Ciri wyjeżdża z portalu na płaskowyż, który wygląda jak skamieniałe morze: wśród garbów i grani leżą dziesiątki wraków okrętów, galer, karaweli i drakkarów, jedne świeże, inne od stuleci rozsypane w deski, niektóre z załogami kościotrupów wciąż zaklinowanych w wantach. Nad granią przepaści, na dnie której leży szare jak rtęć jezioro, czernieje warownia wtopiona bastionami w pionową skałę: zamek z gobelinu, do którego prowadziła Brama Światów. Chmary czarnych ptaków zrywają się na widok jeźdźca i wracają na maszty; ptaki szybko pojmują, że to nie one powinny się bać. Ciri uspokaja tańczącą Kelpie zmienionym głosem: to koniec drogi, właściwe miejsce i właściwy czas.
Pod wieżą bramną robi się ścisk, bo dziewczynę z blizną i mieczem na plecach poznają ci, którzy widzieli ją na lodzie: Boreas Mun i Dacre Silifant, a nowo zwerbowani najemnicy Skellena tylko o niej słyszeli. Boreas, sam nie wiedząc czemu, podtrzymuje jej strzemię; na jego przestrogę, że to zamek Stygga i że na jej miejscu uciekałby jak najdalej, Ciri odpowiada, że przyjechała po Yennefer i po swoje przeznaczenie. Skellen bez słowa każe ją prowadzić. Silifant kwituje z przekąsem, że Puszczyk z czarownikiem i Bonhartem złupią z niej teraz skórę cienkimi paskami, na co Boreas warczy, że skoro służą u rakarzy, sami nie są lepsi. Gdy na blanki, gzymsy i rzygacze bezgłośnie zlatuje się czarne ptactwo, a któryś z najemników bąka, że wietrzy śmierć i ścierwo, Silifant powtarza machinalnie, że wyjścia nie mają. Boreas, patrząc na ptaki, odpowiada cicho: może pora, byśmy mieli.
W halli pod gwiaździstym sklepieniem czekają wszyscy, których Ciri się bała. Pijany Bonhart unosi ją za kubrak do wysokości swych rybich oczu i charczy, że piekło musiało być naprawdę straszne, skoro wolała jego; obiecuje, że w tym zamku wypuści jej krew z żył. Przerywa mu Vilgefortz, gospodarz, w którego twarzy coś się strasznie zmieniło: lewe oko, znacznie mniejsze od prawego, miota się i mruga w sinym oczodole jak dzikie. Czarodziej wita „pannę Cirillę z Cintry, córkę Pavetty, wnuczkę Calanthe, potomkinię Lary Dorren" z szyderczą kurtuazją, po czym rozwiewa złudzenia: zamek wibruje od wrogiej magii, która pełza po wnętrznościach i ślimaczy się po mózgu, więc nie ma ucieczki ani teleportem, ani szczególnymi zdolnościami. Wie, dokąd Ciri uciekła z jeziora, wie, jak dostała się tutaj, i zazdrości jej talentu, którym będzie „musiała" się podzielić. Ciri, dławiona magicznie na oczach wszystkich, wykrztusza swoją ofertę: przyszła sama i odda się dobrowolnie w zamian za wolność Yennefer. Bonhart ryczy śmiechem i zamachuje się nahajką, którą Vilgefortz jednym niedbałym gestem wytrąca mu z ręki, wygłaszając przy okazji wykład o obowiązkach gościa, który nie bije i nie gwałci, dopóki nie skończy gospodarz. Ofertę odrzuca: do tego, co zamierza zrobić, gwałt i przymus są nieodzowne, bo na to Ciri nie przystałaby nigdy. Próba dobycia Jaskółki kończy się upadkiem na kolana i torsjami; miecz podnosi ktoś z pachołków, a czarodziej każe wlec dziewczynę prosto do laboratorium.
Laboratorium przypomina to ze świątyni Melitele, z blaszanymi stołami, retortami i zapachem eteru, tyle że pośrodku stoi stalowy fotel o sadystycznie oczywistym kształcie, a wokół krzątają się ogoleni na łyso akolici w bieli. Vilgefortz, układając na stole instrumenty, wykłada swój plan z lubością: Ciri jest dla niego kluczem do władzy nad wszystkimi miejscami i czasami powstałymi po Koniunkcji, a mistycy, którzy śledzili jej gen i wróżyli potęgę jej dziecku lub dziecku jej dziecka, mylili niebo z gwiazdami odbitymi w stawie. Prawda jest organicznie prozaiczna: ważna jest krew, w absolutnie dosłownym znaczeniu. Pokazuje jej półstopową szklaną szpryckę z wygiętą kapilarą i oznajmia zimno, że zostanie rozebrana, posadzona na fotelu i zapłodniona, półprzytomna od podawanych dożylnie eliksirów; dziecka jednak nie urodzi, bo jemu potrzebna jest wyłącznie krew łożyskowa, a placentę wyjmie, gdy tylko się wykształci. Gdy Bonhart błyska zębami, że powinna na to patrzeć „ta suka Yennefer", Vilgefortz z aprobatą każe przyprowadzić czarodziejkę, quasi-matkę, która wszak winna asystować przy misterium; propozycję łowcy, by zapłodnienia dokonać „po bożemu", ucina chłodnym „nie można by". Ciri, z której zaczynają zdzierać ubranie, wrzeszczy tak, że dzwonią naczynia. I nagle wrzaskiem oraz alarmem odpowiada jej cały zamek Stygga.
Na dziedzińcu wartownik Zadarlik wydrapuje tylcem runki gnój spomiędzy kamieni i wieszczy kamratom biedę: czarne ptactwo to zły omen, młódka na karej klaczy jeszcze gorszy, a sam Puszczyk podobno nie jest już koronerem, tylko wywołańcem, na którego cesarz okrutnie cięty. Nowy najemnik pociesza, że cesarzowi nie stanie czasu, bo gdzieś na północy była walna bitwa i Nordlingowie zbili cesarskich na łeb, na szyję. Boreas Mun, który z własnej woli został przy bramie, byle nie słyszeć krzyku dziewczyny z górnego zamku, czuje nagle przenikliwy zapach szałwii, mięty i tymianku: obok stoi uśmiechnięty, szpakowaty jegomość przypominający poborcę podatków i uprzejmie prosi o otwarcie bramy, „tak naprawdę będzie lepiej". Wartownicy sztywno, jak automaty, zdejmują belkę i rozwierają wrzeciądze. Na dziedziniec z hukiem podków wpada czwórka jeźdźców: białowłosy z migającym jak błyskawica mieczem, jasnowłosa kobieta napinająca łuk w biegu konia, młoda dziewczyna, która zamaszystym cięciem krzywej szabli rozwala skroń Zadarlika, i rycerz w hełmie ze skrzydłami drapieżnego ptaka. Geralt powstrzymuje Cahira przed zabiciem Boreasa, a ten, sam nie wiedząc czemu, ostrzega ich przed ślepym międzymurzem i wskazuje właściwe schody na górny zamek: jeśli chcą zratować Panią Jeziora, muszą się spieszyć. Po chwili na dziedzińcu zostają tylko trupy, Boreas wsparty na drzewcu runki, którego nie może puścić, bo tak trzęsą mu się nogi, i gawrony kirem spowijające wieże.
Vilgefortz wysłuchuje zdyszanej relacji ze stoickim spokojem, choć zdradza go rozbiegane oko: odsiecz w ostatniej chwili to rzecz z kiepskich jarmarcznych przedstawień. Skellenowi, który wpada w panikę, że zamek atakuje wojsko Emhyra, każe zająć się sprawą osobiście i pokazać, ile warte jest wojsko wynajęte za jego złoto; sam z Bonhartem rusza za nim. Ciri obiecuje na odchodne, że wie, kto zjawił się z tą godną taniej farsy odsieczą, i że przemieni tę farsę w horror, po czym każe zakuć dziewczynę w dwimeryt i zamknąć w celi pod strażą odpowiadającą za nią głową.
Kompania tymczasem przebija się przez zamek. W sali pełnej rzeźb Angoulême z bojowym wrzaskiem strąca hełm ze stojącej przy drzwiach zbroi, którą wzięła za wartownika, i ryczy śmiechem z własnej pomyłki. Regis oznajmia, że bieganie na ślepo nie ma sensu, i „leci" na rekonesans, znikając, jakby zdmuchnął go wiatr. Na krużganku nad westybulem drużynę przygważdża grad strzał z galerii; grot przechodzi Angoulême przez mięsień ramienia. Gdy Geralt komenderuje skok pod ostrzałem, Milva wstaje z łukiem, prostuje się w strzeleckiej pozie jak marmurowa amazonka i zaczyna zdejmować łuczników strzała po strzale: pierwszy leci na ścianę, która rozkwita krwawym rozbryzgiem jak wielka ośmiornica, drugi runa jak szmaciana kukła, trzeci przewala się przez balustradę na płyty dziedzińca. Strzelcy padają na posadzkę i wtulają się w nią; kompania dopada arkady. Na galerię wychodzi już tylko jeden, niewysoki, śniady, z wytartym do połysku ochraniaczem na przedramieniu, i Milva od razu widzi, że ten mierzy dobrze. Podrzuca łuk i napina go płynnie, celując już w czasie napinania, z lotką strzały w kąciku ust.
W tym miejscu opowieść cofa się do zapadłej wsi w Górnym Soddenie, gdzie stary Barring uczy córkę strzelać: mocno, aż do buźki, oboje oczu otwarte, wstrzymać oddech. Ojca dusi coraz cięższy, rzężący kaszel, przez który wczoraj spudłował kozła i na obiad była tylko gotowana lebioda, której Maryjka nienawidzi tak samo jak głodu i nędzy. Barring wygaduje na dziewkę niedojdę, którą bogowie zesłali mu miasto syna, każe nie drygać przy spuszczaniu cięciwy i mierzyć szybko, a widząc, że mała jest bliska płaczu, mówi głucho: kocham cię, Maryjko. Zawżdy o tym pomnij.
Strzały padają niemal równocześnie. Grot Milvy wchodzi śniademu łucznikowi pod lewą pachę głębiej niż do połowy brzechwy, druzgocąc żebra, płuca i serce. Wystrzelona ułamek sekundy wcześniej czerwonopióra strzała trafia Milvę nisko w brzuch i wychodzi z tyłu, gruchocząc miednicę. Geralt i Cahir wywlekają łuczniczkę spod gradu strzał, ale kałuża krwi rośnie w mgnieniu oka; Angoulême wyje, żeby ciotka nie umierała. Maria Barring kaszle makabrycznie, mówi całkiem wyraźnie: ja też cię kocham, tatku. I umiera.
W laboratorium akolici i pachołkowie, rozwścieczeni kopniakami Ciri, biorą się do bicia; klęczącemu jej na piersi typowi o zielonozłotych oczach krew nagle sika strumieniami z ogolonej głowy i rozpętuje się piekło. Wśród żrącego dymu z mieszających się dekoktów miota się z niesamowitą prędkością kształt olbrzymiego nietoperza, zahaczani ludzie padają z wrzaskiem, a rozlane substancje buchają ogniem. Gdy fala gorąca rozwiewa dym, Ciri widzi na stalowym fotelu, tym przeznaczonym dla niej, szczupłego mężczyznę w eleganckiej czerni, który spokojnie ssie szyję przewieszonego przez kolano akolity. Bywają okazje, wyjaśnia Regis, zlizując krew z warg, gdy zwyczajnie nie można się nie napić. Przedstawia się jako druh wiedźmina Geralta, przybyły ją ratować; Ciri, dzielnie walcząc z szczękającymi zębami, odmawia odejścia z nim: gdzieś tu więziona jest Yennefer i to ją trzeba najpierw uwolnić. Prosi tylko, by ostrzegł Geralta, że w zamku jest Vilgefortz, potężny czarodziej.
Regis przekazuje ostrzeżenie nad ciałem Milvy. Geralt dzieli siły: wampir, który czuje w sobie siłę, jakby mógł cały ten zamek rozpieprzyć, ma z Cahirem i Angoulême przebić się na górne piętra i robić raban, odciągając uwagę; wiedźmin sam spróbuje odnaleźć Ciri lub Yennefer. Angoulême wstaje, ociera łzy i oznajmia, że pora skopać kilka dup.
Geralt znajduje szybciej, niż się spodziewał: zza załomu korytarza wpada na drabów wlokących zakutą w łańcuchy, wyrywającą się i klnącą jak tragarz portowy Yennefer. Jednego kładzie ciosem łokcia, ostatni, który przystawia czarodziejce nóż do gardła, nie wytrzymuje jego spojrzenia. Yennefer prostuje się dumnie: wiedziała, że przyjdzie. Geralt jednym nieuchwytnym dla oka cięciem sihilla rozcina łańcuch okowów, drugim, przy którym czarodziejka nawet nie drgnęła, zdejmuje jej z szyi dwimerytową obrożę, zostawiając jedną maleńką kropelkę krwi. Wyzwolona Yennefer wygląda przez moment jak tytanka sięgająca grzywą sklepienia; drabi odkładają broń i rejterują, mamrocząc, że z kimś takim niech się Puszczyk bije sam. Czarodziejka rzuca się wiedźminowi na szyję, po czym w jej oczach rozjarza się fioletowy żar: teraz Ciri. I Vilgefortz.
Po drodze Geralt rozpłatuje kusznika jak karpia i wycina zasadzkę kilkunastu zbirów z włóczniami, którym Yennefer pomaga ognistym grotem z dłoni. Wtedy pod zdobnym archiwoltą portalem staje Vilgefortz: jest pod wrażeniem techniki wiedźmina, a na wspaniałomyślną ofertę Yennefer, by oddał Ciri i darował się zdrowiem, odpowiada słupem ognia, który zamienia posadzkę w syczącą maź. Zaczyna się pojedynek, od którego trzęsie się cały zamek.
Na dole schodów Stefan Skellen zbiera meldunki, od których jego najemnikom włosy stają dęba: z łuków szyją tam niechybnie, demon w postaci wielkiego czarnego gacka urywa ludziom głowy, a Boreas Mun melduje, że widział młodego grafa Cahira aep Ceallach, który przecie nie żyje. Puszczyk, któremu przytomność wraca proporcjonalnie do strachu podwładnych, ogłasza gromko, że nie będą mieszać się do konfliktu sił piekielnych: demony niech walczą z demonami, a oni poczekają przy jedynych schodach wyjściowych i zobaczą, kto spróbuje nimi zejść. Każe napełnić żelazne kosze paliwem, a gdy żołdak z niedowierzaniem pyta, czy ma palić malowidłami, parska: sztuka umarła. W blasku płonących obrazów Boreas Mun patrzy i podejmuje ostateczną decyzję.
Ciri, wypuszczona z celi przez zamęt, błąka się w plątaninie korytarzy, które zna ze swoich snów. Drogę wskazuje jej siwa, zgarbiona sprzątaczka, szorująca właśnie zygzakowatą smugę krwi przy trzech trupach: oni nic, ino cięgiem brudzą, a ty sprzątaj i sprzątaj, czy będzie kiedy koniec temu. Nie, odpowiada głucho Ciri, nigdy; taki już jest ten świat. Chwilę później, gdy odważa się zawołać Yennefer po imieniu, z niszy wychyla się jak duch Bonhart. Przyduszą ją do muru, obmacuje i rzuca jej pod nogi Jaskółkę: wolałby na arenie, jako ukoronowanie pięknych przedstawień, ale musi poczuć, jak jej życie spływa mu po klindze. Pluje na czary, przepowiednie i losy świata; z niczym nie równa się przyjemność. Ciri, ziębnąc z trwogi, próbuje ucieczki w miejsca i czasy, ale zła aura zamku dławi jej moc: przenosi się ledwie na drugi koniec galerii. Ścigana rykiem łowcy, biegnie w stronę odgłosów walki.
W okrągłej sali z posągiem bogini o zakrytej twarzy drogę zastępują jej pachołkowie, a odwrót zamyka postać z jej najgorszych koszmarów: rycerz w czarnym płaszczu, w hełmie ze skrzydłami drapieżnego ptaka. Przez moment Ciri znowu widzi płonącą Cintrę i słyszy łopot skrzydeł czarnego ptaka, ale rycerz, zamiast zaatakować, rozpłatuje potężnym cięciem zbira, a wynurzająca się zza jego płaszcza jasnowłosa dziewczyna z krzywą szablą kładzie drugiego. Wspólnie z Angoulême, która przy zatrzaskiwaniu dębowych drzwi dostaje pchnięcie sulicą w udo, odpierają pogoń. Rycerz zdejmuje hełm: jestem Cahir Mawr Dyffryn, syn Ceallacha, przybyłem z Geraltem tobie na ratunek. Ciri pamięta jego ciemnobłękitne, miękkie jak atłas oczy z Thanedd. Na widok nadchodzącego korytarzem Bonharta każe im uciekać, bo ten diabeł wcielony chce tylko jej, ale Cahir kręci głową: jechał tu z końca świata, by ją odnaleźć, ocalić i obronić. Blef Ciri, że łowca trafił na wiedźmina, Bonhart obnaża jednym pytaniem, po czym rozchełstuje koszulę i pokazuje w pięści trzy srebrne medaliony: kota, gryfa i wilka. Cahir odsyła dziewczyny na pomoc Geraltowi; na słowa łowcy, że sam tego chciał, odpowiada głucho: nie, tak chce przeznaczenie.
Nim padnie rozstrzygnięcie, opowieść zagląda do Darn Dyffra, rodowego zamku Dyffrynów w Vicovaro, gdzie nad otwartą trumną poległego w Nazairze Aillila mężczyźni rodu odprawiają całodobową milczącą wigilię, a kobiety w odległym skrzydle spazmują i mdleją. Dziesięcioletni Cahir, najmłodszy z braci, jeszcze nie mężczyzna, błaznuje z krewniakami na murach i bije się na kułaki o to, czyj ojciec był najmężniejszy. Matka, Mawr, z twarzą opuchłą od płaczu tak, że syn się jej przeraża, przyciska go do podołka i każe zapamiętać ten dzień: braciszka zabili przeklęci Nordlingowie, których ma zawsze nienawidzić. Chłopiec, choć dziwi go rozpacz po chwalebnej śmierci wojownika i choć wie, że babka Eviva sama pochodzi z Nordlingów, przyrzeka z zapałem, że gdy będzie duży, pójdzie na wojnę i poucina im głowy. I dygocze z nienawiści do tych, którzy sprawili, że mama tak zbrzydła.
Pojedynek jest krótki. Cahir, który po pierwszym starciu wie, że z rybiookim nie ma szans, bo tamten jest za szybki i za silny, próbuje zwarcia i kolana w krocze, ale Bonhart trzykrotnym uderzeniem głowicy miecza odrzuca go od siebie. Cios rozwala Cahirowi skroń, policzek i usta, a cięcie z półobrotu, między szyję a obojczyk, kładzie go pod stopami marmurowej bogini, której cokół krew zbryzguje niczym pogańska ofiara.
Ciri i Angoulême nie odbiegają daleko. Rana w udzie jest zbyt wielka i zbyt blisko pachwiny, opaski uciskowe nie pomagają; dziewczyna, blada jak trup, siada ciężko na posadzce w rosnącej kałuży. Przedstawia się: jestem Angoulême, nie wierzyła, że Ciri odnajdą, ale poszła za Geraltem, bo za nim nie można nie iść. Pyta, czy Ciri, przecież królowa w Cintrze, weźmie ją w łaski i zrobi z niej hrabinę; prosi, żeby nie kłamać. Potem opiera czoło o ramię Ciri i mówi całkiem wyraźnie, że wiedziała, kurwa, że bordel w Toussaint był lepszym pomysłem na życie. Mija długa chwila, nim Ciri orientuje się, że obejmuje nieżywą dziewczynę.
Bonhart nadchodzi, przestępując nad ciałem Angoulême; junak, informuje, też już gryzie ziemię, a skoro nie miał medalionu, to znajdzie się w zamku ktoś noszący, pewnie gdzieś przy wiedźmie Yennefer. Najsampierw jednak oni dwoje i ich zaślubiny. Ciri rozumie, że przed nim nie da się już uciec, i przyjmuje walkę, którą prowadzi tak, jak uczono ją w Kaer Morhen: półkolem, płynnymi ruchami klingi mamiąc i hipnotyzując. Łowca kpi, że to na niego nie działa, i po pierwszej wymianie rozcina jej ramię. Cofając się, Ciri trafia na kraniec zrujnowanego skrzydła, gdzie z podłogi została tylko ażurowa krata belek nad przepaścią. Wstępuje na belkę; Bonhart rusza za nią, tnąc w biegu, licząc, że zła parada strąci ją w dół. Ciri nie daje się zwieść fintom, sama markuje cios i tnie z wypadu przez pierś i lewe ramię łowcy, a gdy ten, zwarłszy się jeszcze raz, pcha ją ku słupowi, z którego nie ma ucieczki, przypomina sobie wahadło z Kaer Morhen i głos Geralta: odbijasz się, przejmujesz impet. Skokiem na sąsiednią belkę i z powrotem, za plecy przeciwnika, wychodzi z matni; Bonhart, chybiwszy na ślepo, traci równowagę po jej cięciu, pada na kolano obok śliskiej już belki i runa na parkiet dolnej kondygnacji w gejzerze pyłu i krwi. Ciri zeskakuje miękko jak kot. Powalony charczy, że wygrała, i szkoda, że nie na arenie; przypomina, że to on dał jej ten miecz, i kalkuluje głośno, że przecież go nie dorżnie, bo jest na to za szlachetna. Ciri patrzy na niego długo, po czym pochyla się i tylko zrywa mu z szyi medaliony. Gdy odwrócona idzie ku wyjściu, Bonhart rzuca się na nią z nożem, cicho jak nietoperz, psując wszystko rykiem nienawiści w ostatniej chwili. Ciri unika pchnięcia półobrotem i tnie z całego ramienia, samym koniuszkiem klingi, przez gardło. Mówiłam ci przecież, wyjaśnia zimno, że ja wszystko pamiętam. Staje nad nim tak, by dobrze ją widział, by to jej obraz zabrał ze sobą tam, dokąd szedł, i czeka, aż życie wycieknie mu spomiędzy kurczowo zaciśniętych na gardle palców.
Pojedynek z Vilgefortzem tymczasem obraca hallę w gruzy. Czarodziej, którego pioruny rozwalają kolumny i zrywają arkady sklepienia, drwi w biegu z „ewolucyjnie niższej" Yennefer i z mutanta, który uparł się sikać pod wiatr; Geralta ratuje raz tarcza czarodziejki, raz krasnoludzka klinga, która, o dziwo, rozcina strugę ognia na pół. Gdy Vilgefortz zaczyna wyżymać lewitującą Yennefer jak mokrą szmatę, uprzedza wiedźmina Regis: spada na czarodzieja bezszelestnym lotem i szponami orze mu twarz, chybiając oka tylko dlatego, że jest nienormalnie małe. Na okrzyk Geralta, by uważał, wampir odpowiada, że nie po to tu przybył, i tygrysim skokiem chwyta maga za gardło. Przez moment zdaje się, że to koniec, ale Vilgefortz ma w arsenale oręż na każdego przeciwnika: jego dłonie rozjarzają się jak rozpalone żelazo, rozdzierają wampira i z obu rąk wypalają w niego białym ogniem. Kolumna, na którą go pchnął, topi się, a Regis rozpływa się wraz z nią w bezkształtny bałwan szkliwa. Geralt z wściekłości i rozpaczy doskakuje z sihillem, zostaje ciśnięty przez całą hallę i po chwili patrzy, jak czarodziej nadchodzi z sześciostopowym żelaznym drągiem: mógłby wiedźmina spopielić albo roztopić jak tamtego potwora, ale on powinien umrzeć w walce. Na Thanedd nadłamał go tylko ociupinkę; tym razem połamie go dokładnie, na drobniutkie kosteczki. Drąg miga i świszcze, Geralt zbiera ciosy w żebra, bark i łopatkę, aż w oczach maga zapala się triumf. Wtedy wiedźmin zaciska pięść na medalionie od Fringilli. Kolejne uderzenia chybiają o stopę, o cale; Vilgefortz pojmuje nagle, w czym rzecz, ale za późno: cięcie przez brzuch zgina go wpół, drugie, od obojczyka po biodro, rzuca na kolana. Rozdzierające „Geraaalt" wiedźmin ucina wraz z głową. Yennefer, gramoląc się z gruzów z twarzą zalaną krwią z nosa, dziwi się, że Geralt zna czary iluzyjne zdolne zmylić Vilgefortza; to mój medalion, wyjaśnia wiedźmin. I tak, dodaje czarodziejka, żyją głównie dzięki Ciri: mag nigdy nie odzyskał koordynacji dwojga oczu i nie zawsze trafiał. Nad resztkami stopionej kolumny, w których da się rozpoznać zarys postaci, Yennefer pyta, kto to był. Druh, odpowiada Geralt. Będzie mi go bardzo brak. Był człowiekiem? Był uosobieniem człowieczeństwa.
Cała trójka spotyka się tam, gdzie schodzą się korytarze, pod martwymi spojrzeniami alabastrowych kanefor. Yennefer, ledwie stojąc, surowo każe Ciri poprawić włosy i się nie garbić, po czym przyciąga ją do siebie i obejmuje z całych sił zdeformowanymi palcami. Mamusiu, mówi Ciri. Córeczko, mówi Yennefer. Geralt patrzy jeszcze w korytarz, z którego dziewczyna przyszła, jakby czekał, że wyjdzie stamtąd ktoś więcej; Ciri kręci głową i wiedźmin rozumie. Chcę widzieć niebo, mówi Yennefer. Przed nimi są wielkie schody tonące w dymie i blasku ognia, te same, które Ciri widziała w snach i wizjach, a na dole czekają uzbrojeni ludzie Skellena. Ciri rozdziela zdobyczne medaliony: kota zawiesza sobie na szyi, wilka daje Geraltowi, który upewnia się, że oboje wiedzą, iż to tylko symbol. Wszystko to tylko symbol, odpowiada Ciri i dobywa Jaskółki.
Zejście po schodach zamku Stygga to trzy podesty rzezi, opowiedziane rytmem komend i czułości: spokojnie, bez nienawiści, blisko mnie; nie tnij z ramienia, jeśli można z łokcia; bardzo cię kocham, ja ciebie też; uważaj, robi się ślisko. Wiedźmin i wiedźminka schodzą krok w krok, mamiąc klingi szybkimi poruszeniami, a kolejne trójki skaczących na nich najemników umierają natychmiast; drab, który pośliznął się na zakrwawionym stopniu i pada im pod nogi z wyciem o litość, przechodzi obok nieruszony. Skellen na próżno drze się o kusze: Boreas Mun, który miał je przynieść, pędzi już galopem na wschód z czołem przy końskiej grzywie, a jedyny kusznik, któremu łzawią od fisstechu oczy, pudłuje nawet w schody. Puszczyk sam wyrywa mu kuszę i mierzy z przyklęku; Geralt zasłania sobą Ciri, ale dziewczyna błyskawicznie wywija się zza jego pleców i odbija bełt górną kwartą tak mocno, że długo koziołkuje w powietrzu. Bardzo dobrze, mruczy Geralt, ale jeśli jeszcze raz zrobi coś takiego, spuści jej lanie. Widzi też w jej szarych włosach bielutkie, lśniące jak srebro pasemka i opanowuje wściekłość: to nie czas na złość. Yennefer schodzi za nimi po czerwonych, śliskich stopniach. Najemnicy cofają się przed idącymi, a Skellen, klnąc bezsilnie, cofa się razem z nimi.
Wtedy ze wszystkich trzech korytarzy wiodących ku schodom wysypują się żołnierze w czarnych zbrojach i płaszczach ze znakiem srebrnej salamandry. Najemnicy Puszczyka rzucają broń jeden po drugim, bo widać, że czarni żołnierze aż palą się, by kogoś zakatrupić. Cudowna odsiecz, mruczy Ciri; Geralt przeczy ruchem głowy, bo kusze wycelowano także w nich. Na rozkaz „Glaeddyvan vort!" kładą miecze na stopniach, pieczołowicie, i siadają, zmęczeni ponad wszelką miarę; Yennefer schodzi do nich, pokazując nieuzbrojone ręce, i siada obok. Ludzi Skellena wiąże się i wyprowadza. Przed samym Puszczykiem staje oficer w hełmie szczególnie bogato zdobionym srebrem, przed którym rozstępują się wszyscy: Stefanie Skellen, staniesz przed sądem i poniesiesz karę za zdradę. Potem oficer ogląda Ciri, bladość, bliznę, krew na rękawie i białe pasemka, pyta wiedźmina o Vilgefortza i o Cahira aep Ceallach, a usłyszawszy dwa przeczące ruchy głowy, kwituje: jatki; kto mieczem wojuje, ten oszczędza katom roboty. Daleką przebyłeś drogę, wiedźminie, z końca świata, za nią i dla niej, i choćby z tego tytułu coś ci się należy. Vattierowi de Rideaux każe znaleźć komnatę na niezakłóconą rozmowę z panem Geraltem z Rivii, a obu paniom zapewnić wszelkie wygody. Pod czujną i nieustającą strażą.
W komnacie oficer zdejmuje hełm i Geralt nie okazuje zdziwienia: to Emhyr var Emreis, Deithwen Addan yn Carn aep Morvudd, Biały Płomień Tańczący na Kurhanach Wrogów. Wiedźmin wita go imieniem Duny. Cesarz, rozbawiony, przyznaje, że nie rozpoznał go nikt z ludzi znających go z Cintry; Geralt wyjaśnia, że się domyślił, nie bez obcej pomocy, odgadłszy, jaką rolę w krwi Ciri odegrał incest, i że w którymś z koszmarnych snów przyśnił mu się ten najstraszniejszy z możliwych. Emhyr dożywotnio nadaje mu przywilej siedzenia w przytomności cesarza i dziękuje, w imieniu własnym i potomności, za kilkakrotne uratowanie życia córki. Po czym wykłada plan: Cirilla pojedzie do Nilfgaardu i w stosownym czasie zostanie imperatorową, jak dziesiątki dziewcząt, które zostawały królowymi, prawie nie znając małżonka. Miłość, której od niej nie wymaga, przeleje na syna, arcyksięcia i przyszłego cesarza, którego syn będzie władcą świata i ocali go przed zniszczeniem; tak mówi przepowiednia, której dokładną treść zna tylko on. Cirilla nigdy nie dowie się, kim jest jej mąż, bo tajemnica ta umrze wraz z tymi, którzy ją znają.
Na żądanie Geralta cesarz opowiada jednak swoją historię. Jako trzynastolatek był synem obalonego cesarza; wynajęty przez uzurpatora czarownik na oczach więzionego ojca zmienił chłopca w maszkarę, dokładając od siebie żart, bo „eimyr" znaczy w ich języku jeż. Ojca zamordowano, jego wypuszczono w lesie i poszczuto psami; nocą wracała mu ludzka postać, czego prześladowcy nie wiedzieli. Drogę na Północ, za Schody Marnadalu, wyczytał mu w gwiazdach zwariowany astrolog Xarthisius, któremu przyszły cesarz podaruje za to wieżę i sprzęt. O tym, co zdarzyło się w Cintrze, Geralt wie; Emhyr przeczy jednak, jakoby maczał w tym palce Vilgefortz, bo wtedy jeszcze go nie znał, a do magików miał awersję (odzyskawszy tron, dopadł zresztą czarownika uzurpatora, który nazywał się Braathens, prawie jak „smażony" w ich mowie, i też popisał się poczuciem humoru). Vilgefortz zjawił się dopiero po narodzinach Ciri, jako konfident wiernych mu nilfgaardzkich spiskowców, i bez owijania wyłożył motywy: liczył na łaski i władzę przy boku wielkiego cesarza, który spłodzi władcę świata. To z jego rąk Duny dostał zwoje z przepowiednią i doszedł do wniosku, że cel uświęca środki. Gdy rewolucja w Nilfgaardzie potrzebowała prawego dziedzica krwi Emreisów jako sztandaru, musiał wrócić, i to z Ciri, ale Calanthe patrzyła mu na ręce, więc Duny, Pavetta i dziecko mieli zginąć bez śladu w upozorowanej katastrofie: Vilgefortz miał wciągnąć statek płynący ze Skellige magicznym wsysaczem na Głębi Sedny, a rodzina, ukryta w zabezpieczonej kajucie, przeżyć. W przeciwieństwie do załogi. Droga po trupach, mówi Emhyr, zaczęła się jednak wcześniej: w momencie, gdy okazało się, że Pavetty i Ciri nie ma na pokładzie takich, jak je zaplanowano. Melancholijna dziewczyna o wiecznie spuszczonych oczach przejrzała męża i tajemnie odesłała dziecko na ląd; podczas szarpaniny w kajucie wypadła za burtę, a nim Duny zdążył skoczyć za nią, wsysacz wciągnął okręt. Na pytanie wiedźmina, jak czuje się człowiek, który zamordował własną żonę, cesarz odpowiada bez zwłoki: parszywie. Nie chciał tego i nie planował, choć nigdy jej nie kochał; Geralt nazywa to łgarstwem, bo Pavetta, która by go demaskowała, żyć nie mogła. Emhyr upiera się, że żyłaby gdzieś daleko, choćby w Darn Rowan, bo zawsze można znaleźć mniej drastyczny środek. Nie zawsze, mówi wiedźmin, patrząc mu w oczy, a cesarz przed tym spojrzeniem ucieka. Potem przyszły lata walki z przeznaczeniem, które zadrwiło z niego, gdy chciał ukraść dziecko przed przyrzeczonym terminem; wreszcie wojsko i arystokracja pchnęły go do wojny o Cintrę i postanowił upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu.
Geralt dziękuje za rozmowę i sam wystawia rachunek. Zerwałeś umowę, mówi, skłamałeś z danego słowa; złamałeś przysięgę jako książątko, masz dług jako cesarz, z cesarskimi odsetkami za dziesięć lat. Przyjaciele, którzy szli za nim z końca świata ratować nieznaną sobie dziewczynę, bo było w nich coś porządnego i szlachetnego, znaleźli śmierć, a łotry żyją i dalej robią swoje; do dupy jest taka historia i wiedźmin się z nią nie zgadza. Wie, że tajemnica musi umrzeć wraz z nimi, i uprzedza lojalnie: z każdego więzienia ucieknie i odbierze cesarzowi Ciri za każdą cenę, a Yennefer, choć tajemnicy nie zna, zapłaci każdą cenę, by mścić jego śmierć. Prosi tylko o pożegnanie z obiema. Emhyr, stojąc przy oknie zapatrzony w szczyty gór, oferuje w ramach spłaty długu śmierć z czasów, gdy ludzie mieli jeszcze cześć i godność: zamiast ręki kata, gorącą wodę i otwarte żyły. Pyta też, czy wchodzi w rachubę, by Yennefer zechciała towarzyszyć wiedźminowi w tej kąpieli. Geralt jest tego niemal pewien, choć trzeba zapytać, bo to dość buntownicza natura.
Yennefer zgadza się od razu. Koło się zamknęło, dodaje, patrząc na swoje przeguby: wąż Uroboros zatopił zęby we własnym ogonie. Ciri niczego nie rozumie i parska jak rozwścieczony kot: dlaczego ma jechać z Emhyrem, dokąd, po co; ledwo ich odzyskała, to niesprawiedliwe. Kto mieczem wojuje, odzywa się głucho cesarz, ten od miecza ginie; walczyli z nim i przegrali, ale przegrali godnie. Ciri w trzech krokach staje przed nim, a Geralt bezgłośnie wciąga powietrze, bo widzi to, co musi widzieć całe czarne wojsko: te same postawy, te same roziskrzone oczy, ten sam grymas ust i identycznie skrzyżowane na piersi ręce. Dziewczyna, mierząc Emhyra płomiennym spojrzeniem, pyta, czy wygrał godnie; tylu ludzi umarło przez to wszystko, a bestii zrobić z niej się nie udało i nie uda. Wie, co cesarz knuje, i zapowiada, że nie pozwoli się tknąć, a jeśli jednak, to przegryzie mu we śnie gardło. Emhyr ucisza gestem pomruk oficerów i cedzi, nie spuszczając z niej wzroku: stanie się, co przeznaczone. Pożegnaj się z przyjaciółmi, Cirillo Fiono Elen Riannon. Przy pożegnaniu Ciri szepcze Geraltowi, że ma sposób i ucieknie cesarzowi; wiedźmin zakazuje jej go zabić, na co dziewczyna odpowiada, że o zabijaniu wcale nie myślała, bo ma go dość, za dużo tego było. Żegnaj, wiedźminko. Żegnaj, wiedźminie.
Do łazienki z wielkim marmurowym basenem parującej, pachnącej wody odprowadza ich sam Emhyr: niech się nie spieszą, a gdy będą gotowi, zawołają, i lejtnant poda im nóż. Yennefer prosi go na odchodne, by w miarę możliwości nie krzywdził jej córki, bo nie chciałaby umierać z myślą, że ona płacze. Cesarz milczy bardzo długo, oparty o ościeżnicę, z odwróconą głową, po czym odpowiada dziwnym tonem: może być pani pewna, że nie skrzywdzę córki pani i wiedźmina Geralta. Deptał trupy i tańczył na kurhanach wrogów, i myślał, że stać go na wszystko, ale tego, o co go podejrzewają, zwyczajnie by nie potrafił. Teraz to wie. Także dzięki nim obojgu. Wychodzi, cicho zamykając drzwi. Yennefer zrzuca suknię, bo nawet w ostatniej kąpieli nie będzie kąpać się w ubraniu, i przyciąga do siebie wiedźmina, który zapomniał, jaka jest piękna: na to każdy czas jest właściwy, a za rozkosz warto zapłacić bólem. Gdy wreszcie, gotowi, wołają o obiecany nóż, odpowiada im cisza, a potem głos zaglądającej do łazienki Ciri: mogą wyjść z wody, bo oprócz nich trojga nie ma tu żywej duszy, a na golasa wyglądają strasznie śmiesznie.
Ubierają się drżącymi rękami, słuchając paplaniny Ciri: wszyscy, ilu ich było, wsiedli na konie i odjechali, aż się kurzyło, nie zostawiając nikogutko. Na pytanie, czy stało się coś, co by to tłumaczyło, dziewczyna szybko odpowiada, że nic. Kłamie. Odprowadzana przez eskortę ku wyjściu, z hardo zadartą głową, obejrzała się raz i drugi, a myśl, że już nigdy nie zobaczy Geralta ani Yennefer, zmyła z niej maskę odwagi: nilfgaardzcy żołnierze, którzy widzieli niepokonaną wiedźminkę na zakrwawionych schodach i butnie skaczącą do oczu imperatorowi, w zdumieniu patrzyli na pochlipujące, łkające dziecko. Zatrzymał ich sam Emhyr. Na jego rozkaz puszczono ją, a ciemnowłosy człowiek o twarzy budzącej w niej dziwne, niejasne wspomnienia podszedł i wyciągnął ręce. Ciri, która na takie gesty zawsze reagowała cofnięciem, ku własnemu zdumieniu pozwoliła się przytulić; dotknął jej białych pasemek i blizny, gładził ją po głowie, a ona, wstrząsana płaczem, trzymała ręce sztywno jak strach na wróble. Dziwna to rzecz, przeznaczenie, usłyszała szept. Żegnaj, córko. Powiedział to w Starszej Mowie, „va faill, luned", żegnaj, dziewczyno, relacjonuje potem Ciri Yennefer; czarodziejka wie i radzi jej tylko jedno: nie zastanawiaj się.
Epilog należy do loży. Filippa Eilhart, patrząc spod rzęs na Fringillę Vigo (która przez minione trzy miesiące zdążyła wyprodukować magiczny krem kurczący naczynka, dzięki czemu żaden wstyd nie bije jej już rumieńcem na twarz), powtarza nazwę: zamek Stygga. Assire var Anahid potwierdza: kryjówka Vilgefortza była w Ebbing, nad górskim jeziorem, którego nazwy jej informator, prosty żołnierz, nie zapamiętał. Vilgefortz nie żyje, cała szajka gryzie ziemię, a przysługę tę wyświadczył loży niedoceniony przez nie wszystkie wiedźmin Geralt, względem którego wszystkie, jedne mniej, drugie bardziej, popełniły błąd; przy tych słowach cała loża jak na komendę patrzy na Fringillę, ale krem działa niezawodnie. Filippa, tłumacząc porażkę nawałem zajęć przy wojnie i przygotowaniu rokowań pokojowych, zapowiada, że wyprzedzanie i wyręczanie loży nie może się więcej zdarzyć, i poleca zastanowić się, jak odszukać wiedźmina, który jest teraz gdzieś w Ebbing z uwolnionymi Yennefer i Ciri. Sabrina Glevissig dopytuje o sam zamek i słyszy, że legenda, o ile powstanie, powinna mieć wersję jedną i prawomyślną: niech weźmie Keirę i Triss i załatwi sprawę tak, żeby śladu nie pozostało. Huk eksplozji słychać było aż w Maecht, błysk, bo działo się to nocą, widziano nawet w Metinnie i Geso, a wywołane wybuchem wstrząsy tektoniczne wyczuwalne były jeszcze dalej. Na naprawdę odległych krańcach świata.
„Jedne płomyczki były wysokie i paliły się jasno, inne ledwie pełgały. Czyj jest ten gasnący ognik, zapytał wiedźmin. Twój, odrzekła Śmierć. (Flourens Delannoy, Bajki i klechdy, parafraza)”
Co warto zapamiętać z tego rozdziału
- Łaska cesarza: Oficer, który po szturmie zajmuje zamek Stygga i każe aresztować Skellena za zdradę, zdejmuje hełm dopiero w cztery oczy z Geraltem: to sam Emhyr var Emreis. Wiedźmin wita go imieniem Duny, bo domyślił się już, jaką rolę w krwi Ciri odegrał incest: cesarz Nilfgaardu jest jej ojcem, Jeżem z Erlenwaldu, który szesnaście lat temu wziął ślub z Pavettą w Cintrze. Emhyr opowiada wszystko: klątwę uzurpatora, pakt z Vilgefortzem i przepowiednię o synu Ciri, władcy świata, upozorowaną katastrofę na Głębi Sedny, w której naprawdę zginęła Pavetta, i plan poślubienia własnej córki, nieświadomej, kim jest jej mąż. Tajemnica ma umrzeć z tymi, którzy ją znają, więc Geralt i Yennefer dostają w ramach spłaty starych długów śmierć honorową: wspólną kąpiel i nóż do otwarcia żył. Cesarz odprowadza ich do łaźni i obiecuje Yennefer, że nie skrzywdzi „córki pani i wiedźmina Geralta": deptał trupy i tańczył na kurhanach wrogów, ale tego, o co go podejrzewają, zwyczajnie by nie potrafił. Teraz to wie, także dzięki nim obojgu. Potem przytula szlochającą Ciri, szepcze w Starszej Mowie „va faill, luned", żegnaj, dziewczyno, i na jego rozkaz całe czarne wojsko odjeżdża z zamku, nie zostawiając ani strażnika, ani obiecanego noża. Ciri nie mówi Geraltowi i Yennefer o pożegnaniu ani słowa.
- Szturm na zamek Stygga: Wszystkie drogi legendy schodzą się w zamku Stygga. Ciri przybywa do kryjówki Vilgefortza z własnej woli, by oddać się w zamian za wolność Yennefer, a gdy czarodziej odrzuca ofertę i wlecze ją do laboratorium, do zamku wdziera się kompania Geralta: zahipnotyzowani przez Regisa wartownicy sami otwierają bramę. Zwycięstwo kosztuje kompanię wszystko. Milva ginie w pojedynku łuczników na krużganku, osłaniając towarzyszy; Cahir zastępuje drogę Bonhartowi, by Ciri mogła ujść, i pada pod jego mieczem; raniona w udo Angoulême wykrwawia się w objęciach Ciri; Regis, który wyrwał Yennefer z magicznej matni, zostaje przez Vilgefortza rozdarty i stopiony białym ogniem wraz z kolumną. Rachunki wyrównują ocaleni. Ciri, przyparta na belkach zrujnowanego skrzydła, sięga po wahadłową naukę z Kaer Morhen, zwala Bonharta w przepaść, a zdradziecki atak nożem kończy cięciem przez gardło i zabiera łowcy trzy wiedźmińskie medaliony. Geralt, tłuczony żelaznym drągiem, myli maga iluzją z medalionu Fringilli i dwoma cięciami oraz dekapitacją kończy karierę największego wroga; pomaga i to, że zregenerowane oko Vilgefortza nigdy nie odzyskało koordynacji. Wiedźmin, wiedźminka i Yennefer schodzą potem razem po zalanych krwią schodach przez resztki najemników Skellena, aż na dole zamiast wyjścia czekają na nich czarne salamandry cesarskiego wojska.
📝 Chcesz przypiąć notatkę do tego rozdziału? Załóż darmowe konto. Notatki są prywatne i wracają przy powtórce.
Dalej mapy jeszcze nie sięgają: kolejne rozdziały powstają w skryptorium. Wpisz się do Księgi Oczekujących, a wieść o nich dostaniesz pierwszy.
Zapisując się, zgadzasz się na e-maile od Fablarii · prywatność · wypiszesz się jednym kliknięciem.