👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom VII · Pani Jeziora

Rozdział 3 „Rozdział trzeci”

Rozdział 3 z 4 w tomie·54/55 w sadze·~16 min czytania
Tom VII · rozdz. 3/4
54/55 w sadze

Potwór atakuje z ciemności, z zasadzki, materializując się w mroku lochu jak wybuchający jęzor płomienia. To dokładnie ta scena, którą śniączka Condwiramurs próbowała dośnić do końca, tyle że wygląda zupełnie inaczej, niż podpowiadał lęk. Geralt uchyla się od pierwszego skoku bestii, drugi atak przyjmuje ciosem w podgardle z wielkimi karminowymi koralami, a gdy raniony stwór mimo wszystko rzuca mu się do gardła, kończy sprawę cięciem na odlew. Potem spokojnie czeka, aż zdobycz się wykrwawi, bo nie chce nazbyt niszczyć skóry. Zabity potwór, ważący niewiele więcej niż utuczony indyk, to kuroliszek, zwany też skoffinem, a loch, w którym się zagnieździł, to piwnica na wino pod jednym z zameczków winnic Toussaint. Trwa zima, winnice przysypał czyściutki śnieżek, a wiedźmin, jak z upodobaniem podkreśla, znów pracuje w zawodzie i bierze zapłatę od sztuki, nie od funta.

Asystuje mu Reynart de Bois-Fresnes, poznany jesienią w Caed Myrkvid jako bezimienny Rycerz Szachownicy. Rycerz ogląda kuroliszka z podziwem, dopytuje, czym różni się od bazyliszka (zasadniczo wszystkim, wykłada Geralt, choć zabójcze spojrzenie obu to bajka), i od razu kalkuluje zyski. Cech bednarzy z przyjemnością kupi dziwadło do wypchania, a pióra z nadogonia można sprzedać książęcej kancelarii po podwójnej cenie, bo kancelaria nie płaci z własnej kieszeni. Geralt kwituje, że Reynart powinien był zostać kupcem, na co rycerz odpowiada z rozbrajającą szczerością, że kto urodził się synem herbowego pana, ten herbowym panem umrze, choćby pękł. Jadą nocą do miasta u stóp Beauclair, do gospody „Bażanciarnia", uczcić zarobek. Po drodze Reynart wypomina wiedźminowi, jaki był w październiku, w drodze do Beauclair, chmurny, zgorzkniały i obrażony na świat; Geralt odbija, że za to Reynart mówił wtedy denerwującą, kretyńską manierą błędnych rycerzy. To taki znak rozpoznawczy jak tarcza, śmieje się rycerz. Po nim bractwo się poznaje.

Opowieść cofa się do października, do wspólnej drogi kompanii z Caed Myrkvid. Rycerz Szachownicy pociesza Geralta, że Milva ze swoimi połamanymi żebrami jest już pewnie zdrowa, bo księżna pani trzyma tęgich medyków, a Regis i Cahir wtórują: druidki znają się na leczeniu, czego dowodem podleczony, rozharatany górniczą siekierą łeb Cahira. Rycerz chwali się przy tym, że właśnie spełnił śluby: wiosną przysiągł na żurawia położyć przed Yule piętnastu grasantów, poszczęściło się, więc wolno mu już pić, jeść wołowinę i wyjawić imię. Nazywa się Reynart de Bois-Fresnes. Angoulême natychmiast wyciąga z niego dworską plotkę, o którą Geralt wolałby nie pytać: historię sprzed sześciu lat, gdy Jaskier całą zimę i wiosnę gościł na dworze w Beauclair i romansował z księżną Anną Henriettą, podczas gdy jej mąż, książę Rajmund, bawił na zjeździe w Cintrze przy własnej miłośnicy. Kochankowie zaniedbali ostrożności, plotka się rozniosła i poeta w porę uciekł, a książę, dowiedziawszy się o przyprawionym porożu, wpadł w taką cholerę, że kazał ubić Jaskra bez klemencji, wydrzeć mu serce, usmażyć je i zmusić księżnę do zjedzenia na oczach dworu. Zamiaru nie wykonał: od zgrzanej krwi tknęła go apopleksja z paraliżem, a gdy po półroku wydobrzał (tyle że cięgiem mrugał okiem, co białogłowy brały za miłosne sygnały i co per saldo wychodziło mu w amorach na dobre), przebrał miarki w swawoli i druga apopleksja dobiła go w łożnicy. Wielkiej żałoby nie było, przyznaje Reynart, bo książę był takim sukinsynem, że w pół roku przyprawiłby o wrzody samego diabła, Anariettę zaś wszyscy ubóstwiali i ubóstwiają. Dlatego nikt nie będzie się mścił na Jaskrze: poeta jest miły księżnej pani, a za księżnę każdy w Toussaint da się posiekać.

Droga wychodzi z lasów w dolinę Sansretour, między wzgórza, na których bielą się wieże zameczków, a zbocza jak okiem sięgnąć porastają równiutkie szpalery winorośli. Reynart z dumą objaśnia marki: każdy zameczek daje nazwę winnicy i piwnicom pod nią, z Castel Ravello pochodzą Erveluce, Fiorano, Pomino i sławne Est Est, za którego antałek płaci się jak za dziesięć antałków wina z Cidaris albo z nilfgaardzkich winnic nad Albą, dalej ciągną się Vermentino, Toricella, Casteldaccia, Tufo, Sancerre, Nuragus, Coronata i Corvo Bianco, po elfiemu Gwyn Cerbin. Regis, który jak zwykle zna się na wszystkim, dorzuca wykład o wulkanicznej glebie i mikroklimacie. Angoulême podsumowuje po swojemu: markowe czy nie, rzyga się po Est Est tak samo jak po jabcoku.

W „Bażanciarni" tymczasem trwa wigilia Yule i ludziska stawiają wróżby, a Geralt z Reynartem zamawiają zrazy i czerwone Côte-de-Blessure z winnicy Pomerol. Dziewczyna od sąsiedniego stołu rzuca za siebie jemiołowy wianek, który ląduje niemal na kolanach wiedźmina; Reynart odrzuca go ze śmiechem, tłumacząc pannie, że ten kawaler jest już w niewoli pewnych zielonych oczu. Geralt liczy ponuro, że tkwi w Toussaint od dwóch miesięcy, czyli stracił dwa miesiące. Reynart chłodno prostuje: stracił najwyżej miesiąc, bo potem śniegi zawaliły przełęcze i tak czy owak by nie wyjechał, a poza tym niech nie przesadza z udawaniem żalu. Widział przecież pierwsze spotkanie wiedźmina z „nią" na Święcie Kadzi. I pamięta białe majteczki.

Wspomnienie wraca do przybycia kompanii pod Beauclair. Pałac, elfia budowla przerobiona przez słynnego Faramonda, odbiera podróżnym mowę: smukłe wieżyczki zwieńczone czerwoną dachówką wyglądają jak świece, z których festony wosku spłynęły na rzeźbiony lichtarz, a u stóp pałacu rozpościera się miasto otoczone dobudowanym później murem, bo elfy miast murami nie otaczały. Cahir mówi z podziwem o foremnym zameczku, Angoulême o wcale ładnym domku, tyle że z ozdobnikiem. W pałacu wita ich ufryzowany i wystrojony jak princ Jaskier. Na pytanie o Milvę odpowiada, że jest zdrowa, ale siedzi w przygotowanych komnatach i nie chce wychodzić; o powodach obiecuje opowiedzieć później, bo księżna czeka i życzy sobie gości prosto z drogi.

W pełnej dworzan sali Geralt klęka przed dwiema kobietami, które obie wyglądają równie książęco. Pierwsza, ostronosa, z kasztanową koafiurą dopracowaną w geometryczny loczek na czole, okazuje się księżną Anną Henriettą: wita kompanię ciepło, wspomina o szlachetnej misji i przyjaźni z „miłym naszemu sercu wicehrabią Julianem", po czym zapowiada prywatną audiencję, którą odwlec muszą obowiązki państwowe, bo po winobraniu tradycja nakazuje jej udział w Święcie Kadzi. Druga, czarnowłosa, w siatkowej czapeczce z woalką nad zielonymi, mocno podkreślonymi oczami, szepcze coś księżnej, a ta ogłasza, że przy Kadzi obok wicehrabiego Juliana usłuży jej pan Geralt z Rivii. Po sali idzie szmer. Szambelan Sebastian Le Goff, zażywny jegomość o aparycji i zapachu cukiernika, poucza potem wiedźmina o protokole: do księżnej należy się zwracać per „wasza miłość", a czarnowłosa dama to czcigodna Fringilla Vigo, familiantka księżnej, i to jej właśnie Geralt usłuży przy Kadzi.

Usługa okazuje się prosta i dość podniecająca. Na dziedzińcu, wśród pisku piszczałek i pląsów skomorochów, księżna i Fringilla zrzucają szkarłatne płaszcze i zostają w cieniutkich koszulkach do bioder oraz opiętych majteczkach z falbankami. Jaskier bierze na ręce księżnę, Geralt Fringillę, ciepłą, miękką i pachnącą ambrą i różami, i wnoszą obie do kadzi pełnej winogron, gdzie kobiety, trzymając się nawzajem za ramiona i chichocząc jak podlotki, depczą grona przy rykach tłumu. Przy wyjmowaniu z kadzi Anarietta kąsa Jaskra w ucho, a Geraltowi zdaje się, że wargi Fringilli musnęły jego policzek. Czarodziejka ściska mu dłoń i szepcze, że starodawne tradycje potrafią być podniecające, a przyjemność wcale nie była wyłącznie po jego stronie.

W gospodzie dosiadają się interesy. Rządca winnicy Vermentino, Malatesta, stały klient, przyprowadza konfratra i konkurenta: czarnobrodego Alcidesa Fierabrasa z winnicy Pomerol. Malatesta potwierdza, że umówiona kwota za kuroliszka wpłynie na konto wiedźmina u Cianfanellich, i dziękuje wylewnie, bo piękny, wysklepiony loszek był przez bestię nie do użytku, choć zamurowano całą część piwnic. Skąd potwór się wziął, nie zgadnąć: ludzie gadają, że tutejsze piwnice łączą się z głębokimi pieczarami, z samym środkiem ziemi. Fierabras od razu proponuje kolejny kontrakt, bo pod piwnicami Pomerolu też ciągną się lochy, milami, nie wiadomo dokąd, ci zaś, którzy chcieli rzecz wyświetlić, nie wrócili, a widziano tam jakoby straszliwego potwora. Geralt przystaje. Przy okazji obie winnice ostrożnie podnoszą sprawę sukkuba, którego księżna kazała wiedźminowi ubić: zmora przecież nikomu nie wadzi, nawiedza jeno pełnoletnich, a ostatnio i tak słuch o niej przepadł. Gdyby na konto u Cianfanellich wpłynęło coś ekstra, na wiedźmiński fundusz emerytalny, sukkubowi włos z blond główki by nie spadł. Geralt z kamienną twarzą przyjmuje darowiznę.

Historię zlecenia na sukkuba przynosi wspomnienie prywatnej audiencji, odbytej nazajutrz po przyjeździe. Prywatność jest umowna: w komnacie stoi ze dwadzieścia osób, wśród nich Le Goff, wielmoże ze złotymi łańcuchami, rajcy, poznany w Caed Myrkvid baron de Peyrac-Peyran herbu Bycza Głowa i Fringilla Vigo, a siedzieć wolno tylko księżnej, Fringilli i rozpartemu jak faworyt Jaskrowi. Geralt relacjonuje rozmowy z druidkami i wyznaje tyle, ile uznaje za bezpieczne przy takim audytorium: Ciri żyje, prawdopodobnie była ranna, wciąż jest w niebezpieczeństwie. Anarietta, która bywała w Cintrze i znała Pavettę oraz malutką Ciri, załamuje ręce gestem zmartwienia równie szczerego, co przesadnego, i przyrzeka pomoc: gościnę bez ograniczeń, uczonych, astrologów i największe księgozbiory. Gdy jednak Geralt ostrożnie zauważa, że hultaje rozgromieni przez rycerstwo w Caed Myrkvid nosili nilfgaardzką barwę, a za Jarugą wciąż leje się krew, wychodzi na jaw, że księżnej nikt nie poinformował o trwającej wojnie. Następuje wybuch: minister Tremblay wędruje za karę do wieży, a kancelaria dostaje rozkaz wystosowania ostrej noty do „naszego kuzyna", cesarza Emhyra, by natychmiast zaniechał wojowania, bo niezgoda rujnuje, a zgoda buduje. Dworacy mają twarze jak z kamienia, z czego Geralt wnioskuje, że podobne sceny nie są tu nowością, i postanawia księżnej wyłącznie potakiwać. Na koniec Anarietta przekazuje prośbę szlachetnych dam Toussaint: nocny demon w postaci bezwstydnej niewiasty dręczy po alkowach cnotliwych małżonków i wiedźmin ma położyć kres tej ohydzie. Tak jest, wasza miłość.

W pałacowym parku dopada Geralta i Regisa zdyszana Angoulême z sensacją: błędni rycerze, z Reynartem włącznie, stoją w długim ogonku do książęcego kamerariusa po miesięczną wypłatę. Błędny też bywa głodny, wyjaśnił jej Reynart, a Regis dopowiada z powagą, że szlachetne powołanie i pensja wcale się nie wykluczają. Odesłana do Milvy, która siedzi w fatalnym nastroju, Angoulême zdąża jeszcze zauważyć, że nad całym Toussaint wisi jakiś urok. Zaraz potem zjawia się chudziutki Jean Catillon, rządca winnic Castel Toricella: przez wojnę kupcy nie przyjeżdżają, zapasy rosną, miejsca na beczki brakuje, a w świeżo wynalezionym loszku pod Toricellą grasuje przylazły z głębin ziemi potwór, który pluje żrącym ługiem, dwóch ludzi poparzył do kości, a jednego oślepił. Solpuga, rozpoznaje z miejsca Geralt i przyjmuje kontrakt, sam zaskoczony odruchem, po czym zapowiada Regisowi, że jakoś się z tego wykręci. Nie zdąża: nadchodzą baron de Peyrac-Peyran i szpakowaty Palmerin de Launfal, by w dyskrecji, w imieniu panów z Toussaint, złożyć propozycję odwrotną do zlecenia dam. Niech wiedźmin wyrzeknie się kontraktu na sukkuba, nic paniom nie mówiąc, bo zmora nie zagraża nikomu realnie, a przecież fama głosi, że Geralt zabija wyłącznie potwory naprawdę groźne. Panowie przebiją ofertę pań i zadziwią hojnością. Geralt każe otworzyć sobie konto w krasnoludzkim banku i uprzedza, że zadziwić go niełatwo. Regisowi, który słyszał wszystko wampirzym słuchem, tłumaczy potem, że skoro żebra Milvy potrzebują tygodni, nie zaszkodzi zdobyć na ten czas niezależność finansową.

Przed wielką ucztą trzeba stoczyć osobne boje: odnaleźć Milvę ukrytą w stajniach i wmówić jej, że od udziału w bankiecie zależy los Ciri i całego świata, przekonać ją do sukni (ostatecznie ratuje sytuację Regis, który tuzinem precedensów wymusza na szambelanie strój męski), wreszcie wymóc na Angoulême przysięgę, że będzie zachowywać się jak dama i unikać ulubionych słów. Le Goff przychodzi z kolejnym protokolarnym zmartwieniem: musi rozsadzić gości wedle rangi i honoru, a kompania podróżuje incognito, w misji rycerskiej, której śluby zabraniają zdradzać imion i herbów. Geralt z powagą wskazuje więc Regisa: ten jest hrabią, ale sza, to tajemnica. Zachwycony szambelan obiecuje posadzić wampira po prawicy hrabiny Notturny, wujenki księżnej. Regis, oderwany od podziwiania gobelinu, na którym cyklop ma dwie lewe nogi (mistrz tkacki strasznie dużo pił, wyjaśnia Le Goff, jak to artysta), nawet nie wie, jaki awans go spotkał.

Uczta zaczyna się od ślubowań. Baron de Peyrac-Peyran przysięga na upieczoną czaplę, która stoi na grzbiecie ogromnego sterleta z pierścieniem w dziobie, bronić czci rycerskiej i honoru dam; kolejny rycerz ślubuje rok walczyć incognito jako Rycerz Białej Czapli, inny przewiązuje sobie oko szarfą od damy i przysięga nie zdejmować jej, póki nie wytępi grasantów z przełęczy Cervantesa. Stół ugina się od dziczyzny, jesiennego ptactwa i łososiopstrągów, kwiaty zastępuje jemioła, a gwoździem wieczoru jest wniesiona w lektyce Magna Bestia, pieczeń z łosia. Jaskier siedzi po prawicy księżnej i uśmiecha się głupio, Regis w czarnym samitowym kaftanie usługuje dwóm matronom i wykłada zafascynowanej arystokracji, że najlepszym remedium na wampiry jest srebro, którego najlżejszy dotyk jest dla wampira absolutnie zabójczy. Gestykuluje przy tym srebrnym widelcem. Cahir dwoi się i troi przy dwóch szczebioczących baronównach, Queline i Nique, które patrzą w niego jak w tęczę, Angoulême wiedzie rej wśród młodych rycerzy, aż do momentu, gdy tresowany niedźwiedź robi kupę na posadzkę i z taką konkurencją wygrać się nie da. Księżna zdąża jeszcze wtrącić do wieży kolejnego barona za jakieś niebaczne słowo, czym poza zainteresowanym mało kto się przejmuje.

Najciekawsze dzieje się jednak w dwóch cichszych punktach stołu. Milvie przypada w udziale ponury, milczący jak głaz baron de Trastamara o twarzy zeszpeconej ospą, który odzywa się pierwszy raz dopiero przy łosiu, prostując, że badylarz miał siedem cetnarów i czterdzieści pięć funtów. Milva, dotąd krusząca chleb ze wzrokiem wbitym w obrus, pyta o łuk, z którego synowiec barona położył byka, i nagle rozmowa zaczyna płynąć: laminat z cisu, akacji i jesionu klejony ścięgnami, siedemdziesiąt pięć funtów mocy, naciąg dwadzieścia dziewięć cali. Baron chwali się, że z ćwierć setki kroków trafia bażanta; Milva spokojnie odpowiada, że z tej odległości ona trafia wiewiórkę. Speszony baron zaczyna jej nadskakiwać, zaprasza na łowy na czarnego zwierza i do rezydencji, a na jego nieporadne wyznanie, że nie umie zabawiać dworską gadką, łuczniczka odpowiada, że wychowała się w lesie i umie cenić ciszę.

Obok Geralt usługuje Fringilli, wystrojonej w fiolety i ametysty, i brnie w rozmowę, która od flirtu przechodzi do rzeczy poważnych. Czarodziejka nie kryje, że czyta w jego myślach (były tak silne, że mimo woli), wyjaśnia, że w Beauclair siedzi dla najbogatszej biblioteki znanego świata, do której jako krewna i przyjaciółka Anarietty ma wolny dostęp, i wylicza mężczyzn swojego gustu: wysokie miejsce zajmują ci, którzy dla kochanej osoby idą na koniec świata, nieulękle i bez oglądania się na szanse. Gdy Geralt sarka, że jej pomoc odrzuca, bo jej nie ufa, Fringilla metodycznie rozbraja jego argumenty za szybkim wyjazdem. Nilfgaardzki pościg odpada: prefekt Fulko Artevelde z Riedbrune uznał na podstawie zeznań zbiegów, że druidki spaliły całą kompanię żywcem, i w trosce o własną karierę tuszuje sprawę, więc obowiązywać będzie wersja z raportów. Toussaint uchodzi za śmieszne, nierealne ksiąstewko w permanentnym rauszu, ale właśnie dlatego cieszy się przywilejami i nie działają tu żadne obce agentury. A dokąd Geralt miałby jechać? Z Toussaint prowadzą cztery przełęcze w cztery strony świata, druidki odmówiły współpracy, elf z gór zniknął. Wiedźmin patrzy w jej zielone oczy i mówi, że ufa jej i wierzy w szczerość jej intencji. Przysięga na czaplę.

Późną nocą, po uczcie, Geralt odwiedza jeszcze Jaskra w sali rycerskiej, gdzie poeta w karminowym berecie wielkości bochna chleba jednym królewskim gestem odprawia wielbicieli i służbę. Wiedźmin przychodzi po konkret: trzy wierzchowce i dwa juczne, dla niego, Cahira i Angoulême, plus ciepłe odzienie, bo październik się kończy i lada dzień przełęcze zasypie. Jaskier obiecuje wszystko załatwić, w tym rasową kobyłkę o imieniu Płotka, ale oznajmia rzecz, od której Geraltowi odbiera głos: on sam zostaje. Kocha Anariettę, ona kocha jego, status formalnoprawny jest mu obojętny, choć małżeństwa, nawet morganatycznego, wykluczyć nie można. Geralt najpierw radzi mu wytrzeźwieć, potem tłumaczy, że łaska księżnych na pstrym koniu jeździ, że księżne wiążą się z grajkami tylko w bajkach i że Anarietta to zepsute dziecko, które puści go w trąbę przy pierwszym nowszym repertuarze. Jaskier odpowiada spokojnie i celnie: z Brokilonu wyruszyli w obłąkańczy pościg za mirażem i on ani razu nie nazwał Geralta szaleńcem, bo wiedźminem kierowały nadzieja i miłość. On swój miraż właśnie dogonił, marzenie się spełniło i szaleństwem byłoby je porzucić. Wybiłeś mi argumenty, przyznaje Geralt po długim milczeniu. Czysta poezja.

Nazajutrz w bibliotece, olbrzymiej sali ze szklanym dachem, w której trwa inwentaryzacja i księgi piętrzą się w stosy na podłodze, Fringilla w skromnej szarej sukience i brudnych od kurzu jedwabnych rękawiczkach pokazuje Geraltowi wydobyte z dna białe kruki. Od Gesta Regum, zapowiada, zaczną, by zrozumiał, kim naprawdę jest jego Ciri i czyja krew płynie w jej żyłach. Rozmowa schodzi na Jaskra i księżnę, potem na miłość, w którą Geralt nie bardzo wierzy, a Fringilla porównuje ją do kolki nerkowej: póki nie chwyci, nie sposób sobie wyobrazić, a opowieściom się nie wierzy. Po czym odkłada rękawiczki, podchodzi bardzo blisko i bolidy lecące po kolizyjnych trajektoriach zderzają się dokładnie tak, jak w jej metaforze. Kochankowie lądują na stosach foliałów, które rozjeżdżają się pod nimi lawinami, a Geralt między jednym a drugim czyta mimowolnie tytuły dzieł podpierających ich ciała, od „Uwag o śmierci niechybnej" po „Rozmyślania na dni wszystkie całego roku". W końcu sam proponuje przenosiny do łóżka, bo nie godzi się tak traktować książek.

Tak zaczęły się dwa miesiące, myśli Geralt, galopując nocą przez pałacowy park po uczcie u „Bażanciarni". Dwa miesiące wściekłej, zachłannej miłości, w czasie których mówili sobie trywialne prawdy i bardzo piękne kłamstwa, a kłamstwa te, choć coraz kłamliwsze, nie były obliczone na zwodzenie. Reynart został na noc w mieście u zaprzyjaźnionej niewiasty, której mąż dużo podróżuje, a wiedźmin wraca do pałacu na cisawej Płotce, prezencie od Anny Henrietty. I od Jaskra.

W pałacu Geralt przemyka bezszelestnie obok straży, lokajów i paziów, ale do kompanii ucztującej nocą w kuchni nie dołącza. Staje w cieniu i słucha. Angoulême przekonuje, że nad Toussaint, a już szczególnie nad pałacem, wisi jakiś urok, skoro sama przyłapuje się na miękkości serca, i namawia, by wyjeżdżać stąd co rychlej; niech powie to Geraltowi, odpowiada Milva, a Cahir dorzuca sarkastycznie, że wiedźmin bywa uchwytny tylko w krótkich chwilach między łożem czarodziejki a polowaniem na potwory, dwoma zajęciami, którymi od dwóch miesięcy próbuje zapomnieć. Angoulême wytyka mu w rewanżu serso z baronównami, Milvie rabogębego barona, a Regisowi nocne zniknięcia; Regis pojednawczo rozlewa wino, cytując ulubione porzekadło „księżnej Jaskrowej" o zgodzie, która buduje. Za długo tu siedzimy, wzdycha ciężko Milva. Durniejemy w tej gnuśności. Bardzo dobrze powiedziane, przyznaje Cahir. Geralt wycofuje się cicho jak nietoperz i idzie tam, dokąd chodzi teraz nocami: do alkowy Fringilli, gdzie czarodziejka nie śpi i odrzuca kołdrę.

Ostatnia scena należy do samej Fringilli. Później, tej samej nocy, czarodziejka równie bezszelestnie przemierza korytarze (szczury na jej widok nawet się nie płoszą, bo chodzi tędy często) i staje przed fragmentem ściany między kolumnami. Ściana jest iluzją, za nią biegnie sekretny korytarz, a na jego końcu kryje się komnata, o której nie wie nikt: ani Anarietta, ani szambelan Le Goff, ani nawet architekci przerabiający elfią budowlę. Znali ją tylko pierwotni konstruktorzy pałacu, elfy, a po nich nieliczni czarodzieje związani z domem książęcym, wśród nich mistrz iluzji Artorius Vigo i jego młoda bratanica Fringilla. W ukrytej komnacie czarodziejka uruchamia telekomunikator. W owalnym zwierciadle ukazuje się pogrążona w półmroku sala, okrągły stół i dziewięć zasiadających przy nim kobiet. Filippa Eilhart pyta o nowiny. Nowin nie ma: od ostatniej rozmowy ani jednej próby skanowania. Loża liczyła na więcej, mówi Filippa i zadaje pytanie wprost: czy wiedźmin już się uspokoił i czy Fringilla zdoła utrzymać go w Toussaint przynajmniej do maja? Fringilla milczy chwilę. Nie zamierza wspominać loży, że tylko w ostatnim tygodniu Geralt dwukrotnie nazwał ją Yennefer, w chwilach, w których miała wszelkie prawo oczekiwać własnego imienia. Ale loża ma prawo do szczerych wniosków. Do maja chyba nie, odpowiada wreszcie. Zrobi jednak wszystko, co w jej mocy, by zatrzymać go jak najdłużej.

„Choć tak się spieszył, tak ponaglał i tak się pieklił, wiedźmin pozostał w Toussaint na całą niemal zimę. Jakież były powody? Nie napiszę o tym. Powody były i już, nie ma się nad czym rozwodzić. Tym zaś, którzy chcieliby wiedźmina potępiać, przypomnę tylko, że miłość niejedno ma imię i nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni. (Jaskier, „Pół wieku poezji", parafraza)”
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.