Kupiec Yurga ugrzązł wozem na przegniłym moście pośrodku uroczyska — wąwozu, którego dno zaściela cmentarzysko czaszek i piszczeli. Woźnica i pachołek uciekli, a on został przy towarze, bo wóz to cały rok jego pracy. O zmierzchu na most wjeżdża białowłosy jeździec z mieczem na plecach i każe kupcowi uciekać, póki jasno: to, co leży na dole, to ci, którzy tędy skracali drogę, a po zmroku „oni" przyjdą i po niego. Yurga woli zdechnąć, niż zostawić wóz, więc błaga nieznajomego o ratunek — da mu, czego ten zażąda. Jeździec każe mu powtórzyć te słowa, po czym recytuje starą formułę: Yurga da mu to, co w domu po powrocie zastanie, a czego się nie spodziewa. Kupiec przyrzeka. Dopiero po wilczym medalionie poznaje, kogo prosił o pomoc: wiedźmina.
Geralt odsyła Yurgę za wóz i pije eliksir — gdy wraca na środek mostu, twarz ma białą i porowatą, a oczy takie, że kupiec z trudem dławi krzyk. Z gęstniejącego mroku wypełzają potwory: karłowate, chude jak kościotrupy stwory o żabich paszczach pełnych kończystych kiełków, chodzące czaplim krokiem. Na moście wybucha rzeź. Geralt tnie świetlistą klingą, ścina łeb stworowi, który dopadł karku Yurgi, aż wreszcie cały kłąb walczących przetacza się przez krawędź mostu w dół, na kości. Z wąwozu dobiegają triumfalne wizgi przechodzące w skowyt mordowanych — potem jest już tylko cisza. Wiedźmin wychodzi spod mostu o własnych siłach, ale krzywo: bestie pogryzły mu udo do kości. Zdąża jeszcze uchwycić się wozu, nim osunie się zemdlony.
Yurga nie zostawia rannego. Ładuje go na odzyskany wóz i gna ku ludzkim sadybom, a wiedźmin przez gorączkę powtarza jedno imię: Yennefer. Ocknąwszy się, każe podać sobie z kuferka flakon z zielonym lakiem i uprzedza, że po nim będzie się rzucał i bredził. W malignie wraca noc Belleteyn — ognie po horyzont, Majowy Król całujący Majową Królową, korowody wśród stosów. Wiejska dziewczyna, która wciągnęła Geralta w tan, przy blasku ogniska widzi jego oczy i ucieka. A potem medalion drga: w mroku stoi kobieta w czarnym aksamitnym płaszczu, z obsydianową gwiazdą na szyi. Yennefer. Od ich rozstania minęły — Geralt liczy to z dokładnością, która ją wzrusza — rok, dwa miesiące i osiemnaście dni.
Yennefer od razu stawia sprawę jasno: nie chce zaczynać od nowa, bo wszystko skończy się jak poprzednio. Siadają więc tylko porozmawiać, z dala od ognisk — i czarodziejka wybucha goryczą, której źródło Geralt zna aż za dobrze. Ludzie przy ogniskach świętują odradzający się cykl natury, a oni dwoje są reliktami: dano im moce sprzeczne z naturą, a zabrano to, co w niej najprostsze — po ich zimie nie przyjdzie żadna wiosna. Geralt tuli ją i kołysze jak dziecko. Z „porozmawiajmy chwilę" robi się wspólna noc — ich własne, jednorazowe Belleteyn. O świcie Yennefer przypomina słowa złotego smoka z Pustulskich Gór: są stworzeni dla siebie, może przeznaczeni sobie — ale nic z tego nie będzie, bo samo przeznaczenie nie wystarcza. Trzeba czegoś więcej. Na pożegnanie mówi mu jeszcze jedno: niech jedzie do Cintry, jak najprędzej, i tym razem niech nie rezygnuje jak wtedy — bo nadchodzą bardzo złe czasy i musi zdążyć.
Jawa wraca skokami. Wóz przebrodził rzekę Travę i toczy się przez Miechuńskie Lasy — to już nie Temeria, lecz Sodden. Na granicy celnicy buszowali po wozie, ale starszy z nich rozpoznał śpiącego Geralta z twarzy i obiecał pchnąć kogoś z wieścią, że potrzebny jest medyk. Ranny na przemian czuwa i odpływa — a w malignie, wywołanej drugim flakonem, wraca dzień sprzed czterech lat: wizyta w Cintrze, równo sześć lat po uczcie zaręczynowej Pavetty. Przy zamkowej fosie, w której bawi się dziesięcioro dzieci, Myszowór wyznaje wiedźminowi sekret: gdy dziecko-niespodzianka przyszło na świat, Calanthe rozkazała druidowi odszukać Geralta i zabić go. Potem, bez słowa wyjaśnienia, rozkaz odwołała — ale niech wiedźmin będzie ostrożny. Od Myszowora Geralt poznaje też losy rodziców dziecka: Duny i Pavetta płynęli ze Skellige do Cintry, gdy zaskoczył ich sztorm; ze statku nie odnaleziono nawet szczap. Najdziwniejsze, że dziecka — którego Pavetta nigdy nie odstępowała — w ostatniej chwili nie zabrali na pokład. Nikt nie wie dlaczego.
Calanthe przyjmuje wiedźmina na huśtawce pod lipą, uśmiechnięta i bezlitosna. Kpi, układając na głos bajkę o okrutnym wiedźminie, który przyszedł odebrać królowej wnuka — po czym stawia warunki prawdziwe: żadnego trzykrotnego zgadywania jak w baśniach. Geralt wskaże spośród dziesięciorga dzieci w fosie jedno — i to dziecko zabierze, by zrobić z niego wiedźmina, kogokolwiek wskaże. Geralt odmawia udziału w tej grze. Mówi, że żadne z bawiących się dzieci nie nadaje się na wiedźmina — i że nie ma wśród nich syna Pavetty. Trafia, choć — jak za chwilę przyzna — strzelał na chybił trafił. W altanie, przy dzbanie, rozmowa robi się szczera do bólu. Calanthe wie o Próbie Traw i o tym, że przeżywa ją najwyżej czworo dzieci na dziesięć; wie też, dlaczego Geralt naprawdę rezygnuje z wyboru. Nie dlatego, że jest szlachetny — dlatego, że nie wierzy w przeznaczenie, a gdy nie jest pewien, zaczyna się bać. Wiedźmin tego nie neguje. Wyznaje za to rzecz, o której nie mówi nikomu: mit o wiedźminie-niespodziance to w jego wypadku nieprawda. Jest zwyczajnym podrzutkiem, niechcianym bękartem kobiety, której nie pamięta — ale wie, kim ona jest.
Królowa odsłania w końcu i własną kartę: oddałaby mu to dziecko — ale, jak on, boi się ryzyka. Geralt zrzeka się więc nieodwołalnie: nie chce patrzeć w oczy przeznaczeniu, bo w nie nie wierzy — by złączyć dwoje ludzi, trzeba czegoś więcej niż przeznaczenie. Calanthe odpowiada z uśmiechem, którego nie umie rozszyfrować: może właśnie zrzeczenie się było mu przeznaczone — bo gdyby wybrał, i to prawidłowo, przekonałby się, że przeznaczenie, z którego drwi, okrutnie zadrwiłoby z niego. Wiedźmin klęka i ofiarowuje jej różę z krzaka przy altanie. Królowa żegna go słowami, że gdyby zmienił zdanie, ma wrócić do Cintry, bo jego przeznaczenie będzie czekało — i wyznaniem dziwnego przeczucia, że widzi go po raz ostatni.
Z majaków budzi Geralta kobiecy głos. Na polanie smolarzy pochyla się nad nim drobna kobieta w męskim stroju, z płomiennorudymi włosami spiętymi opaską z wężowej skóry — czarodziejka i uzdrowicielka, która na wieść od celników ruszyła za rannym i dogoniła wóz. Wyleczyła magią nogę, którą prowizoryczny opatrunek ledwo imitował; uratowało go tylko wiedźmińskie tętno, czterokrotnie wolniejsze od ludzkiego. Przedstawia się: Visenna. Geralt zna to imię — zdradził mu je, dość niechętnie, Vesemir. Właśnie tak nazywa się matka, która oddała go kiedyś wiedźminom. Leżąc na brzuchu, z policzkiem przy skórach, wiedźmin mówi jej to niemal wprost: że latami układał sobie pytanie, które jej kiedyś zada, i że spojrzy jej w oczy jutro, w blasku słońca. Visenna nie zaprzecza ani słowem — za to odmawia. Po co patrzeć na siebie w świetle dnia, skoro niczego już nie da się cofnąć? Usypia go zaklęciem jak dziecko, na odchodne zostawiając dwie rzeczy: radę uzdrowicielki, by przestał brać halucynogeny, i jedno zdanie więcej, niż musiała — to wcale nie Vesemir nadał mu imię. Rankiem już jej nie ma. Yurga opowiada tylko, że namęczyła się nad nogą, aż powietrze trzeszczało od magii, że wyleczyła jeszcze smolarzowi zgniecioną rękę i nie wzięła grosza — a opatrywała rannego z taką troską, „iście, jak matka".
Za brodem na Jarudze wóz toczy się już przez Zarzecze — rodzinne strony Yurgi. Kraj nosi ślady wielkiej wojny sprzed roku: wszędzie bieli się świeża ciesielka, a na polach pług wyorywuje kości i żelastwo. To tędy przetoczyli się Czarni — tak ludzie zwą Nilfgaardczyków — nim ich pochód złamano. Yurga opowiada o tym, co tu każde dziecko zna: o bitwie na wzgórzu, które dawniej zwało się Kanią Górą, a dziś Górą Czternastu. Stanęło na nim w bitwie dwudziestu dwóch czarodziejów, a czternastu padło, broniąc ludzi z Sodden i Zarzecza — choć przecież czarodzieje mogą żyć, jak długo zechcą, i mieli najwięcej do stracenia. Okolica nosi im kwiaty, a w noc Belleteyn na wzgórzu płonie ogień. Takie życie w ludzkiej pamięci — mówi kupiec — to przecież coś więcej. Gdy jednak zaczyna recytować imiona wykute na kamieniu i pada „Triss Merigold", Geralt każe mu przestać. Jest blady jak śmierć.
Nazajutrz, w upał, wiedźmin sam wspina się na wzgórze. U stóp obelisku leżą polne kwiaty; z wykutych run patrzą na niego twarze znajomych — wesoła, kasztanowowłosa Triss Merigold, która go lubiła; Lytta Neyd zwana Koral; stary Gorazd, który oferował mu tysiąc za sekcję zwłok wiedźmina. Gdy zostają trzy ostatnie imiona, za plecami Geralta staje bosa dziewczyna w lnianej sukience, z wiankiem stokrotek na jasnych włosach — nienaturalnie, świetliście jasna, bijąca chłodem. Nie przynosi kwiatów: te, które tu leżą, są dla niej. Wiedźmin wie, z kim rozmawia. Śmierć — ta, o której mówią, że idzie za nim krok w krok — wypomina mu, że nigdy dotąd nie obejrzał się za siebie. Geralt wyznaje jej to, czego nie powiedział nikomu: bał się jej zawsze, całe życie, i nie oglądał się ze strachu; dziś przestał — bo zabrała mu wszystko, razem z lękiem. Klęcząca postać zasłania sobą ostatnie, czternaste imię, ale Geralt jest pewien, że umie je wymówić: Yennefer z Vengerbergu. Prosi, by wzięła go za rękę i skończyła z tym. Odpowiedź brzmi: nie dziś. Kiedyś — bo ona niczego nie zabiera, ona tylko bierze za rękę, by we mgle nikt nie był sam. Ze snu — bo był to sen, upał i słabość — budzi wiedźmina Yurga. Na pytanie o ostatnie imię z kamienia kupiec odpowiada bez wahania: Yol Grethen z Carreras. Imienia Yennefer nie ma na obelisku.
W drodze wraca też wspomnienie najczarniejsze, sprzed roku. Przeprawa przez Jarugę: przystań skłębiona od uciekinierów, prom zarekwirowany przez wojsko, panika, w której konni tratują tłum. Wśród tego chaosu Geralt znajduje Jaskra — okradzionego z konia, uczepionego cudzego wozu z kurami. Poeta wie więcej niż wiedźmin, który cały rok spędził na Północy: to nie jest zwykła wojna o granice. Armie Nilfgaardu idą ławą i zostawiają za sobą spaloną ziemię, szubienice milami wzdłuż gościńców — wojna na pełne wyniszczenie, jakby przyszli zza gór zniszczyć cały świat. Geralt zbywa to wzruszeniem ramion i oświadcza, że ma sprawy po tej stronie rzeki: jedzie do Cintry. Wtedy pada zdanie, po którym każe Jaskrowi zsiąść z konia i opowiedzieć wszystko. Cintry już nie ma.
Jaskier opowiada, siedząc pod krzakiem świdwy. Nilfgaardczycy weszli przez przełęcze i w dolinie Marnadal otoczyli wojska Cintry; w całodniowej bitwie król poległ, a Calanthe nie dopuściła do rozsypki — zebrała, kogo mogła, i przebiła się do miasta. Osłaniając odwrót przy przeprawie, biła się jak mężczyzna, aż skłuto ją pikami podczas szarży na piechotę. Ciężko ranną wywieziono do miasta, które nie miało już kim się bronić. Resztka rycerstwa z rodzinami zabarykadowała się w zamku; nilfgaardzcy czarownicy rozwalili bramę, a gdy po czterech dniach padł i broniony magią stołb, w środku nie zastano nikogo żywego. Kobiety zabiły dzieci, mężczyźni kobiety i rzucili się na miecze. Calanthe, której nikt nie chciał dobić, dopełzła do blanków i skoczyła głową w dół. O dziesięcioletniej wnuczce królowej Jaskier nie słyszał nic — ale z tych, co bronili stołbu, nie ocalał nikt, a kobiety i dzieci znaczniejszych rodów były właśnie tam. Geralt pyta poetę, czy wierzy w przeznaczenie, i wykłada mu to, co sam zrozumiał za późno: samo przeznaczenie to za mało, trzeba czegoś więcej — tyle że on już nigdy się nie dowie czego. Po tej stronie rzeki nie ma już czego szukać; przeprawiają się razem.
Na koźle wozu, już blisko domu, Yurga wraca do obietnicy z mostu. Uczciwie stawia sprawę: niczego niespodziewanego w domu nie zastanie, bo jego żona Złotolitka po ostatnim porodzie nie może już mieć dzieci — wiedźmin, widzi mu się, źle trafił. Ale ma dwóch synów, zdrowych i niegłupich, a któregoś trzeba będzie oddać do terminu. Niech więc jeden uczy się na wiedźmina — fach jak fach, nie lepszy i nie gorszy. Geralt pyta cicho, czy Yurga jest pewien, że nie gorszy — i przyznaje, że sam ma czasem wątpliwości, czy to, co robi, jest dobre. Kupiec odpowiada po swojemu, prosto: niech i syn ma takie wątpliwości. Bo wątpliwości to rzecz ludzka i dobra — tylko zło nigdy ich nie ma.
Dom wita Yurgę biegnącą od bramy Złotolitką. Z nowin najważniejsza jest jedna, wyznana nieśmiało: pod nieobecność męża przygarnęła dziewuszkę — od druidów, którzy po wojnie zbierali po lasach bezdomne i pogubione dzieci. Mądra, miła i robotna, tylko dziwna: nie chce mówić, skąd jest, i zaraz płacze. Yurga, pobladły, patrzy na idącego za wozem wiedźmina i jęczy: coś, czego się nie spodziewał — w domu. Zza wracających z pola synów, Nadbora i Sulika, wychodzi wolno mała, szczuplutka istotka o popielatych włosach i oczach zielonych jak wiosenna trawa. Na widok gościa Ciri rzuca się biegiem przez podwórko z przenikliwym krzykiem: „Geralt!". Wiedźmin biegnie jej na spotkanie tak szybko, że Yurga nie wierzy własnym oczom. Dziewczynka wtula się w niego z płaczem: wiedziała, zawsze wiedziała, że ją odnajdzie. Będą już razem, na zawsze. „Jestem twoim przeznaczeniem?" — dopytuje, powtarzając słowa, które słyszała od wszystkich. Odpowiedź wiedźmina słyszy całe podwórko, choć zrozumie ją może tylko on sam: „Jesteś czymś więcej, Ciri. Czymś więcej".
„Samo przeznaczenie nie wystarcza. To zbyt mało. Trzeba czegoś więcej.”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Rzeź Cintry — Armie Nilfgaardu przechodzą przełęcze i w dolinie Marnadal otaczają wojska Cintry. W całodniowej bitwie król ginie, a Calanthe nie dopuszcza do rozsypki: zbiera wokół sztandaru, kogo może, przebija się z pierścienia i broni przeprawy, osłaniając odwrót do miasta — bije się jak mężczyzna, aż podczas szarży na piechotę kłują ją pikami. Miasto nie ma już kim się bronić; resztka rycerstwa z rodzinami barykaduje się w zamku, którego bramę nilfgaardzcy czarownicy rozwalają w pył. Gdy po czterech dniach pada i chroniony magią stołb, zdobywcy nie zastają w nim nikogo żywego: kobiety zabiły dzieci, mężczyźni kobiety — a ciężko ranna królowa, której nikt nie chciał dobić, dopełzła do blanków i skoczyła głową w dół. O tym wszystkim Geralt dowiaduje się rok przed przyjazdem na Zarzecze — od Jaskra, w panice ucieczki za Jarugę. Poeta nie słyszał nic o dziesięcioletniej wnuczce królowej; wiadomo tylko, że kobiety i dzieci znaczniejszych rodów broniły się właśnie w stołbie, z którego nie ocalał nikt.
- Druga bitwa o Sodden — Bitwa, o której mówi się, że była głośna na cały świat — stoczona rok przed przyjazdem Geralta na Zarzecze, gdy pochód Nilfgaardu toczył się już przez ziemie nad Jarugą i zdawało się, że Czarni obrócą wszystko w pustynię. Na wzgórzu zwanym wtedy Kanią Górą stanęło do walki dwudziestu dwóch czarodziejów. Ziemia stawała dęba, ogień lał się z nieba jak deszcz, biły pioruny — ale czarodzieje zmogli Czarnych i złamali Potęgę, która ich wiodła. Czternastu z nich położyło życie w obronie ludzi z Soddenu i Zarzecza — choć, jak mówi kupiec Yurga, nie sztuka ginąć wojakowi, ale czarodzieje przecież mogą żyć, jak długo zechcą. I nie zawahali się. Ich imiona, wykute runami na obelisku na Górze Czternastu, zna dziś każde okoliczne dziecko — wśród nich imię wesołej, kasztanowowłosej Triss Merigold, którą wiedźmin znał i lubił. Na wzgórze okolica nosi kwiaty, a w noc Belleteyn płonie tam ogień, który ma płonąć po wiek wieków. Bo takie życie w ludzkiej pamięci to — jak mówi Yurga — coś więcej.
- „Jesteś czymś więcej" — Na podwórku kupca Yurgi domyka się to, przed czym Geralt uciekał przez dziesięć lat. Złotolitka wyznaje mężowi, że pod jego nieobecność przygarnęła od druidów wojenną sierotę — dziewuszkę, która nie chce mówić, skąd jest. Yurga blednie: oto coś, czego się w domu nie spodziewał — dokładnie to, co na moście przyrzekł wiedźminowi. Zza synów kupca wychodzi mała, popielatowłosa istotka o oczach zielonych jak wiosenna trawa — i z przenikliwym krzykiem „Geralt!" biegnie przez podwórko. Ciri, ocalała z rzezi Cintry, o której los wiedźmin nie śmiał już pytać, wtula się w niego z płaczem: wiedziała, zawsze wiedziała, że ją odnajdzie — teraz będą razem na zawsze. Na jej pytanie, które słyszała od wszystkich — „jestem twoim przeznaczeniem?" — Geralt, który w Brokilonie od przeznaczenia odjechał w mrok, odpowiada słowami Yennefer: samo przeznaczenie to za mało. „Jesteś czymś więcej, Ciri. Czymś więcej".
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.