👁 Czytasz bez zakładki: widzisz pełną treść, więc możemy zdradzić Ci dalszą fabułę.Jak działa ochrona przed spoilerami?Jak działa ochrona?
Tom V · Chrzest ognia

Rozdział 7 „Rozdział siódmy”

Rozdział 7 z 7 w tomie·40/41 w sadze·~18 min czytania
Tom V · rozdz. 7/7
40/41 w sadze

Wiele pokoleń później, w wiosce nad Jarugą, wędrowny bajarz dziad Pogwizd próbuje skończyć opowieść na dziś, ale otaczające go wianuszkiem dzieci podnoszą wrzask protestu. W ich imieniu występuje Connor, syn kowala, który przyniósł bajarzowi dwojak kapuśniaku: nie godzi się urywać baśni w takim miejscu. Pogwizd ustępuje w zamian za zsiadłe mleko i każe wybrać, o czyich losach ma opowiadać, bo o wszystkich naraz nie zdoła. Najmłodsza słuchaczka, Nimue zwana z racji wzrostu Łokietkiem, piszczy, że chce o Yennefer, bo sama zostanie kiedyś czarodziejką; Bronik, syn młynarza, woła o Ciri i Szczurach, Orla, starsza siostra Nimue, chce o miłowaniu wiedźmina i czarodziejki, byle dobrze się skończyło. Connor zaprowadza porządek: dziad ma prawić o wiedźminie i jego drużynie, od miejsca, gdzie nad Jarugą powstała.

Zanim podejmie wątek, Pogwizd streszcza na odczepnego losy pozostałych. Yennefer uleciała na zaklęciu z czarodziejskiego zamku zwanego Górą Łysą i chlupnęła prosto w morskie fale między ostre skały, ale dla magiczki to fraszka: trafiła na wyspy Skellige i tam znalazła sprzymierzeńców. Rosła w niej bowiem wielka złość na czarodzieja Vilgefortza: przekonana, że to on porwał Ciri, umyśliła go wytropić, wywrzeć srogą zemstę i uwolnić dziewczynę. Ciri zaś ciągle grasowała ze Szczurami pod imieniem Falki, bo zbójeckie życie jej się lubiło: choć nikt wtedy o tym nie wiedział, wyłaziło z niej i brało górę nad dobrym wszystko, co najgorsze, a co w każdym człowieku ukryte. Wielki błąd popełnili wiedźmini, że wyuczyli ją zabijać. Sama zaś, zadając śmierć, nie podejrzewała, że kostucha depcze jej po piętach: straszny Bonhart już był na jej tropie i pisane im było się spotkać. Ale o tym kiedy indziej. Zapada zmrok, dzieci obsiadają starca ciasnym kołem i płynie baśń o wiedźminie Geralcie, który z nową kompanią ruszył na Angren, w górę Jarugi, ku uroczyskom Czarnego Lasu.

Wiedźmin siedzi na pieńku na szczycie urwiska nad łęgami Jarugi i patrzy na zachodzące słońce, a z mokradeł zrywają się z trąbieniem żurawie. Za jego plecami dymi ognisko Milvy przy ruinie drwalskiego szałasu. Wszystko się popieprzyło, myśli. Dziwna była ta jego kompania, ale była, i miała przed sobą bliski, konkretny cel: przez Angren na wschód, do druidów z Caed Dhu. Szło całkiem dobrze, ale musiało się popieprzyć. Pech czy fatum? Wspomnienia ostatnich dni wracają jedno po drugim.

Kolumnę prowadził wtedy Regis na gniadym nilfgaardzkim ogierze zdobytym pod Armerią, który do ziołowego zapachu wampira przywyknął szybciej, niż ktokolwiek się spodziewał. Za nim jechał Geralt, dalej Jaskier z obandażowaną głową, układający pieśń bohaterską o niedawnych przygodach, z której jasno wynikało, że najmężniejszym z mężnych był autor. Pochód zamykali Milva i Cahir, wiodący luzem siwka z bagażami. Wyjechali z nadrzecznych mokradeł na suche wzgórza, skąd widać było z jednej strony połyskliwą wstęgę Wielkiej Jarugi, z drugiej daleki masyw Mahakamu. Pogoda była piękna, jeżyny czarne od owoców, strumienie pełne pstrągów. Nastroje powinny się poprawić, ale się nie poprawiły, a czemu, wyszło na jaw na jednym z pierwszych biwaków.

Jaskier i Milva odciągnęli Geralta na stronę: zaakceptowali cyrulika jako towarzysza i pamiętają, że wyciągnął poetę z pętli, ale odczuwają lęk, bo wiedzą już, czym jest. Geralt gra w otwarte karty. Regis to wampir wyższy, istota naprawdę niebezpieczna: potrafi stać się niewidzialny, spojrzeniem zauroczyć i uśpić (tak właśnie zrobił z wartownikami w obozie Vissegerda), a nocą przy pełni latać pod postacią nietoperza. Do człowieka upodabnia się doskonale i od lat, konie i psy myli zapachem ziół, które stale nosi przy sobie, i nawet wiedźmiński medalion na niego nie reaguje, choć powinien. Geralt ufa mu jednak z dwóch powodów: wampir z własnej woli prowadzi ich do druidów, a w obozie nad Chotlą nie zawahał się ratować sądzonej dziewczyny, choć wiedział, że wyciągnięcie z ognia rozżarzonej podkowy gołą ręką może go zdemaskować. Na pytanie poety, co by było, gdyby jednak przyszło z nim walczyć, odpowiada uczciwie: nie wie, czy zdołałby go zabić, i wolałby nie próbować.

Jaskier postanawia rozwiać wątpliwości po swojemu, z właściwym sobie taktem: podczas jazdy głośno namawia Milvę na polowanie i pyta Regisa, czy napiłby się świeżej krwi. W grobowej ciszy wampir odpowiada spokojnie, że wie, o co chodzi, i niech mu będzie wolno uspokoić kompanię: jest wampirem, ale krwi nie pija. Od dawna. Odzwyczaił się.

Wieczorem przy ognisku Regis sam uznaje, że wyjaśnienia są nieuniknione, choć Geralt, Cahir i Milva zgodnie oświadczają, że są typami staromodnymi i zwierzeń od kompana nie wymagają. Opowieść wampira brzmi jak spowiedź nałogowca. W młodości pił, bo piła cała wampirza młodzież, a możliwość utraty towarzyskiej akceptacji przerażała go bardziej niż wszystko inne: hulanki w każdą pełnię, latanie do wsi, picie z kogo popadło. Z czasem zabawa i towarzystwo zeszły na dalszy plan, ważna została sama krew. Poznał wampirkę, mogło z tego być coś poważnego, ale odeszła, więc pił w dwójnasób, dopasowując teorię rozpaczy do praktyki nałogu. Wreszcie zaczął robić rzeczy, jakich nie robi żaden wampir: latał po pijanemu, aż którejś nocy chybił dziewczyny idącej do studni i z rozpędu wyrżnął w cembrowinę. Chłopi podziurawili go kołkami, odrąbali mu głowę, oblali wodą święconą i zakopali. Gdy po pięćdziesięciu latach się zregenerował, postanowił wziąć się w garść i od tamtej pory nie pije.

Z wyznania robi się nocny wykład, w którym Regis rozbiera na części ludzkie mity o wampirach. Zarażanie wampiryzmem przez ukąszenie obala arytmetyką: wyższych wampirów jest na świecie około tysiąca dwustu, a gdyby każdy ukąszony sam zostawał wampirem, po piętnastu wiekach od Koniunkcji Sfer chodziłoby ich po świecie ponad dwadzieścia jeden milionów. Mit żywego trupa wywodzi z ludzkiej odrazy wobec zmarłych, mit zabójczego słońca z solarnej natury człowieka, dla którego noc jest zła, a świt oznacza zwycięstwo w walce o przetrwanie; dodaje przy tym mimochodem teorię, że w bardzo długiej skali światło słoneczne jest zabójcze i za kilka tysięcy lat świat należeć będzie do stworzeń nocnych. Ostatni mit, o wampirze paraliżującym ofiary i zmuszającym je do obrzydliwej parodii pieszczoty, kwituje jako owoc ludzkich lęków seksualnych. Milva, której Jaskier tłumaczy uczone wywody, podsumowuje całość po swojemu: mądrze zaczynają, a zawżdy na dupie kończą.

Nazajutrz w poprawionych nastrojach ruszają dalej i wtedy dogania ich wojna. W Angrenie nie widać łun na horyzoncie jak w Brugge i Sodden; jest gorzej. Najpierw stado wron krążące nad lasem, potem trupy: obdarte z odzieży, zabite w boju, ale też powieszone za ręce i nogi na gałęziach, zwęglone na wygasłych stosach, wbite na pale. Cały kraj zaczyna śmierdzieć odorem barbarzyństwa. Wkrótce kompania musi się taić po jarach, bo ziemia dudni od kopyt i coraz to inne oddziały mijają kryjówkę. Milva zauważa wśród zabitych elfy: tędy od zawsze chodzą komanda Scoia'tael, ciągnące z Doliny Kwiatów i Gór Sinych do Temerii, i ktoś najwyraźniej chce im tę drogę zagrodzić. Regis podejrzewa rzecz gorszą: że Nilfgaard przeszedł Jarugę.

Zagadkę wyjaśnia dziwny kontrast: po wzgórzach cwałuje wojsko, a znad rzeki jak gdyby nigdy nic słychać siekiery drwali. Regis wykłada mentorskim tonem, który zaczyna Geralta drażnić, czym jest angreńskie złoto: cedry, jawory i sosny, bezcenny budulec spławiany bindugami w dół rzeki. Nilfgaard, panujący już nad ujściem Jarugi, chce, by rąbano i spławiano jak najwięcej, bo angreńskie drewno zasila cesarskie tartaki i stocznie; królestwa Północy próbują spław wstrzymać. Wojna, którą widzą i słyszą, jest wojną o drewno, a droga kompanii wiedzie przez sam jej środek.

Na pytanie o inną drogę Regis ma odpowiedź, która Geraltowi wcale się nie podoba: skręcić na południe i przejść przez Ysgith, Błotniak, depresję w wielkim zakolu Jarugi. Wiedźmin zna te trzydzieści kilka mil kwadratowych bagien: mroczne grądy dziwacznych drzew, brody mchów poruszane trującym gazem, a w stawkach i trzęsawiskach mrowie stworzeń z kleszczami, mackami i chwytnymi odnóżami, których nikt nigdy nie zdołał sklasyfikować, z jadowitymi krabopająkami udającymi orchidee włącznie. Ocenia jednak, że piątka z dwoma mieczami, łukiem i wiedźmińskim doświadczeniem powinna dać radę, i plan akceptuje. Coś go wszakże tknęło, wspomina, by nie mówić o Ysgith reszcie kompanii i poprosić Regisa o to samo; dziś wie, że niczego wtedy nie zauważył, a to, co zauważył, zlekceważył jak bałwan.

Któregoś dnia Milva w awangardzie wyczuwa dym pachnący pieczystym. Geralt podchodzi z nią wyrąb ostrożnie, między sągami cedrowych pni, aż słyszy znajome okrzyki karciarzy przy gwincie i chrapliwy skrzek papugi. Za sągami siedzi kompania Zoltana Chivaya w komplecie: Percival Schuttenbach, Munro Bruys, Yazon Varda, Figgis Merluzzo i Feldmarszałek Duda na ramieniu przywódcy. Radość z powitania gaśnie na pytanie Jaskra o Caleba Strattona: gdy Czarni dopadli ich nad Iną, Caleb za wolno przebierał nogami, wziął po łbie mieczem i skłuli go rohatynami; śpi w ziemi pod brzezinką, daleko od ukochanej góry Carbon. Krasnoludy zdążyły już opłakać druha, a po drodze przygarnęły nowych podopiecznych: dwie mało rozmowne kobiety z niemowlęciem i dwójką dzieci oraz poparzoną dziewczynę o błędnych oczach, którą Geralt poznaje natychmiast. To obłąkana dziewczyna spod sądu nad Chotlą; krasnoludy odwiązały ją od podpalonego wozu, na którym miała skończyć tak, jak chciał zawzięty na nią kapłan. Regis bez słowa zabiera się do opatrywania paprzącej się oparzeliny, uspokoiwszy przerażoną jednym głębokim spojrzeniem, i mówi cicho, że ręka się zagoi, ale tego, co dzieje się w głowie nieszczęsnej, jego maści nie wykurują.

Gdy przy sągu pada nazwa Caed Dhu i słowo o druidach, zauroczona dziewczyna nagle przemawia dźwięcznym, metalicznym głosem, nie podnosząc głowy: znikąd pomocy, tylko krew i ogniowy chrzest, który oczyszcza, ale i zabija. Kto krew rozlewał i kto krew pił, ten krwią zapłaci; trzy dni nie miną, jedno umrze w drugim, a wtedy coś umrze w każdym, i po trochu umierać będą, aż zetrą się żelazne chodaki i wyschną łzy. Umrze nawet to, co nigdy nie umiera. Wypytywana łagodnie przez Regisa, widzi mgłę i wieżę we mgle: to Wieża Jaskółki, na jeziorze, które skuwa lód. I czuje ból. Potem trans pęka, a w oczach dziewczyny znów jest tylko mgła. Zoltan nabiera po tym do cyrulika respektu, a Geralt, który zna hipnotyczne transy, tłumaczy sobie wieszczbę jako powtórzone myśli hipnotyzera; zastanawia go jedynie, co jeszcze dziewczyna wychwyciłaby z myśli Regisa, gdyby trans potrwał dłużej.

Po pół dniu wspólnej wędrówki Zoltan zatrzymuje pochód: na północy niebieszczy się już Mahakam, dość przygód, wracają do swoich pod górę Carbon. Na pożegnanie ściąga z pleców swój sihill w pochwie z laki i wciska go wiedźminowi: w górach żelazo im niepotrzebne, a przyjemnie będzie przy piwie wspominać, że kuty w Mahakamie brzeszczot świszcze w dobrym ręku i w dobrej sprawie. Niech Geralt, płatając krzywdzicieli Ciri, płatnie choć jednego za Caleba Strattona. Potem, żeby wiedźmina nie zwiodły oszukańcze pozory, wyznaje mu rzecz, której nikt nie żądał: kuferki zakopane nad rzeczką O to łup z napadu na havekarskiego kupca pod Dillingen, którego obili obuszkiem i nie wykluczone, że zatłukli. Stoi przed tobą złodziej, rabuś, a może i morderca, mówi krasnolud, który na tym złodziejskim dobru zamierza pobudować przyszłość. Geralt podaje mu rękę bez wahania: nie tak łatwo go już oszukać, bo choć nadal nie docieka pobudek, pomału uczy się sztuki zaglądania pod maszkary. Chciałby kiedyś przedstawić Zoltanowi Ciri.

Po rozstaniu kompania nadybuje w lasach wędrujących chłopów, do niedawna jeńców zapędzonych przez Nilfgaardczyków do wyrębu cedrów; przed kilkoma dniami wyzwolił ich jakiś oddział, który rozbił strażników. Indagowani przez Jaskra, opowiadają o wojakach służących Białej Królowej, którzy gromią Czarnych i sami mówią o sobie, że są jako goryle na tyłach wrażych, a na piasku kreślą ich godło: romb. Jaskier rozpoznaje raut, godło Rivii, i nic z tego nie rozumie, bo armia Lyrii i Rivii została unicestwiona pod Aldersbergiem, a kraj okupuje Nilfgaard. Dopiero po czasie doznaje olśnienia: nie goryle, tylko gerylasi, partyzantka na tyłach wroga, zapewne sformowana z rozbitków lyrijskiej armii. Cahir potwierdza: o bitwie słyszał u Wiewiórek. Wieść uznają za pocieszającą, bo z Lyrijczykami można próbować paktować, choć Geralt wolałby się na rodaków nie napatoczyć.

Słowo „rodacy" wywołuje rozmowę o nazwiskach. Geralt wyznaje, że przydomek „z Rivii" wybrał sam, ciągnąc patyki z dźwięcznymi nazwami: klientom budzi zaufanie, a jego preceptor Vesemir uznał wcześniejszy pomysł, Geralt Roger Eryk du Haute-Bellegarde, za śmieszny, pretensjonalny i kretyński. Regis i Cahir bronią swych wieloczłonowych nazwisk jako prawdziwych; przy okazji Cahir prostuje, że miano Nilfgaardczyka przysługuje w Cesarstwie wyłącznie rdzennym mieszkańcom stolicy znad dolnej Alby, a jego ród wywodzi się z Vicovaro, czym rozbawia Jaskra, bo jeszcze wczoraj podskakiwał, gdy go zwać Nilfgaardczykiem. Milva dorzuca ponuro, że ją zawsze srodze źliło zdrabnianie Marii na Maję albo Marilkę, bo kto takie imię słyszy, ten zaraz duma, że wolno po tyłku klepać.

Prawda o Milvie wychodzi na jaw po południu tego dnia, który Geralt wspomina znad Jarugi. Wszyscy widzieli, że łuczniczka wymiotuje o świtach i co i rusz schodzi z siodła w krzaki, ale świadomie patrzył na to tylko Regis. Po długiej i głośnej rozmowie z Milvą w lesie wampir zwołuje kompanię do drwalskiego szałasu i oświadcza, że stanowią drużynę i ponoszą wspólną odpowiedzialność, choć najpewniej nie ma wśród nich tego, kto ponosi odpowiedzialność bezpośrednią: dziewczyna jest w dziesiątym tygodniu ciąży. Zażądała od niego silnie działającego środka, który uważa za remedium na kłopot, i jest zdecydowana. Cahir, czerwieniąc się, zastrzega, że w Nilfgaardzie o takich sprawach decyduje wyłącznie kobieta, ale jako brat trzech sióstr wie jedno: po tym leku Milva przez dziesięć dni nie usiedzi na koniu, trzeba więc najpierw znaleźć dla niej czyste łóżko. Regis pokazuje gotową buteleczkę z ciemnego szkła i mówi, że jeśli Milva poprosi ponownie, nie odmówi; patrzy przy tym na Geralta tak długo, aż wiedźmin rozumie, czego się od niego oczekuje, i wybucha, że kompletnie się do tej roli nie nadaje. Jaskier, któremu nikt niczego nie tłumaczy, podsumowuje z godnością, że są rzeczy, które rozumie się w lot albo nie zrozumie się ich nigdy.

Nocą Geralt siada przy maleńkim ognisku, które Milva rozpaliła z dala od szałasu. Łuczniczka zaczyna ostro: rozebrało głupią dziewkę na dziewczyńską modłę i z pożytku zrobiła się kłoda u nogi. Wiedziała o ciąży już w Brokilonie, bo driady poznały się na niej prędzej niż ona sama; liczyła, że zdąży wypić sporyszowy odwar, nim ktokolwiek wymiarkuje, a tymczasem za długo zwlekała i teraz gładko nie pójdzie. Gdy głos się jej łamie, Geralt obejmuje ją i twarda brokilońska łuczniczka zmienia się w drżącą, przerażoną dziewczynę, która opowiada mu wszystko. O czarnej osie znad rodzinnej rzeki, składającej jaja w żywą gąsienicę, i o tym, że czuje w sobie coś, co ją tak samo zeżre. O tym, że Maria płaci teraz za Milvę, która śmiała się na pobojowiskach, wyrywając trupom dobre strzały, i zdradą wodziła łowców skalpów pod strzały driad. I o czerwcowej nocy na Wypalankach, gdy prowadziła do Brokilonu niedobitki komanda: osaczeni, pewni śmierci, usłyszeli od elfki słowa „En'ca minne", maleńko miłości, bo tylko tak można zwyciężyć strach; Milva położyła się wtedy opodal niej i do dziś nie zna nawet imion elfów, z którymi dzieliła tamtą noc, a dwóch z nich i tak zginęło o świcie przed brzegiem Wstążki. Wie natomiast, po co naprawdę pojechała z wiedźminem, i Geralt kończy tę myśl za nią: wyruszyła ratować cudze dziecko, by spłacić dług, który dopiero zamierzała zaciągnąć. Cudze dziecko za własne. Odpowiada jej, że są rzeczy bezcenne, których nie sposób spłacić, i że on jej pomóc nie potrafi, na co Milva, nagle spokojna, mówi, że właśnie pomógł, i prosi, by odszedł, nim do końca rozwali jej świat. O brzasku rusza przodem pogodna i uśmiechnięta, pogwizdując do lutni Jaskra, a Regis pokazuje Geraltowi ciemną buteleczkę i ciska ją w krzaki. Wiedźmin milczy.

Milczy, ale zmienia plan. Na postoju komunikuje Regisowi sucho: nie jedziemy przez Ysgith. Chce uratować Ciri, ale nie za każdą cenę, a już na pewno nie za tę; zamiast przez trzęsawiska przeprawią się na prawy, nilfgaardzki brzeg Jarugi, pojadą w górę rzeki daleko za bagna i przeprawią się ponownie na wysokości Caed Dhu, w razie czego tylko we dwóch, bo Regis przy pełni przeleci nad wodą jako nietoperz. Wampir przygląda mu się długo, wylicza racjonalne kontrargumenty, po czym mówi tylko, że Geralt jest dziwnym człowiekiem, i akceptuje. Reszcie kompanii mają nie mówić ani słowa. Prom znajduje się szybciej, niż ktokolwiek liczył: przemytniczy, chytrze zamaskowany wśród wierzb, z przewoźnikiem, którego Milva wywleka z chaszczy za kołnierz, i pomocnikiem o barach waligóry i twarzy patentowanego idioty. Przewoźnik zaklina się, że na nilfgaardzki brzeg nie popłynie, bo wojenny czas, ale argumenty Milvy, Cahira i Regisa, z sugestią, że prom i tak popłynie, tylko bez niego, okazują się nie do odparcia.

Przeprawa zaczyna się niemal radośnie: wiatr na płani, wyraźny etap podróży, nawet głupawy pomocnik pogwizduje. Wtedy na opuszczonym właśnie lewym brzegu wyrastają dwie setki konnych i przewoźnik z pomocnikiem, pewni, że to Czarni, przerąbują toporami linę przeprawy, nim Jaskier zdąży krzyknąć, że rozpoznaje znaki: orły i rauty, godła Lyrii. Uwolniony prom rusza z prądem w dół rzeki, a lyrijscy partyzanci, dla których był jedyną drogą ucieczki za Jarugę, ślą za nim wycie i strzały; dwie lecące na Jaskra Geralt odbija mieczem, pierwszy raz w życiu obie. Chwilę później na prawym brzegu czernieje setka jeźdźców w czarno-zielonych płaszczach na koniach w okularowych uzdach i prom bierze w dwa ognie to, przed czym uciekał każdy z brzegów. Nilfgaardzka strzała przeszywa pomocnika na wylot, koń Cahira wyskakuje ranny za burtę, a czarnopióra brzechwa trafia Regisa prosto w pierś. Milva wpada w zimną furię: sypie brzechwy pod nogi i szyje strzałą po strzale bez jednego chybienia, aż Nilfgaardczycy cofają się w las, zostawiając w trzcinach zabitych; oficera w hełmie z kruczymi skrzydłami zdejmuje z kulbaki strzałem dociągniętym do ust. Za jej plecami Regis spokojnie prosi, by chwycili za żerdzie, i pokazuje wyjętą z piersi strzałę: sądzili, że można mu wyrządzić krzywdę byle kawałkiem patyka?

Rzeka niesie ich w dół, ku Czerwonej Bindudze, gdzie drewniany most spina oba brzegi, a przy prawym przedmościu trwa właśnie bitwa: na broniących bindugi żołnierzy w białych jakach z czerwonym rautem spada nilfgaardzka wataha. Gdy prom zbliża się do mostu, obsadzają go lyrijscy kusznicy i mimo wrzasków Jaskra, że swoi, dają salwę. Bełt przeszywa przewoźnika, grad pocisków masakruje konie: pada karosz Milvy i gniady Regisa, a postrzelona w kłąb Płotka staje dęba, wyskakuje za burtę i znika w rzece. Prom wrywa się w łachę pod mostem i wtedy Geralt widzi, że Milva gramoli się przez burtę przerażająco wolno, z nogawką ciemniejącą od krwi. Nie dostała bełtem: roni. Regis każe lać sobie eliksir na ręce i ratuje jej życie, a Milva, po której policzku płynie łza, prosi tylko, żeby wiedźmin przy niej był.

Uratować całą kompanię może już tylko jedno. Nilfgaardczycy przełamują obronę przedmościa i lada chwila wedrą się na most, którym pierzchają w panice niedobitki; Cahir, który dowodził już wojskiem, wskakuje na dyle i rykiem oraz pięścią zatrzymuje uciekających, a Geralt z Jaskrem sekundują. Zebrana mostowa armia rusza za nimi na przedmoście, prosto na kontruderzenie jazdy w czarnych płaszczach ze srebrnymi skorpionami na rękawach. Geralt stawia Cahirowi sprawę uczciwie: może iść z nim albo stanąć po stronie swoich, ale tu chodzi o Milvę. Idę z tobą, mówi Cahir. I tak dwaj towarzysze, wiedźmin i Nilfgaardczyk, ryczą dziko i skaczą razem w nierówny bój, w swój chrzest ognia: chrzest wspólnej walki, wściekłości i śmierci, nie wiedząc, że nie umrą tego dnia na tym moście, bo obu przeznaczona jest inna śmierć, w innym miejscu i czasie.

Bitwa na bindudze jest niczym, co Geralt zna: żadnego fechtunku, tylko chaotyczna rąbanina w ścisku, w którym żołnierze osłaniają przypadkowego dowódcę i robią mu miejsce do cięcia. Zdobyty od Zoltana sihill tnie kolczugi jak wełnę, wiedźmin biegnie po balustradzie mostu, siekąc zdumionych przeciwników, a przyparci do sągów obrońcy, w większości krasnoludzcy najemnicy, walczą w pierścieniu okrążenia. Gdy podpalona barykada z sosnowych konarów odcina drogę, Geralt składa palce w Znak Aard i choć od tygodni nie brał eliksirów, gorejący stos eksploduje; przez ogień, który miał go oczyścić, a zwyczajnie pali mu włosy i twarz, przechodzi z myślą, że miał iść w płomienie dla Ciri, a idzie w bitwie, której w ogóle nie rozumie. Cahir tymczasem zdobywa konia i rąbie na flance, aż dopada go jeździec bez hełmu, wstrzymuje cios nad obalonym i krzyczy ze zdumieniem: Cahir aep Ceallach! Morteisen, stary znajomy ze skorpionem na naramienniku, nie zdąża powiedzieć nic więcej, bo krasnoludzki najemnik wbija mu rohatynę w brzuch, a drugi dobija go oszczepem w gardło. Chwilę później coś bardzo ciężkiego trafia Geralta w krzyże; padając, słyszy triumfalny ryk, widzi pierzchających w las Czarnych i huczący pod kopytami most, po którym z lewego brzegu nadciąga konnica pod sztandarem z orłem w otoku czerwonych rautów. Tak kończy się wielka bitwa o most na Jarudze, której późniejsze kroniki nie poświęcą najmniejszej wzmianki.

Opatrujący wiedźmina felczer melduje, że most został zniesiony, pościg z tamtego brzegu nie grozi, a jego druhowie i niewiasta są bezpieczni; na pytanie o chorągwie odpowiada zdumiony, że przecież walczyli dla armii Lyrii, pod czarnym orłem lyrijskim i czerwonymi rautami rivskimi. Gdyby nie udzierżyli mostu, Nilfgaard wyciąłby na tamtym brzegu wszystkich w pień, z królową włącznie. Po chwili królowa staje przed Geraltem osobiście: Meve, władczyni Lyrii i Rivii, kobieta o siwych włosach jasnych niemal jak jego własne, przyciskająca do ust zakrwawioną batystową chusteczkę, bo w bitwie, w której biła się w pierwszej linii, ktoś walnął ją prosto w gębę i wybił kilka zębów. Seplenąc i spluwając krwią, wypytuje bohatera obrony mostu o imię; Geralt, mając dość wszystkiego, odpowiada zgodnie z prawdą: Geralt. Znikąd. Nie pasowany. Meve wyciąga miecz i każe mu klęknąć, a stojący u jej boku rycerz Odo w fioletowym płaszczu recytuje za bezzębną monarchinię formułę: za bezprzykładne męstwo w boju za słuszną sprawę Meve, królowa Lyrii i Rivii, pasuje go na rycerza. Po krótkiej naradzie o predykacie królowa dodaje z błyskiem w oku: trzymał most wespół z wojakami z Rivii, tak mu wyszło, niech więc jej wyjdzie nadać mu za to predykat. Geralt z Rivii. Ha, ha. Pasowany rycerz Geralt z Rivii kłania się głęboko, żeby suzerenka nie dostrzegła gorzkiego uśmiechu, nad którym nie umie zapanować. Nad Jarugą, między palami przełamanego mostu, dogasa zmierzch, którym kończy się ta część opowieści.

„Itlina, właściwie Ithlinne Aegli córka Aevenien, legendarna elfia uzdrowicielka i wróżbitka, słynąca z proroctw, do których dopisywane przez wieki komentarze i klucze dopasowywały tekst do bieżących wydarzeń. Dziś uważana przez licznych badaczy za postać legendową, a jej proroctwa za współcześnie sfabrykowany apokryf i przebiegłe literackie szalbierstwo (Encyclopaedia Maxima Mundi).”

Co warto zapamiętać z tego rozdziału

  • Bitwa o most na Jarudze: Przeprawa przez Jarugę, którą Geralt wybrał zamiast trzęsawisk Ysgith, kończy się w samym środku cudzej bitwy. Porwany prom, wzięty w dwa ognie przez lyrijskich partyzantów i Nilfgaardczyków, wrywa się w łachę pod mostem przy Czerwonej Bindudze, gdzie omyłkowa salwa lyrijskich kuszników zabija konie kompanii, a Milva roni dziecko i życie ratuje jej Regis. Ponieważ ranna nie może uciekać, Cahir z Geraltem zatrzymują panikę pierzchających z mostu żołnierzy i stają na czele kontrataku: to ich wspólny chrzest ognia, w którym Nilfgaardczyk tnie swoich, a wiedźmin Znakiem Aard rozbija płonącą barykadę i przechodzi przez ogień w bitwie, której w ogóle nie rozumie. Obrona mostu, wsparta odsieczą konnicy spod znaku orła i czerwonych rautów, ocala przyparty do rzeki korpus królowej Meve; sam most zostaje po bitwie zniesiony, a późniejsze kroniki nie poświęcą całej batalii najmniejszej wzmianki.
Zobacz ten rozdział na mapie

📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.