👁 Czytasz bez zakładki — widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom I · Ostatnie życzenie

Rozdział 9 Głos rozsądku 5

Rozdział 9 z 13 w tomie·9/13 w sadze·~5 min czytania

Nenneke odnajduje Geralta w świątynnej bibliotece, nad pożółkłymi stronami „Historii świata" Rodericka de Novembre — dzieła ciekawego, choć nieco kontrowersyjnego, które wiedźmin studiuje od wczoraj. Przynosi wiadomość: Geralt ma gościa. Zapowiada go z przekąsem — powsinoga, truteń i nierób, „kapłan sztuki", jak zwykle opromieniony sławą, nadęty jak świński pęcherz i śmierdzący piwem. To Jaskier, słynny trubadur i przyjaciel wiedźmina. Nenneke tej przyjaźni nie rozumie: poeta jest przecież absolutnym przeciwieństwem Geralta. „Przeciwieństwa się przyciągają" — odpowiada wiedźmin. Jaskier wkracza do biblioteki w liliowym kubraczku z koronkowymi mankietami i w kapelusiku na bakier, kłania się przesadnie, zamiatając posadzkę czaplim piórem, i tytułuje kapłankę „czcigodną matką". Nenneke odcina, że na samą myśl, iż mógłby być jej synem, ogarnia ją zgroza — i wychodzi, uprzedziwszy, że nie jest w nastroju ani do jego poezji, ani do jego wulgarnych żartów. Jaskier komentuje pogodnie, że kapłanka „nadal kompletnie nie rozumie się na żartach": wściekła się, bo zaraz po przyjeździe przyłapała go na szczypaniu milutkiej furtianki.

Skąd Jaskier wiedział, gdzie szukać przyjaciela? Był w Wyzimie, usłyszał o strzydze i o tym, że wiedźmin został ranny — i domyślił się, dokąd Geralt mógł pojechać na rekonwalescencję. Geralt na powitanie wyciąga zza opasłych „Arkanów magii i alchemii" ukryty gąsiorek okowity na śliwkach, co bard kwituje z uznaniem: mądrość i natchnienie, jak widać, nadal kryją się w księgozbiorach. Widok „Historii świata" przypomina Jaskrowi studia na akademii w Oxenfurcie: historia zajmowała tam drugie miejsce na liście jego ulubionych przedmiotów. Pierwsze zajmowała geografia — bo atlas świata był większy i łatwiej było za nim ukryć gąsiorek wódki. Sam trubadur zmierza donikąd, więc chętnie potowarzyszy wiedźminowi, dokądkolwiek ten jedzie. A Geralt długo tu nie zabawi: miejscowy diuk Hereward dał mu do zrozumienia, że nie jest mile widziany w jego włościach. Jaskier macha na to ręką — Hereward nie odważy się zadrzeć z Nenneke, bo lud puściłby mu kasztel z dymem — ale wiedźmin nie chce ściągać kłopotów na świątynię. Jedzie na południe, daleko na południe. Tutaj, w cywilizacji, roboty dla wiedźmina nie ma: gdy o nią pyta, ludzie patrzą na niego jak na dziwoląga.

Jaskier protestuje: tydzień temu przeprawił się przez Buinę, a po drodze nasłuchał się opowieści o wodnikach, wijunach, przerazach i latawcach — roboty powinno być po uszy. Geralt zna te opowieści: połowa jest zmyślona albo przesadzona. Na dowód, że „coś się kończy", opowiada, jak wyglądały jego ostatnie dwa miesiące na tym brzegu Buiny. Znalazł trolla, który siedział pod mostem i żądał opłaty od przechodzących, a opornym przetrącał nogi — ale wójt nie dał za niego ani grosza, bo troll w pocie czoła dba o most i naprawia go solidnie, więc taniej wypada płacić mu myto, niż go zabić i naprawiać most samemu. Wypatrzył widłogona, niedużego smoka, który porywał chłopom owce — ale wieśniacy padli na kolana, błagając, żeby gada nie tykał: to ulubieniec najmłodszej córki ich barona, a gdyby smokowi spadła łuska z grzbietu, baron spaliłby sioło. Zleceń wprawdzie nie brakowało, tyle że jakich: temu złap rusałkę, tamtemu nimfę albo dziwożonę, inny prosił o zabicie wojsiłka, bo zmielona kostka z jego dłoni podobno wzmaga potencję (Jaskier zaświadcza z własnego doświadczenia: nie wzmaga nic a nic, a polewce nadaje smak wywaru z onuc). Nieszkodliwych stworzeń Geralt zabijać nie będzie. „To będziesz chodził głodny" — kwituje poeta i radzi zmienić pracę: choćby na kapłana, bo ze swoimi skrupułami i moralnością byłby niezły, a niewiara w bogów nie przeszkadza — mało który kapłan wierzy.

Na powtarzane przez Geralta „coś się kończy" Jaskier odpowiada całym wykładem z historii zawodów. Gdy wyginęły jednorożce, straciły zajęcie dziewczyny, które pielęgnowały cnotę, by móc je łowić. Szczurołapów z fujarkami, o których usługi kiedyś się bito, wykończyli alchemicy ze skutecznymi trutkami oraz powszechne udomowienie kotów, fretek i łasic. U Rodericka de Novembre są zresztą wzmianki o pierwszych wiedźminach, którzy zaczęli jeździć po kraju jakieś trzysta lat temu — w czasach, gdy ludzie byli na tej ziemi intruzami, chłopi wychodzili żąć zbrojnymi kupami, a ziemią władały smoki, mantikory, wilkołaki i strzygi. Ziemię trzeba było potworom odbierać po kawałku, dolina po dolinie, bór po borze — i udało się to „nie bez nieocenionej pomocy wiedźminów". Ale te czasy minęły bezpowrotnie: dziś widłogon to może ostatni drakonid w promieniu tysiąca mil i budzi nie grozę, lecz współczucie i nostalgię, a troll spod mostu to relikt i pożyteczna lokalna atrakcja. Na tym polega paradoks wiedźmińskiej profesji, który poeta wykłada przyjacielowi wprost: wiedźmini sami pozbawiają się pracy, stopniowo, ale stale — bo racją ich istnienia jest świat bez potworów, czyli świat, w którym wiedźmini są zbędni.

Recepta Jaskra na chandrę przyjaciela jest prosta: jechać razem, co rychlej, na to południe, do dzikich krajów — tam potworów podobno wciąż niemało, a po zarąbaniu paru pierwszych smutki miną. Osiąść tam na stałe Geralt jednak nie zamierza: zarobić na południu łatwiej, ale wydać trudniej — jada się pęczak i proso, piwo ma smak szczyn, dziewczyny się nie myją, a komary gryzą. Proso i komary przypominają Jaskrowi ich pierwszą wspólną wyprawę na kraniec świata. Poznali się na festynie w Gulecie — i, jak prostuje Geralt, to poeta przyczepił się wtedy do niego, bo musiał wiać z miasta co koń wyskoczy: dziewczę, które uwiódł pod podium dla muzykantów, miało czterech rosłych braci, a ci szukali go po całym mieście, grożąc wałaszeniem i tarzaniem w smole i trocinach. Jaskier nie pozostaje dłużny: wiedźmin o mało nie wyskoczył wtedy z portek z radości, że znalazł kompana — do tamtej pory mógł w drodze rozmawiać wyłącznie z własnym koniem. Celem tamtej ucieczki była Dolina Kwiatów: podobno kraniec zamieszkanego świata, forpoczta cywilizacji, najdalej wysunięty punkt na granicy dwóch światów. „Pamiętasz?" — pyta poeta. „Pamiętam, Jaskier" — odpowiada wiedźmin. Tym wspomnieniem rozdział się urywa: opowie je następny.

Im lepiej wiedźmini pracują, tym mniej mają roboty: celem ich istnienia jest przecież świat bez potworów — czyli świat, w którym wiedźmini są zbędni.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.