Opis ogólny, bez zdradzania fabuły.
Starszy baron z Toussaint, ponury i milczący jak głaz, o twarzy mocno zeszpeconej śladami po ospie; mówi wolno, jakby wypluwał słowa, co drugie zdanie wtrącając „że tak rzekę". Dwornością i elokwencją nie grzeszy, za to jest zapalonym myśliwym: w jego włościach leżą czarne pola, gdzie buchtują całe watahy dzików, a w rezydencji trzyma kolekcję rosochów, poroży, fajek i szabli.
Przeglądasz bez zakładki, więc widzisz pełną opublikowaną biografię.
Na wielkiej uczcie w Beauclair baron zostaje posadzony obok Milvy i przez pół biesiady milczy jak głaz, aż przy pieczeni z łosia prostuje, że badylarz miał siedem cetnarów i czterdzieści pięć funtów, a położył go jego synowiec, wyborny strzelec. Pytania milczącej dotąd łuczniczki o łuk (laminat z cisu, akacji i jesionu klejony ścięgnami, siedemdziesiąt pięć funtów mocy, naciąg dwadzieścia dziewięć cali) otwierają jedyną rozmowę, w której baron czuje się swobodnie. Gdy chwali się, że z ćwierć setki kroków trafia bażanta, a Milva odpowiada spokojnie, że ona z tej odległości trafia wiewiórkę, jest już zdobyty: nadskakuje jej jadłem i winem, zaprasza na łowy na czarnego zwierza i do rezydencji, a na własne wyznanie, że z dworską gadką u niego nietęgo, dostaje odpowiedź, że panna wychowała się w lesie i umie cenić ciszę.
Miesiąc wspólnych łowów, w tym jedne dwudniowe z noclegiem w myśliwskim zameczku, kończy się tym, że baron formalnie i uroczyście prosi Milvę o rękę. Odmowa pada podobno w dość ostrej formie, a baron, choć wyglądał na człowieka rozsądnego, przejmuje się rekuzą jak młodzik, dąsa się i natychmiast wyjeżdża z Beauclair. Milva od tamtej pory chodzi jak struta, co przy śniadaniu kompanii kończy się ciśniętym o podłogę kubkiem.