👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VII · Pani Jeziora

Rozdział 10 „Rozdział dziesiąty”

Rozdział 10 z 11 w tomie·61/62 w sadze·~16 min czytania
Tom VII · rozdz. 10/11
61/62 w sadze

Nocą na zboczu pod przełęczą Elskerdeg, wśród sterczących jak grzebień megalitów, Boreas Mun piecze nad ogniskiem upolowanego zwierza i po kolei wywołuje z mroku dwóch podkradających się wędrowców. Pierwszy to olbrzymi, mierzący dobre siedem stóp pielgrzym w filcowym kapeluszu, którego rondo skutecznie kryje twarz; drugi, bezszelestny jak cień, to elf o obliczu zeszpeconym paskudną szramą biegnącą skosem przez czoło, brew, nos i policzek. Tropiciel zaprasza obu do poczęstunku, a przy okazji ustala, że wszyscy trzej idą w tę samą stronę, bo spod Elskerdeg można iść już tylko na wschód, ku Zerrikanii i Haklandowi, oraz że wszyscy trzej ruszyli w drogę po zawarciu pokoju cintryjskiego, którego porządek najwyraźniej żadnemu z nich nie przypadł do gustu. Pielgrzym przyznaje, że pieczyste, kruche jak królik, jada pierwszy raz w życiu; elf z sarkastyczną uprzejmością nazywa zwierzaka skrekkiem, a Boreas woli nie prostować, że chodzi o olbrzymiego szczura, zastrzelonego zresztą w obronie własnej. Na pytanie o rokowania pielgrzym odpowiada wspomnieniem, od którego zaczyna się cała opowieść rozdziału, bo królowie zjechali do Cintry drugiego kwietnia, na nowiu.

W cintryjskiej halli, obwieszonej tarczami herbowymi rodów starych i nowych, w tym świeżo dodanymi herbami szlachty nilfgaardzkiej z czasów pięcioletniej okupacji, zasiadają przy okrągłym stole: Meve, Foltest ze swoim lennikiem Venzlavem z Brugge, Demawend, Henselt, Ethain z Cidaris, młody Kistrin z Verden, książę Nitert z redańskiej Rady Regencyjnej i hrabia Dijkstra, którego obecność kłuje w oczy dostojników. Obradom przewodniczy sędziwy Cyrus Engelkind Hemmelfart, hierarcha Novigradu, posadzony na krześle o najwyższym oparciu, bo okrągły stół okrągłym stołem, ale musi być widać, kto najważniejszy. Naprzeciw Dijkstry siada przewodniczący delegacji nilfgaardzkiej, baron Shilard Fitz-Oesterlen. Każdy z obecnych myśli o swoim: Foltest o tym, żeby po odzyskaniu Cintry nikt nie niszczył nilfgaardzkich tarcz w ferworze odnowy, Dijkstra o uczcie zaręczynowej, na której zjawił się kiedyś Stalowy Jeż, a Meve o tym, że po śmierci Calanthe i Pavetty z królewskiej krwi została tylko wnuczka, o ile prawdą nie jest wiadomość, że i ona nie żyje.

Piętro wyżej, w komnacie z trójwymiarowym telekomunikatorem pośrodku stołu, zasiadają czarodziejki: Filippa Eilhart, Sheala de Tancarville w boa ze srebrnych lisów, Assire var Anahid w fioletowym jedwabiu, królewska Francesca Findabair, tajemnicza Ida Emean, dostojna Margarita Laux-Antille, Sabrina Glevissig w turkusach, Keira Metz w zieleni i żółci oraz Fringilla Vigo, przygnębiona i blada iście śmiertelną bladością. Triss Merigold, siadając naprzeciw Fringilli pod obrazem jeźdźca pędzącego wśród szpaleru monstrualnych olch, myśli o tym, że właśnie tu, w tym zamku, Calanthe zgodziła się kiedyś na dziwaczny mariaż Pavetty, i o tym, że Ciri, jej mała siostrzyczka, jest teraz gdzieś daleko na południu, razem z Geraltem i Yennefer, bezpieczna. Chyba że one znowu ją okłamały. Filippa wyostrza zaklęciem obraz i dźwięk: władcy świata piętro niżej zabierają się do decydowania o jego losach, a loża przypilnuje, żeby chłopcy zanadto się nie rozfiglowali.

Obrady toczą się jak targ. Henselt ryczy i wali pięściami w stół, że nie odda ani piędzi Dolnej Marchii, którą jego wojsko zdobyło na Nilfgaardczykach, gdy królestwo Demawenda już nie istniało; Demawend spokojnie wylicza, że kaedweńska armia weszła do Górnego Aedirn jako zaborca, i żąda, by w ciągu tygodnia opuściła bezprawnie okupowane zamki, bo to warunek jego dalszego udziału w obradach. Shilard wtrąca do protokołu, że Cesarstwo nie miało z aneksją nic wspólnego, na co Dijkstra przypomina, że akurat w tym czasie grabiło Vengerberg. W sprawie Dol Blathanna, o którą upomina się memorandum cesarza, Demawend deklaruje pro publico bono zgodę na autonomię, ale jako księstwa, którego pani złoży mu hołd lenny i zrówna w prawach ludzi i elfy. Henselt na żądanie zwrotu Marchii odpowiada wyciem „non possumus".

Piętro wyżej Sabrina sucho obiecuje paniom, że zmusi „starego durnia" do uznania rewindykacji i wojska kaedweńskie wyjdą z Górnego Aedirn w ciągu dziesięciu dni. Francesca przyjmuje propozycję Demawenda z elfim żartem, że wystarczy jej odtąd tytuł „jaśnie oświeconej", godzi się na reemigrację ludzkich osadników i równouprawnienie ras, stawia za to jeden warunek: żadnego hołdu lennego, Dol Blathanna ma być alodium, wolną własnością związaną tylko obietnicą lojalności. Kwestie primogenitury zbywa gorzko, bo wiek zajścia w ciążę ma daleko za sobą i będzie ostatnią z rodu władców Doliny Kwiatów. Wtedy Assire pyta o cenę: co z bojowymi komandami Wiewiórek i z elfami, które walczyły po stronie Cesarstwa, w większości poddanymi Franceski? Stokrotka z Dolin przestaje się uśmiechać, Ida Emean unika jej wzroku. Wszystko ma swoją cenę, mówi wolno Francesca. Wojna wymaga ofiar. Pokój, jak się okazuje, również.

Cenę widać wkrótce na dziedzińcu cesarskiej twierdzy, gdzie Hamilcar Danza z krużganka ogłasza stłoczonym w ślepym zaułku oficerom elfów fakt dokonany: ugody cintryjskie nakładają na Cesarstwo obowiązek wydania Nordlingom przestępców wojennych, tych oficerów, na których ciążą zarzuty terroru, mordów na cywilach i dobijania rannych w lazaretach. Coinneach Dé Reo krzyczy o przelanej za cesarza krwi i przysiędze wierności, Riordain zgrzyta, że trzeba było zostać za Jarugą i bić się dalej w komandach, zamiast dotrzymywać żołnierskiego słowa. Isengrim Faoiltiarna, legendarny Żelazny Wilk, w milczeniu zdziera z rękawa srebrne błyskawice brygady „Vrihedd" i ciska je na płyty; inni idą w jego ślady. Na zapewnienia o sprawiedliwych procesach, łagodnych wyrokach i rychłej amnestii zaułek odpowiada gromkim śmiechem. Śmiech cichnie jak ucięty nożem, gdy Danza dodaje, że Cesarstwo wydaje tylko ich, trzydziestu dwóch oficerów, i ani jednego z żołnierzy, którymi dowodzili.

W zamkniętej przed podsłuchem komnacie Berengar Leuvaarden, specjalny wysłannik cesarski, przekazuje Shilardowi rozkaz, w który ambasador nie chce uwierzyć: po wszystkich dotychczasowych ustępstwach cesarz każe zaakceptować także roszczenia Nordlingów w sprawie repatriacji nilfgaardzkich osadników z Brugge i Lyrii. Na protesty, że Północ weźmie to za przejaw słabości, Leuvaarden odpowiada wykładem o prawdziwej naturze zwycięstwa: nie chodzi o wbijanie sztandarów w skrwawioną ziemię, lecz o to, by pokonani kupowali towary zwycięzców i ufali ich walucie bardziej niż własnej. Po to zniszczono im rolnictwo i przemysł; teraz potrzebny jest szybki pokój bez blokad, ceł i protekcjonizmu, bo inaczej manufaktury Cesarstwa czeka kryzys nadprodukcji, a straty poniosą spółki handlu morskiego zawiązane z Novigradem i Kovirem, w których znaczne udziały ma także wpływowa rodzina barona. Gdy Shilard chce mieć pewność, że wykonuje rozkaz cesarza, a nie „jakiejś korporacji", wysłannik cedzi, że cesarze przemijają, a korporacje trwają, i rozchyla kołnierz, pokazując złoty medalion z płonącą gwiazdą wpisaną w trójkąt. Kupić takiej ozdoby nie można. Trzeba sobie na nią zasłużyć.

Przy okrągłym stole zostaje jeszcze sprawa, której wszyscy dotąd ledwie tknęli: status Cintry i sukcesja po Calanthe. Shilard uśmiecha się dyplomatycznie i tajemniczo, że ta sprawa pójdzie jak z płatka, łatwiej, niż panowie i pani przypuszczają. Piętro wyżej czarodziejki przymierzają projekty, mandat powierniczy dla Foltesta, linię demarkacyjną, kondominium z Cintrą jako wolnym miastem, aż Assire swoim łagodnym głosem prosi, by zostawić Cintrę w spokoju, bo sprawa jest już rozwiązana i załatwiona. Filippa mruży oczy, a Triss wzdycha głośno, bo ona już się domyśliła.

W stolicy Nilfgaardu Vattier de Rideaux chodzi struty, bo jego złotowłosa kochanka Cantarella rzuciła go nagle, bez słowa wyjaśnienia. Przy fontannie Emhyr var Emreis wylicza rachunki nowych czasów: Gildia Kupiecka dostała za nieocenioną pomoc więcej przywilejów niż od trzech poprzednich cesarzy razem wziętych, a Berengar Leuvaarden intratne stanowisko za pomoc w wykryciu spisku. Dijkstrze, którego informacja o zdradzie spadła cesarzowi jak z nieba, odwdzięczyć się będzie można tym, czego szpieg nie wie, a wiedzieć chciałby: informacją. W sprawie Stefana Skellena łaski nie będzie, czeka go śmierć zdrajcy po uczciwym i dokładnym procesie. Rozmowę przerywa nadejście Stelli Congreve z powierzoną jej pieczy jasnowłosą dziewczyną w białej sukni z zielonymi rękawkami, wystrojoną dokładnie wedle cesarskiego gustu. Oto nadchodzi interes Cesarstwa, myśli Emhyr. Fałszywa princessa, fałszywa królowa Cintry. Ale co ja mam z laleczką zrobić, postawić na kominku?

Podczas spaceru po parku cesarz pokazuje dziewczynie rzeźbę pelikana rozdzierającego dziobem własną pierś, by krwią wykarmić dzieci; ona rozpoznaje w niej alegorię szlachetnego poświęcenia i wielkiej miłości, a na pytanie, czy rozdzierana pierś boli przez to mniej, nie umie odpowiedzieć. Dziewczyna wyznaje, że naprawdę cieszy się z tych spacerów, choć rozumie, że to niemożliwe, bo cesarze nie władają swoim sercem ani czasem: jedno i drugie należy do Cesarstwa. Zapytana o imię odpowiada „Cirilla Fiona", a na deklarację, że zasłużyła za to na surową karę, dodaje cicho, że żałuje, iż nią nie jest, bo prawdziwej Cirilli cesarz patrzyłby w oczy łaskawiej, ona zaś jest tylko falsyfikatem, który niczego nie jest godzien. Emhyr, tłumiąc poczucie winy, które targa nim jak ugryzienie psa, bo dziewczyna odwagą przypomina mu córkę, pojmuje nagle, że nie pozwoli Vattierowi zamordować tego dziecka; Cintra Cintrą, ale ta sprawa ma tylko jedno sensowne i honorowe rozwiązanie. Ostrzega dziewczynę, że to, co widzi przed sobą, to płomień, a ona, mała ćma, odpowiada, że wie. Nie wiem, czy będę zdolny cię pokochać, mówi wreszcie głucho cesarz, a gdy widzi łzę na jej policzku, obejmuje ją mocno. Moja ty biedna, mówi nieswoim głosem, moja ty mała, biedna racjo stanu.

W całej Cintrze biją dzwony, dostojnie i jakoś dziwnie żałobnie, gdy w rzędzie konterfektów władców, za Cerbinami i Coramami, za Corbettem, Dagoradem i Roegnerem, za dumną Calanthe i melancholijną Pavettą, zawisa portret szczupłej, jasnowłosej dziewczyny o smutnym spojrzeniu, w białej sukience z zielonymi rękawkami. Podpis głosi „Cirilla Fiona Elen Riannon, królowa Cintry i cesarzowa Nilfgaardu". Każdy z patrzących myśli o swoim. Hierarcha daje głowę, że monarchini ma w żyłach przeklętą elfią krew; Esterad Thyssen, świeżo przybyły do Cintry, wie na pewno, że to nie ta, którą widywał w snach, ale postanawia zachować tę wiedzę dla siebie i Zuleyki; Kistrin z Verden oddycha z ulgą, że tamta Ciri kiedyś przed nim uciekła, bo jako książę Cintry zginąłby pewnie jak Calanthe; Shilard nie rozumie z tej racji stanu nic i podejrzewa, że nie wszystko mu mówią. Dijkstra myśli krótko: czarodziejki, ich robota; a Triss, że niech tak zostanie, bo prawdziwa Ciri będzie teraz bezpieczna, zapomną o niej i pozwolą jej żyć. Biedne dziecko, myśli Dijkstra, patrząc na portret. Myśli pewnie, że to już koniec jej strapień.

Krótko po podpisaniu pokoju cintryjskiego Novigrad świętuje kilkudniowym festynem z wielką defiladą. Zanim jednak opowieść tam dotrze, wstaje „pierwszy dzień nowej ery" nad Drakenborgiem: komendant Vascoigne pogania katów, bo po zawartym pokoju fort ma huk roboty. Na szubienicznych pieńkach stoją między innymi elf Cairbre aep Diared, który woła „niech żyje wolność", maruder Orestes Kopps, dezerter Robert Pilch, skazany za łapownictwo agent Jan Lennep, który każe przekazać panu Dijkstrze, że żałuje, oraz były komendant fortu Istvan Igalffy, zdjęty ze stanowiska za to, czego dopuszczał się wobec więźniarek. Vascoigne unosi i opuszcza rękę, pieńki lecą spod nóg.

W Novigradzie tłum ryczy, lecą kwiaty i fajerwerki, a na czele odświętnie sformowanej Wolnej Kompanii jadą Julia Abatemarco, Adam „Adieu" Pangratt i Lorenzo Molla. Julia ukradkiem ociera łzy, bo takiego triumfu nawet nie śniła, i żałuje tylko, że nie doczekał go Frontino. Na trybunie zasiadają królowie, królowa Hedwig i małoletni królewicz Radowid, którego hierarcha bezceremonialnie zasłania połami szaty. Nikt nie krzyknie „niech żyje Radowid", myśli trzynastolatek, nikt nawet nie wspomni zamordowanego ojca, który przecież do tego przymierza się przyczynił. Na karku czuje nagle spojrzenie delikatne jak muśnięcie gorących kobiecych ust: wpatrują się w niego ciemne, bezdenne oczy Filippy Eilhart. Poczekajcie, myśli królewicz, odwracając wzrok. Tylko poczekajcie. Nikt nie mógł wówczas zgadnąć, że z tej osoby bez znaczenia w kraju rządzonym przez Radę Regencyjną i Dijkstrę wyrośnie król, który odpłaci wszystkim doznane zniewagi i przejdzie do historii jako Radowid V Srogi. Wśród wiwatów Pangratt niespodziewanie prosi Julię, by za niego wyszła; jest wprawdzie żonaty, ale w separacji i się rozwiedzie. Słodka Trzpiotka długo nie odpowiada, zaskoczona, speszona i nie wiedzieć czemu bardzo szczęśliwa.

Maszerujący za kondotierami Mahakamski Ochotniczy Huf wywołuje najpierw wiwaty, a potem salwy śmiechu: krasnoludzcy oficerowie salutują przed trybuną z pełną powagą, za to podoficerowie i żołnierze kwitują królewskie cięcia budżetowe zgiętym łokciem i wyprostowanym środkowym palcem, gestem znanym w kręgach akademickich jako digitus infamis. Nie trzeba było obrażać ich skąpstwem, powtarza kwaśno Meve, to ambitny narodek. Hierarcha, dusząc się z oburzenia, obmyśla już cenzurę: gdy historycy wezmą się do roboty, najemnicy, wiedźmini, nieludzie i wszelki podejrzany element mają zniknąć z kronik ludzkości. I ani słowa o Dijkstrze, bezbożniku i łotrze; niech zniknie bez śladu i będzie zapomniany. Filippa, czytająca te myśli bez najmniejszego wysiłku, odpowiada w duchu, że niedoczekanie: Dijkstra zostanie tak długo, jak będzie jej potrzebny. Obok kapłan Willemer, wpatrzony w karminowe wargi czarodziejki, obiecuje sobie, że kiedyś któraś z nich popełni błąd, a jeśli nawet nie, to znajdzie się jakaś klęska albo zaraza, o którą będzie można je obwinić. I wtedy rozpalą się stosy.

W świątyni Melitele Nenneke patrzy na Eurneid, którą wysyłała na wojnę jako dziewczynkę, a która wróciła kobietą, i słucha bilansu: Debora umarła na tyfus pod Mayeną, Prune utonęła w Jarudze z łodzią rannych, Myrrhę zabiły Wiewiórki podczas napadu na lazaret pod Armerią, a Katje poznała w szpitalu rannego Nilfgaardczyka i po wymianie jeńców poszła z nim do Nilfgaardu. Miłość nie zna granic ni kordonów, wzdycha kapłanka. Iola Druga żyje, ale nie wróci: została w Mariborze, w szpitalu chirurga Milo Vanderbecka, bo chce leczyć i tylko temu się poświęcić. Prosi, by jej wybaczyć. Wybaczyć?, parska Nenneke. Ja jestem z niej dumna.

Gdzieś na rozjeżdżonym trakcie skrzypi wóz wiozący inwalidów wojennych, a lejce, okręcone rzemieniem wokół jedynej ręki, trzyma Jarre. Chłopak wciąż nie umie traktować siebie normalnie i podejrzewa cały świat o obłudną litość, ale jasnowłosa wozaczka Lucienne ani nie udaje, że kikuta nie widzi, ani nie upokarza pomaganiem. Podczas postoju zagląda do jego mosiężnego medalionu „niezapominajki" i sylabizuje z trudem wygrawerowane imię „Cirilla"; na gorzkie pytanie, czy tamta czeka „na to", uniesiony kikut, odpowiada twardo, że jak się kocha chłopa, to całego, a nie we fragmentach, zresztą głowy mu Czarni nie urwali, a on przecież głową robi, pisarz i kapłan ze świątyni. Zalotne przekomarzania przerywa gefrejter Derkacz, domagający się szybszej jazdy do karczmy, a potem widok, od którego twarze wszystkich inwalidów bieleją: z lasu wyjeżdża ośmioro elfów na sześciu ledwo żywych koniach, niedobitki komanda rozbitego dwa dni wcześniej. Z ich dumy i charyzmatycznej inności nie zostało nic; brudni, ranni i cuchnący lazaretem, przestali nawet budzić strach. Ciemnowłosa elfka z ręką na przesiąkniętym temblaku zatrzymuje konia przy wozie, a któryś z elfów mówi do niej „En'ca digne, Toruviel". Lucienne, od dziecka obyta z widmem głodu, pierwsza wyciąga ku Toruviel chleb; za nią, jak ożywieni zaklęciem, kalecy żołnierze podają elfom ćwiartki chleba, ser i słoninę. Elfy, po raz pierwszy od tysiąca lat, wyciągają ręce w stronę ludzi, a Lucienne i Jarre są pierwszymi ludźmi, którzy widzą, jak elfka płacze. Elf ze srebrnymi błyskawicami na podartym rękawie bierze chleb od Derkacza i mówi z wysiłkiem, chrapliwie: dziękuję ci, człowieku. Pod wieczór trakt zapełnia się zbrojnymi tropiącymi niedobitków; dowodzi nimi kobieta o krótko ostrzyżonych, zupełnie białych włosach, twarzy pociętej szramami i lewej ręce zakończonej mosiężnym hakiem. Jarre, Lucienne i inwalidzi, unikając jej wzroku, mamroczą, że nikogo nie widzieli. Rayla, niegdyś Czarna, teraz Biała, wie, że łżą z litości. Ale to nie ma znaczenia, myśli, bo ja, Biała Rayla, litości nie znam.

W stolicy Cesarstwa przewodniczący Najwyższego Trybunału odczytuje wyrok: Stefan Skellen, syn Bertrama, winny zdrady stanu i udziału w spisku na porządek Imperium oraz na osobę Cesarskiego Majestatu, bez okoliczności łagodzących i bez prawa łaski, zostanie zawleczony na włóczydle na plac Tysiąclecia i powieszony, ciało jego spalone, popiół rozrzucony na cztery wiatry, a imię, wypowiedziane przez Trybunał po raz ostatni, ma być odtąd zapomniane.

Do Oxenfurtu dociera tymczasem echo zupełnie innego wydarzenia. Profesor Oppenhauser wpada do dziekanatu z wrzaskiem, że po trzydziestu latach pracy jego perpetuum mobile wreszcie ruszyło i działa bez ustanku; gdy grono uczonych biegnie tłumnie do pracowni słynnego fizyka, gruntem wstrząsa fala sejsmiczna, która dotarła aż tu z dalekiego Ebbing, gdzie czarodziejki zniszczyły warownię Stygga, kryjówkę Vilgefortza. Z witraża Katedry Sztuk Pięknych lecą szkiełka, z cokołu spada popiersie pierwszego rektora, a legendarne wieczyste ruchadło profesora Oppenhausera rusza się jeszcze raz i staje. Na amen. Nigdy już nie udało się go ponownie uruchomić.

W cintryjskim porcie zdycha w rynsztoku stary pręgowany kocur Rudzielec. Kilka dni wcześniej zagryzł wyliniałego, pozbawionego ucha szczura, który po cumie zszedł na keję z dziwnego, brudnego frachtowca o nazwie „Catriona", i choć instynkt powstrzymał go przed zjedzeniem paskudy, kilka wielkich, błyszczących pcheł zdążyło przenieść się do jego futerka. Dogorywając, kot życzy niewdzięcznym ludziom, by cierpieli tak samo jak on. Jego życzenie ma się spełnić niebawem, na naprawdę wielką skalę: gospodyni, która wymiotła Rudzielca z podwórka, zatrzymuje się właśnie i drapie w łydkę. Ugryzła ją pchła.

Cenę pokoju płacą też wydani Nordlingom oficerowie. Z galery przybijającej do Dillingen spędzają na nabrzeże zakutych w kajdany elfów; wśród czekających kręcą się cywile o szybkich oczkach, selekcjonerzy. Faoiltiarna, który na przeoczenie swojej pokiereszowanej twarzy nawet nie liczył, zostaje wywleczony ze szpaleru; rozpoznają też Riordaina i Angusa Bri Cri, a Coinneach Dé Reo, wyciągany przez ludzi z redańskimi orłami na ryngrafach, żegna towarzyszy okrzykiem „va faill". Wyselekcjonowaną trójkę prowadzą do szopy przy basenie portowym. Tam cywil oznajmia Riordainowi i Angusowi, że zostali objęci amnestią i sąd okazał łaskę, ale sprawiedliwości musi stać się zadość, a zapłaciły za to rodziny zamordowanych: obu elfów duszą pętlami i zarzynają nożami na klepisku, długo, jak zawsze. Faoiltiarna nie czeka na zapowiedzianą „klauzulę dodatkową" swojego wyroku: klamra kajdan, nad którą pracował od dwóch dni, spada z przegubu, elf kładzie łańcuchem dwóch strażników, kopnięciem łamie twarz trzeciemu, rozcina twarz cywilowi i wyskakuje przez okno szopy prosto do portowego basenu. Woda między barkasami kipi od bełtów, ale ciała nie ma.

Na defiladzie Dijkstra pochyla się wreszcie do Filippy i mówi, o czym chce z nią rozmawiać w cztery oczy, a najlepiej przy kilku dodatkowych parach pięknych oczu pań z Montecalvo: o zamachu na króla Vizimira z lipca ubiegłego roku. Półelf, który dokonał morderstwa, bynajmniej nie był szaleńcem i nie działał sam. Oczy Filippy robią się jak dwa czarne, bezdenne jeziora; audiencji obiecuje udzielić „wkrótce". Jakiś czas później Dijkstra zjawia się bezszelestnie w kancelarii swojego sekretarza Oriego Reuvena i żegna się z nim: powiedział jedno słowo jednej osobie i było to jedno słowo za dużo. Nadstaw uszu, Ori, mówi. Szczury biegają po tretogorskim grodzie. Idą tu, na miękkich szczurzych łapkach.

Nocą do tretogorskiego zamku wdzierają się czarni, zamaskowani mordercy o sztyletach z wąskimi, graniastymi klingami, kładąc trupem straże w antyszambrach. Komnata za kancelarią jest ślepa, z matni nie ma wyjścia, ale w środku zastają tylko kaszlącego staruszka nad rękopisem. Na pytanie, gdzie jest krwawy pies Dijkstra, Ori Reuven odpowiada spokojnie, że przecież sami widzą, że go nie ma, a na groźby, że jest stary, chory, bardzo zmęczony i nie boi się ani ich, ani ich noży. Mordercy, którym rozkaz nie wspominał o sekretarzu, znikają. Ori spędzi potem sześć lat po więzieniach, przesłuchiwany bez końca; wyjdzie bez zębów, włosów i wzroku, z połamanymi na przesłuchaniach palcami, i umrze niecały rok później w świątynnym przytułku, w nędzy i zapomnieniu. Rękopis jego księgi „Ludzie z cienia, czyli historia tajnych służb królewskich" zaginie bez śladu.

Nad Elskerdeg wstaje brzask, a wyjący na przełęczy upiór dawno umilkł, zrozumiawszy widocznie, że trzej mężczyźni przy ognisku widzieli ostatnimi czasy zbyt wiele okropności, by przejmować się byle upiorem. Jeśli mają razem wędrować przez przełęcz, za którą czekają Zerrikania i Hakland, pora porzucić nieufność, mówi Boreas Mun i podaje towarzyszom rękę, przedstawiając się pierwszy. Świat się odmienił, coś się skończyło, mówi pielgrzym, prostując potężną postać. Jestem Sigi Reuven. Coś się zaczyna, dodaje elf, krzywiąc pobliźnioną twarz w czymś, co wedle wszelkich przesłanek jest uśmiechem. Jestem Wolf Isengrim. Uścisk trzech prawic przez moment wygląda bardziej na wstęp do walki niż gest zgody, ale tylko przez moment, a polano w ognisku strzela iskrami jak radosny fajerwerk. Niech mnie diabli, uśmiecha się szeroko Boreas Mun, jeśli nie jest to początek pięknej przyjaźni.

„Congreve, Stella, hrabina na Liddertalu, dużą estymą cesarza się ciesząca. Dzięki wielkiemu afektowi ku młodej cesarzowej, którą jak córkę własną kochała, żartobliwie „cesarzową matką" zwana była. (Effenberg i Talbot, Encyclopaedia Maxima Mundi, parafraza)”

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Pokój cintryjski: Drugiego kwietnia, na nowiu, do Cintry zjeżdżają władcy Północy i delegacja Cesarstwa, by przy okrągłym stole zakończyć wojnę. Obradom przewodniczy hierarcha Hemmelfart, Nilfgaard reprezentuje baron Shilard Fitz-Oesterlen, a wśród królów zasiada hrabia Dijkstra. Rokowania toczą się jak targ: Henselt wyje „non possumus" w sprawie zwrotu Górnego Aedirn, Demawend stawia warunki, Cesarstwo składa memoranda w sprawie Dol Blathanna, a o wszystkim, o czym „decydują" królowie, rozstrzygają wcześniej czarodziejki loży, obradujące z telekomunikatorem piętro wyżej. Ustalenia idą jak po sznurku: wojska kaedweńskie opuszczają Górne Aedirn, Francesca Findabair dostaje Dol Blathanna jako alodium za cenę zgody na reemigrację osadników i wydanie elfich „przestępców wojennych", Nilfgaard godzi się na repatriację własnych osadników z Brugge i Lyrii, bo za kulisami korporacja kupiecka Berengara Leuvaardena żąda szybkiego pokoju bez ceł i blokad, a status Cintry rozwiązuje ślub cesarza z dziewczyną noszącą imię Cirilli. Dzwony biją w całej Cintrze dziwnie żałobnie, a nowa era zaczyna się od defilad, egzekucji i rozliczeń: jednym pokój przynosi triumfy i przywileje, innym stryczek, nóż albo wygnanie.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.