👁 Czytasz bez zakładki — widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom II · Miecz przeznaczenia

Rozdział 3 Wieczny ogień

Rozdział 3 z 3 w tomie·16/16 w sadze·~11 min czytania
Tom II · rozdz. 3/3
16/16 w sadze

Geralt przyjeżdża do Novigradu na zakupy: potrzebuje uprzęży, trochę ekwipunku i nowej skórzanej kurtki — na którą zresztą wydał wszystko, co miał. Na jednej z uliczek trafia na widowisko: z ukwieconego balkonu młoda, pulchna blondynka w nocnej koszuli bombarduje doniczkami, cynowym pucharkiem i miedzianym saganem szczupłego mężczyznę w śliwkowym kapelusiku z piórkiem. Ostrzeliwanym jest Jaskier, a miotaczką — Vespula, u której poeta mieszkał i która właśnie wyrzuca go z domu za niewierność. Dowód rzeczowy, wyrzucone za nim cudze spodnie, Jaskier ogląda ze szczerym zdziwieniem: takich w życiu nie miał. Bard w ostatniej chwili łapie nad brukiem swoją lutnię, ogłasza „nietrwały ów związek" za zerwany i prowadzi przyjaciela do karczmy „Pod Grotem Włóczni", żeby uspokoić nerwy.

Po drodze wyśpiewuje hymn pochwalny na cześć Novigradu — stolicy świata i kolebki kultury: prawie trzydzieści tysięcy mieszkańców nie licząc przyjezdnych, brukowane ulice, morski port, mennica, osiem banków, dziewiętnaście lombardów, teatrum, zwierzyniec, trzydzieści pięć oberży, dwanaście domów rozpusty i świątynie, których nie sposób zliczyć. Pracuje właśnie nad nową balladą „Zima", ale nie umie jej skończyć — po awanturze z Vespulą rymy mu się nie składają. Na pytanie, co u Yennefer, Geralt odpowiada jednym słowem: nijak.

W karczmie na powitanie czeka ich zimny prysznic: karczmarz przypomina Jaskrowi o niezapłaconym rachunku za wczorajsze wyczyny i ucina kredyt, a płacić nie ma komu, bo obaj przyjaciele są bez grosza. Ratunek jada właśnie zupę cebulową w bocznym alkierzu: to znajomy Jaskra, Dainty Biberveldt, pucołowaty niziołek z Rdestowej Łąki, farmer i kupiec. Coś tu jednak nie gra — na widok wchodzących Dainty zamiera z łyżką w ręku, a w jego orzechowych oczach widać czysty strach.

Nagle drzwi alkierza otwierają się z hukiem i do środka wpada… drugi Dainty Biberveldt — tyle że brudny, potargany i wrzeszczący „złodzieju!". Czysty Dainty zrywa się do ucieczki, a jego ręce i nogi wydłużają się w biegu jak łapy pająka. Geralt reaguje odruchowo: smaga zbiega pochwą miecza przez kark, dopada go w ogólnej izbie i obala kopniakiem, po czym przykłada mu sztych do karku. Deczkę, córkę oberżysty, którą ojciec posłał po straż, w porę łapie Jaskier. Stwora — bo w tej chwili przypomina on już rozlaną kukłę z ciasta, a nie niziołka — wiedźmin każe związać srebrnym łańcuchem: srebro blokuje mu przemiany, więc musi zostać we własnej postaci.

Pojmany przedstawia się bulgotliwie: nie żaden mimik, tylko doppler, Tellico Lunngrevink Letorte, dla przyjaciół Dudu. Prawdziwy Dainty opowiada, co go spotkało: prowadził dwanaście koni na targ do Diablego Brodu i na nocnym postoju, o dzień drogi od miasta, spotkał we mgle samego siebie. Sobowtór ogłuszył go ciosem w łeb; kupiec ocknął się rano w gąszczu z guzem jak ogórek i dwa dni wlókł się do szlaku, żywiąc się korzonkami — a doppler przez ten czas mieszkał w Novigradzie jako on i sprzedał jego konie. Geralt wykłada, czym jest mimik: to nie iluzja, lecz pełna, dokładna zmiana struktury materii, ograniczona tylko masą ciała, i nikt — łącznie z czarodziejami — nie wie, jak doppler to robi. Wystarczy, że przyjrzy się ofierze.

Oberżysta chce wołać straż i kapłanów: nad schwytanym dopplerem odprawia się egzorcyzmy, a potem oblepia go gliną i wypala w ogniu jak cegłę. Geralt odmawia udziału w czymś takim — zabija potwory, ale nie przedstawicieli rozumnych ras. Dainty z kolei nie odda złodzieja tutejszemu prawu, póki nie odzyska majątku. Staje na tym, że dla niepoznaki doppler zmieni się z powrotem w… Biberveldta, bo ludzie i tak nie odróżniają jednego niziołka od drugiego. Przemiana dokonuje się na oczach wszystkich i kopia jest doskonała aż po bąble po komarach, a portki stwora to jego własna, zaadaptowana skóra. Doppler kopiuje też psychikę: sprzedaż koni broni jak zawodowy kupiec (wziął po sto trzydzieści za sztukę od zamorskiego handlarza futer, bo w Novigradzie nie było innych koni i mógł dyktować cenę), a pieniądze „obrócił" — kupił koszenilę, kilkadziesiąt cetnarów kory mimozowej, olejek różany, zjełczały tran, sześćset glinianych misek, wosk pszczeli i sto łokci bawełnianego sznura. Dainty słucha tej listy jak wyroku: jego zdaniem stwór wydał fortunę na bezwartościowe śmieci.

Do alkierza wchodzi Schwann, chudy urzędnik miejski w purpurowej todze, i woła kupca Biberveldta — a odpowiadają mu dwa identyczne głosy naraz. Doppler chlusta piwem w twarz Geralta i ucieka przez salę; w zamieszaniu czeladnicy murarscy biorą wiedźmina za bandytę i unieruchamiają go w żelaznym uścisku (rękaw nowej kurtki pęka w szwach), a Schwann wrzeszczy o napadzie na urzędnika. Dainty gasi aferę, przedstawiając zbiega jako swojego dalekiego kuzyna, a Jaskier dorabia mu na poczekaniu legendę Czubka-Biberveldta, którego rozwścieczył widok purpury. Schwann przechodzi wtedy do celu wizyty: w imieniu władz miejskich wzywa kupca Biberveldta do zapłaty podatku od prowadzonych w mieście interesów — tysiąca pięciuset pięćdziesięciu trzech koron i dwudziestu kopperów, do jutra do południa.

Narada odbywa się na cembrowinie nieczynnej fontanny, przy racuchach, które Jaskier gwizdnął ze straganu. Dainty tłumaczy przyjaciołom, dlaczego musi złapać dopplera: podatki płaci się od zysku, a więc stwór zarabia na jego nazwisko — tyle że rachunek za podatki i ewentualne długi zapłaci prawdziwy Biberveldt, a jeśli nie zapłaci, czeka go loch, publiczne piętnowanie żelazem i kopalnia. Geralt studzi zapał: w trzydziestotysięcznym mieście pełnym przyjezdnych nie sposób znaleźć kogoś, kto może wyglądać jak każdy, a magia nic nie da — doppler jest wykrywalny tylko we własnej postaci, miasto zaś jest pełne słabych czarodziejskich sygnałów z amuletów i magicznych zamków. Rozmowę o złotych rybkach z fontanny, które podobno spełniają życzenia, kończy życzenie wiedźmina: żeby to, że właśnie ktoś ich otacza, okazało się nieporozumieniem.

Nie jest nieporozumieniem. Placyk obstawia ośmiu czarno odzianych ludzi z lamiami — kolczastymi batogami, których posiadanie jest niemal wszędzie surowo zakazane — a za nimi nadchodzi niewysoki mężczyzna w białym kaftanie. Jaskier, blednąc, szepcze Geraltowi, żeby pod żadnym pozorem nie dotykał miecza: to straż świątynna i Chappelle we własnej osobie. Chappelle oznajmia uprzejmie, że złożono na nich doniesienie o konszachtach z vexlingiem — po czym sam je unieważnia. Vexlingi przecież nie istnieją, a już na pewno żaden potwór nie mógłby się zbliżyć do miasta, którego strzeże płonący w dziewiętnastu świątyniach Wieczny Ogień; kto twierdzi inaczej, jest heretykiem, toteż oberżysta spod „Grota Włóczni" siedzi już w lochu i swoje zeznania odwoła. Panowie mogą opuścić Novigrad bez przeszkód — najlepiej natychmiast, a kupiec Biberveldt „niezwłocznie po uregulowaniu spraw podatkowych" — i mają o sprawie milczeć.

Geralta namiestnik odciąga na stronę. Czysto teoretycznie: gdyby w jakimś mieście pozbawionym opieki Wiecznego Ognia grasował stwór podobny vexlingowi, za ile wiedźmin schwytałby go żywcem? A gdyby zapłatą była gwarancja, że on i jego przyjaciele wyjdą z takiego teoretycznego miasta żywi? Geralt odpowiada, że takiej sytuacji nie da się rozstrzygnąć teoretycznie — ale jeśli nie będzie innego wyjścia, gotów jest ją przećwiczyć w praktyce. Rozstają się, wymieniając „nadzieję", że nie dojdzie między nimi do konfliktu, a Chappelle na pożegnanie wygłasza kazanie: Wieczny Ogień to nadzieja — jedyna rzecz wspólna wszystkim bez wyjątku. Gdy odchodzi, roztrzęsiony Jaskier wyjaśnia, z kim rozmawiali: Chappelle to namiestnik do spraw bezpieczeństwa — tajna służba Novigradu podlega kościołowi — szara eminencja hierarchy i najniebezpieczniejszy człowiek w mieście, przed którym drży nawet Rada i cechy: ludzie przepadają przez niego bez śladu. Całe miasto od lat czeka, aż chorego namiestnika w końcu szlag trafi.

Zamiast straży nadbiega jednak Piżmak, kupiec i skarbnik cechu, z miną człowieka, który zobaczył cud: całe miasto huczy o mistrzowskim interesie Biberveldta na koszenili. W Poviss doszło do przewrotu — obalono króla Rhyda, rządzi klan Thyssenidów. Dwór i wojsko Rhyda nosiły się na niebiesko, więc tamtejsze tkalnie kupowały indygo; barwą Thyssenidów jest szkarłat. Indygo z dnia na dzień staniało, czerwona koszenila skoczyła w górę — a wtedy wyszło na jaw, że jedyny dostępny ładunek trzyma Biberveldt. Obrażony Piżmak, którego do interesu nie dopuszczono, wygraża „przeklętym nieludziom", trzymającym się w bankach i interesach razem, i odchodzi. Dainty'emu świta: trzeba iść do banku, do jego znajomego bankiera.

Krasnoludzki bankier Vimme Vivaldi odtwarza im dzień po dniu trzy dni dopplera. Najpierw „Biberveldt" wpłacił tysiąc koron depozytu i wziął poręczenie na weksel opiewający na dwa i pół tysiąca — tym płacił za koszenilę, kupioną za pół darmo przy zerowym popycie. Nazajutrz kazał otworzyć akredytywę na trzy i pół tysiąca na bank w Wyzimie, dla zamorskiego faktora zwanego Truflem — za wielki ładunek kory mimozowej, śmiesznie taniej. Zabezpieczeniem był młyn teścia Dainty'ego, ale zobowiązanie jest już odebrane i podarte, bo koszenila poszła w ciągu jednego dnia po poczwórnej cenie: na koncie leży ponad sześć tysięcy koron netto, a podatek Schwanna… został zapłacony godzinę temu, na polecenie „Biberveldta". Po co komu kora mimozowa, wyjaśnia się w trakcie rozmowy: to garbnik, a w Temerii druidzi zagrozili właśnie plagą szarańczy i szczurów, jeśli nie ustanie wyrąb dębów; poparły ich driady, do których tamtejszy król ma słabość — i od wczoraj obowiązuje pełne embargo na temerską dębinę, więc mimoza drożeje z godziny na godzinę. Do kantorka co chwila wpadają gnomy-gońcy z giełdy z kolejnymi ofertami; Dainty wchodzi w grę i sprzedaje korę kupcowi Sulimirowi po sześciokrotnym przebiciu — piętnaście i pół tysiąca koron. Razem z resztą depozytu robi się z tego prawie dwadzieścia dwa tysiące. Między ofertami gońcy przynoszą jednak także polecenia drugiego Biberveldta: dokupić garnków, cena nie gra roli — oraz pytanie od niejakiego Szczawióra, „czy nalewać". Dainty, nic nie rozumiejąc, każe nalewać: interes musi się kręcić.

Vivaldi ma też ostrzeżenie i nowinę. Ostrzeżenie: wieści z Poviss i Temerii miały wagę polityczną, nikt nie znał ich przed Biberveldtem — a Chappelle bardzo lubi wiedzieć pierwszy i na pewno już się głowi, skąd kupiec je miał. Nowina: po ostatnim ataku apopleksji Chappelle dziwnie się zmienił — zrobił się grzeczny, spokojny i „uczciwy jakby". Zresztą kościół ma teraz na głowie co innego: w całej okolicy mają stanąć ołtarze Wiecznego Ognia i trwają wielkie przygotowania.

Przedwieczorem tropy prowadzą na Zachodni Bazar. Jaskier, zamiast szukać, koncertuje na straganie z cudami i amuletami (a potem zwinnie ucieka przed Vespulą, która wypatrzyła go w tłumie z miedzianą patelnią w garści). Dainty dostrzega dopplera i rusza pościg przez ciżbę — wywrócone beczułki śledzi, cios żywym węgorzem w plecy wiedźmina — bo zwinnością nie dorówna niziołkowi nikt oprócz drugiego niziołka i wiedźmina. Uciekinier nurkuje pod namiot rzeźni; Geralt Znakiem Aard kładzie cały namiot jak żagiel w huraganie, drugim Znakiem ścina zbiega z nóg i osacza go w małym namiocie-chłodni, z którego nie ma drugiego wyjścia.

W chłodni dochodzi do konfrontacji, jakiej Geralt się nie spodziewał: osaczony Tellico zmienia się w… niego samego, z mieczem nad prawym ramieniem. Dwaj wiedźmini jednocześnie dobywają broni i jednocześnie wykonują ten sam miękki krok i ten sam syczący młyniec. „Nie pokonasz mnie, bo jestem tobą" — mówi doppler. Geralt odpowiada spokojnie, że to nieprawda: Tellico jest małym, dobrotliwym dopplerem, który mógł zabić Biberveldta i zyskać stuprocentowe bezpieczeństwo, ale nie było go na to stać — bo doppler umie skopiować tylko to, co w ludziach dobre, a tego, co złe, nie rozumie. Tellico opuszcza miecz — i przemienia się w Jaskra: przez chwilę, kopiując Geralta, znał jego myśli, także te skrywane, więc wie, że wiedźmin brzydzi się zabić go z zimną krwią. Wygłasza swoją prawdę: to powstanie Novigradu odebrało mimikom środowisko, w którym mogły żyć we własnej postaci, a jego samego polowania nauczyły przetrwania — gdy ścigały go wilki, zmieniał się w wilka i biegał ze stadem. Teraz zrobi to samo: Novigrad to stado wilków, więc przyłączy się do stada. Krasnoludom, niziołkom, gnomom i elfom dano możliwość asymilacji — dlaczego jemu ma być odmówione to prawo? Geralt chowa miecz i pozwala mu odejść, żegnając go po imieniu: „Bywaj, Dudu". Odchodzący doppler, krok w krok i głos w głos Jaskrowy, śpiewa dokończoną balladę o wiośnie i woła przez ramię, że powinna się nazywać nie „Zima", lecz „Wieczny Ogień".

Daleko nie zachodzi. Vespula bierze fałszywego Jaskra za prawdziwego i z całej siły wali go patelnią w głowę; ogłuszony doppler pada, a jego twarz zaczyna płynąć i tracić podobieństwo do czegokolwiek. Geralt w mgnieniu oka zwija go w zerwany ze straganu kilim. Nad zbiegowiskiem staje nagle Chappelle — sam, bez eskorty — i rozgania gapiów… po czym pochyla się nad pakunkiem i mówi półgłosem: „Dudu, kopiuj Biberveldta, szybko". Namiestnik do spraw bezpieczeństwa też jest dopplerem: prawdziwego Chappelle szlag trafił przy ataku apopleksji dwa miesiące temu, a podmiany nikt nie zauważył — co tłumaczy i „cudowną przemianę" najgroźniejszego człowieka w mieście, i jego dzisiejszą wyrozumiałość. Na pytanie, czy dopplerów jest w mieście więcej, Geralt dostaje kontrpytanie: „czy to ważne?" — i przyznaje, że nie.

Finał należy do niziołków — teraz już dwóch, oficjalnie. Dainty przedstawia wygrzebanego z kilimu sobowtóra jako swojego kuzyna Dudu Biberveldta z Rdestowej Łąki, wielką głowę do interesów, i mianuje go swoim faktorem w Novigradzie. Wtedy wyjaśnia się i zagadka „nalewania": gnom przynosi meldunek od Szczawióra, że „poszło wszystko, po cztery korony sztuka". Tran, wosk i olejek różany zabarwiony odrobiną koszenili, rozlane do sześciuset glinianych misek z zatopionym kawałkiem sznura, dały znicze palące się długo pięknym, czerwonym płomieniem — a kapłani potrzebowali właśnie zniczy na nowe ołtarze Wiecznego Ognia. Sześćset sztuk po cztery korony przy czterdziestu pięciu koronach kosztów; do tego, jak orzeka Dudu przy pełnej aprobacie „przedstawiciela władz", sprzedaż na święty cel jest zwolniona od podatku. „Bezsensowne" zakupy dopplera okazują się więc interesem życia. Dudu obiecuje jeszcze Geraltowi dwadzieścia dwie korony na nową kurtkę — z obecnej po dwóch dniach w Novigradzie zostały strzępy — a Jaskier ogłasza wyprawę całej kompanii do „Passiflory", najdroższego domu rozpusty w mieście, na koszt Biberveldtów. Na troskliwe pytanie, czy wpuszczą tam niziołków, Chappelle przybiera groźną minę: niech tylko spróbują nie wpuścić, a oskarży cały ten bordel o herezję. Geralt śmieje się cicho — i idzie z przyjemnością.

Wolę być żebrakiem w Novigradzie niż dopplerem na pustkowiu. Daliście możliwość asymilacji krasnoludom, niziołkom, elfom nawet — dlaczego mnie odmawia się tego prawa? Novigrad to stado wilków. Przyłączę się do tego stada i przeżyję.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.

← PoprzedniOkruch lodu
⭐ Skraj atlasu

Dalej mapy jeszcze nie sięgają — kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.

Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.