👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom V · Chrzest ognia

Rozdział 3 „Rozdział trzeci”

Rozdział 3 z 5 w tomie·36/38 w sadze·~16 min czytania
Tom V · rozdz. 3/5
36/38 w sadze

Stara Droga, na którą kompania w końcu dotarła, okazuje się ruiną. Równy niegdyś trakt, wyłożony płaskimi złomami bazaltu i zbudowany przez elfy i krasnoludy przed setkami lat, zieje dziurami przypominającymi małe kamieniołomy, a wóz z najwyższym trudem lawiruje między jamami. Zoltan zna przyczynę: po poprzedniej wojnie z Nilfgaardem wzrosło zapotrzebowanie na materiał budowlany, a zapomniany trakt wiodący znikąd donikąd był niewyczerpanym źródłem obrobionego kamienia, więc rozbierano go bez litości. Krasnolud wyrzeka przy tym na ludzi, którzy większe miasta stawiali na elfich i krasnoludzkich fundamentach, a nawet dewastować z głową nie umieją: zamiast rozbierać drogę od krańców, wydłubali marmoladę ze środka pączka. Geralt tłumaczy to geografią polityczną, bo zachodni kraniec Drogi leży w Brugge, wschodni w Temerii, a środek w Sodden, i każde królestwo niszczy swój kawałek według własnego uznania. Ratuje ich w końcu to samo, co zniszczyło trakt: wyjeżdżony przez wozy z szabrowanym kamieniem szlak, wiodący na południowy wschód, ku któremuś z fortów nad Iną. Zoltan weseleje, bo święcie wierzy, że jak w poprzedniej wojnie właśnie zza Iny ruszy druzgocące kontruderzenie Północy. Zmiana kierunku zbliża ich jednak z powrotem do wojny: nocą niebo rozświetlają łuny, w dzień horyzont znaczą słupy dymu. A któregoś ranka dogania ich koń bez jeźdźca: cisawy ogier Cahira, z ciemnymi zaciekami krwi na zielonym czapraku z nilfgaardzkim haftem. Nie sposób poznać, czy to krew z potyczki pod bukiem, czy świeża, przelana już przez nowego właściciela konia. Milva mówi cicho, że trzeba było wtedy Nilfgaardczyka zasiec, bo miałby lżejszą śmierć, Jaskier dorzuca, że wyszedł z trumny tylko po to, by zgnić w jakimś rowie, i na tym kończy się epitafium dla Cahira, syna Ceallacha. Osieroconego cisawego dosiada Zoltan: nogami strzemion nie sięga, ale ogierek jest łagodny.

Wkrótce droga prowadzi przez spaloną ziemię. Przy tlących się jeszcze zgliszczach ośmiu oberwańców i pięć psów zgodnie objada resztki mięsa ze zwęglonego końskiego ścierwa; na widok kompanii uczta rozpierzcha się w popłochu, zostaje tylko jeden człowiek i jeden pies, których żadna groza nie umie oderwać od padliny. Indagowany człowiek tylko kwili, dygocze i dławi się ochłapami. Dalej leży puszczona z dymem spora wieś, przy niej świeży kurhan po potyczce, a za kurhanem, na rozstajach, rośnie olbrzymi dąb obwieszony żołędziami. I ludźmi.

Zoltan ucina dyskusję o ryzyku: wisielców trzeba obejrzeć, nie dla butów, jak kpi Jaskier, lecz dla rozpoznania sytuacji na teatrze działań wojennych. Siedmiu powieszonych nosi tabliczki: zdrajca narodu, kolaborant, elfi kapuś, dezerter, kobieta w podartym gieźle oznakowana jako nilfgaardzka dziewka; dwóch wisi bez tabliczek, więc zapewne przypadkowo. Krasnolud triumfuje: skoro wieszano za kolaborację, przeszły tędy wojska Północy, front się przesunął i kompania jest bezpieczna, a z rozstajów biegnie porządny szlak do Armerii, prezydium w widłach Chotli i Iny. Milva studzi ten optymizm: kto wie, co jest przed nimi, niebo na południu czarne od dymu, więc pewnie pali się właśnie owa Armeria, a Nilfgaard słynie z dalekich zagonów jazdy. Nie za frontem są, tylko na froncie, i lepiej iść ku Chotli duktami. Jaskier, pamiętający z poprzedniej wojny nilfgaardzkie rajdy na tyłach, po raz pierwszy przyznaje jej rację. Ostatnie słowo należy do Geralta: najwyżej wiszący trup ma zamiast stóp poorane pazurami kikuty, a to robota ghuli, w nocnych lasach trzeba więc będzie się strzec. Zoltan podsumowuje położenie kwaśno, bo wybór jest między lasem z upiorami a drogą z wojskiem i maruderami. Milva wybiera bez wahania: w lasy, i to jak najgęstsze, bo woli ghule niż ludzi.

Las okazuje się łaskawy. Po pierwszych godzinach czujności kompania odzyskuje kontenans i tempo, a Zoltan żartuje, że upiory musiały zawczasu zobaczyć w akcji maruderów i verdeńskich wolentarzy, po czym ze zgrozy skryły się w najgłębszych matecznikach. Milva warczy na to, że monstra strzegą pewnie upiorzyc, żon swych i córek, bo wojownik w pochodzie nawet owcy nie przepuści. Jaskier, w pełni werwy, układa do wtóru kuplet o wierzbach, dziuplach i jurnych wojownikach, a krasnoludy z papugą prześcigają się w podpowiadaniu rymów.

Kres dobrej passie kładzie rzeczka o najkrótszej nazwie świata. Zoltan wskazuje w wąwóz i oznajmia lakonicznie „O", co Jaskier bierze za jąkanie, póki nie pada wyjaśnienie: to prawy dopływ Chotli, nazywa się O, a rzeczka A wpada do Chotli kawał drogi w górze biegu. Zarośnięty pokrzywą parów rzeczki pachnie miętą, rechocze żabami i ma strome zbocza, i właśnie te zbocza okazują się fatalne: wóz po Verze Loewenhaupt, który dzielnie zniósł całą dotychczasową drogę, wymyka się z rąk sprowadzających go krasnoludów, zjeżdża, podskakując, na dno jaru i rozlatuje się dokumentnie.

Jaskier orzeka, że może i lepiej się stało, bo wóz tylko spowalniał marsz, a przy nagłej ucieczce trzeba by go porzucić razem z dobytkiem. Percival niespodziewanie popiera poetę, mrugając przy tym tak wyraziście, że z ukradkowości mrugnięć nic nie zostaje: przed nimi bezdroża Fen Carn, gdzie z wozem byłoby ciężko, a gdyby nad Iną spotkali temerskie wojska, z ładunkiem kompanii mogliby mieć kłopoty. Zoltan zarządza więc podział: Munro, Figgis, Yazon i Caleb zostają nad rzeczką z łopatami, mają zakopać sepety tak, by nie został żaden widoczny ślad, a miejsce dobrze oznaczyć i zapamiętać; reszta rusza dalej, z biegiem O, potem wzdłuż Chotli do Iny. Milvę gryzie ciekawość, cóż takiego wieźli, że zakopywać to trzeba bez świadków. Jaskier, który dość się z krasnoludami nagadał, snuje domysły, że w kuferkach jest ich przyszłość: Percival to z zawodu szlifierz kamieni i marzy o własnym warsztacie, Figgis i Yazon są kowalami i mówili o kuźni, a Caleb Stratton chce się żenić, tyle że rodzice narzeczonej raz już przepędzili go jako golca. Geralt ucina plotki, a osłabiony oddziałek rusza dalej; za przykładem Milvy, która od wyruszenia wiezie na łęku piegowatą dziewuszkę z warkoczykami, dzieci wędrują teraz na koniach, ale kobiety z Kernow i tak nie nadążają.

Pod wieczór, po godzinie kluczenia wśród jarów, Zoltan prosi, by się z niego nie śmiać, i przyznaje, że zabłądził. Rzeczka w wąwozie to wciąż O, tyle że płynie w złą stronę: pogubili się na jednym z jej łukowatych meandrów. Jaskier upiera się przy mieszczańskiej logice, że rzeczek należy się trzymać, bo końcem końców wszystkie do czegoś wpadają, na co Milva wygarnia mu, że jego porządek świata jest murami ogrodzony: dolina jest zryta parowami, brzegi strome i zarośnięte, a oni wiodą kobiety i dzieci, którym nie każe się łazić po jarach w chaszcze i bagno. Percival przedstawia dwie koncepcje: albo plunąć na rzeczkę, wyjść z jarów na suchy teren i iść przez Fen Carn, wskroś międzyrzecza, aż do Chotli, albo brodzić płytką O na przełaj przez meandry, trzymając kierunek podle słońca, prosto na widły Chotli i Iny. Drugą koncepcję Geralt odrzuca od razu i stanowczo: na tamtym brzegu prędzej czy później wpakowaliby się na któreś z Miechunowych Uroczysk, miejsc paskudnych, od których radzi trzymać się z daleka. Wypytany przyznaje, że był tam raz, trzy lata temu, gdy jadąc od wschodu ku Brugge chciał skrócić sobie drogę; jak się wydostał, nie pamięta, bo wywieziono go półżywego na wozie. Zoltan patrzy na niego przeciągle i więcej nie pyta, za to Jaskier chwali się, że zna tę historię od Yennefer: rannego wiedźmina wywiózł wtedy kupiec, a potem na Zarzeczu Geralt odnalazł Ciri. Na dźwięk imienia czarodziejki Milva uśmiecha się leciutko, co wiedźminowi nie umyka. W drodze powrotnej łuczniczka zagaduje o elfią wiarę, że gdy się powtórnie odwiedzi miejsce, gdzie coś się wydarzyło, czas może się powtórzyć; nazwy sobie nie przypomina, Geralt podpowiada: pętla losu. Jaskier prosi, by przestali o stryczkach i pętlach, bo elfka wywróżyła mu kiedyś śmierć na rusztowaniu za sprawą kata, a parę dni temu przyśniło mu się, że go wieszają, i obudził się bez tchu. Geralt zamyka temat szorstko: dobrze, że zawrócili, bo nie ma najmniejszej ochoty powtarzać koszmaru.

Percival wyprowadza ich prosto na Fen Carn, czyli Błonie Kurhanów, i sam dopiero teraz rozumie, skąd ta nazwa. Rozległa kotlina tonie w wieczornym oparze, z którego jak okiem sięgnąć sterczą tysięczne kurhany i omszałe monolity: bezkształtne bryły, ociosane obeliski i menhiry, a bliżej środka kamiennego lasu dolmeny, tumulusy i kromlechy ustawione w kręgi, w sposób wykluczający dzieło przypadku. Zoltan ocenia elfi cmentarz jako urokliwe miejsce na nocleg i wylicza, co tu „czuje": ghule, graveiry, upiory, wichty i elfie duchy, które właśnie szepczą sobie, że wieczerza sama przyszła. Jaskier proponuje odwrót, ale Milva stawia sprawę twardo: kobiety nie ujdą już ani kroku, dzieci lecą przez ręce, konie ustały, więc zanocują, gdzie wypadło. Geralt ją popiera, bo nie każda nekropolia roi się od potworów, a o Fen Carn nigdy nic złego nie słyszał. Na domiar wszystkiego księżyc wschodzi równiutko w pełni, a na południu jaśnieje kolejna łuna; wiedźmin kwituje ponuro, że przy niej czuje się na cmentarzysku wręcz bezpiecznie. Milva wykręca ze swojej sakwy chowany na taką okazję srebrny grot, kupiony za pięć koron na bazarze, i nakręca go na brzechwę, a Zoltan obnaża sihill, chwaląc wyryte na klindze starodawne krasnoludzkie zaklęcie; spytany, co głosi napis, odpowiada zgodnie z prawdą, że życzy skurwysynom pohybla. Wtedy Percival wrzeszczy, że wśród kamieni coś się rusza i skryło się za głazem: ghul.

Wyprawa na ghula rusza we trzech, przy czym Zoltan, wstydząc się, że pod zapowietrzoną sadybą stchórzył, tym razem nie puszcza wiedźmina samego, a wystraszonego Percivala ustawia w przedniej straży. Między kurhanami sprytnie odcinają stworowi drogi ucieczki, ale strategia okazuje się daremna, o czym Geralt wie od początku, bo jego wiedźmiński medalion ani drgnął. Za wskazanym dolmenem nie ma nikogo, unosi się za to dziwny zapach: piołun, bazylia, szałwia, anyż i bodaj cynamon. Ghule pachną trupem, więc wiedźmin wraca do zapadniętego dolmenu, stuka płazem miecza w kamień i każe wyłazić. Z doskonale zamaskowanej jamy gramoli się szczupły mężczyzna w średnim wieku, szpakowaty, o szlachetnie garbatym nosie i czarnych oczach, w czarnej szacie przepasanej czymś w rodzaju fartucha, z płócienną torbą bijącą falą ziołowych zapachów; Percivalowi, który wypatrzył go w mroku, istotnie mógł się wydać chudy i czarny jak poborca podatków. Przybysz prosi, by schowali broń, bo sam żadnej nie nosi, i przedstawia się: Emiel Regis, cyrulik z Dillingen. Krył się, bo po prostu się przeląkł, takie czasy. Na wieść o ghulach uśmiecha się i wytyka wiedźminowi, że nie wyjaśnił towarzyszom oczywistości: ta nekropolia liczy ponad pół tysiąca lat, a ghule, choć w jedzeniu nie przebierają, pięćsetletnich kości nie gryzą. Zoltan zaprasza cyrulika do obozu na zimną koninę, ale Regis ma lepszy pomysł: zaprasza wszystkich do siebie, bo przy jego letnim domostwie jest źródlana woda i palenisko. Po drodze uprzedza go tylko, by szedł nieco pod wiatr, bo zapach szałwii płoszy wierzchowce, a krasnoludowi przykro kojarzy się z wyrywaniem zębów.

Zoltan ma zresztą wobec gospodarza podejrzenia: nie podobają mu się ludzie spędzający lato przy odległych od siedzib ludzkich cmentarzach, więc węszy rabusia grobów. Geralt kpi z tej spóźnionej podejrzliwości i radzi wejść do chaty pod pretekstem pożyczenia widelca. Krasnolud rzeczywiście puka i wchodzi, po czym po chwili woła wszystkich do środka. Wnętrze lepianki obwieszone jest pękami ziół, a wśród glinianych i szklanych buteleczek na krzywym stole króluje pękaty piecyk oplecionej siecią błyszczących rurek konstrukcji, na widok której Percival podskakuje z zachwytu: najprawdziwszy atanor sprzężony z alembikiem, z kolumną rektyfikacyjną i miedzianą chłodnicą, własnoręcznej roboty gospodarza. Z rurki kapie do cebrzyka destylat, którego Zoltan i Jaskier próbują palcem z nabożnym jękiem. Regis wyjaśnia skład: przepędza zacier z masy skrobiowej wzbogacony mandragorą i belladonną, bo żeńska odmiana alrauny rośnie w wielkich skupiskach właśnie na tutejszym cmentarzysku i dlatego co lato, od Sobótki do ekwinokcjum, spędza tu sezon, destylując leki i eliksiry. Geralt próbuje ostudzić kompanów, ale gospodarz sam zaprasza do degustacji: wojna odcięła go od Dillingen, eliksirów i tak nie dowiezie, więc o cenach nie ma co mówić. Menzurka zaczyna krążyć, przy czym sam Regis nie pije ani łyczka; tłumaczy, że zdrowie już nie to i że nigdy nie łamie zasad, które sam sobie ustala. Przy trunku toczy się uczona rozmowa o mandragorze: Jaskier wykłada, że czarodziejki robią z niej młodość i maść glamarye, a ludowa nazwa dziwostręt wzięła się od strączenia dziewek, Zoltan i Percival straszą wrzaskiem wyrywanej rośliny i sposobem z postronkiem uwiązanym do psa, a Regis z zagadkowym uśmiechem prostuje zabobony: mandragora strun głosowych nie ma, krzyki to halucynacje z toksyny porażającej ośrodki nerwowe, klątwy powinny logicznie spadać na sznurek, tańszy w obsłudze od psa, a naprawdę groźny jest świeży sok, przed którym on sam chroni się maską i rękawicami. Cyrulik okazuje się też diagnostą, jakiego wiedźmin nie spotkał: z samego zapachu potu odgaduje leczenie magicznymi enzymami, a z ciemnych punktów po korzonkach conynhaeli i pędach purpurowego żywokostu na wierzchach dłoni bezbłędnie wnioskuje, że Geralta kurowały driady z Brokilonu. Diagnoza jest rzetelna i niewesoła: magia driad odbudowała kość, ale zrewoltowała pnie nerwowe, bóle stawów zostaną na długo, zimą się nasilą, a silnych środków znieczulających, zwłaszcza narkotyków, wiedźminowi brać nie wolno. Rozmowa schodzi na legendę Geralta, o którym grywa się przedstawienia w teatrzykach kukiełkowych; Zoltan przekręca imię czarodziejki na Guinevere, a Regis, ku zaskoczeniu wiedźmina, poprawia go półgłosem na Yennefer, bo spektakl o polowaniu na dżinna sam oglądał. Gdy Jaskier zaczyna się rozkręcać do opowieści, Geralt wstaje i wychodzi, uprzedzając, że nawet chodzącym legendom zdarza się potrzeba ulżenia pęcherzowi.

Noc jest zimna, a wiedźmin nie wraca do środka, bo stoi w księżycowej poświacie i liczy. Wyszło mu, że od wyruszenia z Brokilonu minęło dwanaście dni, w których przebył jakieś sześćdziesiąt mil, a od Nilfgaardu, stolicy Cesarstwa, gdzie wedle plotki jest Ciri, dzieli go około dwóch i pół tysiąca mil: w tym tempie dotrze tam za rok i cztery miesiące. Milva, która wyszła za nim, odpowiada na ten rachunek gorzko, że rachować nie umie, czytać i pisać też nie, i że jest głupią, prostą dziewuchą ze wsi, żadną dla niego kompanią i żadnym druhem do rozmowy; jemu trzeba tamtej, o której gadał Jaskier, mądrej, uczonej i ukochanej. Geralt protestuje, po czym pyta wreszcie o coś, o co nigdy nie zapytał: czemu zdecydowała się z nim jechać. Milva odpowiada, że nigdy nie pytał, a teraz jest za późno, bo teraz już sama nie wie.

W szałasie tymczasem zapadła decyzja: Regis rusza z kompanią w dalszą drogę. Zoltan uświadomił mu, że wojna jest znacznie poważniejsza, niż wynikało z opowieści uciekinierów, więc powrotu w tamte strony nie ma, a samotne pozostanie na pustkowiu przestało być mądre. Na uszczypliwe pytanie wiedźmina, czy do zaufania obcym wystarczył mu jeden rzut oka, cyrulik odpowiada, że wystarczyły dwa: jeden na kobiety, którymi się opiekują, drugi na ich dzieci. Ciepławy już samogon pobudza rozmowę o wielkiej polityce. Regis dziwi się, że celem wędrówki krasnoludów nie jest bezpieczny Mahakam, i wywołuje tym u Zoltana istną erupcję: do Mahakamu nie wróci pod żadnym pozorem, bo rządzi tam starosta wszystkich klanów Brouver Hoog, stary grzyb, który reguluje już nawet to, czy wolno nosić szelki, kiedy jeść karpia i którą ręką się podcierać. Na uwagę cyrulika, że to przecież dzięki twardej polityce Hooga krasnoludy odcięły się od Scoia'tael, ustały pogromy i nie doszło do karnej ekspedycji, Zoltan odpowiada bez złudzeń: staremu nie szło o spolegliwość, tylko o młodzików uciekających z kopalń do komand, pogromy miejskich krasnoludów ma za nic, bo osiadłych w miastach uważa za odszczepieńców, a ekspedycji na Mahakam nie będzie nigdy, bo Mahakam to stal: węgiel i nieprzebrane pokłady magnetytu, wielkie piece, młoty wodne i parowe, eksport stali do królestw i do Nilfgaardu. Jeśli ktoś tknie krasnoludów palcem, zniszczą warsztaty, zaleją kopalnie i niech ludzie biją się wtedy dębowymi pałami i oślimi szczękami. W odróżnieniu od elfów, które najpierw stulecia udawały, że ludzi nie ma, a potem porwały się na zabijanie i śmierć, krasnoludy się przystosowały: to one podporządkowały sobie ludzi, tyle że ekonomicznie, w miastach żyje się całkiem znośnie nawet w gettach, a do cechów ludzie kiedyś krasnoludów dopuszczą albo przegra z nimi zdrowa konkurencja. Wolność jest jednak Zoltanowi milsza niż czterdzieści lat na przodku w kopalni, zresztą oni z Percivalem mają już inne plany i zapewnioną przyszłość. Rozochocony gnom dopowiada, że lepiej nie mówić hop, bo jak ich złapią, przyszłością będzie stryczek albo Drakenborg, za co Zoltan ucisza go warknięciem. Regis kwituje całą wymianę jednym cichym słowem: skopolamina, alkaloid belladonny z destylatu właśnie rozwiązuje języki.

Zapowiedź się sprawdza. Pijany Percival bajdurzy o kielichu wyrżniętym z jednego kawałka mlecznego opalu, znalezionym na szczycie góry Montsalvat i wymienionym na muła, bo muł był potrzebny do przewiezienia ładunku korundów i krystalicznego węgla, czyli, jak tłumaczy po ludzku, rubinów i diamentów do świdrów, pilników i łożysk. Jaskier zaś, między kupletami o hardych paniach, wygaduje Regisowi wszystko: że Geralt ma prorocze sny o Ciri, Dziecku Niespodziance związanym z nim przeznaczeniem, i że jadą do Nilfgaardu odebrać dziewczynę cesarzowi Emhyrowi, który ją porwał, a wszystko to jest straszna, głęboka i mroczna tajemnica. Zoltan z kamienną twarzą zapewnia, że nic nie słyszał, bo skorek wlazł mu do ucha, a Regis z powagą przyznaje, że skorki to istna plaga, i dodaje uszczypliwie, że kierunek marszu kompanii i tak przemyślnie ukrywa cel wędrówki. Poeta zdąży jeszcze westchnąć, że szkoda, iż nie widzi go teraz hrabina de Lettenhove, ale kim ona jest, nie wyjaśnia. Milva siedzi tymczasem coraz bardziej ponura, aż wybucha: na zaczepkę poety odpowiada łzami i groźbą, że zdzieli go między oczy, po czym każe podać sobie szklenicę. Percival gdzieś wyszedł, Jaskier obiecuje cyrulikowi opowiedzieć historię Dziecka Niespodzianki z detalami, a Geralt śpi. Milva ucina próby dobudzenia go: niech śni.

I Geralt śni. W wiejskiej stodole dudni muzyka, a rozjarzona światłem szopa wygląda z zewnątrz jak czarodziejski zamek. Gdy Szczury wchodzą do środka, muzyka rozpływa się w fałszywym akordzie, a spoceni tancerze rozstępują się pod ściany z narastającym szeptem: Szczury, rozbójniki. Giselher rzuca muzykantom brzęczący mieszek i ogłasza, że przyjechali się bawić, bo festyn jest dla wszystkich, Kayleigh potrząsa sakiewką, dopytując o piwo i gościnność, a Iskra dziwi się, czemu tak cicho, skoro zjechali z gór na zabawę, nie na stypę. Pierwszy wieśniak przełamuje strach i podaje Giselherowi ociekający pianą gliniak. Iskra wskakuje na ciężki dębowy stół, kopniakiem usuwa naczynia, każe grajkom pokazać, co umieją, i wybija obcasami takt, a potem rzuca wyzwanie: Falka z mieczem jest szybka, ale czy w tańcu dotrzyma jej kroku? Ciri wyzwala się spod ramienia Mistle, zrzuca chustkę, beret i kubraczek i jednym skokiem staje na stole obok elfki. Tańczą jak dwa lustrzane odbicia, wyprostowane, dotykając się łokciami, obcasy wybijają staccato, stół dygocze, tłum klaszcze i wrzeszczy, aż taniec przestaje być muzyką, a staje się szaleństwem, w którym nie ma już świata, jest tylko rytm. W Ciri dźwięczy jedno: jest Falką, zawsze była Falką. Po ostatnim, jednoczesnym łomotnięciu obcasów dziewczyny lgną do siebie rozdygotane i szczęśliwe, a Iskra dyszy, że gdy znudzi się im rozbój, pójdą w świat zarabiać jako tancerki; po policzku Ciri płynie łza. W tłumie wybucha bójka, bo Kayleigh przepycha się z potężnym wieśniakiem i już błyska sztylet doskakującego Reefa, lecz Iskra przecina awanturę przenikliwym krzykiem: żadnej rozróby, to jest noc tańca. Ściąga Ciri ze stołu na klepisko, do tańca ruszają wieśniacy, a przed Falką kłania się niepewnie młody, szczupły chłopak. Ciri hardo podrzuca głowę, po czym uśmiecha się przyzwalająco, a gdy chłopak zaciska dłonie na jej talii, dotyk przeszywa ją jak ognisty grot i wypełnia roztętnionym pragnieniem. Szopa drży od krzyku i melodii. Ciri tańczy.

„Mandragora, inaczej dziwostręt: roślina o rzepowatych korzeniach, w których dostrzec można podobieństwo do postaci ludzkiej. Ceniona w medycynie i farmacji, miała dawniej wielkie znaczenie w zabobonach: wyrzynano z niej figurki zwane alrunikami i przechowywano w domach jako talizmany. Wedle przesądu korzeń służył też do czarów, czarodziejskich filtrów i trucizn (Effenberg i Talbot, Encyclopaedia Maxima Mundi).”
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.