Opis ogólny, bez zdradzania fabuły.
Wysoka, płowowłosa młoda kobieta, łowczyni i zawołana łuczniczka, jedyny człowiek, którego driady Brokilonu uznają za swojego. Naprawdę nazywa się Maria Barring; przydomek Milva, nadany jej przez driady, znaczy w Starszej Mowie „kania", a zaprzyjaźnione elfy mówią do niej „sor'ca", siostrzyczko. Mówi gwarą pogranicza, prosto i dosadnie, kpiną i fukaniem pokrywa odruchy serca, których sama się wstydzi. Strzela z laminowanego łuku z dalekiej Północy, wielorybiej pięćdziesiątki piątki kupionej za majątek na Morskim Bazarze w Cidaris, strzały opierza wyłącznie sama, spiralnie, a zwierzynę czyta jak otwartą księgę: z farby na brzechwie pozna, gdzie trafiła, nim zobaczy zdobycz. O sobie mówi, że choć do sikania musi kucać, kapotę ma podszytą wilkiem, nie zającem.
Przeglądasz bez zakładki, więc widzisz pełną opublikowaną biografię.
Maria Barring pochodzi z zapadłej wsi w Górnym Sodden, z rodu myśliwych z dziada pradziada. Gdy jej brata zatratował łoś, stary Barring wyuczył leśnego rzemiosła córkę; pierwszą sarnę położyła jako jedenastolatka, pierwszego rogacza czternastaka w dniu czternastych urodzin. Po śmierci ojca nie ułożyło jej się z ojczymem, więc jako szesnastolatka uciekła z domu i żyła z kłusownictwa, szczuta przez leśników baronów jak zwierzyna, aż zapuściła się w Brokilon, gdzie w nocy dopadła ją kłusownicza pułapka: do świtu wisiała za nogę głową w dół, a driady, które ją odcięły, zamiast zabić intruza, przygarnęły ją i uznały za swoją. Ten odcięty z powroza dług spłaca od tamtej pory Eithné: przeprowadza przez obławy do Brokilonu niedobitki rozgromionych komand Scoia'tael, a wyleczonych wywodzi z powrotem, ruszając na szlak co nów, ciemną nocą. Cztery razy poprowadziła też ochotnicze ekspedycje łowców dziwożonich skalpów, w sumie blisko setkę ludzi, wprost pod strzały czekających w zasadzce driad; dopiero w Verden ktoś się połapał, czemu przewodniczka jako jedyna zawsze uchodzi z życiem, i od tamtej pory trudno tam o ochotników na wyprawy przeciw driadom. Latem po puczu na Thanedd, na rozkaz Eithné i wbrew własnym wrzaskom, zostaje oczami i uszami leczonego w Col Serrai : dwukrotnie wyprawia się między ludzi po wieści o i przywozi mu najpierw wiadomość, że w gruzach Wieży Mewy nie znaleziono niczego, a potem tę, w którą wierzy cały świat: że Cirilla jest w Nilfgaardzie i cesarz zamyśla się z nią żenić. Wymieniają się prawdziwymi imionami, a wiedźmin obiecuje: gdyby kiedyś potrzebowała ramienia, niech krzyknie w noc, a on przyjdzie. Gdy Geralt rusza na południe, Milva sprawia upolowanego kozła, wygłasza nad nim monolog o szaleńcu, któremu śmierć z gęby spoziera, oddaje mięso idącemu na wojnę komandu i pędzi przed burzą, by głuptaka dogonić i zawrócić.
Milva dogania wiedźmina dokładnie tam, gdzie planowała, i w samą porę: z olszyny pod bukiem kładzie trzema strzałami nilfgaardzkich jeźdźców mordujących świadków havekarskiej transakcji, a dowódcy z pięciu kroków wsadza strzałę w twarz tuż obok stalowego nosala. Zawrócić Geralta się nie daje, więc łuczniczka klnie, że za długo ratowała elfów od zguby, by patrzeć, jak ktoś ginie, i zostaje przewodniczką: wiedzie jego i Jaskra wschodnim szlakiem przez płonące Brugge, a potem razem z kompanią Zoltana ku wzgórzom Turlough. Wygarnia wiedźminowi bez znieczulenia, co myśli o wyprawie po narzeczoną cesarza, po czym pierwsza go za te słowa przeprasza, całując w policzek; w jego prorocze sny o Ciri wierzy mocniej niż on sam. Przy zapowietrzonej sadybie osłania rzeź maruderów tak, jak obiecała, i choć zdyszana chybia ostatniego uciekiniera, głośno pyta wiedźmina, czy nadal pewien jest, że jadący ich śladem to wróg. Ma też swój sekret: gdy Geralt powtarza, że Ciri go potrzebuje, Milva odwraca oczy i szepcze tak cicho, by nie dosłyszał, że nie tylko ona.
To Milva gasi przy dębie wisielców optymizm Zoltana: kompania nie jest za frontem, tylko na froncie, więc zamiast gościńcem pójdą duktami, bo łuczniczka woli ghule niż ludzi. Przez całą drogę wozi na łęku piegowatą dziewuszkę z warkoczykami, a na nocleg na Fen Carn zgadza się pierwsza, bo kobiety z Kernow nie ujdą już ani kroku; na upiory nakręca na brzechwę srebrny grot, chowany na taką okazję od bazaru. Przy chacie Regisa, wywołana rachunkiem mil Geralta, wybucha goryczą: czytać ani pisać nie umie, jest głupią, prostą dziewuchą ze wsi i żadną dla wiedźmina kompanią, jemu trzeba tamtej mądrej i uczonej, o której gadał Jaskier. Na spóźnione pytanie, czemu zdecydowała się z nim jechać, odpowiada, że teraz już sama nie wie. Nocą, przy krążącej menzurce, ponursza z każdą kolejką, aż kończy we łzach, których nie chce tłumaczyć.
Mandragorowy destylat Milva znosi najgorzej z całej kompanii, a chłopskiej wyprawie na wampira odmawia wydania karego wierzchowca. Gdy Chodak oświadcza, że jej miejsce przy garnkach, a na dziewicę, której łzy palą upiora, nie wygląda, łuczniczka kładzie go dwoma ciosami; na widok bezwładnego ciała blednie jednak przeraźliwie, szepcze, że nie chciała, i gwałtownie wymiotuje. Zoltan zdradza przy tym półgłosem, że rzygała już przedwczoraj bladym świtem, a Regis kwituje te rewelacje dziwnym spojrzeniem i zagadkowym uśmiechem. W obozie Milva pierwsza domaga się, by ktoś powstrzymał kapłana znęcającego się nad upośledzoną dziewczyną, i staje do ordaliów z łukiem, po jednej strzale ze stu kroków. Szturm na obóz rozdziela ją z wiedźminem: tłum porywa ją, gdy przebija się ratować konie, i słuch po niej ginie.
Każdy prowadzi do streszczenia rozdziału, w którym się wydarzył.
r. 35Inwazja na Brugge: O świcie siódmego dnia po Lammas Nilfgaard uderza na Brugge: od Drieschot rusza jazda ze sprzymierzonym wojskiem Verden, które jest już cesarską protekcją, a na twierdzę Dillingen idzie zza Jarugi Czarna Piechota po moście zbudowanym na łodziach w pół dnia. Boki cesarskich hufów flankują komanda Scoia'tael i verdeńscy wolentarze, pustoszący kraj gorzej od regularnych wojsk. Geralt, Jaskier i Milva oglądają z urwiska zagładę bruggeńskich knechtów broniących wsi na grobli i rzeź jeńców, a potem przez dni jadą wschodnim szlakiem wśród zgliszcz, szubienic i pobojowisk. Inwazja odcina drogę na południe i grzebie plan spłynięcia łodzią do ujścia Jarugi: strzeżonego mostu nie minie nic prócz łososia.r. 35Potyczka pod bukiem: Na polanie za Wstążką Geralt i Jaskier, wzięci przez havekara za elfich klientów, stają się przypadkowymi świadkami sekretnej transakcji: handlarz ma przekazać nilfgaardzkim jeźdźcom jeńca wiezionego w sosnowej trumnie. Odbiorcy płacą po swojemu, nadziakiem w ciemię, mordują też woźnicę Koldę, a świadków próbują wziąć żywcem. Wiedźmina, którego zawodzi niedoleczona noga, ratują strzały Milvy: łuczniczka kładzie z olszyny trzech konnych, dowódcy wsadzając strzałę w twarz z pięciu kroków. W trumnie leży Cahir, rozpoznany po szramie od cięcia Ciri z Thanedd; Geralt zostawia mu nóż i po raz drugi daruje życie, zapowiadając, że trzeciego razu nie będzie.r. 35Spotkanie kompanii Zoltana: Na zasłanym trupami gościńcu w Brugge, przy rozbitej kolumnie kupieckiej Very Loewenhaupt, Geralt, Jaskier i Milva słyszą rzecz w pejzażu wojny niemożliwą: wesoły śpiew. Tak wita ich maszerująca od Dillingen kompania Zoltana Chivaya: pięciu krasnoludów, gnom Percival Schuttenbach, klnąca papuga Feldmarszałek Duda i gromadka przygarniętych uciekinierek z Kernow. Zoltan proponuje wspólny marsz za front: duktami do wzgórz Turlough, potem Starą Drogą ku rzece Chotli i Inie, za którą powinny stać temerskie wojska. Umowa staje i wokół wiedźmina, który przysięga, że żadnej kompanii nie chce, zaczyna się zbierać kompania.r. 36Spotkanie na Fen Carn: Na przymusowym noclegu wśród kurhanów Fen Carn kompania rusza w pełnię księżyca na łowy na ghula, którego wypatrzył Percival, ale wiedźmiński medalion Geralta ani drgnie, a zamiast trupiego odoru w powietrzu wisi zapach szałwii i anyżu. Z jamy pod dolmenem wychodzi Emiel Regis, cyrulik z Dillingen, który na cmentarzysku spędza każde lato przy zbiorach rosnącej tu masowo mandragory. Nocna gościna w jego chatce, z krążącą menzurką mandragorowego destylatu, kończy się rozmową o wojnie i decyzją: odcięty od domu cyrulik rusza dalej razem z kompanią Zoltana Chivaya. Wokół wiedźmina, który kompanii mieć nie chciał, robi się coraz tłoczniej.r. 37Rozbicie obozu nad Chotlą: Krzyk „Nilfgaard!" zamienia obóz zbiegów nad Chotlą w pandemonium: tratujący się tłum rozdziela kompanię, porywa ze sobą Milvę i grzebie Geralta pod drabiną i workami mąki, a kopnięcie końskiego kopyta w głowę odbiera wiedźminowi przytomność. Przez obóz przetacza się starcie temerskiego kontruderzenia z nilfgaardzkim podjazdem: gdy Geralt się ocyka, obozowisko jest dymiącą ruiną, konni strzelcy z liliami Temerii spędzają ocalałych i obdzierają poległych w czarnych płaszczach, a po Zoltanie, Percivalu, Regisie i Milvie nie ma śladu. Ból tratowanego wiedźmina, zmiażdżoną głowę i kolano, czuje przez sen Ciri w jaskini daleko na południu.r. 37Sąd boży nad Chotlą: W obozie zbiegów nad Chotlą wędrowny kapłan urządza proces upośledzonej dziewczyny, oskarżonej o zmowę z wampirem, i po kompromitacji „dowodu" z ugotowanego kota (którego Percival wskazuje żywego na wozie) ogłasza sąd boży: kto wyjmie z ogniska rozpaloną do białości podkowę i nie zdradzi śladu oparzeń, dowiedzie niewinności oskarżonej. Na obrońców zgłaszają się Geralt, Zoltan i Milva, lecz ubiega ich Emiel Regis: cyrulik spokojnie wyjmuje podkowę gołą ręką, odnosi ją kapłanowi i pokazuje tłumowi zdrową, nietkniętą ogniem dłoń. Wyrok jest jednoznaczny, dziewczyna i jej obrońcy są niewinni, a wyjącemu o diabelskiej sztuczce kapłanowi Regis przypomina chłodno, że podważanie wyniku ordaliów to podobno herezja.