Milva nie zdążyła obronić koni kompanii. Widziała ich kradzież, ale bezsilnie: najpierw porwał ją spanikowany tłum, potem drogę zagrodziły pędzące wozy i beczące stado owiec, a nad samą Chotlą przed mieczami Nilfgaardczyków, rąbiących stłoczonych uciekinierów bez litości dla kobiet i dzieci, uratował ją tylko skok w przybrzeżne bagienko. Przepłynęła na drugi brzeg wśród znoszonych prądem trupów i ruszyła w pościg za koniokradami, bo w łubie przy siodle jej karosza został bezcenny łuk. Najpierw odbiła Pegaza, z którego niewprawny jeździec uciekł w chaszcze na sam jej widok, potem dogoniła resztę złodziei, zatrzymanych przez narowistą Płotkę, która właśnie zrzuciła kolejnego śmiałka. Wjechała między chłopów i kopniakiem złamała nos Chodakowi, człowiekowi wyjątkowo pozbawionemu szczęścia do Milvy. Wtedy jednak opuściła ją i arogancja, i fortuna: dostała pięścią w oko, a potem kijem po głowie tak, że kij pękł. Z opresji wybawił ją jeździec na siwym koniu, który rozpędził napastników batem. Gdy łuczniczka dopadła wreszcie karosza i naciągnęła łuk, jeździec spokojnie rzucił jej pod nogi strzałę o długich lotkach i powiedział, że wiedział, iż będzie miał okazję zwrócić elfce jej grot. Nie jestem elfką, odparła. Nie jestem Nilfgaardczykiem, odpowiedział Cahir i kazał łapać konie, bo wojsko przeczesywało lasy po obu brzegach.
W wykrocie, gdzie przeczekiwali obławę, Cahir opowiedział swoją przygodę: pod dębem wisielców zaskoczyła go z zasadzki trójka zarośniętych zbójów, koń mu uciekł i nim zdobył nowego wierzchowca, został daleko w tyle; kompanię dogonił dopiero rano, pod samym obozem, i czekał na wschodnim brzegu, bo wiedział, że pojadą na wschód. O bitwie wiedział tyle, że na obóz uderzyła kawaleria cesarska, a potem od południa zaatakowały wojska najpewniej temerskie. Milva chciała natychmiast wracać szukać wiedźmina i Jaskra, ale Cahir przekonał ją, by doczekać zmroku. W ponurym uroczysku, gdzie ciągle coś szurało po krzakach, przyznała, że jej straszno, i zapytała wprost: czemu zamiast wrócić do swoich od dwóch tygodni wlecze się za wiedźminem, który jest na niego zawzięty? Odpowiedział, że to długa historia.
Daleko stąd wysoki Scoia'tael o twarzy przeciętej paskudną szramą pochylał się nad związanym jeńcem. Isengrim Faoiltiarna, legendarny przywódca Wiewiórek, od czterech lat walczący z ludźmi i mający Nilfgaard za sprzymierzeńca, dostał od informatora ostrzeżenie, że cesarski wywiad szykuje na niego zasadzkę. Ostrożny z natury, stawił się na sekretne spotkanie wcześniej i nie sam, więc zamiast emisariusza wziął żywcem dowódcę sześciu zbirów z rybacką siecią, kneblem i kaftanem bezpieczeństwa. Teraz, nad łagiewką klonowego syropu i czerwonym mrowiskiem, wyjaśniał Janowi Struyckenowi, oficerowi cesarskich służb specjalnych, zasady szczerej konwersacji. Szpieg pękł szybko: miał przetransportować elfa do twierdzy Nastrog w Verden na rozkaz Vattiera de Rideaux i tam przesłuchać w sprawie wydarzeń na Thanedd. Cesarz jest bowiem pewien, że na wyspie go zdradzono, a zdrajcami są Vilgefortz, Rience i przede wszystkim Cahir, syn Ceallacha. Do Loc Grim przywieziono królewnę z Cintry i dwór myślał, że to sukces, lecz zamiast rozdawać tytuły cesarz wezwał Stefana Skellena i Vattiera i rozkazał schwytać całą trójkę, a wszystkich, którzy mogli coś wiedzieć o Thanedd, kłaść na tortury. Wniosek nasuwał się sam: do Loc Grim trafiła fałszywa królewna.
W zamian za darowane życie Faoiltiarna kazał szpiegowi zapamiętać i powtórzyć Vattierowi słowo w słowo pełną relację. W połowie Blathe skontaktowała się z nim Francesca Findabair, a potem przybył Rience i w najgłębszej tajemnicy opracowano plan wyeliminowania części czarodziejów podczas zjazdu na Thanedd; elf zgodził się współpracować tylko dlatego, że akcję przedstawiono jako mającą pełne poparcie cesarza, Vattiera i Skellena, co potwierdziło przybycie na przylądek Bremervoord statku z Cahirem, wyposażonym w specjalne pełnomocnictwa. Z komanda wydzielono grupę podległą wyłącznie Cahirowi, która miała schwytać i uprowadzić z wyspy pewną osobę. Statek wpłynął w czarodziejskiej mgle Rience'a do pieczary pod wyspą, a stamtąd Wiewiórki weszły do podziemi Garstangu, prosto w rozpętane już piekło. Nie udało się wyeliminować wszystkich królewskich magów, straty były ciężkie, część spiskowców zginęła, a Vilgefortz, Rience i Francesca zniknęli kolejno w teleportach. Z grupy Cahira nie ocalał nikt: wszyscy zostali wysieczeni, a jego samego znaleziono rannego i nieprzytomnego na schodach rozsypanej w gruzy Tor Lara. Faoiltiarna zabrał go, bo żywy Cahir w rękach królewskich byłby dowodem na udział Nilfgaardu w akcji. Uciekli statkiem, wylądowali na zachód od Hirundum, a ranny majaczył o szalonej pannie o zielonych oczach, o Lwiątku z Cintry, o wiedźminie, który wyrżnął jego grupę, o Wieży Mewy i czarodzieju latającym jak ptak. Potem elf znalazł w skrzynce kontaktowej sekretny rozkaz wydania Cahira; nie deliberował, związał jeńca, który nie stawiał oporu, zamknął go w trumnie i posłał przez znajomego havekara na umówione miejsce. Eskortę odbiorców ktoś wymordował, lecz o terminie i miejscu wiedział poza nim tylko nilfgaardzki wywiad, niech więc zdrajcy szukają u siebie. Na koniec elf oświadczył, że o żadnej królewnie z Cintry, prawdziwej ani fałszywej, nic nie wie, i poradził, by nikt więcej nie zastawiał na niego zasadzek, bo zasadzkowiczów eksterminuje bez pytania o mocodawców.
W wykrocie Milva kręciła głową nad opowieścią o trumnie i nad tym, że Geralt darował Cahirowi życie już dwa razy; trzy, poprawił ją Cahir. Ostrzegła go uczciwie: gdy wiedźmin wspomina tych, którzy porwali jego Ciri do Nilfgaardu, zgrzyta zębami, aż iskry lecą. Cahir zdziwił się, że dziewczynę ktoś tak ładnie nazywa, bo przy nim mówiono zawsze Cirilla albo Lwiątko z Cintry, a ona sama, choć kiedyś z nim była i choć uratował jej życie, nie odezwała się do niego ani słowem. Po chwili dodał rzecz najważniejszą: wiedźmin zmierza w złym kierunku, bo Ciri nie ma w Nilfgaardzie. A na pytanie, skąd to wie, odpowiedział po swojemu: to długa historia.
W stolicy Cesarstwa, Mieście Złotych Wież, Fringilla Vigo nie poznawała przyjaciółki: Assire var Anahid umyła i ufryzowała włosy, wyrównała i polakierowała paznokcie, a zdziwienie ucięła oświadczeniem, że mamy trzynasty wiek i pora zerwać z przesądem, jakoby dbałość o wygląd dowodziła u magiczki płochości umysłu. Do Assire przyszedł wcześniej zrozpaczony seneszal Ceallach, błagać o ratunek dla syna, bo jego żona Mawr, matka Cahira, to siostrzenica czarodziejki; niczego mu nie obiecała, bo w obecnych okolicznościach nie wolno jej ściągać na siebie uwagi. Poprosiła za to Fringillę o zebranie informacji. Około połowy lipca cały dwór w Loc Grim podziwiał piętnastoletnią dziewczynę, rzekomo królewnę Cintry, którą Emhyr tytułował królową tak łaskawie, że mówiono o rychłym małżeństwie; potem jednak Cintryjkę wywieziono do Darn Rowan, gdzie trzyma się więźniów stanu, nie kandydatki na cesarzowe. Trzy lata temu Emhyr rozkazał czarodziejom ustalić miejsce pobytu pewnej osoby na Północy i wściekł się, gdy się nie udało; teraz wypomniał magom, że zadaniu, któremu nie podołała cała akademia, zwykły astrolog sprostał w cztery dni. Osławiony Xarthisius trafił jednak po tygodniu do lochu, bo astromancję zaczął dopiero wtedy, gdy cesarz rozpoznał oszustwo i rozpoczął poszukiwania prawdziwej dziewczyny, a miejsce jej pobytu określił z tolerancją stu mil, wskazując dzikie pustkowie za masywem Tir Tochair; posłany tam Stefan Skellen znalazł wyłącznie skorpiony i sępy.
Najważniejszy dowód Fringilla przyniosła w kaletce: kosmyk jasnych włosów sześcioletniej dziewczynki, który Emhyr dał magom przed trzema laty, oraz zdobyty przez zaprzyjaźnioną Stellę Congreve kosmyk panny izolowanej w Darn Rowan. Badanie nie zostawiło wątpliwości: włosy należą do dwóch różnych osób. Był więc spisek, ktoś podstawił cesarzowi sobowtóra, a Cahir dał się weń wmieszać, może nieświadomie. Assire zwróciła jednak uwagę na rzecz, która umknęła przyjaciółce: skoro Emhyr od początku miał kosmyk włosów sześciolatki, to owej dziewczynki nie szuka od trzech lat, lecz o wiele dłużej, a Cahir wplątał się w coś, co zaczęło się, gdy jeszcze jeździł na patyku udającym konia. Poprosiła o oba kosmyki do zbadania. Na koniec przypomniała Fringilli jej własne słowa o tym, że magii nie powinny dzielić granice i że przydałby się sekretny konwent podobny do loży; Fringilla zrozumiała w pół zdania i oświadczyła, że jest zdecydowana przystąpić. Assire z cieniem uśmiechu obiecała wkrótce wszystko wyjaśnić, a na początek poprosiła o adres krawcowej.
Nocą Milva i Cahir podkradli się nad Chotlę. W obozie, gdzie koczowały dwie setki zbiegów, nie palił się ani jeden ogień; Milva nadepnęła w trzcinach na sztywną, pokrytą pijawkami rękę trupa, a Cahir poznał po srebrnym skorpionie na rękawie żołnierza VII Brygady Daerlańskiej. Z ciemności bezszelestnie wyłonił się wtedy pachnący piołunem i szałwią Regis, który martwił się o łuczniczkę. Wiedział, co z wiedźminem i poetą: żyją, ale mają kłopoty. Kazał ruszać bez zwłoki na południe, z biegiem Chotli, bo przed północą musieli być pod Armerią; na pytania o szczegóły odpowiadał, jak niektórzy, że to długa historia.
W Armerii Geralt i Jaskier leżeli tymczasem związani w drewutni, w stercie wiórów i trocin. Vissegerd nie powiesił ich od razu tylko dlatego, że egzekucja miała się odbyć publicznie o świcie, przy zbiórce całego korpusu, w celach propagandowych. Geralt tłumaczył poecie, że jego wyciągnie z opresji znajomy hrabia, ale Jaskier zaskakująco trzeźwo punktował: do propagandy lepsi są dwaj wisielcy, a świadka prywatnej zemsty się nie zostawia, zadyndają więc obydwaj. Wiedźmin bał się zresztą czego innego: w korpusie musieli być ludzie temerskiego wywiadu, a ci chcieliby wypytać go o Garstang, i nim uwierzyliby, że prawie nic nie wie, byłby już bardzo chory. Jaskier obmyślał fortele, od udawania ważnych szpiegów po przekupienie straży dublonami wszytymi w podszewkę buta, a na pytanie o los Milvy, Zoltana, Percivala i Regisa usłyszał, żeby się nie łudził: nawet jeśli przeżyli, nie pomogą, bo limit cudów na ten miesiąc wyczerpało spotkanie kobiety z Kernow z zaginionym mężem.
Regis przyprowadził Milvę i Cahira na wzgórze, skąd widać było ognie obozu forpoczty wojsk temerskich skoncentrowanych pod Mayeną. Zapowiedział, że wiedźmina z tarapatów wyciągnie sam, a oni mają czekać z końmi tam, gdzie pod najjaśniejszą gwiazdą Siedmiu Kóz błyszczy rzeka: tam, gdzie Chotla wpada do Iny. Cahir mruknął o zadufaniu, na co Milva odparła, że wierzy cyrulikowi, bo wczoraj na jej oczach wyjął gołą ręką rozpaloną podkowę z węgli. Prezentację przerwał sam zainteresowany, dowodząc nieprzeciętnego słuchu: nie pyta przecież nikogo o personalia. Cahir przedstawił się pełnym imieniem, a Regis z nutką szyderstwa pochwalił, że w nilfgaardzkim nazwisku prawie nie znać nilfgaardzkiego akcentu.
W drewutni Geralt usłyszał, jak wartownicy jeden po drugim milkną w pół przekleństwa, a potem rozległo się ich równe, wielogłosowe chrapanie. Medalion na szyi zadrgał, w nozdrza uderzył zapach ziół i Regis, tnąc powrozy, wydał instrukcje: przez obozowe warty muszą przedrzeć się sami, kierując się na wschód, na najjaśniejszą gwiazdę Siedmiu Kóz, prosto do Iny, gdzie czeka Milva z końmi. O niego mają się nie martwić i nie oglądać. Geralt podziękował za ratunek, dodał jednak, że będzie lepiej, jeśli już nigdy się nie spotkają; cyrulik odparł, że rozumie w pełni. Owinięci w płaszcze ściągnięte ze śpiących wartowników przecięli majdan bez przeszkód i wyszli za palisadę, a szło im tak gładko, że wiedźmin zrobił się niespokojny. Słusznie: zgubiła ich nieznajomość wojskowych zwyczajów. W kuszącej ukryciem kępie olszyn zalegała warta, która z hasła „Cintra" zarechotała chórem, bo dezerterzy bez fantazji odpowiadali tak co noc, i zażądała zwyczajowego myta za przymknięcie oka. Gdy Jaskier zaczął zdejmować but, żołnierze obalili go, ściągnęli buty sami i wydarli z cholewy podszewkę z brzęczącym złotem. Kiedy warta rzuciła się zbierać dublony i bić o drugi but, Geralt zwalił dowódcę uderzeniem w szczękę i obaj rzucili się do ucieczki.
Za nimi wyła pogoń, a z przodu rosła w ciemności ława konnicy: to nie był zbawczy las, lecz nadciągający naprawdę Nilfgaard. Geralt wrzasnął na ścigających, że Nilfgaard nadciąga i mają wracać do obozu grać larum, po czym ściągnął z siodła żołnierza zawracającego w popłochu patrolu i wskoczył na konia razem z Jaskrem. Cwałowali wzdłuż pierścienia posterunków, by wymknąć się z linii starcia, ale nilfgaardzki zagon wysunął za nimi macki pościgu, a od obozu ruszała już jazda zaalarmowanego korpusu. W potrzasku między młotem a kowadłem uratował ich paradoksalnie grad strzał i bełtów, którym obie armie się przywitały: ostrzelane wojska straciły impet i luka między frontami domknęła się o chwilę za późno. Jedna ze strzał trafiła jednak Jaskra; poeta zawył, że go zabili, i polała się krew. Koń wyniósł ich między niskie sosenki, gdzie Jaskier zwisł z siodła i ściągnął na ziemię także wiedźmina, a z pościgu nie zapomniało o nich trzech jeźdźców. Geralt skoczył naprzeciw z zimną wściekłością i gołymi rękami: pierwszego ściągnął z kulbaki za płaszcz i pas, przygniótł go i dobył mu zza pasa mizerykordię, a gdy obalony trzepnął go pancerną rękawicą w policzek, wbił mu sztylet w otwarte usta po rękojeść; na rękawie zabitego srebrzył się skorpion. Pozostałych zniosła jazda cintryjska, nie zauważywszy w mroku ani poety, ani walczących. Rana Jaskra okazała się paskudnym, ale płytkim rozcięciem od ucha do skroni; Geralt patrzył, jak poeta z błędnymi oczami ogląda krew na dłoniach, i rozumiał, że ma przed sobą człowieka, któremu po raz pierwszy w życiu zadano prawdziwą ranę. Okręcił mu głowę rękawem koszuli, wpakował go na schwytanego nilfgaardzkiego wierzchowca i popędził na wschód, ku gwieździe Siedmiu Kóz.
Nad Iną Milva i Cahir czekali do brzasku. Sumy biły na płyciznach w ławice uklei, a łuczniczkę trzęsło z chłodu; wyznała, że pić jej się chce, że przy brzegu widziała gnijącego trupa i że ją mdli, chyba się wyrzyga. Cahir podał jej manierkę, posadził blisko siebie i ogrzał ramieniem. Na pytanie, czy się boi, odpowiedział, że tak, i usłyszał, że ją mdli. Milva zapytała też, kiedy pierwszy raz spotkał ową Ciri. Trzy lata temu, podczas walk o Cintrę, odpowiedział: odnalazł ją otoczoną pożarem i wywiózł z miasta, jechał przez ogień i dym, trzymając ją w ramionach, a ona sama była jak płomień. I dodał ciszej, że płomienia nie da się utrzymać w rękach. Jeśli w Nilfgaardzie nie ma Ciri, dopytała po długim milczeniu, to kto tam jest? Nie wiedział.
W Drakenborgu, redańskim forcie zamienionym na obóz internowania elfów i innych wywrotowych elementów, tradycji stało się zadość. W dużej celi śmierci, skąd o brzasku wyprowadzano skazanych, panowała jak zwykle wesołość: podawano tam kwaśne rozcieńczone wino zwane Wytrawnym Dijkstrą, serwowane na osobisty rozkaz szefa redańskiego wywiadu, nikogo nie wleczono już na przesłuchania do podziemnej Pralni, a osadzeni, zwani Wesołkami, śpiewali w kółko obozowy hymn o tańczących na stryczkach wisielcach. O świcie strażnicy odczytali trzy nazwiska. Elf Echel Traighlethan z rozbitego komanda Iorwetha, świeżo skatowany w Pralni, poprawił bez nacisku przekręcone nazwisko, popatrzył ostatni raz na wyskrobane na belce hasło o wolności lub śmierci i sam wszedł na brzozowy pieniek pod słupem; okrzyk zdążył zacząć, nie skończyć. Niziołek Cosmo Baldenvegg, więziony za dywersję na zlecenie nilfgaardzkiego wywiadu, choć do końca twierdził, że oba kawaleryjskie konie ukradł z własnej inicjatywy i dla zarobku, wierzgnął energicznie krótkimi nogami i obwisł. Trzeci skazaniec, Nazarian, zdecydował się dopiero w rękach katów: wychrypiał, że będzie zeznawał, bo ma ważne informacje dla Dijkstry.
Godzinę później Vascoigne, zastępca komendanta Drakenborga do spraw politycznych, sprawdzał raport dla hrabiego. Nazarian zeznał, że na rozkaz niejakiego Rience'a, wraz z półelfem Schirrú i niejakim Jagłą, brał udział w morderstwie jurystów Codringhera i Fenna w Dorian; Jagła tam zginął, a Schirrú zamordował obu prawników i podpalił dom. Wcześniej cała trójka śledziła wiedźmina Geralta z Rivii, który potajemnie znosił się z Codringherem, a gdy Rience dostał o tym raport, kazał jurystów zgładzić. Skradzione z ich domu dokumenty Schirrú dostarczył Rience'owi do oberży w Carreras, po czym zbrodniarze udali się do Brugge i czwartego dnia po nowiu porwali młodą pannę z domu z czerwonej cegły, na którego drzwiach przybite były mosiężne nożyce. Rience oszołomił ją magicznym napojem, a Schirrú z Nazarianem zawieźli ją w wielkim pośpiechu do twierdzy Nastrog w Verden i wydali nilfgaardzkiemu komendantowi, upewniając go, że porwana zwie się Cyryla z Cintry; komendant był tą wiadomością wielce ekscytowany. Wieczorem tego samego dnia treść raportu znał Dijkstra. W południe następnego znała ją Filippa Eilhart.
Nad ranem znad Iny wyłonił się koń niosący wiedźmina i rannego poetę. Milva, pomagając ściągać Jaskra z siodła, widziała, jak Geralt stężał na widok Cahira, ale nikt nie zdążył powiedzieć słowa, bo poeta jęczał i leciał przez ręce, a przy opatrunku zjawił się nie wiadomo skąd Regis ze swoimi utensyliami. Przemywając ranę, cyrulik zauważył pogodnie, że krew poety ładnie pachnie i nie czuć w niej zakażenia, i założył szwy. Wtedy Geralt wyciągnął spod tybinki siodła długi nilfgaardzki miecz i błyskawicznym ruchem przystawił Regisowi sztych do gardła. Cyrulik nie drgnął; oczy rozpaliły mu się w mroku kocim światłem, a Milva z przerażeniem dostrzegła to, co powinna była dostrzec dawno: Regis nie rzucał cienia. Wobec tego przedstawił się w pełni: nazywa się Emiel Regis Rohellec Terzieff-Godefroy, żyje na tym świecie czterysta dwadzieścia osiem lat, jest potomkiem istot uwięzionych tu po kataklizmie zwanym Koniunkcją Sfer i uchodzi za krwiożercze monstrum, a trafił właśnie na wiedźmina, który zawodowo para się eliminowaniem takich jak on. Geralt opuścił miecz i kazał mu znikać. Wampir drążył spokojnie: wiedźmin przecież wie, gdzie on mieszka i czym się zajmuje, będzie go więc tropił, jeśli znajdzie się nagroda? A jak właściwie wycenia jego głowę? Za zwykłego wampira brał równowartość dobrego konia, odparł lodowato Geralt, ale za takiego jak Regis wątpi, by kogokolwiek było stać. Podziękowawszy za wycenę, wampir uśmiechnął się i po raz pierwszy pokazał przy tym zęby, na których widok Milva i Cahir cofnęli się, a Jaskier stłumił krzyk. Potem strzepnął płaszczem, owinął się nim i po prostu znikł.
Geralt odwrócił się z obnażonym mieczem ku Cahirowi, ale Milva wybuchła: ma już wyżej uszu jego humorów. Regisa przepędził, choć ten uratował mu życie, jego sprawa, ale Cahir wybawił z opresji ją, więc jest jej druhem; jak wiedźminowi nie w smak, wolna droga z powrotem do Armerii, gdzie przyjaciele czekają już ze stryczkiem. Odzyskane konie, dodała, w tym Płotkę, też zawdzięcza Cahirowi. Ruszyli więc razem: przeprawili się przez Inę i jechali cały dzień jej prawym brzegiem, przez łęgi, łozy i mokradła, a Milva półgłosem zdawała wiedźminowi relację z opowieści Cahira. Geralt milczał jak głaz i ani razu nie obejrzał się na jadącego z tyłu Nilfgaardczyka, który pomagał poecie. Około południa, tam gdzie jedna z odnóg Iny wpadała do Wielkiej Jarugi, znaleźli wśród rozlewisk suchą wyspę, a na niej polankę na popas i zagnaną prądem łódź z miedzianym kociołkiem i kobiałką warzyw pod sieciami.
Na wyspie wiedźmin wziął Cahira na rozmowę w cztery oczy i wyłożył, co myśli: darowanie mu życia na Thanedd uważa za błąd, rewelacje przekazane przez Milvę niczego nie zmieniają, a z całej historii wynika jedno: Cahirowi nie udało się porwać Ciri na wyspie, więc teraz wlecze się za wiedźminem, by ten doprowadził go do niej po raz drugi, bo może wtedy cesarz daruje mu szafot. Przez niego dziewczynka krzyczała po nocach, w jej oczach urósł do rozmiarów koszmaru; a najgorsze, przyznał, że nie rozumie, czemu mimo wszystko nie potrafi go zabić. Cahir odpowiedział cicho, że może dlatego, iż wbrew pozorom mają coś wspólnego: podobnie jak Geralt chce uratować Ciri i podobnie jak on nie zamierza nikomu tłumaczyć się z pobudek. A potem powiedział rzecz, od której zrobiło się bardzo cicho: zaczął opisywać sen Geralta, w którym Ciri jedzie konno przez zakurzoną wieś z szóstką młodych ludzi, wśród nich krótko ostrzyżona dziewczyna, i tańczy w szopie na stole, szczęśliwa. Milva nic mu nie opowiadała. Śnił to samo. I wie też o jeszcze jednym śnie, którego Geralt nie opowiedział nikomu, bo wątpić należy, by chciał go komukolwiek opowiadać.
Daleko na południu, we wsi Loredo przy Bandyckim Szlaku nad Górną Veldą, zwanej Zbójecką Posadą, szpicel Servadio liczył na zarobek grubszy niż zwykle, bo do wsi wjechały Szczury. Prowadził Giselher z Iskrą i Kayleighem, za nimi jechały Mistle i ta nowa, szarowłosa, z mieczem przerzuconym przez plecy, którą nazywano Falką, a pochód zamykali Asse i Reef z luzakami na sprzedaż. Gdy reszta targowała się z paserami, obie dziewczyny poszły między stragany; Mistle kupiła dwa patyczki cukrowej waty i pieszczotliwym ruchem starła przyjaciółce biały kłaczek z wargi, a szarowłosa szeroko otworzyła szmaragdowe oczy i uśmiechnęła się figlarnie. Servadio, pomny krążących o bandytkach plotek, poczuł strużkę zimna między łopatkami. Wtedy złodzieje z szajki Pinta Wydrzychwosta zaczęli głośno wytykać dziewczyny palcami, a wąsaty dryblas podszedł z obrzydliwymi gestami i propozycją wyleczenia obu z perwersji. Nie zdążył dotknąć: Falka zwinęła się jak atakująca żmija i cięła dwa razy, nim upuszczona wata upadła na piasek. Drugiego złodzieja, sięgającego po nóż, Giselher zdzielił okutym trzonkiem nahajki i wrzasnął, że dość będzie jednego trupa, po czym wedle praw bractwa zapłacił za ubitego uczciwie, talar za każdy funt zewłoka, i Wydrzychwost uznał sprawę za zamkniętą. Servadio postanowił w tej samej chwili, że nagroda prefekta nie jest jednak tak wysoka, jak myślał. A Falka schowała miecz, rozejrzała się i nagle jej drobna twarz skurczyła się żałośnie: wata jej upadła. Mistle objęła ją i obiecała kupić drugą.
Wieczorem na wyspie gotowano zupę. Pomysł rzucił Jaskier, chodzący z bohatersko obandażowaną głową dumny jak paw, gdy wierzsza zastawiona w przybrzeżnej rynnie dała tylko drobnicę: kleni, płotki, jazgarze i podleszczyki, jak fachowo rozpoznał Regis, który wrócił, jakby nigdy nic, zmienić poecie opatrunek. Wcześniej Geralt zdążył ogłosić, że rozstają się: Milva przeprowadzi Jaskra na północ, ku Mahakamowi, a on sam jedzie na południe, za Jarugę, przez terytoria nilfgaardzkie, bo to jego własna, osobista sprawa i nie chce, by ktokolwiek nadstawiał za nią karku. Wysłuchał za to od poety gorzkiej wyliczanki o niewygodnym bagażu, a od podsłuchującego wampira wykładu o ekspiacji: wiedźmin traktuje wyprawę jak chrzest ognia, który musi przejść sam, bo każdy pomocnik uszczupliłby należną mu pokutę, tymczasem życie tym różni się od bankowości, że zna długi spłacane zadłużeniem u innych. Zupa powstała mimo obrażonej miny wiedźmina jako dzieło kooperacji: Cahir przyniósł trzyfuntowego szczupaka złowionego na żerlicę z żabą, wywar przecedzono przez jego wypłukaną kolczugę, kocioł zdjęto z ognia w jego rękawicach, a Regis obył się bez rękawic. Przy pustym kociołku padło wreszcie pytanie, jak rozwiązać problem wiedźmina. Regis zważył koniunktury uczciwie: po rewelacjach Cahira nie wiadomo w ogóle, gdzie jest Ciri, więc przedsięwzięcie jest pozbawione szans; sensownie jest najpierw się dowiedzieć, a sprawa Dziecka Niespodzianki aż tętni od magii i przeznaczenia, zna zaś kogoś, kto się w takich sprawach świetnie orientuje: druidzki krąg z borów Caed Dhu w Angrenie, na tym brzegu Jarugi. Geralt zdenerwował się, że nikt nie pyta go o zdanie, i usłyszał od Jaskra, że nawet chłeptaną zupę zawdzięcza drużynie zjednoczonej wspólnym celem, a od Milvy, że samotne wilki to łgarstwo mieszczuchów, bo wilcy nie polują samotnie nigdy. Wiedźmin obrzucił więc cholerą całą kooperującą grupę idiotów i siebie razem z nią, po czym podsumował swoją kompanię: wierszokleta z lutnią, dzikie i pyskate pół driady, pół baby, wampir, któremu idzie kolejny krzyżyk, i cholerny Nilfgaardczyk, który upiera się, że nie jest Nilfgaardczykiem. Regis dokończył spokojnie, że na czele drużyny jedzie wiedźmin chory na wyrzuty sumienia, bezsiłę i niemożność podjęcia decyzji, i zaproponował podróżować incognito, by nie wzbudzać sensacji. Ani śmiechu, dodała Milva.
„Rozkaz dla grup bojowych brzmiał: osiągnąć rubież Vidort, Carcano i Armerii, uchwycić przeprawy na Inie, wzniecać nocne pożary, siać panikę wśród ludności cywilnej i zbiegami zakorkować wszystkie drogi na tyłach wroga. Zadania powyższe brygada wykonała z wielkim żołnierskim poświęceniem (Elan Trahe o VII Brygadzie Daerlańskiej).”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Zawiązanie kompanii Geralta: Na suchej wyspie wśród rozlewisk, tam gdzie odnoga Iny wpada do Wielkiej Jarugi, Geralt ogłasza rozstanie: wszyscy wracają na północ, a on jedzie za Jarugę sam, bo jego sprawa jest osobista. Odpowiedzią jest kocioł zupy rybnej ugotowanej siłami całej gromady, wykład Regisa o tym, że życie zna długi spłacane zadłużeniem u innych, i wyliczanka Milvy, że samotne wilki to łgarstwo mieszczuchów. Skoro po rewelacjach Cahira nikt nie wie, gdzie jest Ciri, Regis wskazuje cel pierwszego etapu: druidzki krąg z borów Caed Dhu w Angrenie, który w sprawach magii i przeznaczenia orientuje się jak mało kto. Wiedźmin, obrzuciwszy cholerą całą kooperującą grupę idiotów, zostaje na czele drużyny, jakiej świat nie widział: wierszokleta z lutnią, pół driady, pół baby z łukiem, wampir po czterechsetce i Nilfgaardczyk, który upiera się, że nie jest Nilfgaardczykiem. Podróżować będą incognito, by nie wzbudzać sensacji. Ani śmiechu.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.
Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.
Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.