👁 Czytasz bez zakładki — widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom II · Miecz przeznaczenia

Rozdział 1 Granica możliwości

Rozdział 1 z 3 w tomie·14/16 w sadze·~16 min czytania
Tom II · rozdz. 1/3
14/16 w sadze

W miasteczku na dalekiej północy mieszczanie stoją wokół zagruzowanego wejścia do lochów i czekają, aż będzie wolno uznać za zmarłego człowieka, który godzinę i kwadrans wcześniej zszedł tam z mieczem. W podziemiach mieszka bowiem bazyliszek, a każdy wie, że bazyliszka nie sposób zabić bez zwierciadła. Pryszczaty prowodyr i olbrzymi rzeźnik uznają sprawę za przesądzoną i już zabierają się do „osieroconej" klaczy i juków zabójcy potworów — wójt protestuje nieśmiało, bo przecież z żywym się umawiał. Grabieży przerywa obcy przybysz: kędzierzawy, kasztanowłosy mężczyzna w brunatnej tunice, bez żadnej broni. Na pytanie, kim jest, żeby prawić innym o przyzwoitości, odpowiada spokojnie, że jego broń chodzi za nim — i zza ruin wychodzą dwie młode wojowniczki z szablami na plecach, w rysich skórach i kolczych rękawicach, z szerokimi sinymi pasami tatuażu biegnącymi od kącików oczu ku uszom. Na ich widok tłum rzednie, a pryszczaty upuszcza wyciągnięty wcześniej nóż.

Wtedy z czarnej dziury w rumowisku wygrzebuje się — żywy, tylko przyprószony ceglanym pyłem — białowłosy Geralt i rzuca wójtowi pod nogi ścierwo bazyliszka: ptasi dziób, błoniaste skrzydła, sierpowate szpony, wydęte podgardle. Odbiera umówione dwieście lintarów i kwituje gorzko, że nadstawia dla ludzi karku za marny pieniądz, a oni w tym czasie dobierają się do jego rzeczy. Rzeźnikowi i gapiom obcy pozwala odejść — ale pryszczatemu przypomina, że ten wyjął na niego nóż. Wyższa z wojowniczek jednym świśnięciem szabli ścina pryszczatemu głowę, a tłum w popłochu ucieka do miasteczka. Przybysz przedstawia się: to Borch, zwany Trzy Kawki — herb na jego tunice przedstawia trzy czarne ptaki w złotym polu — a wojowniczki to Tea i Vea, Zerrikanki; tak je nazywa, bo na ich prawdziwych imionach można sobie połamać język. Geralt uprzedza lojalnie, że jest wiedźminem, na co Borch odpowiada, że są tacy, którzy przedkładają owce nad dziewczęta — i jednym, i drugim można tylko współczuć. Zaprasza wiedźmina na ucztę do oberży „Pod Zadumanym Smokiem" na rozstajach przy drodze do portu rzecznego.

W oberży Borch zamawia po królewsku — antałek piwa, węgorzyki w occie, zupę flisacką, jagnięcinę, kopę raków — i sypie złotem, nie wyjaśniając, skąd je ma. Przy jedzeniu wypytuje Geralta o wiedźmiński fach. Sam widzi go tak: u podstaw powinna leżeć idea, odwieczny konflikt Ładu z Chaosem — Chaos to strona agresywna, zagrażająca, a Ład to strona zagrożona, która potrzebuje obrońcy. Geralt kwituje, że to szumne słowa: on po prostu wykonuje zawód, za pieniądze, bo wszystko drożeje, a żyć trzeba. Gdy Borch dla przykładu wywołuje smoka pustoszącego okolicę, wiedźmin ucina: zły przykład. Na smoki właściwe — zielone, czarne, czerwone i najrzadsze białe — nie poluje z zasady; zabija tylko smokopodobne gady: widłogony, oszluzgi i latawce. A gdy rozmowa schodzi na smoki złote, znane wyłącznie z legend, Geralt wykłada swoje credo: złoty smok mógłby powstać tylko jako jednorazowa mutacja, a mutanty są sterylne — przetrwać może je tylko legenda, bo tylko legenda i mit nie znają granic możliwości. Przy stole robi się na moment poważnie; potem Vea, ta wyższa, niespodziewanie obejmuje wiedźmina i całuje go w policzek. Wieczór kończy się tak, jak Borch lubi: oberżysta na jego polecenie wnosi do izby balię „na cztery osoby".

Nazajutrz podróżni docierają do mostu na rzece Braa — i trafiają na zaporę z belki, obsadzoną halabardnikami pod purpurową chorągwią ze srebrnym gryfem. Strażnicy przepuszczają tylko okazicieli glejtów króla Niedamira, pana na Caingorn. Geralt nie kryje zdziwienia, bo to nie Caingorn, tylko Hołopolska Dziedzina — to wolne miasto Hołopole ściąga myto z mostów na Braa. Przy budce mytnika czeka już inny zatrzymany: Jaskier we własnej osobie, z lutnią i w słynnym śliwkowym kapelusiku z czaplim piórem. Trubadur wyjaśnia przyjacielowi, skąd blokada — i opowiada historię, która postawiła na nogi całą okolicę.

Tydzień wcześniej na pastwiska pod Hołopolem przyleciał smok — zielony, ze trzy końskie długości, gruby jak koń. Utłukł tuzin owiec, następnego dnia rozpędził baby piorące bieliznę nad Braa i wrócił po kolejne owce. Zanim burmistrz zmobilizował milicję, sprawę „załatwił" lud: miejscowy szewc Kozojed wymyślił przynętę — owcę wypchaną ciemierzycą, wilczymi jagodami, blekotem, siarką i szewską smołą, dla pewności zalaną jeszcze miksturą aptekarza i pobłogosławioną przez kapłana. Smok połknął przynętę razem z palikiem, po czym, rycząc i dymiąc, na wpół otruty odleciał w Góry Pustulskie u źródeł Braa i skrył się w tamtejszych jaskiniach. Geralt od razu rozumie resztę: taki smok musiał od stuleci leżeć w jaskiniach w letargu, a więc musi tam być i jego skarbiec — i właśnie na ten skarbiec ktoś chce położyć łapę. Jaskier potwierdza i dopowiada politykę. Niedamirowi mniej zależy na skarbcu, a bardziej na samym smoku: młody król ostrzy sobie zęby na sąsiednie księstwo Malleore, gdzie po nagłej śmierci księcia została córka na wydaniu, a niechętni obcemu władcy wielmoże odkurzyli przepowiednię, że mitra i ręka księżniczki należą się temu, kto pokona smoka. Głowa smoka otworzyłaby więc Niedamirowi bramy Malleore bez wojny. Dlatego król zagrodził drogi przed konkurencją i rozesłał glejty tylko tym, których sam ściągnął do zabicia gada.

A ściągnął najsłynniejszych. Pojechał już przodem Eyck z Denesle — bogobojny rycerz bez skazy, pogromca mantikor, gryfów i kilku smoków, którego Geralt zna i ceni jako fachowca, choć ten psuje mu interesy, bo nie bierze pieniędzy. Pojechali Rębacze z Crinfrid — zgrana trójka, która wybiła wszystkie oszluzgi i widłogony w Redanii, a przy okazji trzy smoki czerwone i jednego czarnego. Pojechała szóstka krasnoludów pod komendą Yarpena Zigrina — tych samych, którzy załatwili smoka Ocvista z Kwarcowej Góry. Z wyprawą jedzie też sam Kozojed ze zwiadowcami hołopolskiej milicji; o Jaskrze, który zabalował u pewnej młodej wdowy, po prostu zapomniano. Wreszcie dziesiętnik przy zaporze wspomina o jeszcze jednej osobie z glejtem: dzień wcześniej przejechała tędy czarodziejka. Geralt dopytuje z dziwną czujnością — ruda, na kasztanku z białą gwiazdką? Nie: czarnowłosa, na karym koniu. Nadjeżdżający właśnie kolejny podróżny, wyniosły czarnoksiężnik Dorregaray, zna to zestawienie i wymienia imię: Yennefer. Wiedźmin drga — a chwilę później, ów Geralt, którego smok rzekomo nie interesował, sam wyciąga sakiewkę, żeby przekupić straż. Borch z uśmiechem płaci za wszystkich pięćset lintarów, Dorregaray dla podkreślenia argumentów podpala zaklęciem sosnę na skarpie — i zapora idzie w górę.

Wieczorem przy ognisku obozu wyprawy Geralt poznaje Rębaczy: zwalistego jak dąb Boholta, ponurego Niszczukę i najmłodszego, Kenneta zwanego Zdzieblarzem. Boholt przyjmuje wiedźmina do kompanii bez oporów — w dzikiej okolicy przyda się ktoś od przeraz i strzyg — ale wykłada też otwarcie zawodową kalkulację: umowa, jaką Rębacze i krasnoludy postawili królowi, mówi, że połowę skarbca biorą ci, którzy pójdą na smoka w ręczny bój, ćwierć — król z racji urodzenia, a ostatnią ćwiartkę podzieli między siebie reszta, o ile uczciwie pomoże. Przy ogniu nie brak też żółci: łowcy nie ufają czarodziejom, którzy „przylgnęli do Niedamira" — a najbardziej Yennefer, która ich zdaniem knuje, jak wszystkich wydudkać. Planują też po cichu „przypadkowe nieszczęście" dla Kozojeda: jeśli rozejdzie się legenda, że smoka można otruć szewskim sposobem zamiast posyłać po zawodowców, cały fach smokobójców pójdzie na żebry. Do ogniska podchodzi sama Yennefer; Yarpen wita ją drwinami o śmierdzącym pachnidle, a gaśnie dopiero na widok sinej poświaty wokół czarodziejki. Yennefer przynosi wiadomość: Niedamir przyjmuje warunki umowy od razu — wbrew radzie jej i Dorregaraya.

Tej samej nocy Geralt odszukuje Yennefer na uboczu obozu. Czarodziejka jest taka, jaką pamięta: czerń i biel, czarne loki, biała koszula, na szyi aksamitka z obsydianową gwiazdą. Rozmowa jest jak chodzenie po ostrzu. Od rozstania minęły cztery lata — a rozstali się tak, że Geralt odszedł pewnego ranka, nie budząc jej, zostawiając na stole bukiecik fiołków. Yennefer mówi wprost: dała mu więcej niż jakiemukolwiek mężczyźnie i nie jest dziwką, którą się porzuca i wystawia na pośmiewisko. Przeszło jej — tylko dlatego nie napluła mu dziś w oczy. Skoro już się spotkali, będą dla ludzi udawać dobrych znajomych i zachowają twarz, ale między nimi nie ma już niczego. Na wyciągnięte ręce i zdrobnienie „Yen" odpowiada sykiem i iskrami z palców; zakazuje tak się do siebie zwracać. I na koniec stawia kropkę: nigdy mu nie wybaczy. Geralt odchodzi w stronę ogniska — i z niezrozumiałą dla samego siebie ochotą, żeby się roześmiać.

Nazajutrz kolumna wspina się wąską drogą nad przepaścią, którą na dnie kotłuje się Braa. Po drodze wiedźmina biorą na spytki kolejni uczestnicy wyprawy. Kanclerz Gyllenstiern, tłusty i władczy doradca Niedamira, „ostrzega": wiedźmińskich fanaberii z dzieleniem potworów na dobre i złe król tolerować nie będzie, a Geralt ma się nie kumać z Dorregarayem. Sam Dorregaray wykłada z siodła swoją herezję: świat jest w naturalnej równowadze, potwory są naturalnymi wrogami człowieka, a ich wytępienie grozi ludzkiej rasie degeneracją — czym zraża do siebie i wiedźmina, i nadjeżdżającą Yennefer. Czarodziejka odpowiada mu zimnym wykładem przeciwnym: przetrwanie ludzi wymaga murów, mury czynią z kobiet matki rodzące co rok — a jedynym potworem zdolnym zagrozić miastu jest smok, więc smoki trzeba wybić do ostatniego. Dorregaray uderza wtedy poniżej pasa: niech Yennefer zajmie się rodzeniem dzieci, zamiast tracić czas na bzdury — to okrucieństwo wymierzone precyzyjnie, bo Yennefer, jak niemal wszystkie czarodziejki, jest bezpłodna, a na każdą wzmiankę o tym reaguje szałem. Geralt dolewa oliwy podejrzeniem, że przy każdym polowaniu na smoka kręci się czarodziej powiązany z Gildią Jubilerów — bo smocze kamienie jakoś nigdy nie trafiają na rynek i nie psują cen. Yennefer, wściekła, odjeżdża, obrzucona jeszcze po drodze kpinami krasnoludów.

Jest w tej wędrówce i inna rozmowa, spokojniejsza. Borch pyta wprost: czemu Geralt nie zawróci? Wiedźmin odpowiada szczerze — jedzie, bo jest jak wiecheć pakuł gnany wiatrem; nie ma miejsca, do którego mógłby zmierzać, ani celu na końcu drogi. Borch nie wierzy: cel jest na końcu każdej drogi, każdy go ma — to sprawa tego, w co się wierzy i czemu chce się poświęcić. Dodaje też cicho, że nie jest ślepy: nie na dźwięk imion Rębaczy Geralt sięgnął wtedy przy moście po sakiewkę.

Skrót przez góry wskazuje Kozojed, który za młodu pasał tu owce: zamiast szlakiem okrążającym szczyt Chiava, kolumna przejdzie mostem nad przepaścią i wąwozem na halę między górami. Most — solidny, zbudowany dawnymi czasy przez trolle, które pobierały na nim myto — wisi nad czterdziestosążniową przepaścią. Gdy kolumna zaczyna przeprawę, góry nagle dygocą: ze ścian schodzi lawina. Droga za plecami wyprawy obrywa się w przepaść, na uciekających sypią się głazy. W panice przez most przelatuje król z kanclerzem, wóz krasnoludów łamie oś i gubi koło, spłoszona klacz Geralta ucieka. Wiedźmin biegnie w ulewę kamieni po zwaloną z konia Yennefer; czarodziejka osłania oboje niebieskawą półsferą, po której głazy spływają jak krople po rozgrzanej blasze, a Dorregaray z siodła rozsadza zaklęciami największe bloki. W ostatniej chwili wbiegają na most — i wtedy konstrukcja pęka. Połowa mostu wali się w przepaść razem z wozem krasnoludów, ocalała część opada niemal do pionu. Geralt wisi na sztylecie wbitym między bale, a na jego pasie, bezwładna, wisi Yennefer. Z góry słychać Jaskra wołającego o linę — i ciche słowa Boholta, żeby zaczekać: ona zaraz odpadnie, a wtedy wyciągnie się samego wiedźmina. W obliczu śmierci Geralt prosi: „Yen. Wybacz mi". Odpowiedź brzmi: „Nie. Nigdy". Ratuje ich zimno świecąca, wijąca się jak żywa elfia lina — rzucona, jak się za chwilę okaże, przez tego, po którym nikt by się tego nie spodziewał.

Po drugiej stronie trwa liczenie strat: z taboru ocalał jeden furgon i wóz Rębaczy, z oddziału — siedmiu łuczników; nie wiadomo, czy ktokolwiek przeżył po tamtej stronie przepaści. Eyck z Denesle ogłasza, że to gniew bogów za grzechy wyprawy: za pogańskich krasnoludów, bluźnierczych czarowników i wiedźmina — „wstrętnego odmieńca". Dorregaray wytyka mu jadowicie niekonsekwencję: to przecież sam Eyck, nie kto inny, podał zagrożonym śmiercią wiedźminowi i czarodziejce swoją magiczną elfią linę. Yennefer wykorzystuje scenę, by powiedzieć Geraltowi przy wszystkich: jego udział w wyprawie to pomyłka, przygnał go tu bezsensowny cel, sensownie będzie się odłączyć. Wiedźmin publicznie dziękuje wszystkim „za pospieszny ratunek" — z wyjątkiem szlachetnej Yennefer — i zapowiada odejście. Nie zdąży: od gardzieli wąwozu biegnie Kozojed z krzykiem, że za wąwozem, na równi, jest smok.

Za usypiskiem skał otwiera się trawiasta hala zamknięta wapiennymi ścianami, z trzema kanionami wylotowymi. Na niewysokim pagórku siedzi stworzenie z legend: smok złoty od pazurów po koniec ogona, o kociej gracji przeczącej gadziemu rodowodowi. Dorregaray szepcze, że to żywa legenda; Niszczuka upiera się, że złotych smoków nie ma; Boholt rzeczowo ucina, że wszystko jedno, złoty czy w kratkę — ważne, ile da się wziąć za skórę. Wtedy smok przemawia — głosem jak mosiężna trąba (Yennefer od razu ostrzega: mając rozwidlony język, nie sposób mówić artykułowanie, więc łajdak używa telepatii i może też czytać w myślach). Przedstawia się jako Villentretenmerth. To on spuścił lawinę na głowy wyprawy. Z doliny prowadzą trzy wyjścia — na wschód i na zachód wolno im odejść, ale północnego wąwozu zakazuje. Kto zakazu nie uszanuje, tego wyzywa na honorowy, rycerski pojedynek na broń konwencjonalną: bez czarów i bez ziania ogniem, do kapitulacji jednej ze stron.

Wyzwanie podejmuje Eyck z Denesle — w pełnej zbroi, z kopią, w religijnej egzaltacji. Gyllenstiern błyskawicznie ogłasza go kopią i mieczem króla Niedamira (ku cichej wściekłości Rębaczy i krasnoludów, którzy widzą, jak król próbuje przejąć całą zdobycz), a heroldem zostaje Yarpen Zigrin, bo ma głos jak buhaj. Szarża jest piękna — nawet Yarpen przyznaje, że Eyck zna się na rzeczy — ale smok w ostatniej chwili uchyla się od grotu z kocią miękkością, podcina konia łapą i jednym pociągnięciem zmiata rycerza z siodła; blachy pancerza lecą w powietrze. Werdykt Yennefer po oględzinach: obie nogi połamane własną kopią, wgniecione plecy zbroi — Eyck nieprędko wsiądzie na konia, jeśli w ogóle. A smok ogłasza uprzejmie: mężnego Eycka można zabrać z pola. Następny, proszę.

Wtedy niespodziewanie dojrzewa Niedamir. Piegowaty wyrostek, który przez całą wyprawę nudził się i milczał, pierwszy raz sam wydaje rozkazy: ucisza Gyllenstierna („od tej chwili będziesz milczał i słuchał"), każe zabrać rannego Eycka i zawraca do Caingorn. Wyprawa nauczyła go, że tron Malleore weźmie po prostu zbrojną ręką — trzystu pancernych wystarczy — a smok przestał mu być do czegokolwiek potrzebny. Boholt odprowadza króla wzruszeniem ramion i oświadcza, że skoro tak, umowa nieważna: teraz Rębacze wezmą smoka na własny rachunek.

Do Geralta podchodzi Yennefer — i odkrywa karty. Prosi, żeby zabił smoka. Dla niej. Wyznaje po co: jest ktoś, kto może odwrócić jej bezpłodność; operacja jest skomplikowana i kosztowna, ale w zamian za złotego smoka — osiągalna. Przypomina też prośbę z mostu i obiecuje ją spełnić — „mimo wszystko". Geralt dotyka obsydianowej gwiazdy na jej szyi i odpowiada okrutnie: za późno, już nie wiszą, przestało mu zależeć. Natychmiast żałuje tych słów — jakaś granica została przekroczona i pękła jak struna lutni — ale cofnąć ich nie może. A potem robi coś, czego nie robił nigdy: skraca pas z mieczem i staje po stronie smoka. Jaskrowi mówi tylko, że jest granica możliwości i że ma tego wszystkiego dość. Trubadur odkłada ostrożnie lutnię pod kamień i zostaje przy przyjacielu, rezerwując sobie „Granicę możliwości" na tytuł ballady; prosi tylko, żeby Geralt starał się nie zabijać.

Pierwszy w obronie legendy staje jednak Dorregaray: z różdżką w dłoni każe całemu towarzystwu pakować juki, bo nie pozwoli ruszyć ostatniego złotego smoka. Rębacze tłuką go, zanim zdąży dokończyć zaklęcie. Geralt rusza mu na pomoc z mieczem, Jaskier podstawia nogę Niszczuce — i bójka kończy się w kilkanaście sekund, bo do walki włącza się strona, której wiedźmin się nie spodziewał: Yennefer paraliżuje go zaklęciem. Związani zostają wszyscy trzej obrońcy smoka — wiedźmin, czarodziej i poeta — przytroczeni do koła wozu. Kozojed proponuje od razu ich „utłuc", za co krasnoludy przeganiają go kamieniami. Ale sojusz zwycięzców trwa krótko: gdy Yennefer żąda, by łowcy odeszli, bo ze smokiem poradzi sobie sama i nie zamierza się dzielić, Yarpen Zigrin trafia ją stalową kulą w czoło. Czarodziejka kończy przywiązana za ręce do koła wozu, zakneblowana lejcami, a Boholt na dokładkę rozdziera jej kubrak i koszulę i bezwstydnie obmacując, obiecuje „zabawę" po załatwieniu smoka. Skrępowany Geralt mówi cicho, że odnajdzie go za to na końcu świata; Boholt odpowiada spokojnie, że wie — i dlatego wiedźmin może tej wyprawy nie przeżyć.

Na smoka nie trzeba czekać: Villentretenmerth przychodzi na obóz sam. Z Rębaczami rozprawia się tak, jak wcześniej z Eyckiem — ogonem bijącym zza grzbietu jak skorpion strąca Niszczukę razem z koniem, szponami rozdziera udo Zdzieblarza, a Boholta zdejmuje z siodła tak, że ten pada głową na głaz; krasnoludy w popłochu uciekają na skały. Wtedy na halę wtaczają się trzy wozy pełne zbrojnych: to milicja i cechy z Hołopola, które obeszły źródła Braa, z Kozojedem na czele. Hołopolanie oplątują smoka podwójnymi rybackimi sieciami; spętany gad wali się na ziemię i ryczy — a z północnego kanionu odpowiada mu bojowy krzyk. Do bitwy wchodzą Tea i Vea. Zerrikanki przejeżdżają przez ciżbę „jak gorący nóż przez masło", zeskakują z koni i stają przy smoku, rąbiąc każdego, kto podejdzie. W tym samym czasie przy wozie mała, szarozielona istotka ze skrzydełkami nietoperza — smoczątko — przylepia się ufnie do boku związanej Yennefer. Czarodziejka dyktuje Geraltowi ratunek: wiedźmin ma na ślepo, pod wozem, przepalić jej więzy Znakiem Igni. Yennefer wytrzymuje przypalanie własnych kostek, a potem — z rękami wciąż przywiązanymi do koła — ciska zaklęcia samą wyprężoną nogą. Skutki są tyleż skuteczne, co groteskowe: załoga jednego wozu zmienia się w rechoczące żaby, drugi wóz rozpływa się w kaczeńcowy dym, trzeciemu koła robią się kwadratowe, a niedobitków czarodziejka zamienia na chybił trafił w żółwie, gęsi, stonogi, flamingi i pasiaste prosięta. Smok tymczasem rwie sieci, zrywa się i dopada uciekającego Kozojeda. Makabryczny chrzęst słychać na całej hali; na widok tego, co zostaje z szewca-truciciela, Yennefer wymiotuje pod wóz.

Gdy opada kurz, nad leżącą czarodziejką staje Vea z uniesioną szablą — i wtedy odzywa się Borch Trzy Kawki, siedzący spokojnie na kamieniu ze smoczątkiem na kolanach. „Nie będziemy zabijać pani Yennefer" — mówi ludzkim głosem smok Villentretenmerth. Wszystko staje się jasne: złoty smok potrafi — czego dowodzi starożytna ballada, w którą nikt nie wierzył — przybrać każdą postać, także ludzką. Villentretenmerth wyjaśnia: wezwała go Myrgtabrakke, smoczyca podtruta pod Hołopolem, by powstrzymał grożące jej zło. Odleciała, gdy tylko zniesiono z pola Eycka — a jako zapłatę zostawiła mu swój największy skarb: świeżo wyklute smoczątko. Bo takie nastały czasy — stworzenia, które ludzie zwą potworami, są coraz bardziej zagrożone i same nie dają już sobie rady; potrzebują obrońcy. „Takiego… wiedźmina". Na pytanie Geralta o cel na końcu drogi smok unosi przedramię ze smoczątkiem: oto on. Dzięki niemu przetrwa i udowodni, że granic możliwości nie ma — bo przetrwać mogą nawet ci, którzy się różnią. Geralt i Yennefer słuchają tego pogodzeni: czarodziejka trzyma wiedźmina pod rękę, jej oczy znów są ciepłe jak dawniej, a wcześniej — nim podeszli — był jeszcze pocałunek. Villentretenmerth żegna ich jednak wróżbą, za którą przeprasza: są dla siebie stworzeni, ona i wiedźmin — ale nic z tego nie będzie. Yennefer blednie i odpowiada, że wie; a mimo to chciałaby wierzyć, że granica możliwości jest jeszcze bardzo daleko. Na koniec Vea przekazuje przez smoka, że długo będzie pamiętać balię „Pod Zadumanym Smokiem" — i liczy na kolejne spotkanie. Przemiana jest nagła jak mgnienie oka: w miejscu kędzierzawego rycerza siedzi złoty smok, rozpościerający olśniewające skrzydła. Geralt przyznaje Vei rację w jedynej kwestii, o którą ją kiedyś zapytał: on naprawdę jest najpiękniejszy.

U korzeni każdej legendy coś leży — najczęściej marzenie i wiara, że nie ma granic możliwości. Wiedźmin twierdzi, że wie lepiej: w naturze może przetrwać tylko to, co się zanadto nie różni.

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Objawienie VillentretenmerthaGdy nad pokonaną Yennefer staje szabla Vei, pada rozkaz — ludzkim głosem, z ust siedzącego na kamieniu Borcha Trzy Kawki: „Nie będziemy zabijać pani Yennefer". Borch i złoty smok Villentretenmerth to jedno: smoki złote, wbrew temu, co twierdził Geralt, istnieją — i potrafią przybrać każdą postać. Villentretenmerth wyjaśnia, że wezwała go otruta smoczyca Myrgtabrakke, a zapłatą za obronę jest jej smoczątko: cel z końca drogi, dzięki któremu udowodni, że granic możliwości nie ma — bo potwory potrzebują dziś obrońcy, „takiego… wiedźmina". Na pożegnanie zostawia Geraltowi i Yennefer wróżbę: są dla siebie stworzeni — ale nic z tego nie będzie.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.