Opis ogólny — bez zdradzania fabuły.
Czarnoksiężnik przedstawiający się z naciskiem jako „mistrz Dorregaray"; jeździ w fioletowym, aksamitnym kaftanie ze srebrnym szamerunkiem i w płaszczu obszytym sobolami, a zaklęcia ciska z ozdobnej różdżki ze słoniowej kości. Wśród magów uchodzi za dziwaka, bo powtarza „druidzkie brednie": świat jest w naturalnej równowadze, każdy gatunek ma swoich naturalnych wrogów — potwory są naturalnymi wrogami człowieka — a ich tępienie tę równowagę rozchwiewa i grozi ludzkiej rasie degeneracją. Nie poprzestaje na dzieleniu potworów na dobre i złe: uważa, że wszystkie są dobre. Poglądów nie ukrywa przed nikim, choćby groziło to skręceniem karku — i broni ich z uporem, który budzi podziw nawet u wrogów.
Przeglądasz bez zakładki — widzisz pełną opublikowaną biografię.
Do wyprawy Niedamira na smoka Dorregaray dołącza przy moście na Braa — bez glejtu, za to z pogardą dla „motłochu" i z gotowym argumentem: podpaloną jednym zaklęciem sosną. Geralt podejrzewa go o to, po co przy smokach kręci się każdy czarodziej — o zęby i inne składniki magicznych leków — ale prawda okazuje się odwrotna. Gdy na hali w Górach Pustulskich staje przed wyprawą złoty smok, „żywa legenda", Dorregaray jako pierwszy zagradza łowcom drogę: oświadcza, że nie pozwoli ruszyć być może ostatniego złotego smoka na świecie, bo legend się nie zabija. Płaci za to podwójnie — najpierw Boholt smarka mu na buty, wiedząc, że morgenstern Niszczuki jest szybszy od każdego zaklęcia, a potem, gdy czarodziej mimo to staje w obronie smoka z różdżką w ręku, Rębacze tłuką go do krwi i przywiązują do wozu obok Geralta i Jaskra. Bitwę przetrwał związany i na wpół przytomny — ale to jego „druidzkie brednie" brzmią proroczo, gdy Villentretenmerth wyjaśnia na koniec, że potwory naprawdę potrzebują już obrońcy.