W sali kolumnowej zamku Montecalvo pachnie starą boazerią, świecami i dziesięcioma starannie dobranymi mieszankami perfum, bo za okrągłym dębowym stołem w fotelach o poręczach rzeźbionych w sfinksy zasiada dziesięć kobiet: loża w komplecie. Fringilla Vigo widzi naprzeciw siebie Triss Merigold i skrytą w cieniu Keirę Metz, obok Filippy siedzi czarna od brylantów Sheala de Tancarville, dalej Margarita, Sabrina, obie elfki, Francesca i Ida Emean, oraz Assire var Anahid, której dystyngowana elegancja budzi podziw. Filippa, wyjątkowo bez biżuterii, bawi się jedynie dużą sardonyksową kameą przypiętą do cynobrowej sukni; Fringilla zdążyła już poznać plotkę o tym, czyim darem jest kamea i czyj profil wyobraża. Zebrane ponaglają: pannie Vigo wypada wreszcie dokończyć opowieść, bo czas bieży i trzeba podjąć pilne kroki. Fringilla relacjonuje więc zimę w Beauclair: przyszedł grudzień, Yule, Nowy Rok, Geralt uspokoił się na tyle, że imię Ciri przestało wypływać przy każdej rozmowie, a wyprawy na potwory pochłaniały go niemal bez reszty. Nocami zaś, zapewnia czarodziejka, był całkowicie w jej mocy i mówił jej wszystko. W lazurowych oczach Triss błyska coś, co nie jest odblaskiem świec, a Fringilla myśli z satysfakcją: zazdrośćcie, jest czego.
Wtrącona scena z pałacowej sypialni pokazuje jednak, ile warte było owo „całkowicie w mojej mocy". Szarym świtem Geralt wstaje i ubiera się, bo umówił się z rządcą winnicy Pomerol i dał słowo. Fringilla na przemian kusi, rozkazuje i pyta, czy on jej już nie kocha, a wiedźmin niewzruszenie radzi jej włożyć na śniadanie szaroperłową suknię z norkami, bo bardzo jej w niej do twarzy.
Przed lożą Fringilla przyznaje, że problemem była kompania, ta dziwna szajka, którą wiedźmin nazywał drużyną i której wpływu nie umiała wyeliminować. Cahir przyglądał się jej i czerwienił z wysiłku, by sobie przypomnieć, skąd ją zna, ale przypomnieć sobie nie mógł, bo w Darn Dyffra, rodowym zamku jego dziadów, bywała, gdy miał sześć czy siedem lat. Hardą Milvę dwa razy przydybała na cichym płakaniu w kącie stajni, Angoulême miała za płochego dzieciaka, a Regisa rozgryźć nie umiała wcale. Całe to towarzystwo spotykało się co rano w kuchni w suterenie pałacu, gdzie kuchmistrz, nie wiedzieć czemu, zawsze miał dla nich coś dobrego, a śniadania ciągnęły się godzinami przy rozmowach, które czarodziejka nazywa absurdalnymi.
Jedno z takich śniadań rozdział pokazuje w całości, z dwiema kurami dziobiącymi okruszki z podłogi. Angoulême klaruje kompanii swój wielki plan: gdy już załatwią, co mają do załatwienia, wrócą tu i założą luksusowy dom rozpusty, bo rynek jest nienasycony, a ona zostanie bajzelmamą i kiedyś wybiorą ją na rajczynię. Geralt wylicza, że dzisiejsza robota w Pomerol to wedle sprzecznych zeznań świadków pryskirnik, delichon albo narzępik, choć potwora nie widziano od dawna. O Jaskra pyta na próżno: kompania wie tylko tyle, że poeta jest z księżną Anariettą w stosunkach na tyle zażyłych, iż publicznie nazywa ją Łasiczką. Nagle wybucha Milva: na zwykłe pytanie, czy coś się stało, odpowiada wiązanką, ciska kubkiem o podłogę i wybiega. Regis wyjaśnia, że trzy dni temu na polowaniu baron de Trastamara formalnie i uroczyście poprosił ją o rękę, a Milva odmówiła w dość ostrej formie, po czym urażony baron natychmiast wyjechał z Beauclair, ona zaś od tamtej pory chodzi jak struta. Za długo tu siedzimy, mruczy Geralt, na co milczący dotąd Cahir odpowiada tylko: i kto to mówi.
Po wyjściu wiedźmina przy stole zostaje Fringilla, która z rozmowy z Angoulême wyławia jedno: dziewczyna boi się, że Geralt zostawi ją w Toussaint, gdy ruszy w dalszą drogę, a ona bez niego znowu wpadnie w ręce Jednookiego Fulka. Regis punktuje czarodziejkę uprzejmie i bezlitośnie: słucha, ale nie słyszy, bo zbulwersowała ją wyłącznie wieść o wyjeździe wiedźmina. Fringilla wygłasza więc mowę obrończą. Geraltowi nigdzie nie będzie lepiej niż tu, gdzie opływa w luksusy, poluje za dobre pieniądze, a księżna jest mu łaskawa, głównie za sprawą sukkuba, który przestał nawiedzać alkowy, jakby nożem uciął, za co damy Toussaint składają się właśnie na specjalną premię do banku Cianfanellich. Przy okazji czarodziejka wbija szpilę Regisowi: pałacowy strażnik przysięga, że widział nocą na blankach Wieży Karoberty sukkuba przechadzającego się w towarzystwie drugiego upiora, jakby wampira, i to wyglądających na zaprzyjaźnionych. Regisowi nie drga nawet powieka: są rzeczy na niebie i ziemi, o których nie śniło się filozofom. Fringilla wylicza dalej, i to z pamięci, swoje zasługi: dzięki niej Geralt poznał sekrety rodowodu Ciri, jest chroniony przed wrogim skanowaniem, a więc i przed skrytobójcami, nie boli go już kolano, a na szyi nosi wykonany jej sztuką amulet. Dzięki niej wiosną albo latem stanie do walki poinformowany, zabezpieczony i uzbrojony, a jeśli ktoś z obecnych zrobił dla wiedźmina więcej, niech to ogłosi. Nikt się nie zgłasza, tylko Cahir cedzi z przekąsem, że zaprawdę nikt nie dał Geraltowi więcej niż pani. Na argument, że przeznaczenie i tak dościga ludzi, więc jeśli odzyskanie Ciri jest zapisane, stanie się to niezależnie od tego, czy Geralt ruszy w góry, czy będzie siedział w Toussaint, odpowiada Regis. Taki pogląd to wygodny fatalizm, pean na cześć otępienia, gnuśności i urzekającego ciepła damskiego łona; życie może i jest snem, ale snem, który trzeba prześnić aktywnie, dlatego na kompanię czeka szlak. A sen wiedźmina, dodaje wampir z ukłonem, jest czarowny i piękny, tyle że każdy sen śniony zbyt długo zamienia się w koszmar, z którego budzimy się z krzykiem. Wolna droga, wybucha Fringilla: na przełęczach czekają śnieżyca, mróz i przeznaczenie, ale wiedźmin zostanie tu, z nią.
Rama wraca do Montecalvo w momencie, w którym opowiadająca zaczyna się jąkać. Geralt wyjechał do winnicy Pomerol ósmego stycznia rano, a wrócił chyba ósmego w nocy albo dziewiątego przed południem, tego Fringilla nie wie, nie ma pewności. Sheala prosi łagodnie, by mówić składniej, a fragmenty, które pannę Vigo peszą, zwyczajnie pomijać.
Tamtego ranka do kuchni wpada Geralt z siniakiem i strupem zakrzepłej krwi na twarzy i bez wstępów ogłasza: pakować się, za godzinę wszyscy spakowani i w siodłach na wzgórku za miastem, tam, gdzie stoi słup, wyjazd pojedynczo, by nie dawać pozoru. Kompania reaguje, jakby czekała na tę wieść od dawna: Milva zrywa się z okrzykiem, że będzie gotowa w pół godziny, Cahir pyta tylko, czy to kaprys, kłótnia kochanków, czy naprawdę szlak, i słyszy, że naprawdę szlak. Angoulême, zamiast strachu, dostaje niespodziankę: Geralt zmienił zdanie i nigdzie jej nie zostawia, bo smarkulę trzeba pilnować. W kuchni zostaje tylko Regis, spokojnie siorbiący rosół, i ten stawia sprawę jasno: młodzików można posłać do pakowania krzykiem, jemu, choćby z racji wieku, należy się kilka słów wyjaśnienia. Zacznijmy od tego, podpowiada, że wczoraj rano, zgodnie z umową, spotkałeś się u bramy z rządcą winnicy Pomerol.
Wspomnienie z poprzedniego dnia zaczyna się właśnie tam. Czarnobrody Alcides Fierabras, rządca Pomerol poznany w „Bażanciarni" w wigilię Yule, czeka z mułem, odziany, jakby mieli jechać na kraj świata, za Bramę Solveigi i przełęcz Elskerdeg, i pierwsze, co robi, to karci przybysza z szerokiego świata: Toussaint wcale nie jest takie małe, do Pomerol jest niezły kawał drogi. Jadą skrótem przez miasto, mijają rynek z szafotem i szubienicą, na której wisi skazaniec; jak wyjaśnia rządca, składanie rymów i śpiewanie piosenek to rzecz niebezpieczna, osobliwie publicznie, bo księżna pani jest dobra i kochana, ale jak się zdraźni, to koniec. Pieśni zadławić nie można, cytuje Geralt pewnego znajomego. Pieśni nie, przyznaje trzeźwo Fierabras, ale pieśniarza i owszem. Za Bramą Bednarską droga biegnie doliną wartkiej rzeczki Blessure; mija ich barwny poczet błędnego rycerstwa zmierzający ku przełęczy Cervantesa, na graniczną strażnicę Vedette, a Geraltowi robi się markotno, bo widok rycerzy przypomina mu Reynarta, który po powrocie ze służby regeneruje siły w ramionach pewnej mieszczki i którego towarzystwa wiedźminowi zwyczajnie brakuje. Rządca umila drogę gawędami: w kotlinie leży wioska Lisie Doły, gdzie na polach samą sztuką przyrody rosną garnki wszelkiego rodzaju i kształtu (wieś nawiązała nawet partnerskie kontakty z wsią Dudno w Maecht, gdzie ziemia rodzi pokrywki), a na wzgórzu straszą ruiny burgu Dun Tynne, w którym wedle bajki niejaki Walgerius Wdały ubił krwawo niewierną żonę wraz z całą jej familią, po czym siadł i zapłakał. O zgrabnej wieżyczce za ruinami rządca umie powiedzieć tylko tyle, że to świątynia; jakiego bóstwa, tego już nikt nie pamięta.
Około południa docierają do winnic Pomerol, nad którymi na wzgórzu bije w niebo donżon zamku. Geralta zastanawia co innego: droga do zamku jest rozjeżdżona jak główny gościniec, a pod murami stoi kilkanaście krytych płachtami wozów do dalekiego transportu. To kupcy, handlarze winni, wyjaśnia Fierabras, i na zdumienie wiedźmina, jakim cudem przybyli, skoro przełęcze zasypane, odpowiada z powagą, że dla kupców nie ma złych dróg, przynajmniej dla tych, co serio traktują swój proceder: skoro cel przyświeca, sposób musi się znaleźć. Niektórzy tkwią tu zresztą od jesieni, ale duchem nie padają, bo wiosną będą pierwsi przed konkurencją, a w Beauclair mieszkać nie chcą, bo tam człek tylko gnuśnieje i durnieje od uczt zamiast myśleć o tym, co naprawdę ważne. Zaiste, mówi wolno Geralt, któremu te kupieckie maksymy najwyraźniej układają się w głowie w coś zupełnie własnego, zasada to celna i godna naśladowania w każdej sytuacji. Rad jestem z naszej wspólnej podróży, panie Fierabras. Naprawdę wiele skorzystałem.
Robota czeka jednak nie w samym Pomerol, lecz w położonym na sąsiednim garbie zaniedbanym kasztelu Zurbarràn, wyglądającym jak wymarzona zaklęta ruina. W środku zamiast dziwów i potworów krzątają się robotnicy przy beczkach i deskach, podają grochówkę, a podwładny rządcy, Szymon Gilka, opowiada o potworze wyłącznie z drugiej ręki: czarny był jak smoła, ale przeźroczysty niczym galareta, łapska miał długaśne i cienkie, osiem albo i więcej, a spłoszony ludowym egzorcyzmem hycnął w czeluście pieczar. Na pytanie, kiedy widziano go ostatnio, pada odpowiedź kłopotliwa dla rządcy: jakieś trzy tygodnie temu, trochę przed Yule, a nie, jak twierdził Fierabras przy śniadaniu, przed zeszłorocznym Lammas. Ofiar nie było, chyba że liczyć parobka, który przepadł rok temu bez wieści; jedni mówią, że potwór zawlókł go w otchłanie, inni, że chłopak sam dał nogę przed długami z kości i zasądzonymi alimentami. Obsługiwany przez dwie dziewki o bardzo wymownych spojrzeniach Geralt uznaje, że czas najwyższy zająć się pracą, i każe prowadzić się do piwnic.
W podziemiach szybko wychodzi na jaw, że oprawny w srebro chryzopraz od Fringilli, mający zastąpić utracony wiedźmiński medalion, rozumie niebezpieczeństwo po swojemu: drga na widok rudego kota, wibruje nad beczkami wina, a milczy przy zbutwiałych deskach przykrywających zdradzieckie dziury po starej kopalni łupku, nad którą stoją oba zamki. Milczy też, gdy z rumowiska wyskakuje z wizgiem gremlin i daje nura w niszę. Za to nad samą niszą amulet zaczyna drgać jak szalony, i słusznie, myśli Geralt, bo ulubioną taktyką gremlinów jest zasadzka. Wiedźmin włazi za stworem w dziurę, podłoże puszcza i po krótkiej jeździe w dół ląduje z chrzęstem na czymś, co bierze za stertę zbutwiałego drewna, póki nie namacuje okrągłej czaszki. Leży na stosie ludzkich kości; wszyscy ci ludzie umierali zakuci w kajdany, najpewniej nadzy, a kości są pokruszone i pogryzione, choć nie sposób orzec, czy gryziono już trupy. Dalej ciągnie się korytarz o gładko obrobionych ścianach, który kopalni nie przypomina wcale, potem ogromna kawerna z bezdenną czarną dziurą pośrodku, nad którą wisi filigranowy kamienny mostek, wreszcie ciąg nisz z rozmytymi przez wodę posążkami i płaskorzeźbami: kobieta z księżycowymi rogami, wieża, jaskółka, dzik, delfin, jednorożec. I wtedy Geralt słyszy ludzki głos.
Głos dobiega zza posążka o kobiecych kształtach. Amulet tym razem staje na wysokości zadania: błyska, wskazując refleks metalu, a ujęta w mocne objęcia i przekręcona figura obraca całą niszę na stalowych zawiasach, odsłaniając kręcone schody. Na ich szczycie kryje się malutkie sklepione pomieszczenie, z którego ścian sterczą cztery rozszerzone jak trąby mosiężne rury, a pośrodku, na fotelu w idealnym punkcie podsłuchu, siedzi kościotrup w resztkach biretu i bogatego niegdyś stroju. Geralt spycha poprzednika z fotela, nie zapominając przełożyć do własnej kieszeni jego złotego łańcucha, i rozsiada się u wylotu trąb dokładnie w chwili, w której ktoś na dole kicha tak potężnie, że aż miedź wibruje, a inny głos życzy zdrowia panu Skellenowi.
Podsłuchana narada okazuje się zjazdem spiskowców, którzy pod pozorem kupieckich interesów zjechali na kraniec świata, do Toussaint, wybranego przez Stefana Skellena jako jedyny zakątek Cesarstwa pozbawiony własnych służb i nienaszpikowany agentami Vattiera de Rideaux. Przy stole siedzą ludzie, których krzywdy i ambicje układają się w jeden wzór: dudniący basem książę Ardal aep Dahy, który poparł niegdyś młodego Emhyra w walce z uzurpatorem, a teraz nie może znieść, że cesarz nad jego córkę Eilan przedkłada przybłędę z Cintry, zgrzytliwy książę Joachim de Wett, którego córka też już niemal miała obiecane cesarskie łoże, egzaltowany hrabia Broinne, któremu Emhyr dla Cintryjki porzucił żonę, oraz przeciągający sylaby pan Leuvaarden, głos najspokojniejszy i najbardziej rzeczowy. Relację Skellena o zniknięciu Cintryjki przyjęto tu zresztą sceptycznie: skoro od zeszłego lata znikała i objawiała się kilka razy, może objawić się znowu, a zresztą to nieistotne, bo cesarz, który raz bezkarnie zelżył stare rody, będzie lżył je dalej. Pada werdykt, powtórzony przy stole jak echo: śmierć. Zabić niedźwiedzia, nie dzieląc zawczasu skóry. Na tronie osiądzie princ Voorhis, żelazny człowiek, którego Skellen wolałby zastąpić jego malutkim synem Morvranem i radą regencyjną, czyli sobą i zebranymi; wywody Puszczyka o monarchii konstytucyjnej, postępie i władzy ludu zbywane są wzruszeniem ramion, a Leuvaarden sucho wytyka mu, że lud kocha ten, kim najłatwiej manipulować. Do zamachu nie trzeba będzie szturmować pałacu ani przebijać się przez fanatyczną gwardię: Vilgefortz oferuje spiskowcom zamachowca pod magiczną protekcją, dokładnie tak, jak stało się to z królem Redanii zabitym w Tretogorze tuż przed rebelią magów na Thanedd. Zamachowcem będzie trzymana w więzieniu czarodziejka Yennefer: zauroczona, zahipnotyzowana i zaprogramowana jak golem, dokona zamachu i popełni samobójstwo, a legenda dopisze resztę, bo mścicielka krzywd wychowanicy, zaszczutej przez tyrana niewinnej dziewczyny, pasuje jak ulał. Na koniec spiskowcy żądają od Skellena rękojmi szczerości: aktualnego miejsca pobytu Vilgefortza. Puszczyk waha się krótko, bo jak wykłada aep Dahy, przeniewierstwem nikt tu niczego by nie kupił: Emhyr nie umie wybaczać, ma zamiast serca kawał lodu i dlatego umrze. I Skellen wyjawia, gdzie ukrywa się czarodziej, a wiedźmin u wylotu trąb zaciska pięści aż do bólu i wytęża słuch oraz pamięć.
W drodze powrotnej, przy mostku nad przepaścią, amulet szarpie się już nie jak wróbel, lecz jak spory ptak, i po chwili z ciemności odzywa się dziwnie artykułowany głos: czekaliśmy tu na ciebie, wiedźminie. Zasadzkę zastawiły cztery stwory, które od zarania dziejów zimują w tutejszych podziemiach i mają dość polującego na nie przybysza: korred, stanowczo żądający tytułowania go panem Schweitzerem, zgarbiony i małpi kilmulis, pajęczy pryskirnik oraz zmiennokształtne stworzenie podobne do kandelabra, które nie figuruje w żadnej wiedźmińskiej księdze. Geralt cierpliwie tłumaczy, że w podziemiach wydarzyło się coś, co zmienia wszystko: musi natychmiast wyjść i ruszyć w daleką drogę, być może bez powrotu, więc stwory mają do wyboru uwierzyć w jego szczerość albo zginąć. Pan Schweitzer żąda dowodu: wiedźmin to jego miecz, niech więc klingę wrzuci w przepaść albo złamie. Geralt wolno wtyka miecz w skalną rozpadlinę i łamie go uderzeniem buta, a korred, kwitując, że nie może uwierzyć w taką głupotę, daje znak do ataku. Walka jest krótka i straszna: rozpłatana szczęka i gardło Schweitzera, dwukrotnie rąbany w żelazny czerep kilmulis, pryskirnik, który chybiwszy skoku, wypada z kawałkiem balustrady w bezdenną czeluść, wreszcie kandelabrowaty stwór, któremu Geralt znosi pół czaszki, a ten i tak kłapie jeszcze zębami kilkanaście sekund, nim umrze z niemal ludzkim westchnieniem. Nad drgającym w kałuży krwi korredem wiedźmin pochyla się z zimną puentą: to on nie może uwierzyć, że ktoś dał się nabrać na tak prostą iluzję jak ta z łamaniem miecza. Ostrzegałem, dodaje, ocierając krew z policzka. Uprzedzałem, że muszę stąd wyjść.
Wysłuchawszy całości, Regis oświadcza, że teraz jest usatysfakcjonowany, a na ponaglenie do pakowania odpowiada z łacińska, że wszystko, co jego, nosi ze sobą. Geralt zdąża jeszcze wypomnieć mu pożegnanie z sukkubem.
Nie docenił za to Fringilli. Zamiast zostawić Płotkę w stajni dla służby, z pośpiechu korzysta ze stajni książęcej, a w książęcej stajni musi być ktoś, kto donosi. Czarodziejka czeka między przegrodami, w rysim futerku, ze szpicrutą w dłoni, i wylicza z wściekłą precyzją: ucieczka bez pożegnania, bo list zostawiony na stole pożegnaniem nie jest. Geralt tłumaczy się krótko: chciał umknąć chyłkiem, bo bał się, że Fringilla zechce jechać z nimi. Próżny lęk, cedzi czarodziejka: nie pojechałaby, nawet gdyby prosił u jej stóp, wobec Ciri nie ma żadnych zobowiązań, a on niech sam zamarza na przełęczach. Po czym, zupełnie innym głosem, prosi: zostań ze mną. Wydaje mi się, że cię kocham. Nigdy nikogo nie prosiłam. Geralt odpowiada, że Fringilla jest kobietą, o jakiej mężczyzna może tylko marzyć, i że to wyłącznie jego wina, iż nie ma natury marzyciela. Czarodziejka przełyka odmowę z gorzką autoironią (złamane serce boli bardziej niż złamana ręka, ale zrasta się dużo szybciej), po czym próbuje handlu: kupi informację o kryjówce Vilgefortza, płacąc wiadomością dla Geralta bezcenną. Wiedźmin patrzy jej w oczy i pyta, czy po rozmowie o miłości naprawdę mają rozmawiać o handlu. Wtedy Fringilla, uderzywszy szpicrutą po cholewie, wyrzuca z siebie prawdę za darmo: Yennefer, ta, której imieniem Geralt kilka razy nazwał ją nocą, nigdy nie zdradziła ani jego, ani Ciri. Nigdy nie była wspólniczką Vilgefortza; by ratować Cirillę, poszła na niesłychane ryzyko, poniosła porażkę i wpadła w jego łapy, a do jesiennych prób skanowania z pewnością zmuszono ją torturami. Czy żyje, nie wiadomo. Geralt dziękuje i odpłaca się zaufaniem: prosi, by zachowała w najgłębszej tajemnicy to, co za chwilę usłyszy, i zaczyna zdradzać, gdzie znajduje się kryjówka Vilgefortza. Fringilla przerywa mu: powie jej to później, a teraz niech pożegna się z nią tak, jak tego pragnie. Żegnają się na rysim futrze rzuconym na słomę, gwałtownie i do utraty tchu, przy wtórze płoszących się koni.
W Montecalvo pada wreszcie nazwa, na którą czekała loża: cytadela Rhys-Rhun w Nazairze, nad jeziorem Muredach. Fringilla wydobyła ją z wiedźmina przed odjazdem, a czasu jest dość, by go uprzedzić, bo Geralt w żaden sposób nie dotrze tam przed kwietniem. Dziewięć kobiet kiwa głowami z uznaniem, Keira obiecuje, że gdy wiedźmin dojedzie, zastanie gruzy niepachnące nawet spalenizną, Sabrina dodaje, że i trupem, a Sheala, gestem, jakiego Fringilla nigdy by się po niej nie spodziewała, gratuluje doskonałej roboty: ponad trzy miesiące w Toussaint, ale chyba warto było. Warto było, odpowiada Fringilla absolutnie szczerze, choć w oczach Filippy dostrzega coś na kształt drwiny, w spojrzeniu Triss niechęć, a w oczach Assire niepokój i troskę.
Tymczasem pod ciemniejącym niebem, na lodowatym wietrze, kompania żegna Toussaint. Reynart de Bois-Fresnes udziela ostatnich wskazówek jak najlepszy przewodnik: najpierw trzymać się rzeki Sansretour, minąć faktorię traperską, potem prawy dopływ wskaże drogę na przełęcz Malheur, a po niej zostaną jeszcze przełęcze Sansmerci i Mortblanc, nim zjadą w ciepłą dolinę Sudduth. U jej wylotu, w miasteczku Caravista, mieszka kuzyn Guy de Bois-Fresnes, na którego można się powołać, dalej zaś kierunek wyznaczają równina Mag Deira i dolina rzeki Sylte, a resztę Geralt ma na mapach, które odrysował sobie u miejskiego kartografa. Na wyrwane mimochodem pytanie, po co wiedźmin wypytywał kartografa o jakieś zamki, Geralt odpowiada twardo: o tym masz zapomnieć, nic nie widziałeś i nic nie słyszałeś, choćby cię na męki brali. Jeśli z nadciągającym wiatrem przyjdzie śnieg i złapie ich na Malheur, ostrzega jeszcze rycerz, zostanie im modlitwa o odwilż. Od strony pałacu nadciąga galopem jeździec: to Jaskier na Pegazie, wałachu, który skakać nie lubi i nie zwykł. Poeta zostaje w Toussaint z Łasiczką, ale nie mógł się przecież nie pożegnać. Wciska Geraltowi ciężką sakiewkę jako swój wkład w wyprawę i uspokaja skrupuły wiedźmina wyjaśnieniem, że dukaty pochodzą z prywatnej szkatuły Anarietty, a kobietom pieniądze przecież nie są potrzebne. Prosi, by w drodze powrotnej zawadzili o Toussaint i wszystko opowiedzieli, i chce potem uścisnąć Ciri; Geralt obiecuje. Na odchodne wiedźmin podjeżdża blisko i wręcza poecie list z dyskretną misją. Jaskier zgaduje: do Fringilli? Nie. Do Dijkstry. Jak, to już sprawa Jaskra, który przecież potrafi znaleźć sposób. Zostaje ostatnia propozycja: Reynart mógłby jechać z nimi. Nie, Geralt, odpowiada po chwili rycerz. Ja jestem błędny. Ale nie szalony.
Finał należy do Montecalvo, gdzie subtelny światłocień kandelabrów zastąpiła mleczna jasność wielkiego magicznego ekranu, na którym Francesca i Ida stabilizują zaklęciami obraz czarnych gór, gwiazd odbitych w jeziorze i graniastej bryły zamczyska. Grupą uderzeniową dowodzą Sabrina i Keira, co Sheala uważa za błąd (jedna zbyt kocha akcję i adrenalinę, drugiej połamano na Thanedd żebra i może chcieć się mścić), ale Filippa ucina: ustalono, co było do ustalenia, Vilgefortza wezmą żywcem, cicho jak myszki, choć ona sama nadal wolałaby dać przykład, po którym niedobitki budziłyby się z krzykiem do końca życia. Zemsta, mówi sucho Sheala, jest rozkoszą umysłów miernych, słabych i małostkowych. Być może, uśmiecha się Filippa, ale rozkoszą być nie przestaje. Na ekranie od skał odrywają się czarne kształty i koszącym lotem spadają na blanki, w oknach błyskają pioruny kuliste rozwalające wrzeciądze, a potem Assire, jedyna wpatrzona nie w ekran, lecz w kryształową kulę, melduje cicho, że coś jest nie tak. Fringilla czuje, jak krew odpływa jej z serca. W owalu komunikatora zjawia się Sabrina w bojowym stroju i maskującej barwiczce, z ręką oblepioną pajęczynami, i wrzeszczy to, co widać: zamek Rhys-Rhun jest pusty, pusty i brudny, to cholerna ruina. Wyłaniająca się zza jej ramienia Keira melduje spokojnie, że nie ma tu i nie było nikogo od jakichś pięćdziesięciu lat, nie licząc pająków, szczurów i nietoperzy, a na pytanie o iluzję odpowiada pytaniem, czy Filippa ma je za dzieci. Padają rozkazy odwrotu: najemniczkom i adeptkom powiedzieć, że to były ćwiczenia, zapłacić, wracać i robić dobrą minę. Filippa, pogrążona w myślach, planuje już zacieranie śladów: zamek Rhys-Rhun trzeba będzie dokładnie zrujnować, a legendy i podania o całej aferze poddawać skrupulatnej cenzurze. Fringilla powtarza jak ogłuszona, że naprawdę nie rozumie, jak to się mogło stać. A ja tak, mówi Triss Merigold. Po bardzo długim milczeniu głos zabiera Sheala de Tancarville i wypowiada zdanie, które pointuje całą zimę: to nic takiego, panno Vigo, nikt nie jest doskonały. Koniec końców każdą z nas, jak tu siedzimy, kiedyś jakiś mężczyzna oszukał, wykorzystał i wystawił na pośmiewisko.
„Korred, potwór z licznej rodziny skrytojadów, bywa po okolicach zwany rozmaicie. Jedno da się o nim rzec z pewnością, a mianowicie, że wredny jest niemożebnie. Taki to czarci pomiot i plugawiec, że o wyglądzie jego ani obyczajach pisać nie będziemy, bo zaprawdę szkoda słów na kurwiego syna. (Physiologus, parafraza)”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Podsłuch pod Pomerol: Rutynowy kontrakt na potwora z lochów winnicy Pomerol kończy się odkryciem, które zmienia bieg całej wyprawy. Geralt, zapadłszy się w podziemia dawnej kopalni, trafia przez sekretne przejście do starożytnej komnaty podsłuchowej z mosiężnymi trąbami, a z nich płynie narada, której nikt postronny nie miał prawa usłyszeć. W Toussaint, jedynym zakątku Cesarstwa wolnym od agentów Vattiera de Rideaux, zjechali się pod pozorem kupieckich interesów spiskowcy: Stefan Skellen, książęta Ardal aep Dahy i Joachim de Wett, hrabia Broinne i pan Leuvaarden. Urażeni odtrąceniem swoich córek i żon dla „przybłędy z Cintry", uzgadniają śmierć Emhyra i osadzenie na tronie princa Voorhisa, a zamachu ma dokonać zamachowiec pod magiczną protekcją Vilgefortza: trzymana w więzieniu, zauroczona i zaprogramowana jak golem Yennefer, która po wszystkim popełni samobójstwo. Na koniec, jako rękojmię szczerości, Skellen wyjawia zebranym aktualne miejsce pobytu Vilgefortza. Geralt u wylotu trąb zaciska pięści aż do bólu i wytęża słuch oraz pamięć: właśnie dowiedział się, dokąd naprawdę musi jechać.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.