Wycieczka Geralta i Jaskra do miasta kończy się zasadzką. Na leśnej polanie — stąd widać jeszcze nad drzewami wieże świątyni — czeka na nich Falwick w pełnej zbroi i karminowym płaszczu zakonnym. Obok hrabiego stoi krępy, brodaty krasnolud w lisiej szubie, kolczudze i misiurce z żelaznych kółek, a Tailles, bez zbroi, przechadza się z obnażonym mieczem. Polanę otaczają żołdacy z oszczepami; osobny oddział odcina jeźdźcom odwrót. Jaskier jęczy, że jazda do miasta była głupim pomysłem — trzeba było siedzieć u Nenneke, nie wystawiać nosa za mury. Falwick wykłada sprawę bez powitań i wstępów: Geralt obraził urodzonego Taillesa, a Tailles rzucił mu przecież rękawicę. Na terenie świątyni nie godziło się na wiedźmina nastawać, więc zakon poczekał, aż ten „wychyli się zza spódnicy kapłanki". Teraz musi się bić.
Geralt próbuje się z pojedynku wyłgać: nigdy nie był pasowany na rycerza, a o okolicznościach jego urodzenia lepiej nie wspominać — wedle kodeksu rycerskiego jest więc „niezdolny do dawania satysfakcji". Falwick ma jednak w zanadrzu kodeks kapituły: to rycerz wyzywa wiedźmina, a tym samym podnosi go do swojej godności — wyłącznie na czas potrzebny do zmycia zniewagi. Odmówić się nie da, bo odmowa przyjęcia godności sama w sobie czyni niegodnym — a niegodnego hrabia każe po prostu powiesić na gałęzi. Wtedy głos zabiera krasnolud. Przedstawia się: Dennis Cranmer, kapitan straży księcia Herewarda — i uczciwie dopowiada drugą szczękę pułapki. Książę rozkazał, by walka toczyła się nie na śmierć, lecz do obezwładnienia; Tailles jest ulubieńcem księcia, więc jeśli Geralt dotknie go w walce mieczem, Cranmer aresztuje wiedźmina i dostawi przed książęce oblicze — do ukarania. Geralt podsumowuje te „radosne alternatywy" na głos: za odmowę stryczek, za wygraną koło, wolność tylko za pozwolenie, by przeciwnik go pokiereszował. O to właśnie chodzi — Falwick przyznaje otwarcie, że młodemu Taillesowi potrzebna jest sława pogromcy wiedźmina, a kapituła chce mu ją dać; skóra mutanta przecież szybko się zrasta. Trzecie wyjście — przebić się — istnieje, co Cranmer lojalnie przyznaje. Tyle że to krew i śmierć wielu ludzi. Jak w Blaviken. Jaskier kpi z brania napadniętego na humanitaryzm i wróży żołdakom, że na sam widok wiedźmina, „który radzi sobie ze strzygą gołymi rękami", połamią nogi w ucieczce do miasta. Krasnolud odpowiada spokojnie: swoim kolanom nie ma nic do zarzucenia, przed nikim dotąd nie uciekał — a wydane rozkazy wykona, jak zawsze, co do joty. Do niczyich uczuć nie apeluje; poprosi tylko o decyzję i zaakceptuje każdą. Geralt długo patrzy krasnoludowi w oczy, po czym się zgadza — szkoda dnia. Zastrzega jedno: Jaskier nie ma z tą sprawą nic wspólnego, co Cranmer twardo potwierdza. Byle szybko, dodaje wiedźmin — jeśli Nenneke dowie się o awanturze, będzie piekło.
Sam pojedynek trwa chwilę. Falwick nie pozwala Geraltowi walczyć jego własną „brzytwą" — wciska mu swój ciężki brzeszczot, kwitowany zimno: „z równym powodzeniem moglibyśmy się bić na szpadle". Tailles ma taki sam miecz, więc szanse są równe. Propozycję przeprosin rycerzyk zbywa milczeniem, zastyga w pozycji szermierczej — „nie posłuchacie głosu rozsądku? Szkoda" — i atakuje błyskawicznie, bez ostrzeżenia. Geralt nie paruje ani jednego ciosu: wychodzi spod ostrza półobrotem i piruetem, a krótką, lekką fintą wybija przeciwnika z rytmu. Tailles traci równowagę i odruchowo, niezgrabnie zasłania się mieczem uniesionym wysoko — a wtedy wiedźmin uderza z siłą pioruna, na wprost, ale nie w rycerza, tylko w jego klingę. Odbite własne ostrze trafia Taillesa prosto w twarz. Chłopak z wyciem pada na kolana, pluje krwią. Falwick wrzeszczy na straż, by brała wiedźmina — i wtedy Dennis Cranmer jednym charknięciem zatrzymuje żołdaków na miejscach. On zawsze wykonuje rozkazy co do joty: wiedźmin NIE DOTKNĄŁ rycerza Taillesa. Szczeniak uderzył się o własne żelazo — jego pech. A blizna? Blizna to dla rycerza zaszczytna pamiątka i powód do tej sławy, której kapituła tak mu życzyła: „rycerz bez blizny to kutas, nie rycerz". Gdy wściekły hrabia przysięga krasnoludowi, że ten jeszcze pożałuje, Cranmer powoli wyciąga zza pasa topór o podwójnym ostrzu, pluje w prawą dłoń i radzi nie przysięgać krzywo — książę Hereward dał mu prawo karania krzywoprzysiężców gardłem.
Falwick, dysząc ze złości, każe wiedźminowi natychmiast wynosić się z Ellander. Cranmer, oddając Geraltowi miecz, mruczy, że rzadko zgadza się z hrabią, ale tym razem radzi to samo. Geralt ma jednak do hrabiego jeszcze słowo. Wraca do kodeksu kapituły i głośno zadaje pytanie: gdyby to on, zdegustowany i obrażony całą tą aferą, wyzwał teraz Falwicka na miecze — czy hrabia uznałby go za dostatecznie godnego, by skrzyżować z nim klingę? Czy raczej odmówiłby, wiedząc, że wtedy Geralt miałby go za niegodnego nawet tego, by go opluć, obić po gębie i skopać na oczach knechtów? Falwick blednie i cofa się o krok; żołdacy unikają jego wzroku. „Choć milczycie, słyszę w waszym milczeniu głos rozsądku" — kwituje wiedźmin i w zamian zaspokaja ciekawość hrabiego obietnicą: jeśli zakon w jakikolwiek sposób naprzykrzy się matce Nenneke i kapłankom albo będzie się nadmiernie narzucał kapitanowi Cranmerowi, Geralt odszuka Falwicka i — nie przejmując się żadnym kodeksem — spuści z niego krew jak z wieprzka. Z Dennisem żegnają się za to niemal serdecznie: krasnolud jest rad ze spotkania i liczy na następne. Przyjaciele odjeżdżają demonstracyjnie wolno, a w kłus przechodzą dopiero w lesie, poza zasięgiem wzroku. Okrężnej drogi nie będzie: pojadą lasami, potem skręcą na Kupiecki Szlak i ruszą na południe. Jaskier ma tylko pamiętać o jednym — przy Nenneke o całej drace ani słóweczka.
Pożegnanie odbywa się na świątynnym dziedzińcu, przy osiodłanych koniach. Geralt sprawdza naprawiony kabłąk strzemienia i sztywne jeszcze, pachnące nową skórą puślisko; za siodłem zrolowana derka, a przy niej przytroczony srebrny miecz. Nenneke bez uśmiechu żegna Jaskra wyznaniem, że lubi go, bęcwała, choć sama nie wie dlaczego. Na cierpką radę „uważaj na siebie" Geralt odpowiada, że woli uważać na innych — na dłuższą metę lepiej się to sprawdza. Ze świątyni, spomiędzy oplecionych bluszczem kolumn, wychodzi Iola z dwiema adeptkami i niesie kuferek wiedźmina: Nenneke uzupełniła eliksiry i dołożyła lekarstwo, które Geralt ma brać regularnie przez dwa tygodnie. Spłoniona dziewczyna tak bardzo chce coś na pożegnanie powiedzieć — i nie wie co, nie zna słów, których należałoby użyć. Podaje kuferek. Ich ręce się stykają — i przez Iolę przechodzi wizja. Krew. Kości jak białe połamane patyczki, ścięgna pękające pod cięciem wielkich, najeżonych kolcami łap i ostrych zębów, obrzydliwy odgłos dartego ciała — i krzyk, bezwstydny w swoim bezwstydzie końca. Śmierć. Dziewczyna pada na ziemię wyprężona, wygięta w łuk, w konwulsjach, krzycząc bezgłośnie i gryząc się do krwi. Nenneke dopada jej z niebywałą przy swojej tuszy szybkością i krzyczy: „mów, dziecko! Mów!" — a potem woła coś, czego Geralt już nie rozumie, ale co szarpie jego medalionem tak, że wiedźmin zgina się jak pod niewidzialnym ciężarem. Iola nieruchomieje. Zbiegłym się adeptkom kapłanka każe ostrożnie ją zabrać i nie zostawiać samej.
Nenneke widziała wizję także — przez chwilę. Prosi: „Geralt, nie jedź". Wiedźmin też widział. I nie pierwszy raz. Mimo to odmawia: musi jechać, a oglądać się za siebie nie ma sensu. Prosi tylko, by kapłanka zajęła się Iolą. Nenneke wolno kręci głową, pociąga nosem i gwałtownym ruchem nadgarstka ściera łzę. „Żegnaj" — szepcze, nie patrząc mu w oczy. Tym pożegnaniem kończy się tom.
„Rozkazy wykonuje się co do joty. A wiedźmin nie tknął rycerza mieczem — młokos sam uderzył się własnym żelazem. Jego pech.”
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.
Dalej mapy jeszcze nie sięgają — kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.
Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.