👁 Czytasz bez zakładki — widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom I · Ostatnie życzenie

Rozdział 6 Mniejsze zło

Rozdział 6 z 13 w tomie·6/13 w sadze·~19 min czytania

Jak zwykle pierwsze zwracają na wiedźmina uwagę koty i dzieci: pręgowaty kocur czmycha w pokrzywy, a trzyletni Dragomir, syn rybaka Trigli, wybucha płaczem na progu chałupy. Geralt wjeżdża do portowego miasteczka Blaviken, prowadząc na postronku objuczonego osła; oprócz juków osioł dźwiga spory kształt owinięty derką, a jego szarobiały bok znaczą smugi zakrzepłej krwi. Spod derki wystaje koścista, szponiasta łapa — na jej widok krzyczy handlarka warzyw, a za jeźdźcem rośnie podekscytowany tłumek.

Przed domem wójta okazuje się, że wójtem Blaviken jest Caldemeyn — stary znajomy, który wita Geralta piwem i wyrzutem, że nie było go tu chyba ze dwa lata. Na dziedzińcu wiedźmin odrzuca derkę: przywiózł kikimorę, pająkowatego stwora o szklistym oku z pionową źrenicą i igłowatych kłach w zakrwawionej paszczy. Zabił ją na grobli wśród słonych mokradeł, cztery mile przed miasteczkiem — i jest pewien, że musieli tam ginąć ludzie. Nagrody jednak nie ma: nikt nawet nie przypuszczał, że coś takiego siedzi w bagnach, więc nikt jej nie wyznaczył, a wójt nie ma funduszy. To dla Geralta zły moment, bo przydałby mu się grosz na przezimowanie: wybiera się do Yspaden i boi się, że śniegi zawalą drogi, nim zdąży — a wtedy utknie w którymś z gródków wzdłuż Lutońskiego Traktu. Caldemeyn oferuje mu przynajmniej nocleg w izbie na stryszku, żeby karczmarze-złodzieje go nie obdarli. Zastrzega tylko, żeby przy jego żonie Libusze, która za wiedźminem nie przepada, nie popisywał się jak podczas ostatniej wizyty — nie chodzi o to, że przy kolacji rzucił widelcem w szczura, ale o to, że trafił, chociaż było ciemno.

Kikimorę ma utopić w gnojówce strażnik Nosikamyk — i to właśnie on wpada na pomysł, żeby ścierwo najpierw pokazać Mistrzowi Irionowi, czarodziejowi rezydentowi mieszkającemu od roku w wieży w Blaviken. Rybacy znoszą mu przecież dziwne stwory morskie i niejeden na tym zarobił; a nuż zapłaci i wiedźminowi, a w razie czego rzuci jakieś czary na bagniska. Geralt wątpi — wiedźmini i czarodzieje nie kochają się nawzajem — ale idzie z wójtem pod imponującą wieżę z gładko ociosanych bloków granitu. Gadająca kołatka w kształcie rybiego łba odprawia przybyszów („Mistrz Irion nie przyjmuje. Odejdźcie, dobrzy ludzie"), więc Geralt oświadcza jej głośno, że nie jest dobrym człowiekiem, tylko wiedźminem, a kikimorę zaraz każe zwalić pod same drzwi — niech rezydent obejrzy ją i wyciągnie wnioski, bo dbanie o bezpieczeństwo okolicy to jego obowiązek. Wtedy kołatka odzywa się zupełnie innym głosem, dziwnie znajomym: „Geralt, to naprawdę ty?" — i zaprasza go do środka. Samego.

Za drzwiami zamiast wnętrza wieży czeka kwitnący sad z tęczą na niebie, domek tonący w malwach i naga jasnowłosa dziewczyna z koszem jabłek: iluzja pierwszej klasy, w której kwiaty pachną, jabłka można jeść, a pszczoła potrafi użądlić. Gospodarzem okazuje się stary znajomy: Stregobor, czarodziej, który dawniej mieszkał w Kovirze — jedyny znany Geraltowi mag wyglądający dokładnie tak, jak wedle wszystkich wyobrażeń czarodziej wyglądać powinien: wysoki, chudy, zgarbiony, z krzaczastymi siwymi brwiami, zakrzywionym nosem, w czarnej powłóczystej szacie i z posochem zwieńczonym kryształową gałką. Pod imię Iriona — budowniczego wieży, zmarłego jakieś dwieście lat temu — podszywa się, jak twierdzi, przez uszanowanie; w Blaviken robi za rezydenta od pogody, bo poza iluzjami to jego specjalność. Serdeczności między nim a Geraltem nie ma: przy ostatnim spotkaniu, na dworze króla Idiego w Kovirze, Stregobor z konfratrem Zavistem prześcigali się w nazywaniu wiedźmina szarlatanem, bezmyślną maszyną do mordowania i ścierwojadem — w rezultacie Idi nie zapłacił Geraltowi ani szeląga za zabicie amfisbeny i dał mu dwanaście godzin na opuszczenie Koviru. Teraz jednak czarodziej mówi wprost: ukrywa się tu przed istotą, która chce go zamordować — i która właśnie go odnalazła. Zabije go jutro, najdalej pojutrze. Liczy na pomoc wiedźmina.

Zanim padnie prośba, Stregobor wykłada tło — spór, który dzieli go z Geraltem od pierwszego zdania. Chodzi o Przekleństwo Czarnego Słońca, które wiedźmin zna pod nazwą „mania obłąkanego Eltibalda". Mag Eltibald, opierając się na napisach z menhirów Dauków, płytach nagrobnych z nekropolii Wożgorów i legendach bobołaków, ogłosił, że zaćmienie słońca zwiastuje rychły powrót Lilit — demonicznej bogini czczonej na Wschodzie pod imieniem Niya — i zagładę rodzaju ludzkiego, której drogę utoruje „sześćdziesiąt niewiast w koronach złotych, które krwią wypełnią doliny rzek". Rada Czarodziejów dała temu wiarę — albo, jak twierdzi Geralt, cynicznie wykorzystała majaczenia szaleńca, by mieszać w dynastiach i mocniej pociągać za sznurki kukiełek w koronach. Dziewczęta z wielkich rodów urodzone krótko po zaćmieniu uznano za potwornie zmutowane. Stregobor upiera się, że mutacja była faktem: sam był przy sekcji — czerwona gąbka zamiast mózgu i rdzenia, przemieszane narządy wewnętrzne, serce o sześciu komorach. Przyznaje przy tym rzeczy, od których Geraltowi cierpnie skóra: dziewczynki początkowo eliminowano (usunięto „kilka... naście"; wszystkie sekcjonowano, jedną za życia), a gdy wyszło na jaw, że selekcja zawodzi i mylono się więcej niż raz, zaczęto je zamykać w wieżach. Uwięzione szybko popadały w apatię i umierały — a krótko przed śmiercią zdradzały dar jasnowidzenia. Na dowód, że ocalałe mutantki sieją grozę, czarodziej wylicza: Silvena, pani na Naroku; Fialka, córka Evermira, która uciekła z wieży po sznurze uplecionym z własnych warkoczy i terroryzuje Północny Velhad; Bernika z Talgaru, uwolniona przez zakochanego królewicza — królewicz siedzi dziś oślepiony w lochu, a najczęstszym elementem talgarskiego krajobrazu jest szubienica. Geralt kontruje przykładem z drugiej strony: w Jamurlaku panuje staruszek Abrad, okrutnik, który wyrżnął krewnych i wyludnił pół kraju, a urodził się jakieś sto lat przed zaćmieniem. Byłoby pięknie, gdyby okrucieństwo władców dawało się wytłumaczyć mutacją albo klątwą — bo wtedy ludzie mogliby spać spokojnie.

Istota, przed którą ukrywa się czarodziej, ma imię: Renfri, córka księcia Fredefalka z Creyden, małego księstewka na północy — urodzona krótko po zaćmieniu. Stregobor opowiada jej historię tak, jak ją widzi. Macocha dziewczynki, księżna Aridea — mądra, wykształcona kobieta z rodu pełnego adeptów magii — pytała odziedziczone Zwierciadło Nehaleni, artefakt bezbłędnie (choć zawile) przepowiadający przyszłość, o losy kraju. Usłyszała, że zginie paskudną śmiercią z ręki albo z winy pasierbicy. Postarała się, by wieść dotarła do Rady, a Rada wysłała do Creyden Stregobora. Ten obserwował małą dyskretnie: w krótkim czasie zdążyła zamęczyć kanarka i dwa szczeniaki, a służebnicy wyłupiła oko trzonkiem grzebienia; większość testów zaklęciami potwierdzała mutację. Stregobor — jak twierdzi — chciał ją tylko izolować, ale Aridea zadecydowała inaczej: posłała dziewczynkę do lasu z wynajętym zbirem-łowczym. Łowczego znaleziono później w zaroślach bez spodni, więc przebieg wypadków był łatwy do odtworzenia: mała wbiła mu szpilkę od broszki w mózg, przez ucho, gdy jego uwaga była zaprzątnięta czym innym. Obława po niej nic nie dała. Cztery lata później Renfri żyła w Mahakamie z siedmioma gnomami, których przekonała, że łupienie kupców na drogach popłaca bardziej niż zapylanie sobie płuc w kopalni. Przezywano ją Dzierzbą, bo pojmanych żywcem lubiła nabijać na zaostrzone kołki. Aridea kilkakrotnie nasyłała na nią morderców — żaden nie wrócił, a potem o chętnych zrobiło się trudno, bo mieczem nauczyła się robić tak, że mało który mężczyzna mógł stawić jej czoło. Wkrótce Aridea zginęła otruta (powszechnie podejrzewano księcia, który upatrzył sobie młodszy mezalians, ale Stregobor sądzi, że to Renfri), Fredefalk zginął w dziwnym wypadku na łowach, a najstarszy syn Aridei przepadł bez wieści.

Bandy gnomów też już nie ma: pokłócili się o coś i porżnęli nożami — z całej ósemki przeżyła tylko Dzierzba. Stregobor był wtedy w okolicy. Rozpoznała go w mig i rzuciła się na niego z mieczem, a on ledwie zdążył wypowiedzieć zaklęcie: zamknął ją w bryle górskiego kryształu sześć łokci na dziewięć, bryłę wrzucił do gnomiej kopalni i zawalił szyb. Geralt kwituje krótko: partacka robota — takie zaklęcie dało się odczynić. I rzeczywiście: jakiś królewicz wydał mnóstwo pieniędzy na kontrzaklęcie, odczarował ślicznotkę i triumfalnie zawiózł ją do domu, do zapadłego królestwa na wschodzie. Jego ojciec, stary rozbójnik, okazał więcej rozsądku: synowi spuścił lanie, a Dzierzbę rozciągnął nagą na katowskiej ławie, by wypytać o skarby zagrabione z gnomami i przemyślnie ukryte. Jego błędem było to, że przy przesłuchaniu asystował starszy syn. Nazajutrz tenże starszy syn — świeżo osierocony i pozbawiony rodzeństwa — panował w owym królestwie, a Dzierzba objęła urząd pierwszej faworyty. Faworytą była do pierwszego przewrotu pałacowego, a potem ruszyła za Stregoborem: trzy skrytobójcze zamachy w Kovirze, odnalezienie go w Pontarze, potem w Angrenie — choć ślady zacierał dobrze. Od roku czarodziej ukrywa się na Łukomorzu, w Blaviken; teraz zobaczył w krysztale, że Renfri jest w miasteczku, i to nie sama, lecz z bandą — a to znak, że szykuje coś poważnego. Zakląć jej ponownie nie może z powodu, w który Geraltowi trudno uwierzyć: Dzierzba uodporniła się na magię. Wystarczy odpowiedni artefakt albo aura — a może to postępująca mutacja.

Wniosek Stregobora jest prosty: przybycie wiedźmina do Blaviken akurat teraz to przeznaczenie — Geralt ją zabije. Dla czarodzieja Renfri nie jest człowiekiem, lecz potworem gorszym od kikimory: kikimora zabija, bo jest głodna, Dzierzba — dla przyjemności. Niech wiedźmin ją zabije, a on zapłaci każdą sumę. W granicach rozsądku, rzecz jasna. Geralt odmawia: nie jest najemnym zbirem; za pieniądze zabija potwory zagrażające ludziom, nie ludzi. W mutację Czarnego Słońca nie wierzy, a dziewczyna ma z czarodziejem osobiste porachunki, w które on mieszał się nie będzie — niech Stregobor szuka ochrony u wójta, skoro jako miejscowy rezydent podlega miejscowemu prawu. Na pożegnanie czarodziej sięga po argument ostateczny: kiedy Rada słuchała Eltibalda, wielu miało wątpliwości, ale postanowili wybrać mniejsze zło — i o taki sam wybór prosi teraz wiedźmina. Odpowiedź Geralta nadaje opowiadaniu tytuł: zło to zło — mniejsze, większe, średnie, wszystko jedno, bo proporcje są umowne, a granice zatarte; on nie jest świątobliwym pustelnikiem i nie samo dobro czynił w życiu, ale jeśli ma wybierać między jednym złem a drugim, woli nie wybierać wcale. „Zobaczymy się jutro" — żegna się wiedźmin. „Może. Jeżeli zdążysz" — odpowiada czarodziej.

Wieczorem w „Złotym Dworze", reprezentacyjnym zajeździe miasteczka, wójt z wiedźminem znajdują bandę. Karczmarz Setnik potwierdza: sześciu chłopa i dziewczyna, wszyscy przy mieczach, czarno odziani w skórę nabijaną srebrem novigradzką modą, zajęli mniejszy alkierz i płacą złotem. Geralt idzie do nich sam, żeby nie robić sprawy urzędowej. Renfri w alkierzu nie zastaje — jest za to szóstka zbirów: Nohorn z twarzą przeciętą blizną przez brew, nasadę nosa i policzek; dwaj identyczni, milczący bliźniacy Vyr i Nimir o jasnych zmierzwionych włosach; półnagi, spocony osiłek Piętnastka z kolczastymi ochraniaczami na przedramionach; ogorzały Tavik z włosami w warkoczu; i szczupły, czarnowłosy Civril, którego delikatne rysy, wielkie czarne oczy i szpiczaste uszy zdradzają półelfa. Kompania metodycznie szuka zaczepki: Civril szydzi z „albinosa, mutanta i wybryku natury", którego nie powinno się wpuszczać między porządnych ludzi, Tavik przypomina sobie „smoka" przywiezionego przed dom wójta, a Nohorn z udawaną troską dyryguje prowokacją — wieczór taki nudny, może by się kto z kim wyzwał? Gdy pada słowo „wiedźmin", Civril sięga po cios najboleśniejszy: on przynajmniej znał swoją matkę, czego wiedźmin o sobie powiedzieć nie może. Geralt blednie, ale nie daje się wciągnąć; dopiero gdy Piętnastka odpina miecz i rusza na niego z pięściami, pada ostrzeżenie wypowiedziane zupełnie spokojnie: jeszcze krok, a będziesz szukał swojej ręki na podłodze. Zbiry zrywają się do mieczy — i wtedy do alkierza wchodzi Renfri.

Prawie dorównuje wiedźminowi wzrostem. Włosy koloru słomy nosi nierówno obcięte, nieco poniżej uszu; oczy ma barwy morskiej wody. Do tego obcisły aksamitny kaftanik, asymetryczna spódnica — z lewej sięgająca łydki, z prawej odsłaniająca mocne udo nad cholewą buta z łosiowej skóry — miecz u lewego boku i sztylet z wielkim rubinem w głowicy u prawego. Jedno jej ciche „spokojnie, chłopcy" gasi całą awanturę: w jej głosie dźwięczy coś, co kojarzy się z czerwonym odblaskiem pożaru na klingach, wyciem mordowanych i zapachem krwi — blednie nawet ogorzały Tavik, a rechoczący z „ważnego wydarzenia, jakim jest jarmark" Civril milknie na jedno jej słowo. Natychmiast. W izbie ogólnej czeka już Caldemeyn i stawia sprawę twardo: na Łukomorzu urazy mści się przed sądem grodzkim albo kasztelańskim, a kto chce mścić urazę żelazem, za zwykłego zbója bywa uważany — więc albo banda wyniesie się z Blaviken wczesnym rankiem, albo on wsadzi ich do jamy. Prewencyjnie, jak podpowiada Geralt. Renfri w odpowiedzi wyjmuje z sakiewki złożony pergamin z pieczęcią Audoena — króla tych ziem: Renfri, księżniczka creydeńska, pozostaje w królewskiej służbie i jest królowi miła, a kto by jej „wstrenty czynił", ściągnie na siebie monarszy gniew. Geralt, czytając glejt na głos, zauważa sucho, że „wstręty" pisze się inaczej — ale pieczęć wygląda na autentyczną. List żelazny wiąże wójtowi ręce; Caldemeyn obiecuje tylko, że jeśli naruszy prawo choćby na piędź, wsadzi ją do lochu razem z tym pergaminem. Na osobności, przy kontuarze, Renfri mówi wiedźminowi, że o nim słyszała; że Stregobor jutro umrze i byłoby mniejszym złem, gdyby umarł tylko on; i że ona — w przeciwieństwie do Geralta — „widzi inne możliwości". Prosi, by nie nazywał jej Dzierzbą.

W nocy medalion ostrzega Geralta, że ktoś jest w jego izdebce na stryszku. Wiedźmin wchodzi po ciemku i błyskawicznym skokiem przygważdża intruza do łóżka — to Renfri, która weszła oknem, łażąc po dachach „jak kocica w marcu". Przyszła bez widocznej broni (każe mu nawet ściągnąć sobie buty i sprawdzić cholewy — najlepsze miejsce na nóż), z bukłakiem wina i propozycją: rzezi w Blaviken można zapobiec, a mogą to zrobić dokładnie dwie osoby. Pierwsza to sam Stregobor — jeśli dobrowolnie wyjdzie z wieży i da się wywieźć na pustkowie. Skłonić go do tego ma „tridamskie ultimatum", o którym Renfri mówi tylko tyle, że to jej słodka tajemnica. Druga osoba to Geralt: jego czarodziej wpuści do wieży — a wtedy wiedźmin go zabije. Może to zrobić miłosiernie, jednym pchnięciem, znienacka; ona tego nie gwarantuje, wręcz przeciwnie. Przekonując go, Renfri opowiada własną wersję swojej historii, w kilku miejscach inną niż wersja czarodzieja. Była rozpieszczoną księżniczką w batystowych majtkach — do dnia, w którym macocha i Stregobor kazali łowczemu zarżnąć ją w lesie i przynieść sobie jej serce i wątrobę. Z łowczym wcale sobie nie „poradziła": zlitował się i puścił ją — ale najpierw zgwałcił i obrabował z kolczyków i złotego diademiku. Potem był brud, głód, kije i kopniaki, oddawanie się byle łajzie za miskę zupy albo dach nad głową, lochy śmierdzące uryną. Włosy jak jedwab, sięgające łokieć poniżej pasa, obcięto jej przy skórze nożycami do strzyżenia owiec, gdy złapała wszy — nigdy już porządnie nie odrosły. Kradła, by nie zdechnąć z głodu; zabijała, by jej nie zabito. Zatrute jabłko z wyciągiem z pokrzyku — robota macochy i czarodzieja — przeżyła tylko dzięki gnomowi, który dał jej emetyk. A pierwszemu „opiekunowi", wolnemu kmieciowi, który brał ją, tłukąc przedtem do nieprzytomności, poderżnęła któregoś świtu gardło kosą — i słuchając, jak charczy, odkryła, że ślady kija przestają boleć, a jej jest dobrze, tak dobrze, że aż. Odeszła, raźno pogwizdując. I tak było przy zemście za każdym razem.

Geralt zamiast odpowiedzi pyta, czy Renfri wie, dlaczego naprawdę chcieli ją wtedy zabić — i krok po kroku zmusza ją do wypowiedzenia słowa, którego unika: miała być potworem. „A jesteś?" Przez bardzo krótką chwilę dziewczyna wygląda na bezbronną, załamaną i bardzo smutną. Nie wie. Skaleczona krwawi, po przejedzeniu boli ją brzuch, po pijaństwie głowa; gdy jest wesoła, śpiewa, gdy smutna — klnie; a jak kogoś nienawidzi, to zabija. Odpowiedź wiedźmina na jej propozycję brzmi: nie. Stregoborowi odmówił zabicia jej — jej odmawia zabicia Stregobora, i to z tego samego powodu: nie wierzy w mniejsze zło. Renfri odpowiada własną filozofią, groźniejszą, niż brzmi: mniejsze zło istnieje, tylko nikt nie wybiera go sam z siebie — to Bardzo Wielkie Zło potrafi chwycić człowieka za gardło i powiedzieć „wybieraj: albo ja, albo tamto, trochę mniejsze". I wtedy dzieje się rzecz dziwna. Renfri, wpatrzona w wirujący na łańcuszku wiedźmiński medalion, zaczyna mówić zmienionym głosem, jak we śnie: żal jej Geralta. Będzie stał na placu, na bruku zalanym krwią, sam, bardzo samotny — bo nie umiał dokonać wyboru; nie umiał, ale dokona; i nigdy nie będzie wiedział, nigdy nie będzie miał pewności. A jego zapłatą będzie kamień i złe słowo. Na pytania „kim jesteś?" i „gdzie jesteś?" odpowiada „jestem tym, czym jestem" i „zimno... mi..." — a czytelnik pamięta z wykładu Stregobora, że dziewczęta Czarnego Słońca tuż przed śmiercią zdradzały dar jasnowidzenia. Geralt ściska medalion w garści i budzi ją okrzykiem. Renfri przez moment wygląda na przestraszoną, po czym twardo ogłasza: wygrał — jutro rankiem wyjeżdża z Blaviken i nigdy nie wróci do tego parszywego miasteczka. Zostaje jednak do świtu: dach jest stromy, a ona jest księżniczką, ma delikatne ciało i wyczuwa ziarnko grochu przez siennik. Nocy nie psuje nawet drący się za oknem kot. „To batyst?" — upewnia się w ciemności Geralt. Pewnie, że tak. Jest księżniczką czy nie?

Rankiem, przy śniadaniu u wójta — mała Marilka marudzi monotonnie, że chce na jarmark — Caldemeyn nie może uwierzyć, że poszło tak gładko, bo z glejtem Audoena był wobec bandy bezradny: to bardzo drażliwy król, posyłający na szafot za byle co. Przy okazji streszcza, czego dowiedział się o kompanii: Nohorn był przybocznym Abergarda z osławionej wolnej kompanii angreńskiej, Piętnastka też ma swoje za uszami, a półelf Civril miał podobno coś wspólnego z masakrą w Tridam. Trzy lata temu zbójcy — wśród nich Civril — opanowali tam prom pełen pielgrzymów płynących na Święto Nis i zażądali od barona uwolnienia uwięzionych kamratów; gdy baron odmówił, zaczęli mordować pątników jednego po drugim i spuszczać ich z prądem rzeki. Zanim baron zmiękł i opróżnił loch, zginęło ponad dziesięciu. Na sądzie baron bronił się, że wybrał mniejsze zło, bo na promie było przeszło ćwierć setki ludzi, w tym baby i dzieciaki — a i tak groziło mu wygnanie albo topór. Geralt zrywa się w pół zdania: tridamskie ultimatum. Renfri go oszukała — wcale nie wyjadą. Zrobią w Blaviken to, co w Tridam: zaczną mordować ludzi na jarmarku, żeby zmusić Stregobora do wyjścia z wieży — albo żeby zmusić wiedźmina do zabicia czarodzieja. Otoczony murami rynek to gotowa pułapka. Geralt żąda wzięcia bandy „za łby" natychmiast, póki plac jest pusty; Caldemeyn odmawia — nie wolno ruszyć ludzi, którzy niczego jeszcze nie przeskrobali, historia z Tridam może być plotką, a jeśli poleje się krew jego strażników, Audoen zedrze z niego pasy. Obiecuje najwyżej zebrać straż i mieć bandę na oku. Na krzyk wiedźmina „trzeba wybrać mniejsze zło!" wójt odpowiada urzędowym zakazem: „Jako wójt zabraniam! Zostaw miecz!". Geralt wychodzi. Przerażona Marilka chlipie w kącie kuchni, a Libusze krzyczy za wiedźminem to, co mówiła od początku: samo zło przez niego.

O wschodzie słońca banda czeka już na rynku — konie osiodłane, pierwsi przekupnie rozstawiają stragany. Wiedźmin nadchodzi od głównej uliczki, prosto na nich. Civril bierze od Nohorna kuszę i z odległości czterdziestu kroków przekazuje to, co poleciła Renfri, która w tej chwili „pod wieżą składa czarodziejowi pewną propozycję" — bo przewidziała, że Geralt tu przyjdzie. Rzecz pierwsza to posłanie: „Jestem tym, czym jestem. Wybieraj. Albo ja, albo tamto drugie, mniejsze". Geralt kiwa głową, dobywa miecza z pleców — i rusza. Rzecz drugą, bełt wycelowany między oczy, Civril wypuszcza z kilkunastu kroków; wiedźmin odbija strzałę mieczem w locie. Potem dzieje się to, przed czym Renfri przestrzegała wójta, tyle że na odwrót: nie ma na świecie wojownika, który dałby radę siódemce z mieczami — ale ta siódemka właśnie spotkała wiedźmina. Geralt nie idzie na najeżoną ostrzami grupę wprost, lecz okrąża ją biegiem po zacieśniającej się spirali, aż szyk pęka i rozpada się między stragany. Tavik pada cięty nad biodrem; bliźniacy, atakując jednocześnie rozmazany czarny kształt, zderzają się barkami i giną — Vyr cięty przez pierś, Nimir w skroń; Piętnastka dostaje w brzuch i w szyję tuż pod uchem i osuwa się na bruk srebrzący się od rybich łusek; Nohorn dostaje cięcie przez twarz, symetryczne do starej blizny; Civrilowi miecz wypada z ręki przeciętej powyżej łokcia i półelf zastyga na klęczkach w czerwonej kałuży, wśród porozrzucanej kapusty, obwarzanków i ryb. Rynek pustoszeje w krzyku, kurzu i huku przewracanych straganów.

Wtedy na rynek wchodzi Renfri — wolno, miękkim kocim krokiem. Pod kaftanikiem ma krótką kolczugę, ledwie zakrywającą biodra. Mówi wiedźminowi prawdę, na którą jest już za późno: tridamskie ultimatum nie wypaliło. Stregobor ją wyśmiał — powiedział, że może wymordować całe Blaviken i dorzucić okoliczne wsie, a on i tak nie wyjdzie z wieży; nie wpuści też do niej nikogo, z Geraltem włącznie. Tak, oszukała go — całe życie oszukiwała, gdy było trzeba, czemu miała robić wyjątek dla niego? Geralt każe jej odejść. Renfri odmawia: on dokonał wyboru — teraz kolej na nią. Jednym ruchem zrywa spódnicę z bioder i okręca materiał wokół lewego przedramienia; na Znak, który Geralt składa uniesioną dłonią, odpowiada chrapliwym śmiechem — magia się jej nie ima, działa na nią tylko miecz. Ostatnia wymiana zdań brzmi jak pożegnanie: „Jeśli skrzyżujemy ostrza, ja... już nie będę mógł..." — „Wiem. Ale ja też nie mogę inaczej. Po prostu nie mogę. Jesteśmy tym, czym jesteśmy. Ty i ja". Renfri walczy znakomicie: oślepia przeciwnika spódnicą rzucaną w oczy, zna wiedźmińskie sztuczki z obrotami — obraca się razem z Geraltem tak blisko, że czuje jej oddech — i przejeżdża mu ostrzem przez pierś. Rozstrzygnięcie przychodzi w jednej wymianie: gdy składa się do cięcia z góry, przyklękający w wypadzie wiedźmin tnie ją z dołu, samym końcem miecza, przez odsłonięte udo i pachwinę. Renfri nie krzyczy. Osuwa się na bruk, wpija dłonie w przecięte udo, a krew tętni jej między palcami jasnym strumieniem. Umierając, mówi dokładnie te słowa, które wypowiedziała w transie minionej nocy: „Nie odchodź... Zimno... mi... Obejmij mnie...". Geralt nie odpowiada. Stoi nad nią bez ruchu, aż dziewczyna nieruchomieje z policzkiem na kamieniach. Wtedy spod jej ciała wyślizguje się z martwiejących palców sztylet o bardzo wąskim ostrzu — ukryty tam przez cały czas rozmowy.

Nadbiega Stregobor, który wszystko widział w krysztale. Nad ciałem Renfri wydaje rzeczowe polecenie: niech wiedźmin idzie po wózek — zabiorą ją do wieży, trzeba zrobić sekcję. I wtedy miecza dobywa „ktoś, kogo wiedźmin nie znał" — sam Geralt, obcy własnym rękom: niech czarodziej jej tylko dotknie, a głowa poleci na bruk. Stregobor odskakuje i na odchodne wykrzykuje słowa, które są echem nocnej przepowiedni: teraz Geralt nigdy się nie dowie, nigdy nie będzie miał pewności — czy ona była potworem, czy nie. Oznajmia, że wraca do Koviru, bo w tej dziurze nie zostanie ani dnia — i odchodzi, stukając posochem, nawet nie obejrzawszy się na trupy. Z tłumu wciśniętego w uliczki leci pierwszy kamień. Potem następne. Wiedźmin stoi wyprostowany i nieruchomy, odpychając je Znakiem kreślonym oburącz, aż rzucanie przerywa ryk nadbiegającego Caldemeyna. Z wczorajszej przyjaźni wójta nic nie zostało. Wskazując rozrzucone po placu nieruchome ciała, pyta: czy to już wszystko? tak wygląda mniejsze zło, które wybrałeś? — po czym, upewniwszy się, że rana wiedźmina nie jest poważna, mówi mu: zabieraj się stąd. A gdy Geralt odwraca się do odejścia, dodaje ostatnie słowa rozdziału: „Nie wracaj tu nigdy. Nigdy". Zapłatą za wybór okazały się — co do joty, jak w przepowiedni Renfri — kamień i złe słowo. Przydomek, który padł w poprzednim rozdziale z ust rycerza Białej Róży, ma odtąd swoją historię: tak Geralt z Rivii został Rzeźnikiem z Blaviken.

Zło to zło — mniejsze, większe czy średnie: proporcje są umowne, a granice zatarte. Wiedźmin, mając wybierać między jednym złem a drugim, woli nie wybierać wcale.

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Rzeź w BlavikenW dzień jarmarku Geralt wychodzi na pusty jeszcze rynek Blaviken, by ubiec tridamskie ultimatum — mordowanie ludzi, którym banda Renfri chce wywabić Stregobora z wieży. Po odbitym mieczem w locie bełcie Civrila wiedźmin rozbija szyk szóstki zbirów, krążąc wokół nich po zacieśniającej się spirali, i wycina ich między straganami co do jednego. To za tę jatkę — i za to, co po niej — Geralt zapłaci przydomkiem Rzeźnika z Blaviken.
  • Śmierć RenfriPo rzezi bandy Renfri staje naprzeciw Geralta sama — w kolczudze pod kaftanikiem, odporna na Znaki, ze spódnicą okręconą na przedramieniu. „Jesteśmy tym, czym jesteśmy. Ty i ja" — mówi przed walką, w której rani wiedźmina w pierś i ginie od cięcia końcem miecza przez udo i pachwinę. Umierając na bruku, powtarza słowa z nocnego transu („Zimno mi… Obejmij mnie…"), a spod jej ciała wyślizguje się ukryty sztylet. Geralt z mieczem w ręku nie oddaje ciała Stregoborowi na sekcję — pewności, czym była Renfri, nie będzie miał nigdy.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.