieli. Ojciec ukrył go przed zabobonnym dworem; wychował go błędny rycerz, z którym włóczył się po świecie jako giermek. Gdy usłyszał, że od klątwy może go wyzwolić dziecko-niespodzianka, zaczął szukać okazji — i tak trafił na Roegnera w jarze. Jest jednak drugie dno, przez które Calanthe nazywa całą sprawę drwiną przeznaczenia: Duny nie wyczekał umówionych piętnastu lat, poznał Pavettę wcześniej i para spotyka się potajemnie od roku — a klątwa jak działała, tak działa. Królowa, która ma wobec Dunego dług („za tamto" — była przecież zdecydowana go zabić), zamyka rachunki po swojemu: oddaje mu Pavettę i uznaje ich za kwita, na przeprosiny zdobywa się w dokładnie dwóch słowach („Wybacz, Geralt" usłyszy za chwilę także wiedźmin), przyjmuje oświadczyny Eista Tuirseach — Cintra dostanie więc króla ze Skellige, czyli dokładnie ten efekt, za który Geralt miał wziąć zapłatę — a Myszowora namawia, by został na zamku nauczycielem Pavetty, zanim następny atak histerii „zdolnej córki" rozniesie zamek do końca. Przy oknie robi się jasno — i Geralt z Myszoworem wybuchają śmiechem, czekając, aż reszta sama zauważy to, co oni widzą od dłuższej chwili: wstał świt, a Duny się nie zmienił. Klątwa opadła w chwili, gdy Calanthe wyrzekła „daję ci Pavettę" — spełniło się przeznaczenie.
Została kwestia ceny. Od Calanthe Geralt żąda przewrotnie jej zielonej szarfy — na pamiątkę koloru oczu najpiękniejszej ze znanych mu królowych; dostaje naszyjnik ze szmaragdów, bo „ta błyskotka ma kamienie we właściwszym odcieniu". Ale wtedy zgłasza się drugi dłużnik: Duny, któremu Geralt uratował życie przed sztyletem Rainfarna i strażnikami, nalega, by to on zapłacił, i pyta, czego wiedźmin żąda. Geralt każe mu pytanie powtórzyć — a czytelnik rozumie dlaczego: wiedźmin, któremu zadaje się takie pytanie, musi prosić o jego powtórzenie. Potem wygłasza rzecz, którą tłumaczył wcześniej całej halli, tyle że teraz we własnej sprawie: wiedźminem trzeba się urodzić w cieniu przeznaczenia, a bardzo niewielu się tak rodzi; brakuje następców. „Dasz mi to, co już posiadasz, a o czym nie wiesz. Wrócę do Cintry za sześć lat, by sprawdzić, czy przeznaczenie było dla mnie łaskawe". Duny szeroko otwiera oczy; Calanthe zaczyna pytanie, którego nie kończy; a Pavetta czerwieni się i odpowiada — potwierdzając to, czego jej narzeczony jeszcze nie wiedział: spodziewa się dziecka. Geralt — sam kiedyś zabrany z domu Prawem Niespodzianki — związał właśnie tym samym prawem nienarodzone dziecko Pavetty i Dunego. Czytelnik pamięta z poprzedniej części ramy rachubę wiedźmina: „ten dzieciak" musiał urodzić się w maju, koło święta Belleteyn — i jego zarzekanie się, że do Cintry nie wróci nigdy.
„Królowie dzielą ludzi na dwie kategorie: jednym się rozkazuje, a drugich się kupuje — bo każdego można kupić. To tylko kwestia ceny.”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Przysięga Dunego — Zapytany po raz drugi, czego żąda za uratowanie życia, Geralt odpowiada Dunemu formułą Prawa Niespodzianki: „dasz mi to, co już posiadasz, a o czym nie wiesz" — i zapowiada powrót do Cintry za sześć lat. Rumieniec Pavetty potwierdza to, czego jej narzeczony nie wiedział: królewna spodziewa się dziecka. Wiedźmin — sam kiedyś zabrany z domu tym samym prawem — związał właśnie przeznaczeniem nienarodzone dziecko pary z Cintry.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.