Nocą, na gigantycznej kupie śmieci przylegającej do murów Aedd Gynvael, Geralt poluje na potwora. Spod odpadków wystrzeliwują kolczaste macki, a potem wyłania się sam zeugl: ogromny, bulwiasty korpus podobny do groteskowego kartofla, z paszczą pełną wielkich, klockowatych zębów. Wiedźmin, po pas uwięziony w gnijącej mazi, odrąbuje dwie macki, po czym świadomie pozwala pozostałym oplatać się i przywlec pod samą paszczę — bo stamtąd może wbić miecz prosto w cielsko, między blado fosforyzujące ślepia. Potwór rozlewa się na gnoju jak przekłuty pęcherz. Nad śmietniskiem spadają tej nocy dwie gwiazdy; wiedźmin, choć zwyczaj każe, nie wypowiada żadnego życzenia. Dyszy ciężko, bo mija właśnie działanie wypitych przed walką eliksirów, i podsumowuje zlecenie jednym zdaniem: paskudztwo, gnój i gówno.
W izbie oberży czeka na niego Yennefer. Na powitanie krzywi się, że Geralt śmierdzi, i zaklęciem ściąga przez okno morską wodę wprost do balii; nie chce jej zagrzać, bo takie zaklęcie mocno ją męczy i przyprawia o mdłości — a zimno po eliksirach i tak dobrze wiedźminowi zrobi. Przy zmywaniu barwiczki opowiada Geraltowi teorię czarodzieja Istredda: miejsce każdego wymierającego stwora z lasów i moczarów zajmuje nowa mutacja, przystosowana do środowiska stworzonego przez ludzi — pseudoszczury w kanałach, zeugle na śmietniskach, płaskwy w ściekach, tajęże w stawach młyńskich. To niemal symbioza; Geralt dopowiada w myślach ghule na cmentarzach. Na każdą wzmiankę o genialności Istredda wiedźmin się krzywi, ale milczy, bo spieranie się z Yennefer nie ma sensu — a kłótnia z nią do bezpiecznych rzeczy nie należy. Czarodziejka ogląda go jeszcze przy kaganku, czy zeugl go nie drasnął (po eliksirach nie poczułby nawet otwartego złamania, a na potworze mogło być wszystko, z jadem trupim włącznie), po czym zużytą wodę wyrzuca zaklęciem przez okno — wprost na głowę jakiegoś przechodnia, bo mogła rzucić dalej, ale jej się nie chciało.
W rogu izby, na przybitych do ściany jelenich rogach, siedzi czarny jak smoła ptak i patrzy na wiedźmina żółtym, nieruchomym okiem. Yennefer wyjaśnia zdawkowo: to pustułka. Na uwagę, że pustułki są przecież rudo nakrapiane, a nie czarne, odpowiada, że ta jest czarodziejska — sama ją zrobiła, bo jest jej potrzebna. Więcej nie mówi, a Geralt wie, że pytać nie ma po co. Wie też, dokąd czarodziejka wybiera się z samego rana: do Istredda. Siedzą w Aedd Gynvael już trzeci dzień i na zadane po raz trzydziesty pytanie, kiedy stąd wyjadą, Yennefer odpowiada jak zwykle — ma tu sprawy do załatwienia. Z Istreddem. W łóżku wiedźmin po raz kolejny przecenia swoją odporność na eliksiry, ale Yennefer nie pozwala się zdeprymować takim drobiazgiem i pomaga sobie praktycznym zaklęciem. Geralt zna jej uśmiech w takich chwilach — zawsze wydawał mu się bardziej uśmiechem triumfu niż szczęścia. A potem pustułka trzepocze skrzydłami, czarodziejka odwraca głowę i wzdycha — bardzo smutno.
To tej nocy, gładząc szramy na jego szyi, Yennefer pyta, czy Geralt wie, co znaczy nazwa miasta. Aedd Gynvael to w języku elfów „okruch lodu". Wśród elfów krąży legenda o Królowej Zimy: w czasie zamieci przebiega ona kraje saniami zaprzężonymi w białe konie i rozsiewa dokoła twarde, ostre, maleńkie okruchy lodu. Biada temu, kogo taki okruch trafi w oko lub w serce — nic już takiego człowieka nie ucieszy, wszystko pozbawione bieli śniegu stanie się dla niego brzydkie i wstrętne; porzuci wszystko, ruszy za Królową — za swoim marzeniem i miłością — nigdy jej nie odnajdzie i zginie z tęsknoty. Podobno tutaj, w zamierzchłych czasach, zdarzyło się coś takiego. Geralt sennie odziera legendę z uroku: to tylko ładne opisanie Dzikiego Gonu — niewytłumaczalnego zbiorowego szału, który każe ludziom dołączać do upiornego orszaku pędzącego po niebie. Widział to zjawisko; oferowano mu niemałe pieniądze, by położył mu kres, ale się nie podjął, bo na Dziki Gon nie ma sposobu. Yennefer całuje go w policzek: nie ma w nim za grosz romantyzmu. A ona lubi elfie legendy — są piękne, w przeciwieństwie do ludzkiej egzystencji, w której nawet to, co pięknie się zaczyna, prędko wiedzie w nudę i pospolitość.
Rano Geralt budzi się sam: Yennefer wyszła, nim otworzył oczy, a że musiała się spieszyć, jej przybory — pędzelki do pudru i henny, kredki, srebrne łyżeczki, słoiczki z maściami o składnikach od sadzy i soku z marchwi po mandragorę, belladonnę i jad skorpionów olbrzymich — leżą rozsypane na stole jak kostki wróżbity. W powietrzu wisi zapach bzu i agrestu: Yennefer jest w tych przedmiotach i w tym zapachu, ale jej samej nie ma. Od tej chwili wszystko w mieście psuje wiedźminowi humor i podsyca w nim złość. Złości go zimna jajecznica od oberżysty, który obmacuje na zapleczu dziewczynę — najwyżej dwunastoletnią i mającą łzy w oczach. Złości go łaziebnik, który na widok wiedźmińskiego medalionu jako jedynemu gościowi nie proponuje dziewki. Złoszczą go kupy nawozu w uliczkach, żebracy pod świątynią i koślawy napis na murze: ELFY DO REZERWATU. Aedd Gynvael wydaje mu się złośliwą parodią wszystkich znanych miasteczek — karykaturalnie hałaśliwszą, duszniejszą i brudniejszą. Po zapłatę za zeugla odsyłają go z zamku do gildii kupieckiej, a stamtąd — ustami starszego cechu, elfa patrzącego na wiedźmina z dziwną u niedoszłego mieszkańca rezerwatu pogardą — na rynek, gdzie wśród straganów i pręgierza urzęduje starosta. Geralt rozumie ten wybór miejsca bez tłumaczenia: przyjezdni kupcy mają łapówki wkalkulowane w ceny, więc starosta zjawia się na rynku sam, żeby nie musieli się fatygować.
Drogę do starosty zastępuje mu mężczyzna o włosach żółtych jak piórka wilgi, z pasem z mosiężnych płytek obwieszonym mieczem, buzdyganem i dwoma sztyletami. Przedstawia się: Ivo Mirce, ale wszyscy mówią na niego Cykada. Geralt zna to imię — i zna cenę wyznaczoną za głowę Cykady w Wyzimie, Caelf i Vattweir; gdyby go pytano, powiedziałby, że to cena za niska. Tutejszy starosta płaci jednak Cykadzie, a nie ściga go, ten zaś pilnuje „ceremoniału": nikt nie podchodzi do starosty z bronią. Wiedźmin bez protestu oddaje miecz — czym wyraźnie psuje zabójcy zabawę, bo ten liczył na opór.
Starosta Herbolth, człowiek o wyblakłej twarzy, rozgania interesantów i wita Geralta z przesadną wylewnością. Przy okazji wyjaśnia, czemu trzyma przy sobie kogoś takiego jak Cykada: Aedd Gynvael i inne miasta w dolinie Toiny podlegają namiestnikom z Rakverelina, a ci zmieniają się co sezon i każdy nowy zaczyna od wymiany starostów na swoich krewniaków — ale odkąd Cykada „załatwił" kiedyś wysłanników pewnego namiestnika, Herboltha nikt już nie próbuje ruszyć z posady. Potem zaczyna się targ o zapłatę. Starosta proponuje siedemdziesiąt marek, bo co to za wyczyn, zabić „robaka" ze śmietniska; Geralt żąda stu, bo ów robak pożarł ośmioro ludzi — na co Herbolth prycha, że „też mi ludzie": wiecznie pijany stary Zakorek, jedna baba z podgrodzia i kilkoro dzieci przewoźnika Sulirada, który sam nie wie, ile ich ma. Stają na dziewięćdziesięciu pięciu; przy wypłacie starosta i tak potrąca sobie „podatek" i sekretarz Przegrzybek odlicza dziewięćdziesiąt. Na fachową przestrogę wiedźmina — zeugle są dwupłciowe jak ślimaki, mógł zdążyć się rozmnożyć, więc za miesiąc trzeba spenetrować wysypisko z psami (małe zeugle nie są groźne) — starosta odpowiada wykładem zabobonu: do mnożenia trzeba samca i samicy, a myszy przecież lęgną się same ze zgniłej słomy, ślimaki zaś, dorzuca Przegrzybek, z mokrych liści. Geralt z pogodnym uśmiechem przyznaje im rację.
Herbolth ma jednak dla wiedźmina coś jeszcze: insynuację. Słyszał, że Geralt stanął „Pod Jesiotrem" w jednej izbie z „czarną wróżką — Guinever, chyba", a ona, ilekroć zawita do Aedd Gynvael, nie wyjeżdża szybko. Bywała tu już nieraz. Czarodziej Istredd to zaś dla grodu osoba niezastąpiona i poważana, więc miasto w jego sprawy nosa nie pcha. Geralt grzecznie pyta o adres. Istredd mieszka w białym, wysokim domu wciśniętym między skład a cekhauz, ale ostatnio przesiaduje przy południowym wale, gdzie wykopał coś w ziemi i ryje jak kret; staroście, który pytał, co tam znajduje, odparł, że „historię ludzkości — odpowiedzi na pytania, co było i co będzie". Wygadany Przegrzybek wyrywa się jednak, że teraz to czarodziej siedzi w domu, „teraz, kiedy…" — i milknie pod groźnym spojrzeniem starosty. Wiedźmin, uśmiechając się najpaskudniej jak umie, rozumie aluzję doskonale. Przy odbiorze miecza Cykada zaczepia go raz jeszcze: obejrzał sobie wiedźmińskie ostrze i nie daje mu spokoju pytanie, który z nich dwóch — gdyby weszli w uliczkę z dwóch stron — doszedłby do jej końca. O wiedźminach gadają przecież to samo, co o nim: że są tacy dobrzy w walce, bo nie ma w nich ani serca, ani litości. Geralt zakładać się nie zwykł, ale radzi Cykadzie na odchodne: gdyby kiedyś naszło go przeszkadzać mu w chodzeniu uliczką — niech się najpierw dobrze zastanowi.
Istredd przyjmuje wiedźmina w pracowni, w której najwięcej miejsca zajmują księgi warte majątek; jest i reszta czarodziejskiego wystroju — wypchany krokodyl, zasuszona ryba najeżka, kościotrup, słoje z każdym wyobrażalnym paskudztwem. Na Geralcie nie robi to wrażenia: mieszkał pół roku u Yennefer w Vengerbergu, a ta miała zbiór jeszcze ciekawszy, z wypchanym jednorożcem, na którego grzbiecie lubiła się kochać, na czele. Rozmowa zaczyna się od uprzejmych złośliwości o magii i obrzydliwości, po czym Istredd wykłada, czemu czarodzieje nie znoszą wiedźminów, znachorów i zaklinaczy: sami doszli do kunsztu latami ślęczenia nad manuskryptami (jego samego stary mistrz Roedskilde ćwiczył nahajem), więc widok magii — nawet nędznej — w rękach naturszczyków budzi w nich zawiść. On też Geralta nie lubi. Wiedźmin ma dość kluczenia i pyta wprost, czy chodzi o Yennefer. Chodzi. Istredd zna ją od bardzo dawna; ich znajomość bez zobowiązań, zwyczajna wśród czarodziejów, przestała mu wystarczać i złożył Yennefer propozycję, by została z nim na stałe. Ona się namyśla. A ponieważ to osoba Geralta utrudnia jej decyzję, czarodziej prosi — szczerze i bez owijania — by wiedźmin zniknął z jej życia. Najlepiej po cichu i bez pożegnania, co, jak mu się Yennefer zwierzyła, Geralt zwykł praktykować.
Odmowy Istredd nie bierze pod uwagę — i uzasadnia to bez ogródek. Geralt jest mutantem, a jedną z cech jego mutacji jest pełna niewrażliwość na emocje: to, co bierze za uczucia, jest tylko pamięcią komórkową. Włóczy się za Yennefer jak zdziczały kot, wdzięczny, że ktoś nie boi się go pogłaskać — a Istredd może jej dać zrozumienie, oparcie, uczucie i szczęście, czego wiedźmin z ręką na sercu zadeklarować nie zdoła. Dlatego, jego zdaniem, Geralt nie ma prawa mu odmówić. Wiedźmin odpowiada, że jego prawo do odmowy jest równe prawu Istredda do próśb: skoro Yennefer, mając mutację Geralta za nic, jest teraz z nim, to widocznie coś jej daje — choćby brakowało na to słów w wiedźmińskim słowniku. Wymiana ciosów robi się coraz brutalniejsza, aż Geralt sięga po argument ostateczny: wczoraj w nocy Yennefer kochała się z nim, nie z Istreddem. Czarodziej ani drgnie — i odpowiada tym samym: z nim kochała się dziś przed południem. Wnioski wiedźmin ma prawo wyciągnąć sam. Na to Geralt słów już nie znajduje; rzuca tylko, że szkoda gadania, i wychodzi, odprowadzony krótkim „idź do diabła".
Po powrocie Yennefer zastaje go leżącego w ubraniu na łóżku i sama proponuje: załatwmy to szybko, odpowiem od razu na wszystkie pytania, nie musisz ich nawet zadawać. Tak, jadąc z Geraltem do Aedd Gynvael jechała do Istredda i wiedziała, że pójdzie z nim do łóżka; nie sądziła tylko, że obaj będą się tym przed sobą chwalić. Przykro jej z powodu tego, co Geralt czuje — ale winna się nie czuje. Istredd naprawdę ma na imię Val, „Istredd" to przydomek; zna go od wielu lat, łączą ją z nim zainteresowania, cele i ambicje, rozumieją się bez słów, a on może dać jej oparcie. I kocha ją — tak myśli. Geralt też jest jej bliski — i w tym, mówi, tkwi cały kłopot. Gdy wiedźmin deklaruje pokornie, że nie będzie jej stawał na zawadzie, Yennefer wybucha: gdyby jej zawadzał, pozbyłaby się go w mgnieniu oka — teleportowałaby go na koniec przylądka Bremervoord, przeniosła trąbą powietrzną do kraju Hannu, wtopiła w kwarc na klombie piwonii. Mogłaby też po prostu zwiać po cichu — tak, jak on kiedyś uciekł z jej domu w Vengerbergu. A gdy Geralt tłumaczy swój ból „atawistycznymi resztkami uczuć u wypranego z emocji mutanta", ucina ostro: tego słowa ma przy niej nigdy więcej nie używać.
Potem przychodzi rozmowa, na którą żadne z nich nigdy wcześniej się nie odważyło. Geralt przypomina, że zostało jedno pytanie — to, którego nigdy jej nie zadał, bo się bał; niech odpowie. Yennefer odpowiada twardo: nie potrafi. A potem: „nie wiem". Ona z kolei prosi o jedno jedyne słowo, którego nigdy od niego nie usłyszała — i słyszy, że Geralt go nie potrafi wypowiedzieć, bo byłoby tylko dźwiękiem, jaki wydaje uderzony pusty, zimny czerep. Dalej rozmawiają już szyfrem elfiej legendy. On zaplątał uprząż swoich sań w płozy jej sań — dookoła zamieć i mróz — i chce jak najprędzej znaleźć się w jej lodowym zamku. Ona odpowiada, że ten zamek nie istnieje: ich sanna to pościg za marzeniem nieosiągalnym, bo ona, Królowa Zimy, sama pragnie ciepła — tyle że ciepło niweczy czar, a ugodzony lodową gwiazdką wybranek staje się wtedy zwykłym nikim, ona zaś w jego odtajałych oczach — nie lepsza od innych śmiertelniczek. Geralt dopowiada swoją część prawdy: spod bieli śniegu wyłania się wtedy Aedd Gynvael ze swoim śmietnikiem, w który on musi wchodzić, bo po to go stworzono — pozbawiając uczuć, by nie czuł, jak plugawe jest plugastwo. Tyle że ten, kto to robił, spartaczył robotę. Yennefer patrzy na niego szeroko otwartymi oczami: to nieprawda, że jest wyprany z uczuć — teraz to widzi, teraz wie, że… I urywa w pół zdania.
Zamiast dokończyć, każe mu podać rękę. Z dotknięcia jego dłoni, szepcząc zaklęcia, z potem na czole i rozszerzonymi z bólu źrenicami, tworzy między palcami drugiego ptaka — czarną pustułkę, bliźniaczkę tej z jelenich rogów. To magia twórcza, szczytowe osiągnięcie czarodziejów, przy którym — Geralt sam to przyznaje — wiedźmińskie Znaki wyglądają śmiesznie. Yennefer mówi z trudem: myliła się, sądząc, że wystarczy jedna pustułka. Do pomyłki przywiodła ją pycha Królowej Zimy — a są rzeczy, których nie zdobędzie się nawet magią, i są dary, których nie wolno przyjmować, jeśli nie potrafi się ich odwzajemnić czymś równie cennym; taki dar przecieknie przez palce i stopi się jak okruch lodu ściśnięty w dłoni. Władza nad materią, którą posiada, też jest darem — odwzajemnionym: zapłaciła za niego wszystkim, co miała, i nie zostało jej nic. Na pytania, które sama zadaje — kto jest pełen uczuć, a kto pustą skorupą; co jest prawdą? — odpowiedzieć już nie umie. Po raz pierwszy, odkąd Geralt ją zna, spuszcza oczy i odpowiedź zostawia ptakowi zrodzonemu z dotyku ich rąk. „Prawda — mówi pustułka — jest okruchem lodu".
Geralt, choć wydaje mu się, że błądzi zaułkami bez celu, trafia pod południowy wał, na wykopaliska — do rowów odsłaniających warstwy ziemi, węgla i starożytnych fundamentów, przy których na deskach leżą poczerniałe kości i skorupy. Istredd wychodzi mu naprzeciw i mówi to, co obaj już wiedzą: nienawidzą się nawzajem, znieważyli się nawzajem — załatwią to jak mężczyźni. Dopiero dziś dowiedział się, że Yenna od lat krąży między nimi jak szmaciana piłeczka: ucieka od jednego, by szukać drugiego, a inni się nie liczą. Póki jest ich dwóch, żaden nie może być jej pewien. Musi zostać jeden. Geralt, na wpół przytomny, powtarza słowa pustułki i tłumaczy się, że „coś wpadło mu do oka" — po czym przystaje na wszystko. Pojedynek honorowo, twarzą w twarz: jutro, dwie godziny po wschodzie słońca, na placyku przy studni zwanej Zielonym Kluczem. Umówiwszy śmiertelną walkę, obaj przyznają, że czują się jak ostatni kretyni — Istredd nigdy nie przypuszczał, że przyjdzie mu bić się z wiedźminem na śmierć i życie o kobietę. Obaj też wiedzą, że ten, który przeżyje, będzie musiał uciekać przed Yenną na koniec świata — i obaj liczą, że gdy ochłonie, będzie można do niej wrócić. Na pożegnanie podają sobie ręce.
Wieczorem Herbolth odnajduje wiedźmina w najparszywszej karczmie miasta. Plotka o pojedynku już się rozeszła, a miasta nie stać na utratę czarodzieja — więc starosta kładzie przed Geraltem nabity mieszek: sto marek za to, by wyniósł się z Aedd Gynvael przed wschodem słońca. Gdyby nie honor Istredda, dodaje szczerze, kazałby wiedźmina po prostu zakłuć. Geralt odsyła go razem z sakiewką, a gdy Herbolth na odchodne nazywa Yennefer dziwką rozkładającą nogi przed każdym, ręka wiedźmina śmiga tak szybko, że sztylet z hukiem wbija się w blat pomiędzy rozstawionymi palcami starosty. Cykada, który doskoczył z na wpół dobytym mieczem, na rozkaz pobladłego Herboltha chowa broń. Geralt odkrywa wtedy ze zdumieniem, że drżą mu ręce — jemu, wiedźminowi, któremu podobno niczego nie wolno czuć. Coś w nim mówi: tak trzeba. I: jakie zimno. Patrząc w czarne, przenikliwe oczy przysłuchującego się wszystkiemu człowieczka o szczurzej twarzy, wiedźmin demonstracyjnie rzuca na stół dwie złote monety i wychodzi w noc.
Przynęta działa. W ciemnym zaułku spada na Geralta cios pałki; napastników jest dwóch. Wiedźmin odruchowo sięga nad prawe ramię — ale miecza nie ma, bo sam zostawił go w stajni, tak jak i sztyletu z cholewy. Uśmiecha się więc krzywo i przestaje się bronić: przyjmuje uderzenie w głowę i pada. Rabusie zrywają mu sakiewkę, ale gdy jeden z nich wyciąga zza rozerwanego kubraka wiedźmiński medalion, obu ogarnia zgroza: „to wiedźmin… charakternik…". Jeden ucieka, spluwając od uroku. Drugi — ów człowieczek o szczurzej twarzy, Radgast — zdejmuje kolano z piersi Geralta i szepcze mu wyraźnie: następnym razem, gdy zechcesz popełnić samobójstwo, wiedźminie, nie wciągaj w to innych. Po prostu powieś się w stajni na lejcach.
W nocy padało. Rano Geralt wychodzi ze stajni, wyczesując słomę z włosów, z guzem rwącym tępym bólem; nawet czarny kot na barierce syczy na jego widok. Wiedźmin bez pośpiechu dopina klamry kubraka, przerzuca miecz przez plecy, przepasuje czoło skórzaną opaską i naciąga bojowe rękawice najeżone srebrnymi kolcami. Piękny dzień, myśli, piękny dzień do walki. Po drodze zastępuje mu drogę Cykada z trzema zbrojnymi: nie obchodzi go starosta ani czarownik — chce sam sprawdzić, ile wart jest wiedźmin, i wyzywa go, coraz wścieklej, w końcu plugawie ubliżając Yennefer. Geralt nawet nie zwalnia kroku. Gdy Cykada nabiera tchu, żeby napluć mu w twarz — i patrzy przy tym w oczy wiedźmina zamiast na jego ręce — Geralt bez zamachu uderza go pięścią w kolczastej rękawicy w usta, poprawia drugim ciosem w to samo miejsce, a leżącego, przechodząc obok, od niechcenia kopie w twarz, druzgocząc mu kość jarzmową. Jedyny z kompanów Cykady, który dobył miecza, pod spojrzeniem wiedźmina chowa broń i cofa się razem z resztą.
Przy studni Zielony Klucz czeka już Istredd — z pięknym, lekkim tergańskim mieczem u pasa i z nastroszoną czarną pustułką na ramieniu. Ptak przyleciał do niego o świcie, mokry od deszczu, z krótkim listem, który czarodziej zna już na pamięć: „Żegnaj, Val. Wybacz mi. Są dary, których nie wolno przyjmować, a nie ma we mnie niczego, czym mogłabym ci się odwdzięczyć. I to jest prawda, Val. Prawda jest okruchem lodu". Yennefer odjechała z Aedd Gynvael — nie wybrała żadnego z nich. Istredd śmieje się głośno i gorzko: chciała ich ocalić, obu. Mimo to dobywa miecza i żąda walki, bo listu nie przyjmuje do wiadomości — bez niej nie może, więc już woli… Geralt pyta tylko, czemu miecz, a nie magia; czarodziej blednie, ale odpowiedzi nie ma. Wiedźmin stoi z opuszczonymi rękami, po czym mówi cicho: „Nie, Istredd. Żegnaj" — i odwraca się na pięcie. Odchodząc, oddaje czarodziejowi radę, którą sam dostał w nocy: jeżeli musi, niech nie wciąga w to innych — niech powiesi się w stajni na lejcach. Za plecami słyszy jeszcze załamujący się głos Istredda: nie zrezygnuje, pojedzie za nią do Vengerbergu, na koniec świata, nigdy z niej nie zrezygnuje. Geralt idzie coraz szybciej w stronę oberży. Wie, że na wezgłowiu łóżka czeka na niego mokra od deszczu druga czarna pustułka z listem w zakrzywionym dziobie. I choć listu jeszcze nie czytał — zna jego treść.
„Wśród elfów krąży legenda o Królowej Zimy, która w czasie zamieci pędzi przez kraje saniami zaprzężonymi w białe konie i rozsiewa dokoła twarde, maleńkie okruchy lodu. Kogo taki okruch ugodzi w oko albo w serce, ten porzuci wszystko i podąży za swoim marzeniem — którego nigdy nie odnajdzie.”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Odejście Yennefer — W noc przed umówionym pojedynkiem Yennefer opuszcza Aedd Gynvael, nie wybrawszy żadnego z rywali — bo tylko tak może ocalić obu. Każdemu zostawia pożegnalny list, przyniesiony o świcie przez czarną pustułkę stworzoną magią twórczą: są dary, których nie wolno przyjmować, jeśli nie potrafi się ich odwzajemnić czymś równie cennym — a „prawda jest okruchem lodu". Istredd listu nie przyjmuje do wiadomości i mimo wszystko żąda walki przy studni Zielony Klucz; Geralt odmawia i odchodzi, nie dobywszy miecza. Wiedźmin rusza w swoją stronę z wiedzą, której dłużej nie może zaprzeczać: robota przy pozbawianiu go uczuć została spartaczona — a droga jego sań wciąż jest zaplątana w płozy sań Królowej Zimy.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto — notatki są prywatne i wracają przy powtórce.