atrament na mapieOpis ogólny, bez zdradzania fabuły.
Krasnolud o szerokiej gębie i jeszcze szerszym repertuarze przekleństw, przywódca wędrującej kompanii, w której oprócz czterech rodaków idzie gnom Percival Schuttenbach. Za pasem nosi toporek, którym rzuca celnie na kilkadziesiąt kroków, a na plecach sihill, znakomity mahakamski miecz w lakowej pochwie omotanej skórkami pręgowanych kotów. Na ramieniu wozi kupioną za dziesięć talarów zieloną zamorską papugę, Feldmarszałka Dudę, ptaka mądrego, ale nieobyczajnego. Rubaszny i praktyczny, kocha grę w gwinta, głośny śpiew na przekór złym czasom i filozofię dobra konkretnego: skoro całemu światu pomóc nie sposób, pomaga się sobie i swojemu bezpośredniemu otoczeniu.
Przeglądasz bez zakładki, więc widzisz pełną opublikowaną biografię.
Przed wojną Zoltan mieszkał w Cintrze, gdzie nasłuchał się opowieści o Dziecku Niespodziance i białowłosym wiedźminie, któremu ją przeznaczono. Gdy Nilfgaard przekracza Jarugę, prowadzi swoją kompanię z okolic Dillingen na wschód, ku rzece Inie, za którą spodziewa się temerskich wojsk; po drodze przygarnia wyrżniętą przez najeźdźców gromadę uciekinierek z Kernow i odtąd dostosowuje tempo marszu do kobiet z dziećmi, bo zostawiać ich na łasce losu nie zamierza. Na zasłanym trupami gościńcu w Brugge wita śpiewem Geralta, Jaskra i Milvę i proponuje wspólną drogę; do furgonu po zabitej kupcowej jak ulał pasuje koło, które dzień wcześniej kazał taszczyć przez las, wietrząc okazję. Szybko rozszyfrowuje, kim jest milczący biały wilk, bo gadatliwy poeta wyśpiewał wszystko, i radzi mu po swojemu: świat się nie odmienił, wiedźmin też nie, więc niech przestanie się gryźć. Przy sadybie dotkniętej czarną ospą oddaje Geraltowi własny sihill na rozprawę z maruderami, a uciekającego niedobitka ściąga z konia rzutem toporka.
Na Starej Drodze Zoltan wyrzeka na ludzi, którzy krasnoludzki trakt rozebrali na kamień jak marmoladę z pączka, i przesiada się na cisawego ogiera po Cahirze, gdy ten dogania kompanię bez jeźdźca. Po katastrofie wozu nad rzeczką O zarządza rozdział: czterej krasnoludowie zostają zakopać sepety bez śladu, reszta idzie dalej. Przyznaje się bez krygowania, że zabłądził wśród jarów, a na Fen Carn, zawstydzony, że pod zapowietrzoną sadybą stchórzył, tym razem nie puszcza Geralta samego na ghula; napis na swoim sihillu tłumaczy zgodnie z prawdą, że życzy skurwysynom pohybla. Podejrzliwość wobec pachnącego apteką topi w jego mandragorowym destylacie, przy którym wygłasza tyradę o staroście Mahakamu Brouverze Hoogu, wolności i o tym, że to stal, której nie ośmieli się tknąć nikt, z Nilfgaardem włącznie. Gdy rozwiązany skopolaminą wygaduje cel wyprawy, Zoltan z kamienną twarzą zapewnia, że nic nie słyszał, bo skorek wlazł mu do ucha.
Zoltan schodzi z Fen Carn z jesionową lagą, którą wali w menhiry, życząc umarłym elfom wiecznego odpoczynku, a chłopskim łowcom wampira omal nie wygaduje, że kompania ma w składzie wiedźmina. W obozie nad Chotlą, na widok zdzierstwa i chłopa frymarczącego córką, wygłasza gorzkie proroctwo, że wśród ludzi selekcja pozwala przetrwać największym skurwysynom, delegacji żądającej za Chodaka koni pokazuje toporek, a na procesie czarownicy zimno rozpoznaje w „kociej kości" kość sójki albo gołębia. Do sądu bożego staje na topory, a po podkowę gotów sięgać gołą ręką, bo pracował w hucie; wyręcza go Regis. Za to w panice szturmu krasnolud dokańcza ordalium po swojemu: z pomocą starosty Laabsa i Percivala wrzuca kapłanowi obcęgami rozpaloną podkowę w gacie, po czym znika w tratującym wszystko tłumie.
Kompania Geralta odnajduje Zoltana po głosach karciarzy na cedrowym wyrębie w Angrenie: krasnolud gra w gwinta z resztą kompanii, pomniejszoną o Caleba Strattona, który zginął, gdy Czarni dopadli ich nad Iną. Po drodze Zoltan zdążył przygarnąć kolejnych podopiecznych, w tym poparzoną dziewczynę odwiązaną od podpalonego wozu po sądzie nad Chotlą; na uwagę o niepoprawnym altruizmie odpowiada, że każdy ma jakieś wady. Przy rozstaniu, gdy kompania krasnoludów skręca ku niebieszczącemu się na północy Mahakamowi, oddaje wiedźminowi swój sihill i prosi, by płatnął nim choć jednego krzywdziciela Ciri za Caleba. A żeby Geralta nie zwiodły ładne pozory, wyznaje nieproszony, że zakopane nad rzeczką O sepety to łup z obrobionego pod Dillingen havekarskiego kupca, który może i skapiał w rowie: niech wiedźmin wie, że podaje rękę złodziejowi, rabusiowi, a może i mordercy. Geralt podaje mu ją bez wahania.
Wiosną wojny Zoltan służy w Mahakamskim Ochotniczym Hufie i siedzi przy oficerskim stole „Pod Misiem Kudłaczem" w Wyzimie, gdy Dennis Cranmer przyprowadza wygłodzonego Jarrego. Upomina chłopaka, by nie żarł na chybcika, i trzeźwo tłumaczy koniunkturę: po wygranej pod Mayeną ochotnicy walą drzwiami i oknami, ale pęd ustanie, gdy rozejdzie się wieść o idącym w górę Iny wojsku Coehoorna, zostawiającym za sobą ziemię i wodę. Gdy Sheldon Skaggs przygaduje, że cintryjskich dezerterów „wezwała cesarzowa Ciri", a oznajmia, że zna tę dziewczynę i że całe małżeństwo z cesarzem to mistyfikacja, Zoltan warczy na sceptyka i twardo staje po stronie Zigrina: w przeznaczenie wierzy i ma po temu powody, choć głośno ich nie wymienia.
Pod Brenną Zoltan walczy w okrążonym czworoboku Ochotniczego Hufu, który z pieśnią bojową Mahakamu przemaga w końcu impet Nilfgaardu. Po bitwie stoi z kusznikami nad młaką przy rzeczce Chotli, gdzie ugrzęzła w bagnie grupka uciekających Czarnych. Jeden z nich, w hełmie wgniecionym końskim kopytem, bełkocze coś przez wybite zęby; Zoltan pyta tylko Munra, czy widzi haft na jego płaszczu. Srebrny skorpion Daerlańczyków, tych samych, którzy dopadli krasnoludów nad Iną. Pada okrzyk „za Caleba Strattona!" i bełty kończą sprawę; ani Zoltan, ani nikt z kompanii nie dowie się nigdy, że w cudzym daerlańskim płaszczu utopili w Chotli marszałka polnego Menno Coehoorna, głównodowodzącego wszystkich armii Cesarstwa.
Po wojnie Zoltan zakłada w Novigradzie hamernię parową do spółki z Figgisem Merluzzo i Munro Bruysem, a nadto jest po słowie z Eudorą Breckenriggs, której nazwisko Yarpen uparcie przekręca na Brekekeks; ślub planowany jest może na wrzesień, o ile w takich czasach można cokolwiek planować. W gospodzie „U Wirsinga" w Rivii wznosi toast za Milvę, Nilfgaardczyka Cahira, Regisa i nieznaną mu Angoulême, opowiada o śmierci nad Jarugą i pod Mayeną i nie przyjmuje zwrotu podarowanego . Gdy wybucha , chce biec do ginących braci i daje się zamknąć w piwnicy dopiero na argument, czy chce, by Eudora owdowiała przed ślubem; potem i tak rusza z toporem na odsiecz. Przy przysiągłby, że wiedźmina pomaga mu dźwigać .
Każdy prowadzi do streszczenia rozdziału, w którym się wydarzył.
r. 35Spotkanie kompanii Zoltana: Na zasłanym trupami gościńcu w Brugge, przy rozbitej kolumnie kupieckiej Very Loewenhaupt, Geralt, Jaskier i Milva słyszą rzecz w pejzażu wojny niemożliwą: wesoły śpiew. Tak wita ich maszerująca od Dillingen kompania Zoltana Chivaya: pięciu krasnoludów, gnom Percival Schuttenbach, klnąca papuga Feldmarszałek Duda i gromadka przygarniętych uciekinierek z Kernow. Zoltan proponuje wspólny marsz za front: duktami do wzgórz Turlough, potem Starą Drogą ku rzece Chotli i Inie, za którą powinny stać temerskie wojska. Umowa staje i wokół wiedźmina, który przysięga, że żadnej kompanii nie chce, zaczyna się zbierać kompania.r. 36Spotkanie na Fen Carn: Na przymusowym noclegu wśród kurhanów Fen Carn kompania rusza w pełnię księżyca na łowy na ghula, którego wypatrzył Percival, ale wiedźmiński medalion Geralta ani drgnie, a zamiast trupiego odoru w powietrzu wisi zapach szałwii i anyżu. Z jamy pod dolmenem wychodzi Emiel Regis, cyrulik z Dillingen, który na cmentarzysku spędza każde lato przy zbiorach rosnącej tu masowo mandragory. Nocna gościna w jego chatce, z krążącą menzurką mandragorowego destylatu, kończy się rozmową o wojnie i decyzją: odcięty od domu cyrulik rusza dalej razem z kompanią Zoltana Chivaya. Wokół wiedźmina, który kompanii mieć nie chciał, robi się coraz tłoczniej.r. 37Rozbicie obozu nad Chotlą: Krzyk „Nilfgaard!" zamienia obóz zbiegów nad Chotlą w pandemonium: tratujący się tłum rozdziela kompanię, porywa ze sobą Milvę i grzebie Geralta pod drabiną i workami mąki, a kopnięcie końskiego kopyta w głowę odbiera wiedźminowi przytomność. Przez obóz przetacza się starcie temerskiego kontruderzenia z nilfgaardzkim podjazdem: gdy Geralt się ocyka, obozowisko jest dymiącą ruiną, konni strzelcy z liliami Temerii spędzają ocalałych i obdzierają poległych w czarnych płaszczach, a po Zoltanie, Percivalu, Regisie i Milvie nie ma śladu. Ból tratowanego wiedźmina, zmiażdżoną głowę i kolano, czuje przez sen Ciri w jaskini daleko na południu.r. 37Sąd boży nad Chotlą: W obozie zbiegów nad Chotlą wędrowny kapłan urządza proces upośledzonej dziewczyny, oskarżonej o zmowę z wampirem, i po kompromitacji „dowodu" z ugotowanego kota (którego Percival wskazuje żywego na wozie) ogłasza sąd boży: kto wyjmie z ogniska rozpaloną do białości podkowę i nie zdradzi śladu oparzeń, dowiedzie niewinności oskarżonej. Na obrońców zgłaszają się Geralt, Zoltan i Milva, lecz ubiega ich Emiel Regis: cyrulik spokojnie wyjmuje podkowę gołą ręką, odnosi ją kapłanowi i pokazuje tłumowi zdrową, nietkniętą ogniem dłoń. Wyrok jest jednoznaczny, dziewczyna i jej obrońcy są niewinni, a wyjącemu o diabelskiej sztuczce kapłanowi Regis przypomina chłodno, że podważanie wyniku ordaliów to podobno herezja.r. 59Bitwa pod Brenną: Największa i najkrwawsza bitwa tej wojny, zapowiadana od dawna batalia „może największa w historii". Marszałek Menno Coehoorn, chcąc przeciąć drogę armii idącej z odsieczą Mayenie, rozdziela Grupę Armii „Środek" i z czterdziestoma sześcioma tysiącami wyborowej jazdy wymusza starcie na błoniu pod Brenną, nad rzeczką Chotlą. Bitwę rozstrzygają kolejno: tchórzliwy patrol, który nie wykrył nadciągającej odsieczy, twardość temerskiej piechoty, o którą rozbija się dywizja „Alba", morderczy marsz okrążonego czworoboku krasnoludów Barclaya Elsa i kondotierów Julii Abatemarco ku Złotemu Stawowi, szarża odsieczy Blenheima Blenckerta z okrzykiem „Redania!" oraz wyzimscy pikinierzy wojewody Bronibora, którzy własnymi piersiami zamykają lukę przed flankowym zagonem „Nauzicai" i Daerlańczyków. Cesarstwo traci czterdzieści cztery tysiące ludzi, kwiat kawalerii i niemal wszystkich wodzów; uciekającego w cudzym płaszczu Coehoorna dosięgają nad Chotlą bełty krasnoludzkich kuszników, mszczących Caleba Strattona. Ginie też wojewoda Bronibor, hrabia de Ruyter i wiedźmin Coën, a Jarre płaci za swoje „stać jak mur" lewym przedramieniem. Marsz Cesarstwa na północ zostaje ostatecznie złamany, a mądrze wykorzystane owoce wiktorii ruszają lawinę, która odmienia losy całej wojny.r. 63Odpłynięcie we mgle: Nad konającym po pogromie Geraltem zawodzi magia Yennefer, która wyczerpuje się do utraty przytomności, a Ciri gorzko wypomina sobie wyrzeczenie się mocy na pustyni. Znad Loc Eskalott wychodzi wtedy na ląd gęsta mgła, a z niej wyłania się Ihuarraquax, biegnący po powierzchni jeziora, jakby na niego czekano. Ciri dotyka płonącego rogu jednorożca, jej oczy rozjarzają się mlecznym żarem i ku wiedźminowi płynie z jej palców wstęga żarzącej się jasności; nikt z patrzących nie umie potem ocenić, jak długo to trwało, bo wszystko jest nierealne jak sen. Jednorożec wskazuje rogiem czekającą pod wierzbami łódź. Rannych składają w niej żywi, którym zmysły podpowiadają, że pomagają im umarli: Jaskier czuje bark Cahira i widzi warkocz Milvy oraz dłonie Angoulême, Zoltan przysiągłby, że dźwiga z nim Caleb Stratton, Yarpen widzi braci Dahlbergów, a Triss czuje perfumy Lytty Neyd i widzi żółtozielone oczy Coëna. Ciri prosi Triss o przeproszenie pań z Montecalvo, bo nie może zostać, gdy Geralt i Yennefer odchodzą; na pytanie, czy jeszcze się zobaczą, odpowiada „na pewno", i oboje z Triss wiedzą, że to kłamstwo z litości. Łódź odpływa bez plusku i niknie we mgle, pieje kogut, a nad brzegiem zostają słowa: coś się skończyło, coś się zaczyna. Geralt budzi się potem obandażowany w sadzie pod ciężkimi od jabłek gałęziami, przy nim czuwa Yennefer, która obiecuje nigdy już go nie opuścić, i żadne z nich nie wie, gdzie właściwie są. Ciri, opowiedziawszy całą historię Galahadowi nad zaczarowanym jeziorem, rusza z nim ku Kamelotowi, dłoń w dłoni, wprost w zachodzące słońce; bo nie ma takiego świata, w którym nie byłoby zajęcia dla wiedźminki.r. 63Pogrom w Rivii: W kilka dni po czerwcowym nowiu iskra rzucona na rivskim bazarze, wedle oficjalnej wersji obraza młodej szlachcianki Nadii Esposito przez krasnoludzkiego przekupnia, rozpala bitkę, która w mgnieniu oka przeradza się w rzeź i zmasowany atak ludności na dzielnice nieludzi; późniejsi badacze będą pytać, skąd w kilka minut wzięły się wozy z rozdawaną bronią i kim byli nieznani nikomu prowodyrzy. W niecałą godzinę ginie sto osiemdziesiąt cztery osoby, blisko połowa to kobiety i dzieci. Geralt, który chwilę wcześniej ogłosił koniec swojego wiedźmiństwa i zwrócił sihill, zdejmuje miecz znad komina gospody „U Wirsinga" z zapowiedzią, że to już naprawdę ostatni raz, i staje w obronie mordowanych, tnąc szeroko, by kaleczyć, nie zabijać. Rozczochranemu młodzikowi błagającemu o litość daruje życie, a ułaskawiony zrywa się i wbija mu w brzuch trójzębne widły. Do miasta docierają w tym czasie Yennefer, Ciri i Triss; kamienowana Yennefer pada bez przytomności, a Triss, która pod Sodden mdlała ze strachu, łamie w sobie tchórzostwo na zawsze: z kupy kompostu, którą legenda nazwie Rivijskim Wzgórzem, sprowadza na miasto niszczące gradobicie, jakiego nikt po niej nie zdoła powtórzyć. Grad chłodzi gorące głowy, spóźnione wojsko rozpędza motłoch i nad Rivią rozpina się tęcza, pod którą na skrwawionym bruku kona wiedźmin.