Na kodze kołyszącej się u wybrzeża Bremervoord Geralt pracuje jako tłumacz w sprawie sercowej: książę Agloval zaleca się do syreny Sh'eenaz, a wiedźmin — jedyny na pokładzie, który zna jej śpiewną mowę — przekłada wyznania z burty do wody i z powrotem. Negocjacje stoją w martwym punkcie, bo każde żąda poświęcenia od drugiego. Agloval kupił za dwa funty pereł magiczny eliksir, po którym syrenie wyrosłyby nogi; Sh'eenaz odpowiada, że zna morszczynkę — morską czarownicę — która równie dobrze może zamienić księciu nogi w elegancki ogon, i to bezboleśnie. Jej zdaniem to proste: kto kocha, ten się poświęca, a ona swoje już poświęciła, wycierając sobie łuskę na przybrzeżnych skałach. Kapitan kogi proponuje po prostu złapać syrenę w sieci, ale Geralt ostrzega, że Sh'eenaz nie jest sama: pod wodą jest więcej jej pobratymców, a w głębi może czaić się kraken, który na jeden jej krzyk zostawiłby z kogi pływające deski. Rozmowa zaloty kończy się obustronnymi wyzwiskami; ostatnią kwestię syreny Geralt tłumaczy księciu jako „żebyś się utopił".
Na brzegu czeka Jaskier, a wraz z nim pytanie, czy są już pieniądze. Nie ma: Agloval oświadczył, że płaci za efekt, nie za dobre chęci. Bez grosza są zaś od festynu w Czterech Klonach, na który uparł się właśnie Jaskier. Bard zadarł tam z Leśniczymi — ochotniczą formacją tępiącą nieludzi, której sam Geralt szczerze nie cierpi — i ułożył na poczekaniu obelżywy kuplet kończący się słowami „chcesz być niczym, bądź Leśniczym". Skończyło się ogólną bijatyką i pożarem szopy służącej za tancbudę, a komes na którego włościach leży wieś uznał wszystkich za winnych solidarnie: grzywna pochłonęła całą gotówkę obu przyjaciół. Z okolicy musieli uciekać co koń wyskoczy, bo po lasach polował liczący czterdziestu chłopa oddział mściwych Leśniczych, strzelających zębatymi jak harpuny grotami. Tak zamiast objazdu wsi, gdzie wiedźmin miał widoki na pracę, trafili nad morze, do Bremervoord — i zdążyli już przejeść złoty sygnet Geralta oraz pamiątkową broszę Jaskra.
Ratunek nadchodzi w osobie brzuchatego kupca korzennego. Teleri Drouhard, starszy tutejszej gildii, wyprawia wieczorem zaręczyny syna Gasparda z Dalią, córką kapitana kogi, i błaga mistrza Jaskra o występ — żona zapowiedziała, że ma być uczta duchowa, a nie zwykłe chlanie. Jaskier najpierw się obraża, bo jeden bard już jest wynajęty, a on jeszcze tak nisko nie upadł, żeby komuś akompaniować. Geralt syczy mu do ucha, że potrzebują tych paru groszy: „trochę poświęcenia, chłopie" — i obiecuje w zamian, że sam nie będzie wybrzydzał przy następnym zadaniu, jakie się trafi. Jaskier bierze go za słowo, po czym wytargowuje trzydzieści pięć talarów. Dopiero w drzwiach pyta, kim jest ów pierwszy bard. To szlachetna panna Essi Daven.
Biesiada odbywa się w wielkim składzie po beczkach śledzi, przystrojonym jemiołą i — dla odstraszenia wampirów — warkoczami czosnku. Na podwyższeniu śpiewa właśnie Essi Daven: szczupła, może osiemnastoletnia dziewczyna o długich, ciemnozłotych włosach, z których jeden lok stale zakrywa jej policzek i oko. Drugie oko — wielkie, błyszczące, ciemnoniebieskie — tłumaczy jej przydomek: Oczko. Powitanie kolegów po fachu to pojedynek na uprzejme złośliwości (Essi śpiewała właśnie balladę Jaskra i słodko wyjaśnia, że cudze pożycza, bo repertuar konkurencji to bełkot), zakończony wybuchem śmiechu i serdecznym uściskiem: tych dwoje zna się od lat i uwielbia nawzajem. Jaskier przedstawia przyjaciela — a Essi, wyciągając rękę do pocałunku, rumieni się i nie spuszcza z wiedźmina swojego pięknego oka.
Na ucztę zjeżdża też Agloval i od progu odciąga Drouharda na stronę. Essi próbuje przy tej okazji wyciągnąć z Geralta coś o romansie księcia z syreną; wiedźmin ucina pytania tak szorstko, że obrażona poetka odchodzi w pół zdania. Chwilę później Drouhard prowadzi Geralta do książęcego stołu. Siedzi tam Zelest, włodarz Aglovala od połowu pereł, i opowiada, co znaleziono rano za przylądkiem: jedna łódź popłynęła dalej niż zwykle, ku dwóm wulkanicznym rafom zwanym Smoczymi Kłami, i nie wróciła na wieczór. Odnaleziono ją dryfującą — bez śladu po siedmiorgu ludziach załogi, za to z pokładem zabryzganym krwią wzdłuż i wszerz. Agloval wyklucza piratów i konkurencję, bo żadnych tu nie ma: to musiał być morski potwór. Port jest sparaliżowany strachem, z przystani nie wychodzą nawet kogi. Geralt pyta tylko, kto pokaże mu to miejsce — umawiają się z Zelestem na przystani o świcie, a książę zakazuje wszystkim plotek pod groźbą wydarcia jęzora.
Resztę wieczoru rozstrzyga przypadek. Geralt widzi, jak Essi wymyka się na taras, i wychodzi za nią — przeprosić. Przeprosiny przyjmują obroty, jakich się nie spodziewał: z rozmowy o tym, z czym kojarzy się morze (jemu z niepokojem, jej z wiecznym ruchem i tajemnicą), rodzi się nagły pocałunek. Essi całuje chętnie i długo, ale całym ciałem trzyma dystans, a potem chłodno pyta, dlaczego to zrobił i czy szuka kobiety na tę noc. Geralt milczy. Poetka gładko ratuje sytuację — nic się nie stało, wracajmy, zaśpiewam teraz dla ciebie — lecz oboje wiedzą, że coś się właśnie zaczęło.
W nocy, na wspólnym sienniku na stryszku u Drouharda, Jaskier robi przyjacielowi wykład. Widział zaczerwienione policzki Essi po powrocie z tarasu i ostrzega: zna Pacynkę — tak ją przezywa — niemal od dziecka, jest dla niego jak młodsza siostra, więc niech Geralt nie popełni wobec niej głupiego błędu. Wiedźminowi tylko się wydaje, że Oczko patrzy na niego jak na dwugłowe cielę w zwierzyńcu; naprawdę zrobił na niej wrażenie — a on na złość sobie i jej gra zimnego odmieńca. Na koniec bard wygarnia, kto jego zdaniem tak Geralta wykoślawił, że nie umie zrozumieć normalnej kobiety: ta jego Yennefer, o której lepiej nie wspominać.
Rano na molo zjawia się Essi — i z miejsca dowodzi, że jej talent do zbierania informacji nie ustępuje poetyckiemu: zna już szczegóły umowy z Aglovalem i wie, że Geralt na próżno szuka żeglarza, bo nikt nie odważy się wypłynąć. Jej analiza masakry jest przy tym trzeźwiejsza niż wszystko, co wiedźmin dotąd słyszał: wychowała się nad morzem i wie, że kraken strzaskałby łódź, a wielka kałamarnica ściągnęłaby ludzi do wody bez śladu krwi. To coś weszło na pokład i tam urządziło rzeź — może więc wcale nie przyszło z morza, tylko z powietrza. Sielankę przerywa nadejście wściekłego, przemoczonego Aglovala: Sh'eenaz nie przyszła na spotkanie, a miasteczko szepcze, że poławiacze zginęli z zemsty rozjuszonej syreny. Książę każe wiedźminowi brać się do roboty albo wynosić się z księstwa; Essi w obronie Geralta grozi balladą, która okryje księcia niesławą na dworze miłującego poezję króla Ethaina z Cidaris; Agloval odbija cios obrazem płaczących dzieci poławiaczy, którzy z głodu i tak wypłyną. Geralt ucina przepychankę jednym zdaniem: przyjął zadanie i wykona je, jeśli jest wykonalne.
Gdy zostają sami, Essi proponuje pomoc — umie sterować łodzią. Odmowa jest ostra jak nóż: wiedźmin ryzykuje własnym życiem, cudzym nie. Za to spacer wzdłuż plaży przynosi odpowiedź na pytanie, jak dostać się do Smoczych Kłów bez łodzi. Woda przybiera tu i opada o dobre dziesięć łokci, bo w cieśninie i ujściu rzeki występują tak zwane echa pływowe; przy odpływie morze cofa się aż do krawędzi szelfu — a Smocze Kły sterczą dokładnie na tej krawędzi. Do raf da się więc dojść suchą nogą, byle zdążyć przed przypływem.
Rozmowę przerywa sama Sh'eenaz, przywołana pluskiem i śpiewnym okrzykiem. Ku zaskoczeniu Geralta Essi odpowiada syrenie płynnie w jej własnej mowie — syreny używają śpiewnej odmiany Starszej Mowy, a wykształconej poetce melodyjność przychodzi łatwiej niż wiedźminowi. Zachwyt syreny („wcale nie dzieli nas tak wiele, jak się twierdzi") pryska jednak, gdy Geralt pyta wprost, kto zabił poławiaczy przy dwóch skałach. Sh'eenaz kurczy się w brzydkim grymasie i wykrzykuje ostrzeżenie: nie ważcie się zbliżać do Schodów, to nie dla was! Po czym znika w głębinie — nie wyjaśniwszy, czym są Schody ani dla kogo są.
Odpowiedź przychodzi przy najbliższym odpływie, gdy Geralt schodzi na odsłonięte dno. Towarzyszy mu Jaskier: nazajutrz są urodziny Essi, a barda nie stać na prezent, więc zamierza znaleźć jej na dnie morza bursztyn albo ładną konchę. Droga przez wąwozy pełne kotłującej się wody wiedzie obok ludzkiej czaszki zaklinowanej w szczelinie; nieco dalej Geralt mija ciało obrane do kości przez kraby — świeższe niż doba — i bez słowa nadkłada drogi, by Jaskier go nie zauważył. Za podstawą Smoczych Kłów kamienna półka urywa się nagle równą, prostą krawędzią, a pod wodą schodzą w czarną otchłań ogromne, kanciaste bloki białego marmuru z wyrytą mozaiką: schody, szerokie jak sala balowa. Jaskier od razu wie, co znalazł — schody do legendarnego Ys, miasta pochłoniętego przez fale — i już układa balladę, brodząc po pas i zbierając „perłopławy", wśród nich dużego małża o kobaltowej skorupie, który ląduje w torbie Geralta. Wtedy z dołu, spod wody, dobiega ich głuchy dźwięk dzwonu. Powtarza się. Coraz bliżej.
Woda eksploduje tuż obok wiedźmina. Z piany wynurzają się ryboludzie — łuskowate, wyłupiastookie stwory w hełmach i zbrojach z zaśniedziałej miedzi, uzbrojone w kosopodobne ostrza i krótkie włócznie. Geralt kładzie dwóch pierwszych błyskawicznymi cięciami, po czym staje naprzeciw trzeciego: rosłego szermierza o zjeżonym grzebieniu, który oburącz kręci młyńce zakrzywioną szablą i najwyraźniej wyzywa wiedźmina na pojedynek. Walczą w zwarciu klinga o klingę, równie szybcy; rozstrzyga jedno cięcie w bok, powyżej biodra, po którym stwór bezgłośnie znika w czerwieniejącej wodzie. Na podziwianie nie ma czasu, bo zaczyna się przypływ, a z morza wyskakują kolejne rybostwory, zwinnie biegnące na muskularnych nogach. W czasie ucieczki wzbierająca fala wciąga Geralta do skalnego komina; w podwodnej kotłowaninie dostaje ostrzem przez lewe przedramię i ratuje się ogłuszającym Znakiem, myśląc tylko jedno: jeżeli z tego wyjdę, pojadę do Yen do Vengerbergu. Na brzeg wyrzuca go fala — a pogoń zatrzymuje Sh'eenaz, która nadpływa na grzbiecie wielkiego delfina, dmąc w stożkowatą konchę. Powstrzymała ryboludzi, lecz nie na długo; jej pożegnalny okrzyk brzmi jak wyrok: morze nie jest dla was!
Wieczorem rozcięte przedramię — sięgające łokcia, sklejone wiedźmińskimi eliksirami — opatruje Essi, sarkając na obu kompanów, których nakryła przy próbie zszycia rany nitką z rybackim haczykiem. Geralt prosi ją o dyskrecję: ani słowa o Schodach, bo na poszukiwaczy zatopionych skarbów czekałaby tylko śmierć. Jaskier wymyka się na miasto w kubraku Geralta, a na odchodne wręcza Essi urodzinowy prezent: tego samego cuchnącego, kobaltowego małża z dna — dodając szybko, że wybrał go dla niej Geralt. Gdy zawstydzony wiedźmin próbuje przepraszać za przyjaciela, Essi nożykiem opróżnia muszlę — i na podłogę toczy się wielka, pięknie opalizująca perła bladobłękitnej barwy. Prezent staje się mimowolnym wyznaniem, a po nim pada prawdziwe: Essi kocha Geralta od pierwszego wejrzenia i mówi mu to wprost, ze wstydem, złością i bezsilnością kogoś, kto zawsze bał się choroby, a teraz sam choruje. Geralt milczy, bo nie umie ani skłamać, ani zranić — i w tym milczeniu rozumie po raz pierwszy, co czuje przy nim Yennefer: że trochę poświęcenia to czasem ogromnie dużo, a jego nie stać nawet na trochę. Siedzą obok siebie do zmroku; na pożegnanie Geralt obiecuje, że perła — oprawiona w srebrny kwiatuszek — będzie jej talizmanem od wszelkiego zła.
Nazajutrz Geralt składa Aglovalowi raport, przy którym asystują Jaskier i Essi: na dnie morza żyje rozumna rasa, zna obróbkę metali i nosi zbroje, a w głębinę prowadzą marmurowe Schody. Łodzie i ludzie mają się trzymać od Smoczych Kłów z daleka. Książę kwituje to drwiną — ma wiedźmina za bajarza, a bez dowodów w rodzaju „prawych dłoni rybożab" nie zapłaci ani grosza. Proponuje za to stałą posadę: patent kapitana zbrojnej straży, która odtąd będzie eskortować poławiaczy. Geralt odmawia bez wahania, bo prowadzenie wojen z innymi rasami uważa za idiotyzm — czym prędzej podchwytuje to Zelest, planujący po dwie łodzie łuczników przy każdej łodzi poławiaczy, „wywalczym, co nasze, jako dziadowie nasi". Wtedy wybucha Essi. Wygarnia księciu-nuworyszowi, że znieważany wiedźmin jest po prostu więcej wart niż on, i zostawia mu radę: ocean jest większy niż wszystkie puszcze, do których zepchnięto elfy, a na jego dnie mieszka rasa w zbrojach — kto wysyła łuczników, ten szturcha gniazdo szerszeni. Odpowiedź Aglovala jest zimna i programowa: zejdziemy tymi Schodami, zbadamy, co jest za horyzontem, i wyciągniemy z oceanu wszystko, choćby miał stać się czerwony od krwi — bo życie to walka, walki nauczyli ludzi właśnie wiedźmini, a teraz wiedźmini nie są już potrzebni i nic ludzi nie powstrzyma.
W sam środek tej tyrady wkracza Sh'eenaz — na ludzkich nogach. Wchodzi do sali w sukni koloru morskiej wody, z koralowym diademem w kunsztownie utrefionych włosach, krokiem płynnym jak nadbiegająca fala; uniósłszy rąbek sukni, pozwala wszystkim ocenić jakość roboty morszczynki. Jaskier wykrzykuje, że to zupełnie jak w jego balladzie, w której syrena za nogi zapłaciła głosem — ale Sh'eenaz, ku jego rozczarowaniu, odpowiada najczystszą wspólną mową: niczego nie straciła. Agloval pada na kolana. Wyjaśnienie syreny przechodzi na oczach dworu do historii księstwa: bo ja też cię kocham, głupku — a co to byłaby za miłość, gdyby kochającego nie było stać na trochę poświęcenia?
Z Bremervoord wyjeżdżają we troje, chłodnym rankiem, przez ukwieconą dolinę Dol Adalatte — bez planów, po prostu chcąc jeszcze przez jakiś czas być razem. Przez rzekę przeprawiają się promem, który muszą ciągnąć sami, bo przewoźnik, w stanie patetycznego zapicia, na wszystkie pytania odpowiada jednym słowem brzmiącym jak „wurg". Przy popasie Essi łamie się pierwsza: nie zniesie dłużej tego zawieszenia, muszą coś z tym zrobić. Sytuację, w której Geralt znów nie umie wykrztusić słowa, ratuje Jaskier — wybuchem świętego oburzenia na oboje. Czego Pacynka oczekuje od Geralta, niemożliwości? A na co liczy Geralt — że Essi odczyta jego myśli jak tamta? Jutro się rozstają, więc niech sobie wreszcie wszystko powiedzą, niech spróbują się zrozumieć — a potem niech to zrobią; on tymczasem idzie na ryby. I tak się staje: Geralt i Essi długo stoją nad nurtem, trzymając się za ręce, wiedźmin mówi cicho i długo, oczko Oczka jest pełne łez. A potem, na bogów, robią to. I wszystko jest dobrze.
Ostatni wspólny wieczór to uroczysta wieczerza na leśnej polanie: kupione jagniątko, ukradzione z warzywnika cebula i marchew oraz zwędzony z płotu dziurawy kociołek, który Geralt lutuje Znakiem Igni. Essi i Jaskier urządzają zawody śpiewacze i kończą słynnym duetem o miłości, przy którym — jak zdaje się Geraltowi — schylają się nawet drzewa. Potem poetka, pachnąca werbeną, zasypia przy wiedźminie, a Jaskier siedzi samotnie przy dogasającym ogniu i układa balladę o wiedźminie i poetce, którzy pokochali się na brzegu morza, wśród krzyku mew, i których miłości nie zniszczyła nawet śmierć. Narrator nie zostawia jednak złudzeń, jak potoczyła się prawda, której Jaskier nigdy nie wyśpiewał: rano rozjechali się każde w swoją stronę i nie zobaczyli się już nigdy, ani razu. Cztery lata później Essi umarła na ospę podczas epidemii szalejącej w Wyzimie; Jaskier wyniósł ją na rękach spomiędzy palonych na stosach trupów i pochował daleko za miastem, w lesie — a razem z nią, jak prosiła, jej lutnię i jej błękitną perłę, z którą nie rozstawała się nigdy. Balladę o wielkiej miłości bard zachował w pierwszej, pięknej wersji; nie zaśpiewał jej nigdy nikomu. Nad ranem do biwaku podkradł się głodny wilkołak — ale zobaczył, że to Jaskier, posłuchał chwilę i poszedł sobie.
„Bo ja też cię kocham, głupku. A co to byłaby za miłość, gdyby kochającego nie było stać na trochę poświęcenia?”
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.