atrament na mapieOpis ogólny, bez zdradzania fabuły.
Krasnolud: krępy, brodaty, w lisiej szubie, kolczudze i misiurce z żelaznych kółek, z toporem o podwójnym ostrzu za pasem. Spod płowych, krzaczastych brwi patrzą jasnoszare, stalowe oczy. Zawodowy żołnierz na ludzkiej służbie (dowodzi strażą księcia Herewarda z Ellander) i chodząca definicja słowa „rozkaz": każdy wykonuje co do joty, a ta dosłowność tnie w obie strony.
Przeglądasz bez zakładki, więc widzisz pełną opublikowaną biografię.
Gdy rycerze zakonu Białej Róży zastawiają na leśnej polanie zasadzkę na Geralta, by zmusić wiedźmina do pojedynku z młodym rycerzem Taillesem, Cranmer pilnuje przy tym interesów księcia, a robi to po swojemu, uczciwie. To on otwarcie wykłada Geraltowi całą pułapkę: walka ma się toczyć „do obezwładnienia", a za draśnięcie Taillesa czekają wiedźmina areszt i kara. Jako jedyny nie apeluje też do uczuć: prosi o decyzję i obiecuje uszanować każdą. Po pojedynku bierze rozkazy za słowo: wiedźmin nie dotknął rycerza, tylko pokonał go, odbijając uderzeniem w klingę jego własne ostrze prosto w twarz, więc szczeniak „uderzył się o własne żelazo", straż zostaje na miejscach, a zmasakrowana twarz to zaszczytna blizna, której kapituła sama Taillesowi życzyła. Hrabiemu Falwickowi, dowódcy zasadzki, który grozi mu za ten werdykt, pokazuje topór i przypomina, że książę dał mu prawo karania krzywoprzysiężców gardłem. Z Geraltem żegna się niemal serdecznie: rad ze spotkania, liczy na następne.
Wojna zastaje Cranmera w mundurze oficera Mahakamskiego Ochotniczego Hufu, krasnoludzkiej formacji cofniętej po stratach spod Mayeny na przeformowanie pod Wyzimę; to on ogłasza w zajeździe „Pod Misiem Kudłaczem" wynik kułacznego pojedynku o wakujące po poległym dowództwo roty. W wyzimskim tłumie wyławia Jarrego i zamiast odesłać zbiega do Ellander kurierską pocztą, karmi go, przedstawia kamratom i uczy miasta: chwali za milczenie w sprawie Ciri, o której gadano przy stole (krasnolud wie wiele o tym, co działo się za murem świątyni, i słyszał nawet, jakie imię handlarz wypisał chłopcu na medalioniku), pokazuje mu szubienicę z powieszonymi za byle słowo „defetystami" i szeptem zdradza prawdziwe położenie: Coehoorn idzie w sile stu tysięcy, a Temeria z Redanią nie zatrzymają go przed rubieżą Pontaru. Protekcji przy komisji odmawia, bo protegowany ma w armii przechlapane, a do Hufu chłopaka nie przyjmie; na głos mówi, że to miejsce dla krasnoludów, w duchu zaś, że ma u niespłacone długi i chce, by Jarre wrócił z wojny cały, podczas gdy Huf, wojsko obcej i gorszej rasy, zawsze będzie posyłany tam, skąd się nie wraca. Żegna chłopca pod drzwiami komisji słowami, że uwidzą się, gdy będzie po wszystkim, a gdy ten znika w środku, dodaje cicho: albo się i nie uwidzą.
Przeczucie, z którym Cranmer żegnał Jarrego („uwidzimy się, gdy będzie po wszystkim, albo się i nie uwidzimy"), wystawione zostaje na próbę pod Brenną: krasnolud walczy tam w okrążonym czworoboku Hufu, wezwany przez Barclaya Elsa z najcięższego boju z głową owiązaną szmatą, przez którą sączy się krew. Czworobok, do którego nie chciał przyjąć chłopaka, bo posyłano go tam, skąd się nie wraca, wytrzymuje pełne okrążenie i swoim marszem ku Złotemu Stawowi współrozstrzyga bitwę.
Każdy prowadzi do streszczenia rozdziału, w którym się wydarzył.
r. 13Pojedynek z Taillesem: Na leśnej polanie pod świątynią zakon Białej Róży dopada wreszcie Geralta z rzuconą niegdyś rękawicą i z pułapką bez wyjścia: za odmowę pojedynku stryczek, za zranienie Taillesa, ulubieńca księcia, areszt i kara. Wiedźmin znajduje wyjście trzecie: nie paruje ani jednego ciosu, a wybitego z rytmu rycerzyka pokonuje uderzeniem w klingę, tak że odbite własne ostrze masakruje Taillesowi twarz. Dennis Cranmer, wykonujący rozkazy co do joty, ogłasza werdykt: wiedźmin nie dotknął rycerza, szczeniak uderzył się o własne żelazo. Upokorzony Falwick każe Geraltowi opuścić Ellander i blednie, gdy ten na odchodne obiecuje, że jeśli zakon tknie kapłanki Melitele albo kapitana Cranmera, spuści z hrabiego krew jak z wieprzka.r. 59Bitwa pod Brenną: Największa i najkrwawsza bitwa tej wojny, zapowiadana od dawna batalia „może największa w historii". Marszałek Menno Coehoorn, chcąc przeciąć drogę armii idącej z odsieczą Mayenie, rozdziela Grupę Armii „Środek" i z czterdziestoma sześcioma tysiącami wyborowej jazdy wymusza starcie na błoniu pod Brenną, nad rzeczką Chotlą. Bitwę rozstrzygają kolejno: tchórzliwy patrol, który nie wykrył nadciągającej odsieczy, twardość temerskiej piechoty, o którą rozbija się dywizja „Alba", morderczy marsz okrążonego czworoboku krasnoludów Barclaya Elsa i kondotierów Julii Abatemarco ku Złotemu Stawowi, szarża odsieczy Blenheima Blenckerta z okrzykiem „Redania!" oraz wyzimscy pikinierzy wojewody Bronibora, którzy własnymi piersiami zamykają lukę przed flankowym zagonem „Nauzicai" i Daerlańczyków. Cesarstwo traci czterdzieści cztery tysiące ludzi, kwiat kawalerii i niemal wszystkich wodzów; uciekającego w cudzym płaszczu Coehoorna dosięgają nad Chotlą bełty krasnoludzkich kuszników, mszczących Caleba Strattona. Ginie też wojewoda Bronibor, hrabia de Ruyter i wiedźmin Coën, a Jarre płaci za swoje „stać jak mur" lewym przedramieniem. Marsz Cesarstwa na północ zostaje ostatecznie złamany, a mądrze wykorzystane owoce wiktorii ruszają lawinę, która odmienia losy całej wojny.